Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Siła empatii – Helen Riess, Liz Neporent

8 grudnia 2019

Siła empatii: 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje – Helen Riess  wraz z Liz Neporent

Przełożyła Marta Komorowska

Wydawnictwo Samo Sedno , 2019 , 236 stron

Literatura amerykańska

   Zwrot w psychologii!

   Chociaż byliby i tacy, którzy powiedzieliby więcej – rewolucja! Zwłaszcza że wyniki badań autorki dr Helen Riess, psychiatry i profesor Harvard Medical School w USA, mogą być remedium na problemy współczesnego świata. Profesor kliniczny i psychiatra Daniel J. Segiel mówi wręcz – Dar dla ludzkości, który pojawił się w samą porę. Pierwszym krokiem w przecieraniu szlaków niewiedzy to udowodnione przez autorkę założenie, że empatii można nauczyć się. To coś nowego, ponieważ do tej pory sądzono, że rodzimy się z określonym poziomem empatii,  którego nie da się podnieść. Kolejni uznają, że empatii należy nauczyć się w dzieciństwie. A jeszcze inni stanowczo oświadczają, że empatii nie da się nauczyć.

   Da się! – twierdzi autorka.

   I ma na to niezbite dowody w postaci wyników wieloletnich badań prowadzonych wśród personelu ochrony zdrowia. Drugi krok to szkolenia ludzi w zawodach, w których empatia jest wskazana jako ważny czynnik podnoszący efekty pracy – lekarze, pielęgniarki, pedagodzy, politycy czy liderzy grup. W tym celu opracowała siedem zasad tworzących narzędzie pod nazwą:

   E.M.P.A.T.H.Y. ®

   To chroniony prawnie akronim z ukrytymi w nim siedmioma kluczami, które autorka odkryła podczas badań i dopracowała podczas szkoleń. Można je stosować zarówno w życiu prywatnym i intymnym, jak i w pracy zawodowej. Również w działalności społecznej – w polityce i biznesie.

   Mnie najbardziej zaciekawiła edukacja.

   Autorka poświęca korelacji jej z empatią osobny rozdział. Podaje krok po kroku zastosowanie zasad, które wypróbowałam w kontaktach z moją młodzieżą. Jestem zachwycona rezultatami i jednocześnie zaskoczona prostotą korzystania z nich. Wystarczy zapamiętać i trzymać się procedury stosowania kluczy, a młody człowiek otwiera się, jak dobrze naoliwiony zamek i chłonie, jak sucha gąbka. W ogólnym sensie można ich stosowanie i efekty sprowadzić do fundamentalnej w pedagogice myśli Janusza Korczaka – widzieć w dziecku człowieka. Autorka pokazuje, jak to zrobić i daje ku temu praktyczne narzędzie. Pomaga przejść najtrudniejszą drogę – od przekonania do działania. Nie ma sensu pisać, na czym ono polega, ponieważ jej publikacja nie jest poradnikiem, dlatego więcej pożytku i przyjemności odkrywania nowego w psychologii przyniesie osobista lektura teorii autorki popartej przykładami z własnej praktyki zawodowej.

   Autorka nie ogranicza się tylko do analizy swojej teorii.

   Obala mity pokutujące w nauce. Chociażby ten mówiący o pojawianiu się empatii w wieku 8-9 lat. Dokładnie tego mnie uczono na zajęciach z psychologii rozwojowej dziecka. Autorka poprawia ten błąd mówiąc, że empatia pojawia się już u dziecka rocznego (sic!). Ta wiedza ma kolosalne znaczenie dla rodziców i pedagogów wychowujących dzieci i młodzież. Kolejny mit obaliła w rozwoju czytelniczym mającym ogromne znaczenie w edukacji czytelniczej. Do tej książki myślałam, że nieważne, co czyta się. Ważne, że w ogóle czyta się. Mój minimalizm wynikał z niskiego poziomu czytelnictwa Polaków i przekonania, że każde słowo czytane jest zbawienne dla rozwoju człowieka.

   Okazuje się, że nic bardziej mylnego.

   Autorka ustaliła, że rodzaj wybieranej literatury, czyli sposób opowiadania historii, ma wpływ na rozwój konkretnej inteligencji. Na inteligencję emocjonalną poprzez rozwój empatii ma wpływ w najbardziej znaczącym stopniu beletrystyka. W powieściach sensacyjnych i przygodowych ma to miejsce w znacznie mniejszym stopniu. W przypadku osób, które zapoznawały się z literaturą popularną (…) lub nie czytały nic, liczba punktów zdobytych w skali empatii nie rosła. W tym kontekście popularność literatury popularnej (przez niektórych zwanej kobiecą) nie powinna cieszyć. To wiele tłumaczy, dlaczego oczytany człowiek może mieć wysoki stopień inteligencji intelektualnej, ale bardzo niski społecznej czy emocjonalnej. Niektórzy takie osoby określają mianem „inteligentny cham”. W analogiczny sposób autorka tłumaczy wiele innych zjawisk społecznych i kulturowych. Tych negatywnych jak: rasizm, psychopatia, nacjonalizm, manipulacje polityczne i wiele innych. W tych ostatnich posłużyła się analizą braku empatii i jej nadużywania podczas wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku zakończone zwycięstwem Donalda Trumpa. Również zjawisk pozytywnych jak odwaga, altruizm czy szlachetne zachowania. To po tych ostatnich poznajemy ludzi z wysokim stopniem empatii, a które uwielbiamy sobie stawiać za wzór. Niestety, częściej tylko stawiać. Zwraca również uwagę na negatywny wpływ rozwoju technologii w kształtowaniu empatii – rozwój lub częściej zanik, co ostatecznie przekłada się na coraz słabszą kondycję psychiczną społeczeństwa.

   Posuwa się nawet do postawienia alarmującej prognozy.

   Stanowczo twierdzi – Jedno jest pewne: bez rozszerzenia empatii na wszystkich ludzi cywilizacja w obecnym kształcie nie przetrwa. I podaje remedium.

   Sztuka i literatura.

   Te dziedziny kształtujące kompetencje miękkie, które są systemowo i konsekwentnie w edukacji polskiej spychane na margines lub pomijane zupełnie. Właściwie tę część książki przykryję kirem braku komentarza, bo musiałabym zacząć ciężko grzeszyć.

   I najważniejsze!

   Zanim zaczniemy zmieniać świat i obdarzać go empatią, musimy zacząć od siebie. Autorka mówi wprost – musisz wejść we własne buty i spojrzeć na siebie ze współczującej perspektywy. Tylko praktykowanie empatii wobec samych siebie i innych opartej na siedmiu kluczach daje nadzieję na ukształtowanie życzliwszego społeczeństwa, dyskursu pełnego szacunku i zrozumienia oraz bardziej ludzkiego świata.

   Wystarczy sięgnąć po te siedem kluczy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Becoming: dziennik – Michelle Obama

7 grudnia 2019

Becoming: dziennik motywacyjny, który pozwoli ci odnaleźć swój głos – Michelle Obama

Przełożył Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora , 2019 , 206 stron

Literatura amerykańska

   Jak zwykle!

   Michelle Obama zaangażowana na maksa. Zdążyła mnie do tego przyzwyczaić przez lata kadencji jako prezydentowa USA. Jeśli coś robiła, to solidnie, przemyślanie i z myślą o najsłabszych.

   Tak jest również z autobiografią Becoming.

   O stawaniu się jako ewolucji, ciągłemu zmierzaniu ku własnej, lepszej naturze. O budzeniu się z marazmu. O wzmacnianiu wiary we własne siły. Nie pozostawiła jednak swoich przebudzonych czytelniczek samym sobie. Miała świadomość, że nie każda z nich będzie miała odwagę rzucić się w wir życia, by zmieniając siebie, zmieniać rzeczywistość wokół na lepsze.

   Postanowiła tym kobietom pomóc.

   Ponownie wyciągnęła dłoń w postaci kolejnej publikacji. Bardzo ciekawej pod względem formy. To interaktywny przewodnik w postaci dziennika. We wstępie do niego przyznała się do jednej rzeczy – Z perspektywy lat żałuję, że nie poświęciłam więcej czasu na zapisywanie swoich myśli i uczuć. Dzisiaj wie, że nie musimy wszystkiego pamiętać, ale to, co pamiętamy, jest cenne.

   Dziennik ma być tą pamięcią.

   Tym przerażonym, że nie podołają, nie potrafią, nie mają o czym i nie poradzą sobie, podsuwa kilka motywujących zachęt – Nie musisz pisać wierszem, ani czekać na olśnienie, które trafi cię jak grom z jasnego nieba. Nie musisz pisać codziennie i z pewnością nie musi temu towarzyszyć poczucie, że masz do powiedzenia coś szczególnie ważnego. Wystarczy, że opiszesz jakąś zwykłą rzecz, taką jak chrobot skrobaczki na szybie samochodu w mroźny poranek. To dlatego miejsca na wpisanie dat pozostawia puste, a pod nimi widnieją inicjujące pytania.

Ich tematyka jest przebogata i różnorodna, od tych dotyczących rzeczy pozornie błahych, jak ulubiona muzyka czy ubiór, po te ważne społecznie, do udziału w których zachęca. Mnie najbardziej podobały się pytania dotyczące dzieciństwa i przeszłości. Zmuszające do wspomnień i refleksji, by uświadomić sobie, co lub kto mnie ukształtował taką, jaką jestem dzisiaj. Wszystkie są po to, by przeanalizować siebie, zastanowić się nad sobą, swoim położeniem i dotychczasowym działaniem lub jego brakiem, nad swoimi możliwościami, które mają moc stawania się.

   Zmotywują do zmiany i usłyszenia siebie.

   Od czasu do czasu między strony dziennika wkładała własne myśli motywujące.

Kierując czytelniczką, stale nawiązuje dialog. Jeśli wymaga odpowiedzi lub innej reakcji, rewanżuje się przykładem z własnego życia. Dzięki temu tworzy intymną relację, ukazując obraz samej siebie – kobiety zwykłej, która ma swoją playlistę, ulubione smaki i sukienki, ale i poglądy. Nierzadko wahania i pytania bez odpowiedzi.

Mnie najbardziej zaciekawiło wyznanie czytelnicze.

Dzięki Czytaj jak profesor, wiem dlaczego Pieśni Salomonowe, rekomendowana pozycja przez Thomasa C. Fostera jako „musisz przeczytać”, tak bardzo ją zachwyciła i rozpoczęła piękny proces rozwoju czytelniczego.

   Propozycja prowadzenia dziennika w takiej formie ma jeszcze jeden cel.

   Zachowanie tych aspektów własnego „ja”, o których z biegiem lat zapomina się. Ten dziennik pomoże je przypomnieć i ocenić z zupełnie innej perspektywy.

   Zapamiętać także osobiste, przeszłe historie.

   Ważne, mimo upływu czasu, zawarte w nich emocje, myśli i przeżycia. Pisanie pozwoli ci lepiej przeżywać różne wydarzenia, rozumieć świat, rozwijać się – oraz pamiętać. – zapewnia Michelle. Według niej to prawdopodobnie najważniejsza część procesu stawania się.

   Dziennik w pięknej, ascetycznej, pastelowej oprawie graficznej, z tasiemką do przekładania kartek, można łatwo spersonalizować, usuwając banderolę i wpisując imię oraz nazwisko na przygotowanej do tego, pierwszej stronie. Wydawca zadbał również o to, by cały aparat informacyjny książki dyskretnie umieścić na ostatniej kartce trzonu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: ,

Płuczki – Paweł Piotr Reszka

1 grudnia 2019

Płuczki: poszukiwacze żydowskiego złota – Paweł Piotr Reszka

Wydawnictwo Agora , 2019 , 240 stron

Literatura polska

   Jest złoto, to trzeba wykopać, bo jak ja nie wykopię, to wykopie ktoś inny.

   Bardzo logiczna myśl. Jednak robi się ona bardziej pokrętna, gdy poszerzymy ją o miejsca tego kopania – tereny byłych niemieckich obozów koncentracyjnych w Bełżcu i Sobiborze. Wtedy nasuwają się wątpliwości i pytania o moralną stronę tych działań. Autor rozmawiając o masowym rozkopywaniu terenów obozowych z uczestnikami, świadkami i ich potomkami, szukał odpowiedzi na kilka pytań. Jak to możliwe, że nie wiąże grzebania w kościach ze znieważeniem? Jak można trzymać w dłoni, nad grobem kawałek metalu z ludzkiej szczęki i nie łączyć go z człowiekiem?

   Próbował połączyć bieguny wyraźnego dysonansu między czynem a przekonaniem.

   Prawie wszyscy rozmówcy podkreślali swoją religijność. Niemalże każdą wypowiedź kończyli zapewnieniami, że tu w ogóle są ludzie religijni, że jestem osobą wierzącą, mój mąż był chrześcijaninem, księdza przyjmowaliśmy, dzieci chrzciliśmy i że ja nie wierzę w to, żeby Pan Bóg karał za to, że ktoś poszedł na getto, znalazł złota, kupił dzieciom chleba czy jakieś kiełbasy. Nie wierzę.

   I ci „wierzący” chrześcijanie szli na miejsce pochówku i bezcześcili zwłoki ludzkie.

   Stworzyli wręcz system wykopek, wykorzystując do tego celu specjalne narzędzia – rafy (sita do przesiewania kości) i miejsca – płuczki do wypłukiwania złota ze szczątków ludzkich. Oszczędzę makabrycznych widoków, które autor opisał dosyć szczegółowo. Nie będę epatować grozą i obrzydzeniem, które bardzo obciążały mnie emocjonalnie, bo chciałabym się skupić bardziej na poszukiwaniu przyczyn albo źródła zagubienia człowieczeństwa w tym procederze.

   Pozornie sumienia w nim nie było.

   Wczytując się jednak uważnie w wypowiedzi rozmówców, wiele z nich wskazywało na to, że bardzo dobrze odróżniali zło od dobra. To ostatnie tłumili chęcią zysku dyktowaną chciwością, przykrywając go całunem racjonalizacji, by pogrzebać prawdę. Autorowi udało się te elementy świetnie wyłapać.

   To był między innymi kryptojęzyk.

   Pomagał im ukryć prawdziwą naturę rzeczy. Pełen eufemizmów pozwalał działanie niemoralne obrócić w działania neutralne. Grzebanie w spalonych szczątkach ludzkich to było „przeszukiwanie żużlu”. Pokłady spalonych ciał to obiecujące „warstwy złotonośne”. Rozdrabnianie łopatą zwłok nazywali „cięciem rąbanki”, a ludzi bezczeszczących miejsce pochówku – „kopaczami”, „górnikami”, „poszukiwaczami” albo „tchórzami”, za którymi snuł się odór rozkopanych mogił. Iluzję odmiennie pojmowanej uczciwości podtrzymywali zasadą nieposzukiwania złota w niedzielę, bo w święto, jak można? Wątpliwości, że może to grzech, rozwiewali zapewnieniami, że jak one już były martwe, a tu bida była, to nie jest grzech”. Tę „bidę” też skrupulatnie wykorzystywali w roli tarczy przed tymi, którzy mówili wprost – Chodzili tam z chęci zysku, chęci wzbogacenia się, a nie z biedy. Takiego wielkiego głodu na wsi nie było. I faktycznie, przyznawali się, na co przeznaczali te pieniądze – alkohol, ubrania, doraźne przyjemności, wesele, remont lub budowa domu. Aurę „krwawego pieniądza” neutralizowali wymianą na ten pochodzący z uczciwie zarobionego. Wiarę w fatum podążającym za zrabowanym złotem odpokutowywali nieszczęściami nawiedzającymi wieś, przyjmując je jako karę za winy. Własne uczynki wybielali usprawiedliwieniami, że to kopanie, to i tak nie pomogło ani nie zaszkodziło temu umarłemu. Nic złego nikt nie robił. To, com znalazł, to by i tak przepadło. Stosowali także kontrastujące stopniowanie ciężaru uczynku, bo w ziemi znajdziesz albo tak gdzieś, to co innego. Ale całe trupy przewracać?! A poza tym to wina Niemców, którzy spowodowali zezwierzęcenie Polaków i urzędników, którzy nie postawili tabliczki zakazującej kopania.

   Smród poczucia winy i świadomości tego, że postępowali źle, ciągnął się z kartki na kartkę tak samo, jak odór rozkopywanych grobów.

   Reportaż autora to kolejny etap w odkrywaniu niechlubnej przeszłości Polaków w dążeniu do prawdy. Świadomość tego już jest, o czym świadczą słowa archeologa pracującego na terenie obozu Sobibór – każdy naród, społeczeństwo ma swoje jasne i ciemne karty. Nie można udawać, że jest się tylko ofiarą. Dokładnie o to chodziło Janowi Tomaszowi Grossowi, kiedy opublikował Strach. Reportaż autora już nie musi przedzierać się przez falę nienawiści, jaką zebrał J. T. Gross. Mógł skupić się na analizie samego zjawiska procederu. Przy okazji rozwikłał niejasną historię zdjęcia i manipulacje komunistów przy nim, które zainspirowało J. T. Grossa do napisania Złotych żniw pokazujących „płuczki” w Treblince.

   Reportaż autora przede wszystkim przywraca człowieczeństwo zamordowanym Żydom.

   To dlatego rozpoczyna go od swoistych wypominek zmarłych, nadając im imiona i nazwiska, a terenowi pochówku status cmentarza. Czyni to, co powinno zaistnieć od początku. Po to, by nie powtórzyło się w przyszłości. Wiem, brzmi jak truizm, ale rozglądając się wokół, mam wrażenie, że podwójna moralność nadal dobrze prosperuje, tyle że w innych sferach życia społecznego i człowieczego. To temat wbrew pozorom nadal aktualny. Wręcz ponadczasowy.

Smutne, jak cienka jest warstwa człowieczego gorsetu moralności.               

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zachęcam do wysłuchania spotkania z autorem książki, które poprowadził Mariusz Szczygieł.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , , ,

Kobieta z blizną – Katarzyna Dacyszyn , Irena A. Stanisławska

30 listopada 2019

Kobieta z blizną: o powrocie do życia po oblaniu kwasem przez stalkera – Katarzyna Dacyszyn w rozmowie z Ireną A. Stanisławską

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 256 stron

Literatura polska

   Która z kobiet nie chciała być ładną?

   To pytanie retoryczne, bo na etapie dorastania niemalże każda nastolatka czuła taką potrzebę, posiadała takie marzenie, a nawet pragnienie, które realizowała w dorosłości, poddając się operacjom plastycznym. Nic w tym złego, bo we współczesnym świecie powszechnego konsumpcjonizmu uroda to dar przynoszący korzyści. Wiele ułatwia i wiele załatwia. Niebezpiecznym jest tylko to, że mało kto pamięta o jej mrocznej stronie.

   Że uroda to również przekleństwo.

   Obu jej skrajnych wymiarów doświadczyła autorka tych wspomnień przywołanych w formie rozmowy. Dzięki nieprzeciętnej urodzie mogła wejść do świata modelingu. Szybko znaleźć partnera. Miała więc wszystko, o czym marzy każda dziewczyna na progu dorosłości – urodę, chłopaka i dobrze płatną pracę, w której się realizowała.

   Gratis do pakietu szczęścia – „diabła stróża”.

   Tak siebie nazywał stalker Robert W., który uosabiał tutaj ciemną stronę urody. Na dodatek okazał się jednym z tych na kilku innych mężczyzn, u którego biegli psychiatrzy stwierdzili wysoką inteligencję połączoną z zaburzeniami osobowości. Mężczyzną, który nie pogodził się z odrzuceniem, a negacja jego zachowań ze strony kobiety eskalowała z jego strony patologią działań. Kierował się tylko jedną myślą – skoro nie będziesz moja, to nie będziesz niczyja, doprowadzę cię do szaleństwa i sama się zniszczysz. I doprowadzał agresywnymi komentarzami, zastraszaniem i śledzeniem, nasilającymi się w miarę upływu czasu. Stalking trwał jedenaście lat i zakończył się tragicznie.

   Autorka została oblana kwasem siarkowym o stężeniu 87%.

   Poparzenie chemiczne objęło twarz, głowę, szyję, klatkę piersiową, tułów, powłoki brzuszne i prawe ramię w stopniu drugim, trzecim i czwartym czyli do kości. Ze szczególną uwagą śledziłam jej wspomnienia sprzed, w trakcie i po ataku, szukając odpowiedzi na jedno nurtujące mnie pytanie – w którym momencie popełniła błąd? Nie znalazłam ani odpowiedzi, ani błędu. Od początku, od pierwszej wiadomości pozostawionej na fejsbukowym profilu, reagowała negatywnie, zgłaszała na policji, prosiła o pomoc rodzinę oraz przyjaciół i wreszcie wytoczyła sprawę sądową o nękanie.

   Z góry była na przegranej pozycji w tym starciu.

   Rok 2010 to czas, w którym w prawie polskim nie figurowało pojęcie stalking, znajoma widziała w zachowaniu agresora romantyzm, policja zalecała ucieczkę, a w budynku sądu upośledzony system bezpieczeństwa umożliwił napastnikowi atak. Wszystko sprzyjało sprawcy, a jedyną „winą”ofiary było asertywne zachowanie i uroda.

   Czy zniszczona?

   Wątpię. Przyglądając się temu zdjęciu, występowi na pokazie autorskiej kolekcji bielizny,

i instagramowym ujęciom widzę nadal piękną kobietę. Trzeba dobrze przyjrzeć się, by zobaczyć ślady dramatu i wysłuchać jej opowieści, by zobaczyć blizny wewnętrzne. To efekt, który zawdzięcza nie tylko lekarzom, ale przede wszystkim sobie. Widziałam to w piekielnie bolesnym procesie kolejnych operacji, przeszczepów, powikłań i procesie gojenia się.

   Ciała i duszy.

   Podnoszenia się z dna depresji, wychodzenia z traumy i wchodzenia ponownie w życie. W tym zakresie to terapeutyczna opowieść dla wszystkich, którzy z różnych powodów uczą się żyć na nowo. Każda jej myśl, każde zdanie dawało moc wiary w siebie i popychało życzliwie, ze zrozumieniem, do przodu. Pokazała skąd czerpać siły do działania. Pomagała odkryć, jak obcowanie z bólem, ze śmiercią, z przemijaniem, sprawia, że czujesz, jak doświadczasz życia. Już nie unosisz się lekko nad ziemią, tylko szorujesz po niej gębą.

   A mimo to…

   Musiało paść w tej rozmowie pytanie ze strony współrozmówczyni, którego nie cierpię – Nigdy nie pomyślałaś, że w jakiś sposób sprowokowałaś tego czlowieka? To typowo tendencyjne pytanie czyniące ofiarę z kata i pokazujące nadal powszechne w społeczeństwie seksistowskie nastawienie. Pomimo silnej kampanii #MeToo (#Ja Też), którą rozpoczęła Rose McGowan (Odważna) nadal potrzebujemy takich pozycji, ponieważ nadal żyjemy w kulturze pustych opakowań, która nie ceni zawartości, a ci, którzy powinni stać na straży bezpieczeństwa każdego człowieka bez względu na płeć – zawiedli. To kolejny, ważny wymiar tej historii, w której zostały opisane służby powołane do ochrony obywatela – sądownictwo, pogotowie ratunkowe, lekarze, policja, a nawet media. Świadectwo wystawione przez autorkę nie jest najlepsze. Pokazała upośledzenie systemu pomocy i ochrony bezpieczeństwa, w którym zwiodło Państwo, ale nie zawiedli ludzie – aniołowie-stróże. Przy okazji podzieliła się praktycznymi radami i wskazówkami, jak zachować się w podobnej sytuacji, podkreślając, że najwięcej zależy od nas samych. Naszej trzeźwości umysłu, wewnętrznej siły, przedsiębiorczości i uporu.

   Bo my też możemy stać się ofiarą.

   Dlatego niech ta książka będzie wsparciem dla tych, którzy go potrzebują, by przechodząc swoje dramaty, wiedzieli w chwilach zwątpienia, że każdy ból ma swój kres i jest lekcją, która kryje jakiś cel. Niech poruszy publicznie kwestię bezdusznego systemu prawa, w którym często ofiara jest wtórnie wiktymizowana ze względu na sposób egzekwowania przepisów.

   Przede wszystkim po to została napisana.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: ,

Czytaj jak profesor – Thomas C. Foster

24 listopada 2019

Czytaj jak profesor: nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami – Thomas C. Foster

Przełożyły Elżbieta Janota, Paulina Rzymanek

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 422 strony

Literatura amerykańska

   Jupi! Jupi! Nareszcie!

   Jest! Z tej radości miałam ochotę całować każdy jej róg i kartkę z osobna. Oto amerykańska biblia czytelnika zawędrowała w końcu pod polskie strzechy! Elementarz wiedzy (dla autora czytelnicza gramatyka) dla czytelnika (czytającego nie tylko książki, ale o tym później), który chce wiedzieć więcej i odpowiedzieć z sensem na pytanie-zmorę z lat licealnych – co poeta miał na myśli? Często cytowane ironiczne, tutaj nabrało głębi i poszerzenia o osobę odczytującą, bo nie powstała po to, by odczytywać tylko przesłanie pisarzy. Przede wszystkim autor chciał pomóc swoim studentom z długą przerwą w nauce. Jego publikacja okazała się tak dobra i pożyteczna, że nauczyciele szkół średnich zaczęli zadawać ją swoim uczniom, jako wakacyjną lekturę. Przynosiła tak efektywne rezultaty, wywołując szum wokół siebie, że jedna z uczennic zapytała – Nie rozumiem, o co to wielkie halo. Wszystkiego, o czym mowa w pańskiej książce, dowiedziałam się na początku liceum. Pozazdrościłam takiego kreatywnego, wspierającego nauczania i zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno i żal mojej młodzieży, bo obserwuję nauczanie odtwórcze w polskiej szkole na co dzień. Chciałabym, żeby dokładnie tak przekazywano w niej wiedzę, jak uczynił to autor w tej książce.

    On w niej nie był nauczycielem!

    Był niczym Sokrates, domagając się odpowiedzi ode mnie. Partnerem wspierającym w poszukiwaniu wniosków, dostarczającym tylko przykładów. Starszym, bardziej doświadczonym czytelnikiem zawodowym, który bez katedry i bariery nauczyciel kontra uczeń, pomagał mi znaleźć metody, jakimi mogę dostarczyć sobie więcej zabawy i przyjemności z czytania.

   To nie były wykłady!

   On ze mną przyjaźnie dyskutował na konkretne tematy. Zadawał pytania, które prawdopodobnie według niego pojawiłyby się z mojej strony. I wiecie co – trafiał celnie! W moje wątpliwości, niepewności, sceptycyzm, odmienne zdanie, obawy czy dociekania. Nawet w moje lęki! Mógł to zrobić dzięki doświadczeniu spotkań z młodzieżą i pracy ze studentami jako wykładowcy na Uniwersytecie Michigan-Flint.  Otrzymywał ich przecież setki tysięcy. Te nasze rozmowy odzwierciedlały tematykę wykładów, tyle że przystosowanych do formy pisemnej, by pokazać kody i schematy pozwalające odczytywać treści. Był przekonany, że czytanie powinno sprawiać radość, że to tak naprawdę forma zabawy.

   Ma dostarczać przede wszystkim przyjemności!

Przekonywał mnie, że im więcej odkryć znaczeń, im głębszy sens i im liczniejsze konotacje, tym więcej przyjemności wychodzenia z ciasnego pokoju na zewnątrz domu – metaforycznie rzecz ujmując. Budował odwagę, by z niego wyjść. Wierzył we mnie i każdego innego czytelnika. Przelewał na mnie swój entuzjazm, doradzając – Gdy czytacie, bądźcie inteligentni, odważni, asertywni, pewni siebie. Wspierał, pisząc – Musicie stać się właścicielami swoich interpretacji. Są wasze. Są wyjątkowe. Nikt na całym świecie nie ma takich samych. Są taką samą częścią was, jak wasze nosy i kciuki. I najważniejsze – Nie wstydźcie się swoich interpretacji i nie przepraszajcie za nie uniżonymi aktami skruchy we wstępnych zwrotach – „to tylko moja opinia, ale…” lub „pewnie się mylę, jednak…” Szkoda, że nie pojawiła się dziesięć lat temu, kiedy, zakładając blog książkowy, tak bardzo nie wierzyłam w siebie, że wychodzenie z szafy i podpisanie go imieniem oraz nazwiskiem zajęło mi prawie tyle samo lat! Jeśli więc ktoś się nad tym nadal zastanawia, to ta pozycja jest dla was.

   Nawet jeśli dopiero zaczynacie przygodę z książką!

Odczytywanie literatury to stałe zadawanie pytania – dlaczego?, zbiór konwencji do omawiania literatury, schematy i prawdy, które autor, niczym pewniki matematyczne, wytłuszczał w druku. Tyle i tylko tyle!

Co ciekawe, w tym ustawianiu mnie w myśleniu i pozytywnym nastawieniu, nie odczuwałam dydaktyzmu, lecz przyjazne ukierunkowywanie na samodzielność w formułowaniu wniosków na podstawie podsuwanych przykładów z literatury powszechnej, ale również i polskiej (za ten ukłon w stronę czytelnika polskiego w wydaniu polskim byłam bardzo wdzięczna), a także filmów, sztuk teatralnych, tekstów piosenek, a nawet kreskówek. Przy autorze wszystko było możliwe i nic nie było pewne. Jedyną granicą, której nie pozwalał przekraczać to tekst.

   Czasami blizna to tylko blizna i nic ponad to! – przestrzegał.

   Nawet nie wiem kiedy i w jaki sposób niezbędne pojęcia, którymi przecież mnie nie zasypywał (takie miałam wrażenie), pozostały w mojej pamięci. Te wszystkie główne tematy i wątki (pory roku, jedzenie, przemoc, wampiryzm, polityka, przemoc, choroba, seks, religia i wiele innych), literackie wzorce i dziedzictwo (mit, baśń, Biblia, szekspirowski dramat), figury retoryczne (rzadko nazywane wprost) i narzędzia narracyjne (symbol, ironia i inne), zakodowałam przy okazji. Przez zabawę do nauki! Muszę dodać, że świetną! Często przeplataną inteligentnym humorem i anegdotami.

   A potem zrobił SPRAWDZIAN!

Otrzymałam krótkie opowiadanie Katherine Mansfield do interpretacji, a potem miałam porównać je z trzema analizami jego studentów i samego autora. Więcej nie zdradzę, żeby nie odebrać niespodzianki innym czytelnikom. Pozostawił mi również swoistą wyprawkę w postaci załącznika z listą książek umożliwiających dalszy rozwój czytelniczy. Dosyć szeroki wachlarz tytułów od Iliady Homera po Dziennik Bridget Jones Helen Fielding. Podał również cztery pozycje z półki – musisz przeczytać! Dwie z nich czytałam – Ulisses Jamesa Joyce’a i Sto lat samotności Gabriela Garcii Márqueza. Już te propozycje wiele mówią, że łatwo nie będzie z pozostałymi (nie, nie, nie ujawnię pozostałych dwóch!), ale według autora dają możliwość spojrzenia na doświadczenie czytelnicze całościowo. Są najlepszym testem na nowe umiejętności i ustalenie etapu nauki, bo, gdy już dowiecie się, czego te cztery powieści mogą was nauczyć, nie będziecie potrzebowali więcej rad. Będziecie czytać jak profesor. Między wierszami.

   Bardzo optymistyczne i motywujące!

   Wyniosłam z tego spotkania tak ogromne wsparcie do dalszych poszukiwań, że postanowiłam sięgnąć po pozycje znane w Polsce, ale które odstręczały mnie dydaktyzmem i nauczaniem z katedry.

Pewnie będzie mi je ciężko czytało się, ale mam w sobie tyle inspiracji, optymizmu, poczucia własnych możliwości otrzymanych od autora, że jestem w stanie przez nie przebrnąć i nie wyjść z nich zniechęcona. I jeszcze jedno ważne przekonanie – książka to wspólnota wyobraźni autora i czytelnika, kiedy jeden kreatywny intelekt nawiązuje kontakt z drugim. Im więcej stycznych, tym większa przyjemność . Nasza osobista, ale niekoniecznie taka sama, jak u innych.  Dlatego twórczość naszej noblistki Olgi Tokarczuk jest nie do przebrnięcia nawet dla ministra kultury, a zachwyci panią Czesię z ulubionej cukierni. Właśnie to jest najpiękniejsze w czytaniu – różnorodność interpretacji i możliwość dialogu między ich autorami w atmosferze szacunku, empatii i odmiennego spojrzenia. Może nauki?

   Wrócę jeszcze do wspomnianego na początku odbiorcy tej książki.    Czasownik „czytaj” nie odnosi się tylko do czytających powieści. Autor obejmuje nim filmy, teksty piosenek, wiersze, sztuki teatralne i każdy inny przekaz, który chcemy odczytać.

   Dlatego ten przewodnik jest dla KAŻDEGO odbiorcy szeroko pojętej kultury.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: , ,

Osobliwe miejsca, które odwiedzasz każdego dnia – Marco Kubiś

23 listopada 2019

Osobliwe miejsca, które odwiedzasz każdego dnia – Marco Kubiś

Wydawnictwo Flow Books , 2019 , 268 stron

Literatura polska

   Ale o co chodzi?!

   Zadałam sobie to pytanie po przeczytaniu bardzo tajemniczego blurba na tylnej okładce, po którym im bardziej wczytywałam się w niego powtórnie, tym mniej wiedziałam.

   Jednym słowem – pogubiłam się!

   I bardzo dobrze – autor na to – bo on od tego jest, żebym się na nowo albo na powrót odnalazła.

   Czasem dobrze się pogubić – brzmiało mieniącymi się fioletem hasło na okładce niczym migający neon. No dobrze. Skoro tak, to wejdę do wielkiej niewiadomej tej książki i przyjrzę się bliżej tym osobliwym miejscom podobno mi znanym, ale oczami autora. Prowadziło do nich siedem ścieżek-rozdziałów.

Każda poprzedzona, jak cała szata graficzna książki, mrocznym rysunkiem. Dla odmiany, żeby bardziej umrocznić, białą kreską na czarnym tle. Tematycznie nawiązującym do treści. A potem usłyszałam:

   No to w drogę!

  Zaraz, zaraz! Jak to w drogę!? Z obcym mężczyzną? W nocy? Bo pierwsza ścieżka prowadziła przez noc, a zapewnienia, że noc jest najlepszą  do spacerów, jakoś mnie ani nie uspokajały, ani nie przekonywały. Zaufałam mu dopiero, kiedy się przedstawił. Okazało się, że już popełnił podobną publikację, ale o koszmarnych istotach. Namnożyły mu się przy okazji tworzenia filmów prezentowanych na kanale YouTube.

Po obejrzeniu jednego z nich, przestałam się dziwić, że koniecznie chciał zobaczyć te osobliwe miejsca, w których żyją. 

   Ja również!

   A poza tym znalazłam punkt wspólny (bo coś musi łączyć podróżników!) – uwielbienie dla kawy. Taka kawa na pierwszą wędrówkę w labiryntach nocy była jak znalazł. Połączyła nas też kreatywność, bo nasza wycieczka w świat wyobraźni  wymagała wyjścia z siebie i poszybowania w kosmos. Dlatego bez sprzeciwu  spełniłam dwa warunki mojego przewodnika – konieczność odłączenia się od świata (bułka z masłem, bo robię to na zawołanie, cudem jeszcze nie wpadając pod samochód) i odłączenie się od mediów społecznościowych i TV. To ostatnie przyszło mi jeszcze łatwiej, bo właśnie upływają dwa lata, jak wyrzuciłam telewizor z domu.  À propos pytania, które słyszę od znajomych – jak się żyje bez telewizora? Dobrze mi się żyje – odpowiadam – mam więcej czasu na istotniejsze rzeczy. Po cichu dodaję – żadne poświęcenie, przecież TV jest w Internecie, za to więcej przestrzeni i powietrza w pokoju!  To tylko kwestia przyzwyczajeń i nawyków. Wracając do podróży.

   Zostaliśmy sami!

   W bardzo osobliwych miejscach napotykanych na drogach prowadzących przez noc, miłość, Internet, myśli, miasto, kreatywność i naszą ukochaną planetę Ziemię. Razem 52 mroczne, niepokojące, zaskakujące, a czasami jak z horroru, miejsca. Dobrze, a momentami aż za dobrze mi znanych, ale odkrytych na nowo, w odmiennej odsłonie. Te bliskie, zaczynające się od własnego łóżka i te dalekie, sięgające Księżyca. Te realne, te wirtualne i te abstrakcyjne. Te istniejące fizycznie i funkcjonujące jako zjawiska lub pojęcia.

   A czasami wszystkie w jednym!

   Najbardziej spodobał mi się Koniec Świata, do którego trafia się ze złamanym sercem. Byłam też w miejscu, które uwielbiam. To Nocna Burza. Nie polubiłam Międzyświata, Krainy Koszmarów, Pieska w Okienku (znam jego przyjemniejszą wersję – Kotek w Okienku) i kilka innych.

   Skąd te moje sympatie i animozje?

   Bo tak naprawdę przyglądałam się sobie. Swoim lękom, strachom, uprzedzeniom, a nawet koszmarom. Moich zaletom i wadom. Autor bazując na człowieczym pociągu do bania się, ubrał w mroczne szaty psychikę człowieka i jej zdolność do odbarwiania i udziwniania rzeczywistości. Do widzenia jej przez pryzmat barier, schematów, murów, uwarunkowań dyktowanych przez współczesny, wszechobecny konsumpcjonizm i egoizm. Chciał stworzyć swoisty przewodnik dla pogubionych w takim życiu – szarym i zatrważającym.  Po co? Po to by docenić ich mroczne piękno. Wlać kolory do tej szarości, a z miejsc koszmarnych wychodzić z optymizmem. Docenić dualizm wszystkiego, co nas spotyka. Nawet zło, które po coś jest. Dlatego najlepiej powoli dawkować sobie zawartość, by móc każdy rozdział przemyśleć. Może nawet odwiedzić fizycznie?

   Chyba!

   Tego ostatniego słowa autor używał niczym drążek balansu w rękach człowieka kroczącego po cienkiej linie między dwiema wersjami jednego osobliwego miejsca. Chciał, żeby ono miało zawsze podwójny wymiar. Żeby dostrzegać w nim obie strony, a nie tylko jedną. Widzieć magię w codzienności. Realną cudowność!

   Chyba!

   Na końcu książki autor pozostawił miejsce na narysowanie mojego osobliwego miejsca i trzy wskazówki na wypadek ewentualnych problemów z rozruszaniem wyobraźni. Mam to szczęście, że moje fizyczne, osobliwe miejsce łączy w sobie wszystko to, co napisał autor, a najlepsza w tym wszystkim jest możliwość przebywania w nim pięć razy w tygodniu po 7 godzin dziennie.  A potem mogę przejść w jego metafizyczną postać na tak długo, jak chcę.

   To moje ikigai!

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: ,

Karta nr 99/2019

17 listopada 2019

Karta nr 99/2019

Wydawnictwo Ośrodek Karta

Kwartalnik

   Budowanie frontu narodowego przeciw innym jest zawsze objawem zakompleksionej małości.

   Tym zdecydowanym zdaniem redaktor naczelny kwartalnika Zbigniew Gluza zakończył wstęp do numeru, w którym tematem przewodnim była Czysta Polska. Również celnym, bo trafiającym w odwieczny problem, który zamiatany pod dywan, stale z niego wypełza ze zdwojoną siłą. W międzywojniu ten front skierowany był przeciwko Żydom. Nazywano go „rozwiązaniem kwestii żydowskiej” i podnoszono we wszystkich środowiskach społecznych od lewicy do prawicy, czego dowodem były przytaczane fragmenty artykułów, felietonów, przemówień, listów i interpelacji pisanych przez polityków, publicystów, księży i dzieci żydowskie. Łatwo było z nich wywnioskować nie tylko napiętą atmosferę między Polakami a Żydami, ale również powszechność tego pojęcia, które po II wojnie światowej nabrało zdecydowanie negatywnego wymiaru, wyrażane językiem radykalnym, brutalnym i nienawistnym. Wręcz charakterystycznym dla wielu ówczesnych polityków i publicystów.

Antysemityzm był dobrze zagnieżdżony w publicystyce II RP. Sączył jad nienawiści, jak wiadomo z historii, bardzo skutecznie. To przed jego skutkami przestrzega autor wstępu do numeru, zmuszając do zastanowienia się, czy w obliczu obecnie narastającego frontu narodowego, chcemy powtórki z historii.  Prawdziwi „my” – biali, polskojęzyczni katolicy (…) rasowo uzasadniony Polak, wynoszony na sztandary i błogosławiony, w praktyce społecznej okazał się potworem, gotowym bić kobiety, wyrzucać dzieci z wózków, obcinać starcom brody. Czy o taką Polskę, takich „my” nam chodzi również dzisiaj?

   Czy może nigdy więcej takiej „wielkości”?

   Kolejny artykuł Nielegalszczyzna to przypomnienie pierwotnego, niepodległościowego sensu głównych postulatów głoszonych przez Polską Partię Socjalistyczną. Nielegalną organizację polityczną załozoną w 1892 roku i działającą pierwotnie na terenie Królestwa Polskiego. Jej działalność wywrotową, sabotażową, zbrojną, terrorystyczną w walce z caratem przypomniał Marian Malinowski. Radomski działacz partii, a potem minister, poseł i senator II RP.

   Gęsiówka.

Znany obóz koncentracyjny na terenie Warszawy. Ileż radości wnieśli wyzwalający go żołnierze AK w Odbiciu Gęsiówki. Ileż śmierci również. Dla Żydów. Jeden z nich, więzień żydowski tak opisuje ich „wyzwalanie” – …zaczęli mordować żydowskich bojowników na barykadzie. Jeszcze długo krzyki zbrodniarzy – „Śmierć Żydom!” – mieszały się z okrzykami radości z przepędzenia Niemców.

   Trucizna antysemityzmu nadal działała.

   Kolejny artykuł Alpini wśród leśnych przypomniał o losach jeńców włoskich w niemieckich obozach. Jednym z nich był oficer Ezio Micheli, który we wspomnieniach opowiedział, jak po ucieczce z obozu trafił do polskich partyzantów. Był jednym z nielicznych, którym udało się dzięki temu przeżyć. Większość szczątków jego rodaków leży na włoskim cmentarzu na warszawskich Bielanach.

   Powrót wuja Stasia w relacji Kazimierza Orłosia opisywał przyjazd na stałe do kraju publicysty, politycznego emigranta i premiera rządu na uchodźstwie Stanisława Mackiewicza. Zmarnowanie jego Londoniszczem wielkich nadziei, wiązanych z przyjazdem „komunożercy”, środowisk twórczych na swobodniejsze pisanie dla milczących dotąd ludzi, wyraził dobitnie Stefan Kisielewski, domagając się raczej Warszawiszczy.

Czytając o początkach Maratonu Pokoju na przełomie lat 70. i 80. XX wieku w Przebiegu pokoju miałam wrażenie, że w niektórych tematach współczesnego sportu nic się nie zmieniło. Dawniej trenowało się i startowało w tym, co się miało czyli na przykład w takim „obuwiu sportowym”:

Obecnie nadal zdarza się, że trenuje się tam, gdzie można, czym można i jak można. O czym donoszą media uchylające kulisów sukcesów sportowych polskich zawodników.

   Na zakończenie pozytywny artykuł Odnowa monopolisty. Historia przechodzenia przedsiębiorstwa z gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej. O radościach, ale i zmarnowanych szansach oraz uczeniu się na błędach wspominał prezes ZWAR w Warszawie Jacek Faltynowicz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi: , , , ,

Mela Muter – Karolina Prewęcka

16 listopada 2019

Mela Muter: gorączka życia – Karolina Prewęcka

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 326 stron

Literatura polska

   Jedna z największych polskich malarek XX wieku.

   To zdanie przeczytałam na tylnej okładce. Dla mnie zaskakujące. Nie jestem znawczynią sztuki, tylko odbiorcą, który chętnie ją pochłania w różnej formie i okolicznościach. Byłam zdziwiona, że do tej pory nie natknęłam się na jej nazwisko. Miałam jeszcze nadzieję, że umknęło mi ono, ale znam jej jakiś obraz. Zaczęłam przeglądać internetową galerię jej twórczości w Muzeum Uniwersyteckim Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

   Nic z tego!

   Mela Muter, a właściwie Maria Melania Mutermilch z domu Klingsland stała się dla mnie odkryciem. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, ponieważ malarka, jako młodziutka mężatka i matka niespełna rocznego syna, wyjechała z kraju w 1901 roku do Paryża. Powracała do niego, by przede wszystkim odwiedzić rodzinę. To we Francji zdobywała szlify, galerie i sławę, jako „przedstawicielka École de Paris”. Za jej czasów uznawana za Rosjankę, czemu zdecydowanie się przeciwstawiała. Obecnie we Francji wzmiankowana najczęściej jako „artystka francuska polskiego pochodzenia”, czego nie ma komu prostować. To okup za niezależność, którą ceniła sobie ponad wszystko. Malowała to, co chciała, jak i kiedy chciała. W swoim stylu, który nie zmieniał się. Nie ulegał modom.

   Po latach odkrywa się ją dla Polaków na nowo.

   Chociażby dzięki takiej niezwykłej biografii, bo podanej w ekscytujący sposób. Jej autorka oparła pomysł na myśli, że „w każdym swoim dziele Muter opowiada o sobie, o swoim stanie wewnętrznym”. W nich uwalniała i zawierała swoje emocje, a tym samym dramatyczne losy kobiety-artystki. Potrzebowała gorączki życia, by tworzyć, a ono jej nie skąpiło. To dlatego autorka biografię artystki ujęła modułowo w języku przypominającym reporterski – szybki, syntetyczny, precyzyjny, z przewaga krótkich zdań, bez ozdób w postaci środków stylistycznych. To nie jej słowa miały mnie poruszyć. To twórczość artystki miała do mnie przemówić. Głównym reprezentantem poszczególnych rozdziałów był obraz, rzadziej fotografia. Tematycznie skupiające wokół siebie pozostałą twórczość, wydarzenia z jej życia, zdarzenia w środowisku artystycznym i okoliczności historyczne, które były katalizatorem ostatecznego, artystycznego efektu.

   I tutaj kolejne zaskoczenie!

Jeden z początkowych rozdziałów poprzedzał portret młodego mężczyzny. Nie rozpoznałam w nim Leopolda Staffa. Jej wielką miłość. On i pośmiertna maska znanej samobójczyni w tle opowiadała całą historię ich wieloletniego romansu. A potem następne obrazy lub zdjęcia w roli zapowiadających kolejny etap życia artystki.

Pejzaż pokazujący kierunki i miejsca jej podróży.

Kobiety z dziećmi mówiące wiele o jej tragicznym macierzyństwie. Portrety znanych i nieznanych, bliskich i obcych, pokazujące osoby, które ją otaczały.

Martwa natura wypełniona emocjami, a nawet uczłowieczana jako ekspresja i impresja w jednym.

Mela Muter, Dachy w Ondarroa, (1913), Kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich, fot. Piotr Jamski.

Mnie najbardziej urzekły widoki miast. Budynków i uliczek oddających nie tylko ich urok, ale przede wszystkim bajkowość i tajemnicę ukrytą w zaułkach. Jej zauroczenie, którym mnie wypełniała.

   Efekt?

   Znam Melę Muter i jej życie nie z przekazu, ale z jej sztuki. Wystarczy mi spojrzeć na jej obrazy i grafiki, by zaczęły do mnie mówić. Opowiadać o kobiecie niezależnej, dla której sztuka była ponad wszystkim i wszystko, a życie było potrzebne do jej tworzenia. Pamięć o niej można było wymazywać i ignorować w biografiach ludzi, z którymi była bardzo blisko – Leopolda Staffa czy Rainera Marii Rilkego.

   Jej sztuki już nie.

   Sztuka daje temu opór. I przetrwa. Tego pragnęła najbardziej. – z przekonaniem podsumowała autorka życie artystki.

   Ma rację i ją udowodniła w dobrze przemyślanej formie biografii i pięknie wydanej książce!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żałuje bardzo, że jutro mnie tam nie będzie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , ,