Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Karta nr 99/2019

17 listopada 2019

Karta nr 99/2019

Wydawnictwo Ośrodek Karta

Kwartalnik

   Budowanie frontu narodowego przeciw innym jest zawsze objawem zakompleksionej małości.

   Tym zdecydowanym zdaniem redaktor naczelny kwartalnika Zbigniew Gluza zakończył wstęp do numeru, w którym tematem przewodnim była Czysta Polska. Również celnym, bo trafiającym w odwieczny problem, który zamiatany pod dywan, stale z niego wypełza ze zdwojoną siłą. W międzywojniu ten front skierowany był przeciwko Żydom. Nazywano go „rozwiązaniem kwestii żydowskiej” i podnoszono we wszystkich środowiskach społecznych od lewicy do prawicy, czego dowodem były przytaczane fragmenty artykułów, felietonów, przemówień, listów i interpelacji pisanych przez polityków, publicystów, księży i dzieci żydowskie. Łatwo było z nich wywnioskować nie tylko napiętą atmosferę między Polakami a Żydami, ale również powszechność tego pojęcia, które po II wojnie światowej nabrało zdecydowanie negatywnego wymiaru, wyrażane językiem radykalnym, brutalnym i nienawistnym. Wręcz charakterystycznym dla wielu ówczesnych polityków i publicystów.

Antysemityzm był dobrze zagnieżdżony w publicystyce II RP. Sączył jad nienawiści, jak wiadomo z historii, bardzo skutecznie. To przed jego skutkami przestrzega autor wstępu do numeru, zmuszając do zastanowienia się, czy w obliczu obecnie narastającego frontu narodowego, chcemy powtórki z historii.  Prawdziwi „my” – biali, polskojęzyczni katolicy (…) rasowo uzasadniony Polak, wynoszony na sztandary i błogosławiony, w praktyce społecznej okazał się potworem, gotowym bić kobiety, wyrzucać dzieci z wózków, obcinać starcom brody. Czy o taką Polskę, takich „my” nam chodzi również dzisiaj?

   Czy może nigdy więcej takiej „wielkości”?

   Kolejny artykuł Nielegalszczyzna to przypomnienie pierwotnego, niepodległościowego sensu głównych postulatów głoszonych przez Polską Partię Socjalistyczną. Nielegalną organizację polityczną załozoną w 1892 roku i działającą pierwotnie na terenie Królestwa Polskiego. Jej działalność wywrotową, sabotażową, zbrojną, terrorystyczną w walce z caratem przypomniał Marian Malinowski. Radomski działacz partii, a potem minister, poseł i senator II RP.

   Gęsiówka.

Znany obóz koncentracyjny na terenie Warszawy. Ileż radości wnieśli wyzwalający go żołnierze AK w Odbiciu Gęsiówki. Ileż śmierci również. Dla Żydów. Jeden z nich, więzień żydowski tak opisuje ich „wyzwalanie” – …zaczęli mordować żydowskich bojowników na barykadzie. Jeszcze długo krzyki zbrodniarzy – „Śmierć Żydom!” – mieszały się z okrzykami radości z przepędzenia Niemców.

   Trucizna antysemityzmu nadal działała.

   Kolejny artykuł Alpini wśród leśnych przypomniał o losach jeńców włoskich w niemieckich obozach. Jednym z nich był oficer Ezio Micheli, który we wspomnieniach opowiedział, jak po ucieczce z obozu trafił do polskich partyzantów. Był jednym z nielicznych, którym udało się dzięki temu przeżyć. Większość szczątków jego rodaków leży na włoskim cmentarzu na warszawskich Bielanach.

   Powrót wuja Stasia w relacji Kazimierza Orłosia opisywał przyjazd na stałe do kraju publicysty, politycznego emigranta i premiera rządu na uchodźstwie Stanisława Mackiewicza. Zmarnowanie jego Londoniszczem wielkich nadziei, wiązanych z przyjazdem „komunożercy”, środowisk twórczych na swobodniejsze pisanie dla milczących dotąd ludzi, wyraził dobitnie Stefan Kisielewski, domagając się raczej Warszawiszczy.

Czytając o początkach Maratonu Pokoju na przełomie lat 70. i 80. XX wieku w Przebiegu pokoju miałam wrażenie, że w niektórych tematach współczesnego sportu nic się nie zmieniło. Dawniej trenowało się i startowało w tym, co się miało czyli na przykład w takim „obuwiu sportowym”:

Obecnie nadal zdarza się, że trenuje się tam, gdzie można, czym można i jak można. O czym donoszą media uchylające kulisów sukcesów sportowych polskich zawodników.

   Na zakończenie pozytywny artykuł Odnowa monopolisty. Historia przechodzenia przedsiębiorstwa z gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej. O radościach, ale i zmarnowanych szansach oraz uczeniu się na błędach wspominał prezes ZWAR w Warszawie Jacek Faltynowicz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi: , , , ,

Mela Muter – Karolina Prewęcka

16 listopada 2019

Mela Muter: gorączka życia – Karolina Prewęcka

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 326 stron

Literatura polska

   Jedna z największych polskich malarek XX wieku.

   To zdanie przeczytałam na tylnej okładce. Dla mnie zaskakujące. Nie jestem znawczynią sztuki, tylko odbiorcą, który chętnie ją pochłania w różnej formie i okolicznościach. Byłam zdziwiona, że do tej pory nie natknęłam się na jej nazwisko. Miałam jeszcze nadzieję, że umknęło mi ono, ale znam jej jakiś obraz. Zaczęłam przeglądać internetową galerię jej twórczości w Muzeum Uniwersyteckim Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

   Nic z tego!

   Mela Muter, a właściwie Maria Melania Mutermilch z domu Klingsland stała się dla mnie odkryciem. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, ponieważ malarka, jako młodziutka mężatka i matka niespełna rocznego syna, wyjechała z kraju w 1901 roku do Paryża. Powracała do niego, by przede wszystkim odwiedzić rodzinę. To we Francji zdobywała szlify, galerie i sławę, jako „przedstawicielka École de Paris”. Za jej czasów uznawana za Rosjankę, czemu zdecydowanie się przeciwstawiała. Obecnie we Francji wzmiankowana najczęściej jako „artystka francuska polskiego pochodzenia”, czego nie ma komu prostować. To okup za niezależność, którą ceniła sobie ponad wszystko. Malowała to, co chciała, jak i kiedy chciała. W swoim stylu, który nie zmieniał się. Nie ulegał modom.

   Po latach odkrywa się ją dla Polaków na nowo.

   Chociażby dzięki takiej niezwykłej biografii, bo podanej w ekscytujący sposób. Jej autorka oparła pomysł na myśli, że „w każdym swoim dziele Muter opowiada o sobie, o swoim stanie wewnętrznym”. W nich uwalniała i zawierała swoje emocje, a tym samym dramatyczne losy kobiety-artystki. Potrzebowała gorączki życia, by tworzyć, a ono jej nie skąpiło. To dlatego autorka biografię artystki ujęła modułowo w języku przypominającym reporterski – szybki, syntetyczny, precyzyjny, z przewaga krótkich zdań, bez ozdób w postaci środków stylistycznych. To nie jej słowa miały mnie poruszyć. To twórczość artystki miała do mnie przemówić. Głównym reprezentantem poszczególnych rozdziałów był obraz, rzadziej fotografia. Tematycznie skupiające wokół siebie pozostałą twórczość, wydarzenia z jej życia, zdarzenia w środowisku artystycznym i okoliczności historyczne, które były katalizatorem ostatecznego, artystycznego efektu.

   I tutaj kolejne zaskoczenie!

Jeden z początkowych rozdziałów poprzedzał portret młodego mężczyzny. Nie rozpoznałam w nim Leopolda Staffa. Jej wielką miłość. On i pośmiertna maska znanej samobójczyni w tle opowiadała całą historię ich wieloletniego romansu. A potem następne obrazy lub zdjęcia w roli zapowiadających kolejny etap życia artystki.

Pejzaż pokazujący kierunki i miejsca jej podróży.

Kobiety z dziećmi mówiące wiele o jej tragicznym macierzyństwie. Portrety znanych i nieznanych, bliskich i obcych, pokazujące osoby, które ją otaczały.

Martwa natura wypełniona emocjami, a nawet uczłowieczana jako ekspresja i impresja w jednym.

Mela Muter, Dachy w Ondarroa, (1913), Kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich, fot. Piotr Jamski.

Mnie najbardziej urzekły widoki miast. Budynków i uliczek oddających nie tylko ich urok, ale przede wszystkim bajkowość i tajemnicę ukrytą w zaułkach. Jej zauroczenie, którym mnie wypełniała.

   Efekt?

   Znam Melę Muter i jej życie nie z przekazu, ale z jej sztuki. Wystarczy mi spojrzeć na jej obrazy i grafiki, by zaczęły do mnie mówić. Opowiadać o kobiecie niezależnej, dla której sztuka była ponad wszystkim i wszystko, a życie było potrzebne do jej tworzenia. Pamięć o niej można było wymazywać i ignorować w biografiach ludzi, z którymi była bardzo blisko – Leopolda Staffa czy Rainera Marii Rilkego.

   Jej sztuki już nie.

   Sztuka daje temu opór. I przetrwa. Tego pragnęła najbardziej. – z przekonaniem podsumowała autorka życie artystki.

   Ma rację i ją udowodniła w dobrze przemyślanej formie biografii i pięknie wydanej książce!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żałuje bardzo, że jutro mnie tam nie będzie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , ,

Sieci widma – Leszek Herman

11 listopada 2019

Sieci widma – Leszek Herman

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 608 stron

Literatura polska

   Jak dobrze, że przeczytałam tę powieść po podróży promem!

   Co nie zmienia faktu, że nabrałam obaw przed kolejnym rejsem. Naprawdę będę miała z tym problem. A zaczynało się bardzo lajtowo. Wręcz zanosiło się na powieść obyczajową. Nieznajomość poprzednich powieści autora, okazała się w moim przypadku korzystną. Bez nastawienia na powieść kryminalną, miałam więcej zaskoczeń i niespodzianek, ponieważ tutaj przyjęła trochę odmienną wersję w porównaniu z poprzednimi książkami autora, o czym dowiedziałam się z rozmowy z Joanną Skoneczną nagraną w Radio Szczecin. Motyw zbrodni nie był w nim najważniejszy, a samo dochodzenie – nieprofesjonalne i tylko jako jeden z licznych wątków. To dlatego powieść ewoluowała początkowo z obyczajowej, z czasem w thriller, a potem w sensację i dopiero tutaj mogłam dodać – z wątkiem kryminalnym. Trzysta ostatnich stron pochłonęłam za jednym razem i nie wyszłam spod koca, dopóki nie dotarłam do ostatniej kropki. Co drugi rozdział opatrywałam komentarzem o uduszeniu narratora, który sadystycznie urywał akcję w najciekawszym i najbardziej emocjonującym momencie. Gdyby koc miał duszę, byłby już trupem.

   Na szczęście nadal mamy się dobrze!

   Autor zastosował znany schemat powieści, który bardzo lubi, a do czego przyznał się w posłowiu. Wykorzystał go, by opowiedzieć własną wersję losów grupy złożonej z przypadkowych ludzi, którzy spotykają się w jednym miejscu, a czas, nieprzewidziane wydarzenia i okoliczności łączą ich ze sobą w bardzo skomplikowany, brutalny i pokrętny sposób.

   Takim miejscem w tej powieści był prom płynący ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad. Spotkały się na nim osoby zupełnie przypadkowe – starsze małżeństwo Edwarda i Anny płynące w odwiedziny do córki, paczka szóstki młodych ludzi lubiących się zabawić, skłócone małżeństwo Mariusza i Urszuli z sześcioletnim synem Kacprem oraz samotna, atrakcyjna Alex. Każda postać inna. Z odmiennym podejściem do życia i na innym jego etapie. Z problemami przyniesionymi na prom niczym dodatkowy bagaż a zarazem balast. Z różnymi planami i innymi celami podróży. Mieszanka cech tak różniących się pasażerów oraz członków załogi jedną noc zamieniła ją w psychiczny koszmar. W piekło powiązanych ze sobą wydarzeń, które każdy próbował na swój sposób wyjaśnić, rozwiązać lub z nich wydostać się. Dynamikę nagłych zdarzeń dodatkowo potęgowała sytuacja na lądzie rozegrana kilka dni wcześniej przed dramatyczną nocą na morzu, mającą decydujący wpływ na losy promu i jego pasażerów. W Szczecinie, do którego narrator przenosił mnie naprzemiennie, główną bohaterką była Paulina. Redaktorka szczecińskiej gazety. Tragizm położenia wszystkich postaci podsycały historie zatopionych promów, faktycznie mających miejsce w przeszłości, beztrosko opowiadane sobie przez młodych ludzi. Na dodatek akcja rozgrywała się na dwóch poziomach. Indywidualnym, psychologicznym i ogólnym, społecznym.

   Stąd dwa przesłania tej powieści.

   Jedno odnoszące się do jednostki i jej psychiki ujęte w przytoczonym cytacie z Myśli Blase’a Pascala w roli motta – Serce ma swoje racje, których rozum nie zna. Tłumaczyło ono motywy i stany psychiczne bohaterów, wyznaczające ich wybory i postępowanie, a przez to kierunki rozwoju wydarzeń. Drugie odnoszące się do wartości uniwersalnych, społecznych w dwojakim znaczeniu – dosłownym i metaforycznym. To odniesienie dosłowne ujęte w tytule było przyczyną i katalizatorem wszystkich nieszczęść, jakie przydarzyły się każdemu bohaterowi na morzu i lądzie. Sieci widma nazywane niekiedy zjawami. W rzeczywistości zgubione lub porzucone sieci rybackie, włoki, przywłoki, drygi, pławnice i worki, dryfując pod powierzchnią wody są  całkowicie niewidoczne, nadal łowiąc śmieci, zwierzęta, ludzi i statki. Z czasem stają się trującą, ekologiczną bombą, którą zjadamy z  mięsem ryb. Grozę sieci widm autor przeniósł na toksyczne związki i relacje międzyludzkie tworzące „śmiertelną” dla psychiki człowieka pułapkę bez wyjścia.

   Psychiczną matnię.

   Jednak żeby nie było zbyt mrocznie i poważnie, autor wplótł kilka przyjemności lekko obniżających amplitudę grozy. Jedną z nich były doznania estetyczne w postaci opisów szczecińskich budynków, które widziane oczami architekta (to zawód autora) ukazywały mi się w odmiennym, bardziej ciekawym wizerunku. Gmach Wojewódzkiej Komendy Policji przybierał postać zamczyska z baśni braci Grimm, a korytarze promu filmowy labiryntu hotelowy prosto z „Lśnienia” Stephena Kinga. Drugą przyjemność czerpałam z humoru sytuacyjnego, w którym królowała emerytowana nauczycielka matematyki, Anna. Wścibska, pouczająca, namolna i irytująca, ale za każdym razem wywołująca uśmiech na mojej twarzy. Zaczęłam ją wprost uwielbiać. Ten zabieg był potrzebny o tyle, by nie bać się wejść na prom, ale na tyle utrzymujący powagę, by nie przejść obojętnie obok trzeciego przesłania, które od razu zauważy każdy czytelnik mieszkający na morzem.

   To wymiar ekologiczny tej powieści.

   Może przez autora niezamierzony, ale dla mnie, żyjącej nad Bałtykiem i czynnie uczestniczącej w oczyszczaniu jej plaż w ramach akcji WWF, o czym pisałam przy okazji książki Ryby wybrane, widoczny i bardzo ważny. Sieci widma to bardzo poważny problem nie tylko ludzi morza, ale nas wszystkich, bo rzadziej lub częściej jemy ryby i frutti di mare.

   Ostatecznie wszyscy wpadamy w sieci widma w każdym znaczeniu tego wyrażenia.

Sieci widma [Leszek Herman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj trochę więcej o widmowych sieciach i projekcie „Czysty Bałtyk”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: ,

Dwór na wulkanie – Janina Konarska

9 listopada 2019

Dwór na wulkanie: dziennik ziemianki z przełomu epok 1895-1920 – Janina Konarska

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 408 stron + 14 stron  zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska

Literatura polska

   Czy jeszcze i ten rok spędzimy na wulkanie?

   To pytanie autorka dziennika zapisała 1 stycznia 1919 roku. Podsumowała nim burzliwe okoliczności wieloletniego życia, jakie przypadło jej w majątku Kluczewsko w Kieleckiem.

Miejscu wymarzonym przez jeszcze nastoletnią panienkę z tak zwanego dobrego domu rodziny Fuldów. Mając dwanaście lat, zaczęła pisać „spowiednik”, jak go sama nazwała, w którym zamierzała zapisywać najbardziej emocjonujące dla niej chwile. To w nim chciała „się wynurzyć” ze wszystkimi uczuciami. Jednak wydawca ujął w tym wydaniu zapisy już piętnastolatki od 11.03.1985 roku do ostatniego wpisu 14.08.1920 roku.

   Jak widać, w ciekawych czasach żyła.

   Przytrafiło się jej to, czego najgorszemu wrogowi nie życzy się. Spojrzenie autorki w roli obserwatorki przełomu wieków, jako dziewczynki, poddanej w zaborze rosyjskim, a potem dojrzałej kobiety, obywatelki II RP, były o tyle ciekawe, że jej zapisy dojrzewały wraz z wiekiem. Początkowe, skoncentrowane na przyjęciach, balach, miłostkach, flirtach, zamążpójściu, krążyły tematycznie głównie wokół jej osobistych spraw.

   To też było bardzo ciekawe!

   Mogłam dowiedzieć się u źródła, jak wyglądało życie panny przygotowywanej do zamążpójścia, wymagania społeczne i rodziców wobec niej, jej troski, problemy, radości, ale i życie codzienne. Przekonałam się przy okazji, że autorka nie była typową panną z towarzystwa wyższej sfery społecznej Radomia, w którym dorastała. Dostrzegała bezsensowność i bezcelowość życia, którego treścią była liczba wizyt, które ma oddać lub przyjąć, nowe suknie, oryginalny kapelusz i tym podobne głupstwa. Przyznając, że była trochę rozpieszczoną jedynaczką i to jest też bardzo przyjemne, a w oczach znajomych – egzaltowaną, to jednak gnębiła ją myśl, że za mało miała poważnych zajęć, a stąd i poważnych myśli. W okresie dojrzewania pojawił się wręcz buntowniczy wpis – Jestem przecież coraz starsza, coraz więcej czuję się człowiekiem, który chce i ma prawo żyć, a nie wegetować. Co ciekawe, w odróżnieniu od swoich rówieśniczek, pragnęła wyjść za mąż na wieś, którą szczególnie ukochała.

   Jej marzenia spełniły się!

   Jednak upragnione, stabilne, rodzinne życie, po wyjściu za mąż za ziemianina Maksymiliana Konarskiego i zamieszkaniu w majątku Kluczewsko na Kielecczyźnie, było nieustannym wirem wydarzeń niesionych przez niespokojne czasy zmian dotychczasowych układów sił politycznych trzech zaborców. Kluczewsko stało się miejscem, przez które przebiegały trasy przemarszu wojsk rosyjskich i niemieckich często przesuwającego się frontu I wojny światowej. Stacjonujących, kwaterujących, okradających, rekwirujących żywność i niszczących dwór, zabudowania, hodowlę oraz uprawy. Autorka potrafiła jednak na tę stale zmieniającą się sytuację spojrzeć z ogromnym dystansem, trafnie wnioskując i racjonalnie ją podsumowując. Nie poddawała się emocjom lub ocenom kotłującym się wokół niej. Konstatowała doniesienia z nagminnym określeniem „prawdopodobnie” takimi zdaniami – Przypuszczam, że dopiero późniejsi historycy oświetlą należycie i zrozumieją obecne nasze dzieje. My – współcześni – nie możemy dość obiektywnie brać i brak nam odpowiedniej perspektywy. To właśnie w takich zapisach na gorąco, bez komentarzy, odzwierciedlała chaos tamtych dni i zagubienie ówczesnego człowieka. Również trudność zorientowania się w pożytecznych kierunkach zmian dla zwykłego człowieka i Polaka. Także dla tych, którzy te kierunki polityki wyznaczali. W jak piekielnych bólach rodziła się niepodległa Polska. Ile emocji temu towarzyszyło. Jak niemożliwie trudny był to czas.

   Dla wszystkich!

   A mimo to autorka pokazała codzienne życie w tej niepewności i destrukcji. Rodzenie kolejnych dzieci, ich wychowywanie, działalność społeczną i polityczną swoją i męża, opiekę nad pracującymi we dworze i chłopami żyjącymi we wsi, śluby, pogrzeby, choroby, wzajemne odwiedziny w pobliskich majątkach, sianie, zbiory i dożynki, a przede wszystkim troskę i ochronę rodziny oraz jej bytu na przekór destrukcyjnym i wymagającym poświecenia czasom. Z egzaltowanej dziewczyny na wydaniu wyrosła dojrzała kobieta, matka i żona skupiona zarówno na rodzinie, jak i, na mających wpływ na jej losy, zmianach społeczno-politycznych. Z romantyczki stała się twardo stąpającą po ziemi realistką broniącą przede wszystkim wartości rodzinnych.

Widać to było wyraźnie zwłaszcza w kontekście oceny mezaliansu popełnionego przez jej przyjaciółkę Wandę, której nie mogła wybaczyć porzucenia rodziny dla uczuciowych mrzonek.

   Tego bardzo osobistego zapisu zawierającego fakty historyczne nie można brać dosłownie. Dlatego wydawca opatrzył go korygującymi błędy przypisami oraz posłowiem prof. Andrzeja Chojnowskiego, który umieścił je we współcześnie znanym kontekście historycznym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Podcast – Ciekawa rozmowa o książce w radiu RDC.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: ,

Listy do A. – Anna Sakowicz

3 listopada 2019

Listy do A.: Mieszka z nami Alzheimer – Anna Sakowicz

Zilustrowała Ewa Beniak-Haremska

Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 144 strony

Seria Latawiec

Literatura polska

   W pokoju babci Anielki zamieszkał Pan A.!

   Wprowadził się bez uprzedzenia, zaproszenia i pozwolenia. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zabierał jej ukochanej babci pamięć i słowa. Na dodatek namawiał do dziwnych, złych zachowań, które wywoływały w domu zamieszanie, smutek i łzy u mamy i dziadka. Irytujące było to, że Pan A. sprytnie ukrywał się. Był niewidzialny, więc Anielka postanowiła pisać do niego listy tak długo, aż się od nich wyprowadzi i zostawi jej babcię taką, jaką była dawniej.

   Listy są wzruszające!

   Urealnione szatą graficzną naśladującą zeszytową kartkę w kratkę. Pokazują trudne wydarzenia, które dotknęły nie tylko dziewczynkę, ale całą jej rodzinę, oczami dziecka.

Anielka, uczennica początkowej klasy szkoły podstawowej, nie potrafi wymówić słowa „Alzheimer”, a tym bardziej zapamiętać to trudne pojęcie. Używa więc skrótu „Pan A.” uosabiającego chorobę.

Poprzez listy pozostawiane pod drzwiami pokoju babci i rozmowy tłumaczące jej istotę z mamą, nastoletnią siostrą i dziadkiem, powoli oswaja się z nią, chociaż nadal nie lubi.

Daje wyraz temu w listach, w których również wspomina piękne chwile przeżyte na wsi u dziadków. Przytacza powiedzenia babci, opisuje wspólne zabawy i razem wykonywane czynności. To pamięć dobra przeszłego, jakiego doznała od babci, skłania ją do przebywania z chorą, rozmawiania z nią, spacerowania czy układania puzzli.

   Autorka wybrała jedną z metod radzenia sobie z traumą, jaką zalecają psychologowie – pisanie listów. Podpowiada w ten sposób dziecku (ale i dorosłym), jak radzić sobie w sytuacjach trudnych. Jak przygotować dziecko na chorobę w rodzinie. To dzięki nim może poukładać sobie swój wzburzony świat emocjonalny, wypisując go z siebie. Przenieść złość na chorobę, a nie na bliskich lub siebie. Oswoić się z odchodzeniem ukochanej osoby. Pozwolić powoli pożegnać się z nią w swoim tempie przyswajania niechcianych, bolesnych informacji. I najważniejsze – zamienić poczucie bezradności na moc sprawczą i poczucie działania, jaką dają postanowienia. Anielka chciała zostać lekarzem, by móc wyleczyć babcię.

   To emocjonalna, mądrze przekazana, w ciekawej szacie graficznej, nie tylko książka dla dzieci, ale również dla dorosłych. Podpowiadająca, jak postępować i rozmawiać z dziećmi, gdy w domu pojawi się choroba Alzheimera.

   Nie tylko ona.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla dzieci

Tagi: , ,

Wilczerka – Katherine Rundell

2 listopada 2019

Wilczerka – Katherine Rundell

Przełożyła Paulina Braiter

Ilustracje Gelrev Ongbico

Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 336 stron

Literatura angielska

Czerwony Kapturek napisany na nowo!

   To skojarzenie z klasyczną baśnią było silne, chociaż sam motyw potraktowany przez autorkę bardzo luźno. Tak jakby chciała powiedzieć, że baśnie pochodzą z życia, a ono jest dużo bardziej srogie, bezwzględne, niebezpieczne, brutalne i bolesne niż bajki, podania i legendy. Wydobywa z nich ziarno prawdy i przywraca mu pierwotną wersję. Czerwony Kapturek to nikt inny niż wilczerka, którą tylko czerwona peleryna z aksamitu łączy z baśniową bohaterką.

   Wszystko pozostałe w baśni to patyna ludowych przekazów naszpikowanych zastraszającymi przestrogami dorosłych, by dzieci były grzeczne i siedziały cicho.

   Tak  naprawdę „dawno, dawno temu, będzie ze sto lat, żyła sobie dziewczynka, mroźna i groźna jak burza”. Wilczerka Fieodora reagująca właściwe tylko na Fieo, która nie bała się wilków.

Wręcz przeciwnie, były jej przyjaciółmi i pacjentami. Trafiały do niej te oswajane od szczeniaka przez rosyjską arystokrację dla próżnej chęci podkreślania swojego statusu. Wykorzystane, skrzywdzone, wyrzucane lub podrzucane wilczerce, musiały ponownie nauczyć się żyć w dzikiej naturze.

Wilczerka z ogromną miłością i poświęceniem uczyła ich polowań, odwagi, wycia, walki i nieufności do ludzi. Do pewnego momentu.

   Do dnia, który zmienił jej życie.

   Wilki oskarżone o agresję wobec ludzi, zaczęły być zabijane z rozkazu dowódcy imperialnej armii carskiej, a wilczerzy za udzielanie im pomocy i schronienia, aresztowani. Fieo nie posłuchała zakazu i w efekcie straciła bezpieczny dom i ukochaną matkę. Nie poddając się jednak rozpaczy, wyruszyła na jej poszukiwanie, a jej towarzyszami niebezpiecznych przygód stały się wilki i poznawani w drodze przyjaciele.

   Autorka osadziła akcję w carskiej Rosji pod panowaniem Mikołaja II Romanowa. W gęstych, ośnieżonych lasach budujących niemalże baśniową scenerię dzikiej i przepięknej przyrody, podkreślonej rysunkami i drobną grafiką leśną umieszczaną na brzegach i rogach stron, pokazywała ważność jej roli w sprzyjaniu człowiekowi, jeśli tylko on będzie darzył ją szacunkiem. W życiowych zmaganiach zamiast wrogiem, może stać się przyjacielem. Według Fieo również piękno świata samo w sobie to też towarzysz. Za uszanowanie jej praw potrafi odwdzięczyć się nie tylko dobrocią i lojalnością zwierząt, które symbolizowały wilki, ale także nauką, że strach bywa również niebezpieczny jak nienawiść. To z lęku zabijamy zwierzęta, w których bardziej lubimy ideę o nich (wszak prawie wszyscy lubią zwierzęta!) niż ich realną postać (nie wszyscy przestrzegają ich praw!). I najważniejsze – tych bezcennych wartości nie da się kupić za pieniądze, ponieważ trzeba sobie na nie zasłużyć szlachetnym postępowaniem.

   To opowieść również o sile przyjaźni i współpracy w osiąganiu celów, dzięki którym można dokonać więcej i skuteczniej niż w pojedynkę.

   Również o drzemiącej w dziecku ogromnej sile.

   Autorka, czyniąc zdolną do wielkich i odważnych czynów zaledwie dwunastoletnią dziewczynkę, pokazała, że dzieci mają prawo do głosu. Do wyrażania własnego zdania i myśli. Fieo wyraźnie przypominała o tym słowami – Dorośli chcą, żebyśmy siedzieli cicho, żebyśmy uważali. Ale mamy prawo walczyć o świat, w którym chcemy żyć, i nikt nie może nam mówić, żebyśmy byli rozsądni i bezpieczni.

   Wszakże przecież tego ostatniego uczą baśnie i bajki swoimi dydaktycznymi morałami!

   To rewolucyjne, rewelacyjne i jakże odmienne podejście w tłumaczeniu przez autorkę otaczającej dziecko rzeczywistości, wykorzystuje siłę uczuć, zamiast je tłumić do bycia grzecznym i biernym. Jedną z nich jest miłość do matki dającą niezłomną odwagę do działania i walki o siebie i przyjaciół, którymi są również zwierzęta i natura. Do walki o przyszłość stanu środowiska, którego są dziedzicami, więc mają prawo do stanowienia o jego kształcie.

   To kolejna, poznana przeze mnie po Dachołazach, mądra powieść autorki dla dzieci, która potrafi w piękny, emocjonalny, również bolesny sposób (jak samo życie!) ukazać wewnętrzny świat dziecka starającego się radzić z otaczającą go rzeczywistością, kształtowaną (nie zawsze mądrze!) przez dorosłych. Dla mnie stała się literackim odpowiednikiem psychoanalityka Bruna Bettelheima, który dorosłym tłumaczy cudowność i pożyteczność baśni.

   Autorka tłumaczy je dzieciom.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla dzieci

Tagi: ,

Institor – Adam Lard

1 listopada 2019

Institor: Kto pierwszy podpali stos… – Adam Lard

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2017 , 592 strony

Literatura polska

   Wydawałoby się, że to powieść tylko historyczna.

   Oto jedna z ważniejszych osób Kościoła katolickiego z przełomu średniowiecza i renesansu. Niemiecki dominikanin, inkwizytor, który przyjął zlatynizowaną wersję swojego nazwiska – Institor. Człowiek, który sam decydował, kto jest, a kto nie jest heretykiem, który sam sądził i skazywał. Wielki i sławny Heinrich Kramer, przed którym papieże uchylali drzwi, gdy tego żądał, a inni z ulgą zamykali, gdy opuszczał domostwa, kościoły i pałace, nie znajdując win ani dowodów oskarżenia.

Przede wszystkim jednak współautor dzieła, które wydawane jest do dzisiaj, a w Internecie można przeczytać w oryginale jego zdygitalizowaną wersjęMalleus maleficarum czyli  Młot na czarownice. Również główny bohater części historycznej opowieści, który postanowił prowadzić dziennik ukazujący jego pełne oblicze.

Oprócz myśli i cytatów, zaczerpniętych prosto z autorskiej księgi i otwierających zapisy datowane cyframi rzymskimi, na temat tego, którego imienia nie chciał wymieniać, tak było mu wstrętne, sporo miejsca poświęcał kobiecie.  Istocie pośredniej, której przystoi jedynie szata żałobna. Błąd natury posiadający jedynie zdolności rozrodcze i przeznaczony głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn. W swoim jednoznacznym osądzie posiłkował się poglądami chrześcijańskich myślicieli i świętych – Augustyna, Tomasza z Akwinu czy Jana Chryzostoma.

   W dwóch słowach – diabeł wcielony!

   Dlatego postanowił poświecić żywot swój wypaleniu ogniem zła pośród ludzi. Dziennik jednak ukazywał również nieoficjalną sylwetkę człowieka uwikłanego w sytuacje, które wielkością grzechu i herezją znacznie przewyższały skazywane „czarownice”. Institor toczył dwie wojny – oficjalną w imieniu Kościoła katolickiego i prywatną przeciwko kobietom, z których jedna podstępnie śmiała mu się podobać i „pozwolić” zgwałcić.

   Można też odebrać tę powieść jako kryminalno-sensacyjną.

   Ten charakter nadawała druga warstwa opowiadana naprzemiennie z historyczną, której akcja toczyła się we współczesnym Lyonie. Jej główny bohater Jan, przyjechał z Czech, by napisać książkę o Institorze. W trakcie poszukiwań źródeł wiedzy i dziennika inkwizytora  został uwikłany w ciąg wydarzeń, których sens zaczął mu umykać, a jego poszukiwanie z czasem doprowadziło go do absurdu. Mogłam jedynie domyślać się, że ostatecznie do obłędu.

   Obłędu wojny, której obaj byli symbolami.

   Zarówno Institor jako prowadzący ją z „wrogami” Kościoła katolickiego (nawet nie wiary jako takiej), jak i Jan jako jej ofiary. Autor w warstwę fabuły współczesnej wpisał dramat wzorowany na greckim, w całości dołączony do powieści, pokazujący wojnę jako absurd gry zaciemniający rzeczywistego naszego wroga.

   Nas samych.

   Nasze idee, religie i ideologie tworzone z nicości wyobraźni, a nie nauki, to tylko zniewalające narzędzia do osiągania własnych, osobistych, instytucjonalnych, społecznych czy politycznych celów.

Stosy dosłowne, których ryciny ilustrowały tekst w książce, i te metaforyczne to tylko opresyjne metody utwierdzania posiadanej władzy i rozszerzania jej na nowe obszary działalności człowieka. Natomiast walka prowadzona za ich pomocą to cicha, pełzająca, transparentna wojna prowadzona przez wieki, która pochłonęła i nadal pochłania miliardy istnień ludzkich. Niewinnych! Przewyższająca swoim żniwem wszystkie wojny militarne razem wzięte z zarazami i ludobójstwem włącznie. I nie mam tutaj na myśli tylko unicestwienia fizycznego, ale dużo bardziej dotkliwe, bo umysłowe. Jej efektem jest bezwolne, bezrefleksyjne, bezrozumne myślenie magiczne.

   Komuniści mieli inną nazwę – opium dla ludu.

   Czy my, ludzie współcześni, wierzący, nadal jesteśmy na haju zabobonów, jak za czasów średniowiecza? Nadal pozawalamy sobą kierować i siebie zastraszać przez współczesnych inkwizytorów? Nadal polujemy na „czarownice”? Czy Biblia to młot na nie? I najważniejsze pytanie zadane w podtytule – kto pierwszy podpali stos? Na te pytania każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Uprzedzam jednak, że nie będzie łatwo, ponieważ argumenty, które przytacza autor ustami swoich bohaterów są bardzo mocne.

   Posiadają siłę burzenia podstaw wiary w Boga.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Institor [Adam Lard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Malleus Maleficarum z 1496 roku, inkunabuł współczesny Institorowi.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: , , ,

On cię okłamuje – Amanda Reynolds

27 października 2019

On cię okłamuje – Amanda Reynolds

Przełożył Ryszard Oślizło

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 296 stron

Literatura angielska

   Świetny dramat psychologiczny czy thriller?

Myślę, że na pograniczu obu odbierałam tę mroczną historię. Rozpisaną na trzy, naprzemienne głosy – Jess, Karen i jej męża Marka. Na subiektywne relacje trzech, głównych bohaterów, wokół których tłoczyły się pozostałe postacie. Silnie spolaryzowane na dwa, wrogie sobie obozy. Tych, którzy wierzyli mężowi Karen i tych, którzy przyznawali rację Jess, jako ofierze zdarzeń sprzed dziesięciu lat. Wówczas szesnastoletniej. Po tym traumatycznym wydarzeniu nastolatka wyjechała z rodzinnej wsi do Londynu, odcinając się od bolesnej przeszłości.

   Przeszłość jednak nie zapomniała o niej.

   Uderzyła w nią z całą mocą w chwili, kiedy już jako dwudziestosześciolatka, po dekadzie nieobecności, ponownie pojawiła się we wsi. Musiała wrócić. Właśnie zmarła jej matka.

   Od tego momentu napięcie nieustannie rosło.

   Przede wszystkim w sferze emocjonalnej wszystkich mieszkańców ( mojej również!), w których obudziły się uśpione krzywdy, niesprawiedliwości, żale i nienawiść. Jess widziała to w śledzących ją spojrzeniach, słyszała w komentarzach, a z czasem w wyrażanych wprost atakach werbalnych i fizycznych zachowaniach agresywnych. Nie wiedziałam, kto ma rację? Komu wierzyć? Po czyjej stronie stać?

   Nie znałam prawdy.

   Całej prawdy. Musiałam do niej dotrzeć samodzielnie. Wysłuchać świadków i uczestników przeszłych zdarzeń. Autorka oddała mi do dyspozycji głosy obu kobiet i mężczyzny, którzy opowiadali swoją, intymną wersję wydarzeń. Dodatkowo udostępniła mi transkrypcję z sesji superwizji z Jess.

   Nie było łatwo!

   Trudno było mi wyłuskać prawdę z gąszczu mnożących się tajemnic, sekretów, zatajonych faktów i kłamstw uznanych za prawdę.

Fabuła zbudowana na fundamencie tej myśli, czyniła z tej powieści dramat w kilku odsłonach dotykający i niszczący psychicznie swoim tragizmem wszystkich bohaterów. Trudność wyłonienia obiektywnej prawdy polegała na składaniu jej z cząstek subiektywnych półprawd. Zwłaszcza że pojawiające się wątki wprawdzie wiele wyjaśniały, ale też bardziej komplikowały sytuację i relacje wszystkich osób zaangażowanych w spór. Rozjaśniając, paradoksalnie zaciemniały powstający obraz. Stawiały bohaterów przed wyborem między złem i mniejszym złem, między ukochaną a siostrą, między sobą a rodziną. Wprawdzie znalazłam odpowiedzi na stawiane sobie pytania, których ilość w miarę czytania rosła lawinowo, ale nie podjęłam się oceny postaw i zachowań bohaterów. Wiedziałam tylko, jak powinni postąpić, jak nie postąpili i jakie tego ostatniego ponieśli konsekwencje.

   Dokładnie na tym polegał ich dramat – nie mogli cofnąć czasu, by naprawić wyrządzone zło.

   Opowieść-przestroga przed uleganiem emocjom i ponoszeniu tego skutków, ale i byciu odpowiedzialnym, za przekraczanie granic nieprzekraczalnych. Zwłaszcza między dorosłymi a nastolatkami w sferze seksu. A szczególnie między nauczycielem/wychowawcą a ich podopiecznymi.

   Tę mądrą historię polecam szczególnie wszystkim pracującym z młodzieżą.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: ,