Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Institor – Adam Lard

1 listopada 2019

Institor: Kto pierwszy podpali stos… – Adam Lard

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2017 , 592 strony

Literatura polska

   Wydawałoby się, że to powieść tylko historyczna.

   Oto jedna z ważniejszych osób Kościoła katolickiego z przełomu średniowiecza i renesansu. Niemiecki dominikanin, inkwizytor, który przyjął zlatynizowaną wersję swojego nazwiska – Institor. Człowiek, który sam decydował, kto jest, a kto nie jest heretykiem, który sam sądził i skazywał. Wielki i sławny Heinrich Kramer, przed którym papieże uchylali drzwi, gdy tego żądał, a inni z ulgą zamykali, gdy opuszczał domostwa, kościoły i pałace, nie znajdując win ani dowodów oskarżenia.

Przede wszystkim jednak współautor dzieła, które wydawane jest do dzisiaj, a w Internecie można przeczytać w oryginale jego zdygitalizowaną wersjęMalleus maleficarum czyli  Młot na czarownice. Również główny bohater części historycznej opowieści, który postanowił prowadzić dziennik ukazujący jego pełne oblicze.

Oprócz myśli i cytatów, zaczerpniętych prosto z autorskiej księgi i otwierających zapisy datowane cyframi rzymskimi, na temat tego, którego imienia nie chciał wymieniać, tak było mu wstrętne, sporo miejsca poświęcał kobiecie.  Istocie pośredniej, której przystoi jedynie szata żałobna. Błąd natury posiadający jedynie zdolności rozrodcze i przeznaczony głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn. W swoim jednoznacznym osądzie posiłkował się poglądami chrześcijańskich myślicieli i świętych – Augustyna, Tomasza z Akwinu czy Jana Chryzostoma.

   W dwóch słowach – diabeł wcielony!

   Dlatego postanowił poświecić żywot swój wypaleniu ogniem zła pośród ludzi. Dziennik jednak ukazywał również nieoficjalną sylwetkę człowieka uwikłanego w sytuacje, które wielkością grzechu i herezją znacznie przewyższały skazywane „czarownice”. Institor toczył dwie wojny – oficjalną w imieniu Kościoła katolickiego i prywatną przeciwko kobietom, z których jedna podstępnie śmiała mu się podobać i „pozwolić” zgwałcić.

   Można też odebrać tę powieść jako kryminalno-sensacyjną.

   Ten charakter nadawała druga warstwa opowiadana naprzemiennie z historyczną, której akcja toczyła się we współczesnym Lyonie. Jej główny bohater Jan, przyjechał z Czech, by napisać książkę o Institorze. W trakcie poszukiwań źródeł wiedzy i dziennika inkwizytora  został uwikłany w ciąg wydarzeń, których sens zaczął mu umykać, a jego poszukiwanie z czasem doprowadziło go do absurdu. Mogłam jedynie domyślać się, że ostatecznie do obłędu.

   Obłędu wojny, której obaj byli symbolami.

   Zarówno Institor jako prowadzący ją z „wrogami” Kościoła katolickiego (nawet nie wiary jako takiej), jak i Jan jako jej ofiary. Autor w warstwę fabuły współczesnej wpisał dramat wzorowany na greckim, w całości dołączony do powieści, pokazujący wojnę jako absurd gry zaciemniający rzeczywistego naszego wroga.

   Nas samych.

   Nasze idee, religie i ideologie tworzone z nicości wyobraźni, a nie nauki, to tylko zniewalające narzędzia do osiągania własnych, osobistych, instytucjonalnych, społecznych czy politycznych celów.

Stosy dosłowne, których ryciny ilustrowały tekst w książce, i te metaforyczne to tylko opresyjne metody utwierdzania posiadanej władzy i rozszerzania jej na nowe obszary działalności człowieka. Natomiast walka prowadzona za ich pomocą to cicha, pełzająca, transparentna wojna prowadzona przez wieki, która pochłonęła i nadal pochłania miliardy istnień ludzkich. Niewinnych! Przewyższająca swoim żniwem wszystkie wojny militarne razem wzięte z zarazami i ludobójstwem włącznie. I nie mam tutaj na myśli tylko unicestwienia fizycznego, ale dużo bardziej dotkliwe, bo umysłowe. Jej efektem jest bezwolne, bezrefleksyjne, bezrozumne myślenie magiczne.

   Komuniści mieli inną nazwę – opium dla ludu.

   Czy my, ludzie współcześni, wierzący, nadal jesteśmy na haju zabobonów, jak za czasów średniowiecza? Nadal pozawalamy sobą kierować i siebie zastraszać przez współczesnych inkwizytorów? Nadal polujemy na „czarownice”? Czy Biblia to młot na nie? I najważniejsze pytanie zadane w podtytule – kto pierwszy podpali stos? Na te pytania każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Uprzedzam jednak, że nie będzie łatwo, ponieważ argumenty, które przytacza autor ustami swoich bohaterów są bardzo mocne.

   Posiadają siłę burzenia podstaw wiary w Boga.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Institor [Adam Lard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Malleus Maleficarum z 1496 roku, inkunabuł współczesny Institorowi.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: , , ,

Akan – Paweł Goźliński

20 października 2019

Akan: powieść o Bronisławie Piłsudskim – Paweł Goźliński

Wydawnictwo Agora , 2019 , 664 strony

Literatura polska

   Jak potraktowała Piłsudskiego Polska? Po łajdacku. Gorzej nie mogła.

   Te gorzkie słowa podsumowujące stan wiedzy Polaków na temat Bronisława Piłsudskiego, starszego brata wielbionego dla odmiany przez rodaków, Józefa, wypowiedział niebezpodstawnie znawca jego etnograficznej działalności prof. Alferd F. Majewicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w filmie dokumentalnym Orzeł i Chryzantema. Japonia potraktowała go po cesarsku, stawiając pomnik i umieszczając go w podręczniku szkolnym. Rosja powołała instytut jego imienia, wydając permanentnie literaturę podmiotu i przedmiotu oraz bezkarnie przywłaszczając go sobie jako Rosjanina. W Polsce, poza wąskim gronem badaczy i kilkoma znaczkami oraz monetami, nie doczekał się adekwatnego uznania do zasług, jakie pozostawił ludzkości.

   Właściwie w ogóle jest nieznany.

   Wpisywałam się w tę niewiedzę. Bliższy był mi kolejny, młodszy brat Piłsudski – Jan, którego sylwetka przewijała się w Dziennikach Michała Römera. Dlatego ta powieść była dla mnie niczym objawienie.

   I to jakie!

   Życiorys Bronisława Piłsudskiego to gotowy materiał na film i książkę. Przy jego tragizmie, nietaktem byłoby powiedzieć – przygodowo-sensacyjno-romantyczny. Trudno mi użyć jednak innych określeń, które oddawałyby precyzyjniej jego wymiar. Dostrzegł to również autor. Wykorzystał informacje z różnych źródeł – dzienników, publikacji i artykułów napisanych przez Bronisława, korespondencję, wspomnienia świadków jemu współczesnych, opracowania naukowe i stworzył nie powieść o jednym z najbardziej zapomnianych Polaków, jak sugeruje podtytuł, bo to byłoby mocno okaleczające i nieadekwatne określenie, ale powieść, którą delektowałam się przez kilka wieczorów.

Jej narratorem zewnętrznym, który czasami oddawał głos Bronisławowi w pierwszej osobie, był bezimienny mężczyzna, rozpoczynający i zamykający snutą historię, tworząc klamrę spinającą ten okrutny i przepiękny świat przeszły. Nazwisko pierwowzoru tej postaci autor podaje w posłowiu, ale nie podam go tutaj tak, jak nie rozszyfruję tytułowego słowa akan pochodzącego z języka Ajnów. Nie chcę odbierać przyjemności samodzielnego odkrywania znaczeń ukrytych w tej opowieści innym czytelnikom. Zwłaszcza że jej tajemniczość nadaje smaku odczytywania, a sam narrator zostaje mimowolnie uwikłany w życie Bronisława. Daleka od linearności opowieść przyjęła formę rozdziałów-modułów opatrzonych tytułem-imieniem osób powiązanych i znaczących dla obu bohaterów fabuły. Pod nimi widniały cezury czasowe datujące opisywane wydarzenia, niezachowujące jednak chronologii. Pozornie wyrwane z linii życia obu, ostatecznie tworzyły jeden, spójny i pełny obraz losów człowieka, który przez przypadek zamieszany w zamach na cara trafił do obozu na wyspie Sachalin, której mapkę znalazłam na okładkowej wyklejce.

Wyrok śmierci, zamieniony na piętnaście lat zesłania, tak naprawdę zamienił się w osiemnaście lat wygnania, ale i kilkanaście lat pionierskich, rzetelnych, bogatych w materiały i jedynych badań etnograficznych nad ludem Ajnów i ich „uśmiechniętych” kobiet. Nikt i nigdy nie zrobi tego ponownie, jak podkreślił prof. A.F. Majewicz, bo tych ludzi już nie ma.

   W tej opowieści zaskoczyło mnie to, że autor z rozproszonego po świecie morza suchych faktów i informacji dokonał zmartwychwstania pięknej choć surowej rzeczywistości dawno umarłej, przepojonej przede wszystkim emocjami i wrażeniami zmysłowymi wzmacnianymi przez ludowe przekazy i metafory. Trudno było mi uwierzyć, że ta książka to efekt fascynacji (bo kto przekopuje się przez góry materiału w większości w języku rosyjskim oraz angielskim i udaje się za nimi w świat!?), a nie przekazu osobistego, bezpośrednio wchodzącego w świat intymny duszy i myśli. Do powstania takiej opowieści potrzebna jest nie tylko wiedza, zaciekawienie i dobry warsztat pisarski, ale przede wszystkim wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, by z jego pułapu móc empatycznie emocje nie tylko zrekonstruować, ale i przekazać dalej.

   Czułam je tutaj wszystkie!

   Ból, rozpacz, żal, nadzieję, miłość, nienawiść, bezradność, zachwyt, tęsknotę – całe spektrum. Ale także ich skutki działania, gdzie śmierć rodziła życie, a życie przywoływało śmierć. Łzy bólu i cierpienia rozstania mieszały się ze szczęściem połączenia. Krew mogła zwiastować radość wyzwolenia, ale i początek nieszczęścia. Złudzenie zastępowano faktem, a to ostatnie okazywało się ułudą.

   To świat totalnie odmiennego spojrzenia na życie.

   Czułam go, widziałam, słyszałam i przeżywałam. Każdy ruch i gest niósł ze sobą informację wplecioną w obraz tego, co działo się dookoła. Otoczenie, przedmioty, ubiór, jedzenie, pejzaże i sama natura żywo przypominały te, które odbierałam bezpośrednio od katorżników ze wspomnieniowej literatury łagrowej. Język i dialogi z wtrącanymi słowami z języków Ajnów i Rosjan tylko potęgowały to poczucie bycia tam i wtedy. Autor uchwycił i gorączkę rozpolitykowanych spiskowców, dom rodzinny Piłsudskich w Zułowie, dzieciństwo i młodość braci Ziuka i Bronisia, dramat zabójczych warunków zesłańców na Sachalinie, których brutalność podsumował jeden z bohaterów – Ta wyspa cała jest bluźnierstwem. Jeśli stworzył ją jakiś Bóg, to strach się do niego modlić. Również tajemnicę obyczajów i mitologii Ajnów oraz wewnętrzny świat głównych bohaterów rzuconych w wir wydarzeń historycznych, które wymuszały na nich bolesne wybory, decyzje i zachowania, gdzie altruizm często brał górę nad potrzebami i pragnieniami osobistymi. Świat brutalnego, bezwzględnego, głodnego, chorobliwego życia, za którym snuł się smród fizjologii ludzkiego ciała, odór gnijącego mięsa i wymiocin, ale i zapach wiatru znad morza, zauroczenia innością i najpiękniejszy – wolności! Rzeczywistość, w której seks, poród, umieranie były takimi samymi czynnościami, jak oddychanie i jedzenie. A w to wszystko dodatkowo wpleciony wątek osobisty narratora i Bolesława, który śledziłam od początku niczym zagadkę, cierpliwie czekając na jego wyjaśnienie.

   Tragiczne, niestety.

   Jestem przepełniona tą opowieścią. Tkwi we mnie niczym drzazga niepozwalająca o sobie zapomnieć do tego stopnia, że musiałam wiedzieć więcej, niż odkryła przede mną powieść i tych parę zdań wyjaśnienia autora w posłowiu. W efekcie poznałam losy potomków Bronisława żyjących w Japonii. Zastanawiam się kiedy i który z reżyserów poczuje to samo, co autor i stworzy ekranizację powieści. Myślę, że nawet w kilku odcinkach.

   Czekam z niecierpliwością.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

AKAN. Powieść o Bronisławie Piłsudskim [Paweł Goźliński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj zobaczyłam miejsca, ludzi i Bronisława oczami jego wnuka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Korona śniegu i krwi – Elżbieta Cherezińska

21 marca 2019

Korona śniegu i krwi – Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2012 , 768 stron
Cykl Odrodzone Królestwo ; Tom 1
Literatura polska

Powiedzenie – Gdzie dwóch Polaków, tam trzy poglądy. – ma bardzo, ale to bardzo długą tradycję i korzenie sięgające… No, właśnie, jakich czasów? Może nie szlacheckich z liberum veto, ale właśnie tych opisanych w tej powieści między 1253 a 1296 rokiem i czasów książąt, które geograficznie i politycznie pokazano na mapie wydrukowanej na wyklejce książki:

 

 

Bez blasku korony zgaszonych grzechem Bolesława Śmiałego (a może jeszcze wcześniej, przez Bezpryma?) i zatopionych w mroku Wielkiego Rozbicia na dzielnice, rządzone przez piastowskich potomków wołających – Nie daj Boże zjazd piastowski!
Dzisiejsze kłótnie polityczne w sejmie to salony z parlefransami w porównaniu z ubiegłowiecznymi. Dorównujemy w bezwzględnych, nierzadko kończących się śmiercią, intrygach i spiskach dynastii Tudorów czy rodzinie Borgiów, bo i nasza historia nie mniej krwawa, podstępna i bratobójcza w dążeniu do władzy i korony. Biskup Mikołaj w swojej szczerości w taki oto sposób uświadomił Lukardis, pierwszą żonę Przemysła II – Porwanie narzeczonych jadących na ślub, uprowadzenia księżniczek z klasztorów prosto spod ołtarz, gdy zaszła nagła potrzeba dynastycznych mariaży, odsyłanie tychże do ojców, gdy nie spełniły pokładanych w nich nadziei, oraz trucicielstwo na weselnej uczcie. Co tam jeszcze: uprowadzenia wdów z małymi dziećmi, rozboje tychże, porwania na ucztach, to zresztą najczęstsza przypadłość, gdy dwóch Piastów walczy o księstwo, Otrucia, zwane niewyjaśnionymi zgonami, no i perła w koronie: mord w łaźni!. A od siebie dodam, że to nie wszystko! I gdyby przyszła małżonka, wówczas jeszcze księcia Przemysła, dobrze słuchała biskupa, nie stałaby się kolejną perełką w królewskim symbolu władzy.
A wszystko to w opowieści o dążeniu księcia Przemysła II do zdobycia korony, niczym legendarnego Świętego Graala (autorka wykorzystuje dzieje króla Artura i jego rycerzy), jest! Tym samym czyniąc z niej nie tylko powieść historyczną, wykorzystującą fakty z dziejów Polski, ale i sensacyjną, polityczną, kryminalną, a nawet fantastyczną! Taki też był zamiar autorki wsączyć w nią emocje i podnieść temperaturę wydarzeń, bo i ona sama po obłożeniu się książkami historycznymi, jak wspomina w Od autorki, dostała gorączki. Tą gorączką, fascynacją, wizją naszych przodków z krwi i kości, żywych, targanych uczuciami, udało się zarazić i mnie, Polkę z XXI wieku. I nic to, że minęło kilka wieków. Szczegół. Ja tam byłam! Ja to czułam! Ja to wszystko widziałam!
Ja dostałam takiej samej gorączki jak autorka!
Bo to wszystko było moje. Takie mi znane. Takie bliskie i w tym zbliżeniu na nowo odkrywane. Bo, co ja wiedziałam o tamtych czasach? Prawie nic. Tylko tyle, że był taki okres rozdrobnienia dzielnicowego, a sam Przemysł II (mea culpa, bom niegodna w tym momencie zwać się Polką!) był mi zupełnie nieznany. Na swoje wytłumaczenie mam fakt (tym razem nie obciążę pana od historii), że w kronikach zapisał się bardziej z powodu tajemniczej śmierci pierwszej żony, niemogącej urodzić mu dziedzica, niż politycznych dążeń do jedynowładztwa i ogromnej wagi tego historycznego wydarzenia. A przecież w końcu mu się to udało po dwustu latach bezkrólewia, kopiując ideę pierwszego króla Bolesława Chrobrego (o którym czytałam w Grze w kości tej samej autorki), realizowaną z biskupem Jakubem Świnką – wykorzystać to co wspólne, język i Kościół, do pokonania rozbicia dzielnicowego. Siła jednej wiary i jej moc nadawania godności króla, wynoszenie do statusu pomazańca bożego, zadziałała po raz drugi. Niestety, w przypadku rządów Przemysła II, na krótko, bo zaledwie na 200 dni, po których zginął w zamachu. Chociaż hipotez na ten temat jest wiele, ale jak wspomina autorka – Ja wybrałam jedną z nich i owinęłam w materię swojej powieści.
Owinęła, owszem, ale mnie dookoła swojej książki!
Tchnęła w nią pulsujące, rozedrgane życie w palecie swoich emocji. Od miłości (również tej zmysłowej!) po zabójczą nienawiść. To dzięki temu, pomimo dużej liczby bohaterów, każdy z nich był jedyny, wyjątkowy, nie do pomylenia z innym zarówno pod względem fizycznym, jak i charakterologicznym.
Czułam benedyktyńską pracę autorki ze źródłami historycznymi, bym mogła spijać oczami nektar jej mrówczego wysiłku – całe 766 uzależniających stron.
Ale nie tylko fakty historyczne i bohaterowie oraz ożywiający je dar wyobraźni autorki przemawiały do mojego serca i umysłu, obdarzając mnie złudzeniem uczestnictwa w nich.
Była w tej opowieści również magia.
Ta pierwotna, animistyczna, płynąca z pierwszych plemiennych wierzeń, w których przyroda ożywała, a człowiek był jej nierozerwalną częścią. Realna mocą animizacji, którą się bardziej czuło sercem niż pojmowało rozumem. Wypierana i tłumiona przez ówczesne chrześcijaństwo.
Przewijała się również magia płynąca z legend o ówczesnych świętych za życia. Tej nie polubiłam, bo najmniej w nią wierzyłam, a mój sceptycyzm na szczęście potwierdzał racjonalizm jednego z najdzielniejszych książąt. Konusa, Władysława zwanego Karłem.
I wreszcie trzeci rodzaj magii – fantastycznej, pełniącej rolę wspomagania wizualizacji emocji skrywanych pod maską dyplomacji przed rozmówcą. Co naprawdę czują i myślą bohaterowie, wiedziałam dzięki animacji ekspresji zwierząt w herbach noszonych na ubiorze przez członków poszczególnych rodów i dynastii. Pomagało mi to również szybko umiejscowić postać w drzewie genealogicznym, które wraz z herbami, umieszczono na końcu książki:

 

 

Nie miałam prawa pogubić się w tym gąszczu postaci historycznych i wydarzeń również dzięki zabiegowi rozpoczynania kolejnego akapitu od imienia bohatera sygnalizującego wydarzenie lub symbolizujące rodzinę, do których byłam przenoszona. Miałam wrażenie przejrzystości, logiczności i precyzyjnie zazębiających się wątków pomimo ogromnego rozmachu tematyki fabuły. Efekt ten dopełniała narracja zewnętrzna.
Chociaż początkowo miałam trochę żal, że opowieści nie snuje narrator wewnętrzny, że historii nie opowiada w pierwszej osobie Przemysł II, ale potem przyznałam autorce rację. Tej historii nie można było opowiedzieć w taki sposób, bo to nie biografia jednego człowieka na tle historii Polski, ale historia całej Polski i jej książąt z mnóstwem opowieści szkatułkowych z zapadniami – jak ładnie ujęła to autorka.
Przyjemnie było się w nich pojawiać, obserwować i co chwilę zapadać.
A kiedy opowieść, niestety, dobiegła końca, przeczytałam ostatnie słowa od autorki – Na koniec zostałam sama w pustym pokoju. Uprzątnęłam notatki, książki, atlasy, zamknęłam wszystko razem w dwóch skrzyniach. Umarł król. Ale odzyskaliśmy koronę. Mamy nową opowieść o odrodzonym królestwie. Nową wersję historii w nowym cyklu Odrodzone Królestwo, na które kolejne części czekam z cierpliwością urzeczonego słowem czytelnika wiedzącego, że twórcę nie należy poganiać, bo czas pracuje na jakość.
Na koniec zdradzę, co się kryje pod obwolutą książki, na której grzbiecie znajduje się pieczęć Przemysła II, zaprojektowana przez prof. Józef Stasińskiego, jak przeczytałam na odwrocie strony tytułowej:

 

 

Na schowanej pod nią białej, twardej okładce widnieje, wytłoczony krwistą czerwienią, jej odpowiednik:

 

 

Zaintrygował mnie napis na jej obrzeżach, którego pełne wyjaśnienie znalazłam na stronie Dziennika historycznego IOH. To jeden z tych drobnych szczegółów, składających się na piękno wydania całości. Biorąc książkę do ręki czułam nie tylko jej ciężar fizyczny, ale i ten treściowy – dostojny, poważny, mroczny i niekoniecznie szlachetny.
Ale mojej Polski.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 

Po takim trailerze książki zamarzyła mi się ekranizacja.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Dzienniki: tom II 1983-1987 – Wiktor Woroszylski

Dzienniki: tom II  1983-1987 – Wiktor Woroszylski
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 720 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska
 

   Trudno było mi wrócić do lat 80. PRL-u.

   A jednocześnie z ogromną ciekawością i niecierpliwością tam wchodziłam. Tę dychotomię odczuć zawdzięczam huśtawce emocji i znaczących wydarzeń ówczesnego życia, którą bardzo odczuwałam zarówno  w pierwszym tomie dzienników autora, jak i w tym kolejnym, drugim. Autor miał tego świadomość , odnotowując  – Śmialiśmy się z huśtawki naszego życia: wczoraj u kapitana Kowalewskiego, dziś na ostrygach w przyjacielskim gronie… i podsumowując ukutą wspólnie z przyjaciółmi maksymą – Życie w komunizmie jest do wytrzymania, pod warunkiem że od czasu do czasu ktoś przyśle ostrygi…

   Gorzko-słodka jak ich życie.

   To czas znaczących, milowych wydarzeń w historii rozgrywających się w tle zapisów, ale też mających ogromny wpływ na życie autora lub autora na te wydarzenia – zniesienie stanu wojennego, zabójstwo Grzegorza Przemyka, o którym czytałam w reportażu Cezarego Łazarewicza Żeby nie było śladów, a tutaj ukazane z perspektywy przyjaciela matki ofiary, potem zabójstwo Jerzego Popiełuszki, przyjazd Papieża Jana Pawła II i spotkanie z nim, zmiany personalne władz w ZSRR powodujące  odwilż i wreszcie Nobel literacki dla Josifa Brodskiego, poprzedzony typowaniem polskich poetów (Z. Herbert, T. Różewicz), w którym nikt nie brał pod uwagę Wisławy Szymborskiej, mimo że autor w kilku wpisach zachwycał się jej wierszami. Wszystkie te wydarzenia żywo komentowane, analizowane, omawiane, roztrząsane w środowisku literackim, do którego należał autor. Odnotowywał to skrupulatnie. Każdą rozmowę, spotkanie, dyskusję, polemikę, wydarzenie, podając szczegółową listę rozmówców lub obecnych osób. Znanych i mniej znanych ze świata kultury i polityki. Niesamowitym uczuciem było oglądanie postaci historycznych z osobistej perspektywy autora, ukazującej ich w nieoficjalnym świetle, w prywatnym kontekście, bardziej ludzkiej niż oficjalnej, pomnikowej. Często podkreślał zalety, jak i wady, a osobista ocena ich twórczości lub działalności czasami zaskakiwała, nie zawsze pokrywając się z obecnie obowiązującą, oficjalną wersją. Nie wiem, na ile podyktowana ona była osobistą niechęcią do konkretnych osób, mającą wpływ na ocenę ich twórczości, a na ile wyważoną opinią doświadczonego literata, tłumacza, poety, publicysty i poligloty. Niemniej otwierałam oczy ze zdumienia, czytając komentarze deprecjonujące twórczość Haliny Auderskiej czy Johna Irvinga. O tym ostatnim muszę przytoczyć cytat – Kończę czytać Irvinga, bez zachwytu – na mój gust za dużo pieprzenia, wymiotów, spermy, odgryzionych kutasów… Za to ja z zachwytem czytałam te teksty z dwóch powodów – uczyły mnie prawa do własnego zdania i odwagi do wypowiadania odmiennego zdania niż większość.

   Dzienniki pozwalały mi również na wgląd w codzienność pisarza czasu polskiego socjalizmu.

   Myślę, że było ono reprezentatywne dla całego niepokornego środowiska literackiego – praca twórcza (przekłady, wiersze, artykuły w wersji legalnej i nielegalnej), petycje i listy do władz w obronie osób represjonowanych, pisemne protesty wobec wydarzeń społeczno-politycznych oraz spotkania autorskie. Te ostatnie przede wszystkim  w kościołach. Rzadziej w prywatnych mieszkaniach. Przy okazji ukazanie niejednolitego frontu Kościoła wobec działań opozycji. Jego wewnętrznej złożoności i różnorodności postaw od gotowości poświęcenia życia dla sprawy do uległości wobec władzy. Zaobserwowałam również zjawisko wybielania lub pogrążania osób w miarę upływu czasu. W dzienniku było widać szarości, niejednoznaczności postaw, chwiejności poglądów, rozterek moralnych, człowieczych wad, jak zawiść czy zazdrość. Tygiel emocji tworzących kurz, który po latach opadł, pozostawiając gotowy, brązowy lub złoty odlew.

   Przykładem tego jest sam autor.

   Piewca komunizmu w latach młodości, który zmienił poglądy po węgierskich wydarzeniach, by pozostałą część życia stać po drugiej stronie barykady walki z komunizmem. Błędu młodości nie wybaczono mu nigdy, a może raczej nie przestano wykorzystywać do poniżania i ośmieszania jego późniejszych dokonań przez nie tylko ówczesny aparat represji, ale i ludzi mu nieprzychylnych. Na spotkaniach autorskich pytanie o jego zachwyt komunizmem było lejtmotywem, który go mocno irytował, dopóki nie usłyszał wyjaśnienia tego zjawiska ze strony jednego z uczestników spotkania – Było nas wielu, którzy się w coś tam angażowali, a potem przeszli na inną stronę, ale pisarz, któremu to się przytrafiło, jest w szczególnej sytuacji, bo zostawił ślad. A cała ta aktywność i płodność literacka pomimo zniewolenia, zakazu druku, internowań, nękania, rewizji, przesłuchań, wezwań, wyłączania telefonów, odmów pozwoleń na wyjazdy z Polski, podsłuchów, inwigilacji i codziennych „sukcesów ekonomicznych”, z którymi również dzielił się w dzienniku – …ja rano dostałem w „Delikatesach” rodzaj kabanosów dla ubogich (bez kartek, 500 zł kilogram, w papierowej powłoczce), a Janka z Natalią później w „Megasamie” – olej sojowy i bułgarski sok pomidorowy… Bo przecież o jedzenie też trzeba było powalczyć, wystać w kolejkach.

   Niestety, były tego koszty!

   Za przyzwoitość płacili zdrowiem. Miałam wrażenie, że każda z przewijających się postaci na kartach dziennika na coś chorowała, na coś cierpiała, z czymś się zmagała – depresje, nowotwory, gruźlica, choroby serca, apatia, alkoholizm. Efekty toczącej się mało znanej wojny, o których raczej nie mówią encyklopedie i Wielka Historia, a świat nie wie, mianowicie o wojnie nerwów, o tym oblężeniu, które atakuje nas w sposób skoncentrowany i codziennie zabija – wszystkie choroby, zapaści psychosomatyczne, kapitulacje organizmu są z tego… – wyjaśniała autorowi znajoma. Tak realną, niemalże namacalną rzeczywistość mogłam poczuć tylko tutaj, w dziennikach pisanych na bieżąco, na gorąco.

   Fascynującym było być w środku tamtych czasów i odbierać je poprzez pryzmat osoby autora, uzupełniając obraz lat 80. PRL-u kolejnymi wspomnieniami ich świadka.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 1983–1987. Tom 2 [Wiktor Woroszylski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj obejrzałam wieczór z okazji 90. urodzin Wiktora Woroszylskiego oraz premiery pierwszego tomu cyklu dzienników z plejadą osób, które spotkałam na jego kartach – rodziny, pisarzy, poetów, aktorów, polityków i działaczy opozycji.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Uchwycić życie – Hanna Świda-Ziemba

Uchwycić życie: wspomnienia, dzienniki i listy 1930-1989 – Hanna Świda-Ziemba
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 348 stron + 36 zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska

   Niezwykłe i nadal potrzebne spojrzenie na świat!

   Świadomie nie użyłam słowa „życie” lub „osobowość”, ale właśnie ten pryzmat postrzegania rzeczywistości osadzony w dopiero drugiej kolejności –  życiu, będącym wyrazem wartości. Okruchach chwil i myśli rozproszonych w listach do najbliższych, tekstach publicystycznych, wywiadach, nagraniach biograficznych i dziennikach, będących emocjonalnym i żywym zbliżeniem rozwoju osobowości i postaw życiowych bohaterki biografii, które zmieniały się w miarę dorastania tak, jak charakter pisma. I tak, jak pismo nie zmieniało się w jego zasadniczej, charakterystycznej części, tak nie zmieniały się wartości determinujące jej wybory, decyzje i zachowania.

   Wierna im do końca.

   Przedstawicielka polskiej, zróżnicowanej inteligencji  w postawach wobec komunizmu po wojnie, która jako dziecko przeżyła okupację bolszewicką i niemiecką w Wilnie. Była świadkiem formowania się PRL i kolejnych w nim zmian, a potem  budowy nowej Polski po 1989 roku, chociaż jej biografia obejmuje lata 1930-1989. Spośród wielu zdjęć rodzinnych dołączonych do tekstów wybrałam najbardziej mi bliskie – w roli nauczycielki statystyki. Ujęcie, które przypomina mi moje koleżanki i moich kolegów, kiedy wchodzę do klasy tuż po zakończonej lekcji i widzę ich pochylonych nad papierami. Różnicę widać tylko w braku komputerowego monitora na stole.

Bardzo trudne zadanie miał autor opracowania Dominik Czapigo – uchwycić i scalić to życie w jego rozmigotaniu. Udało mu się jednak je zatrzymać i oddać kotłujące się w nim emocje i burzę myśli. Wyłowić z morza rozproszonych informacji w różnorodnej formie i stworzyć jednolitą, chronologicznie podaną biografię człowieka pracowitego. Również nad sobą. Jej życie było dla mnie odpowiedzią na pytanie o sposoby przetrwania w czasach dwóch totalitaryzmów – faszystowskim i komunistycznym – z podniesioną głową. Bycia niezmiennie przyzwoitym w skrajnych warunkach sprzyjających ujawnianiu się w człowieku „bestii”.

   W czasach okupacji niemieckiej wprawdzie była dzieckiem, ale za to jakim!

   Dziewczynką myślącą, ciekawą i pragnącą działać. W opinii koleżanki – obustronna – to jest z jednej strony żywa i chuliganowata, a z drugiej – ma sens w głowie. Już wtedy miała sprecyzowane poglądy na dziejące się zmiany i wydarzenia historyczne. Nienawidziła bolszewików i koniecznie chciała bronić, a nawet zginąć dla Polski. W desperacji chęci czynu zostawiła mamie list pożegnalny, w którym napisała  – Każdy musi służyć Ojczyźnie, jak umie. Chcę zostać dzieckiem pułku. Uciekam na wojnę. Jej dzienniki pisane na gorąco dostarczały mi przede wszystkim emocji, których raczej już nie spotykałam w zdystansowanych wspomnieniach z nagrań po latach. Oczywiście z wyprawy na wojnę nic nie wyszło, ale taka postawa dziesięciolatki mówiła wiele o jej sposobie myślenia, kształtującej się osobowości i przyjętym systemie wartości, którego, była tego pewna, nie zmieni, pisząc  – Jak kiedyś będę dorosła, to pomyślę, że jak miałam lat 10, to to było samo.

   Słowa dotrzymała!

   Jakim cudem? Przecież w dorosłości „zapomina się” o ideałach i marzeniach. Zwłaszcza że w jej przypadku skutecznie pomagał w tym komunizm sprzyjający konformizmowi i wyzwalaniu cech przynajmniej przystosowawczych. Przyglądałam się tym zmianom, ambitnym spełnianiu się wbrew warunkom, jej wewnętrznej walce, postawom i ponoszonym kosztom, z ogromnym zaciekawieniem. Jej dojrzewaniu, w którym była wierna wartościom wyniesionym z dzieciństwa. Przede wszystkim jednak nasilającej się ciekawości świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących. W dzieciństwie chciała być artystką lub adwokatką, by bronić innych. Została socjologiem, bo tylko ta nauka dawała jej możliwość widzenia rzeczywistości inaczej niż się powszechnie uważało, a jedno zjawisko ujrzeć skrajnie odmiennie w zależności od patrzącego. A mimo to, u schyłku życia, miała poczucie niewykorzystanego wewnętrznego potencjału. Zaprzepaszczenia możliwości. Byciem człowiekiem „urwanego lotu”, którym określała swoje pokolenie, a któremu system odebrał prawo do rozwoju według własnych planów, wysysając energię do działania. Powoli zmieniał w konformistów, popadających w stan ”żadności” i beznadziei. Tę gorycz widać było w krytycznym opisie społeczeństwa po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku, dzielącym je na wyalienowanych polityków i resztę. Zapewniała, że w równoległym życiu byłaby publicystką i działaczką społeczną, mówiąc w wywiadzie – Myślałam o stworzeniu domu dziecka dla sierot, myślałam o pracy dla niewidomych, o naprawie szkolnictwa. Tymczasem Peerel prawie zupełnie mi tę aktywność społeczną uniemożliwił. Bo miałam na nią wiele pomysłów, ale do tego trzeba było wolności. Nie chciałam funkcjonować pod dyktando systemu. Ale nigdy nie miałam skłonności, żeby usiąść i ubolewać. Życie musiało mieć dla niej wartość bez względu na warunki egzystencji. Może dlatego nie do końca była zadowolona z własnych osiągnięć, mimo że osiągnęła bardzo dużo. Jej dorobek naukowy i intelektualny z własną filozofią życiową opartą na tym pierwszym, najzwięźlej ujęła w listopadowym  wpisie z 1996 roku, któremu autor opracowania trafnie nadał rolę pięknego postscriptum. W swoich poglądach, odchodząc od wrogości do relatywizmu i tolerancji, stała się dla mnie ważnym komentatorem świata, historii i postaw Polaków. Pięknie potrafiła tłumaczyć zawiłości zjawisk społecznych, w których tak wielu się pogubiło, sądząc po przerażających mnie doniesieniach medialnych z ulic polskich miast. Jej dorobek intelektualny jest ponadczasowy. Jej myśli i analizy zawarte w artykułach i wywiadach, pierwotnie opublikowane w Tygodniku PowszechnymGazecie Wyborczej w latach 1998 i 2010, a dołączone do biografii, nadal są aktualne – antysemityzm Polaków, celowość Powstania Warszawskiego, krzyż jako symbol zawłaszczania, patriotyzm, lustracja czy katastrofalny brak wiedzy historycznej Polaków. Jej trafna myśl sprzed siedemnastu lat, idealnie oddaje przyczyny tego, co dzieje się obecnie w Polsce – …człowiek odpowiedzialny musi znać i rozumieć historię swojego narodu. Po pierwsze bowiem, w historii ujawniają się uniwersalne mechanizmy społeczne, które dają podstawę rozumienia aktualności, a niekiedy mogą stanowić groźne ostrzeżenie. Po drugie zaś, istnieje zjawisko społecznego dziedziczenia postaw. Historia jest procesem ciągłym, aktualność zawiera w sobie przeszłość. Trzeba zatem wiedzieć, co z historii narodu pragnie się kontynuować, a co zdecydowanie potępić i zwalczać.

   Ja nazywam to wrażliwością historyczną.

   Ile jej mamy, wyraźnie widać na ulicach z jawnie maszerującymi neofaszystami. Mamy z tym poważny problem. Rola takich ludzi, komentatorów rzeczywistości, jest nieoceniona, a dzisiaj na wagę złota. Zwłaszcza wśród nieczytającego społeczeństwa (64% Polaków nie czyta!), czerpiącego wiedzę z egalitarnych lub zmanipulowanych w przekazie mediów, w których na rolę komentatora wybiera się polityków i celebrytów, bo są bardziej „medialni”. Dlatego tak ważne są tego typu publikacje, oddające głos kompetentnym komentatorom, którzy wiedzą, co mówią i mają świadomość odpowiedzialności za słowa. Tylko przez słowo da się coś zrobić. Są takie rzeczy, że wszystko tonie w hałasie medialnym, a jeżeli chce się przez ten hałas przebić, to trzeba robić to, co jest najbardziej wartościowe, ważne i pożyteczne. Nigdy nie wiadomo, kiedy ziarno da o sobie znać. Co robić? Podejmować nieustannie dyskusję o przeszłości, a do niej potrzebny nam jest rzetelny i wielowymiarowy opis tamtych czasów. – podpowiada bohaterka biografii. Jest jedną z wielu, która dokładnie nam to daje w swoim dorobku naukowym.

   Korzystajmy z tego, by się nie pogubić w tym medialnym hałasie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989 [Hanna Świda-Ziemba]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Słowa, które zmieniły Polskę – Katarzyna Bock-Matuszyk i in.

Słowa, które zmieniły Polskę – komentarze do tekstów źródłowych napisali Katarzyna Bock-Matuszyk, Monika Piotrowska-Marchewa, Barbara Techmańska, Joanna Wojdon, Leszek Ziatkowski
Wydawnictwo Dolnośląskie , 2018 , 224 strony
Literatura  polska

   Słowa mają siłę!

   Słowa mają moc! O ich potędze budowania, tworzenia i zmieniania przekonaliśmy się, kiedy Jan Paweł II wypowiedział jedne z najbardziej znanych i zapamiętanych – Niech zstąpi Duch Twój. I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! Dlaczego autorzy tego opracowania wybrali akurat te, a nie, da mnie dużo ważniejsze – „Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”? Ponieważ wprowadzili kryteria ich wyboru. Musiały pochodzić z przemowy, przemówienia, odezwy lub przysięgi oraz posiadać decydujący wpływ na dzieje i losy Polski. W ten sposób, spośród wielu ważnych myśli, jakie wygłosiło wielu, wybrali 32 najbardziej znaczące i ważne.

   Słowa, które zmieniły Polskę.

   Najpopularniejsze są księdza Jerzego Popiełuszki – Zło dobrem zwyciężaj czy Lecha Wałęsy – My, naród! Najmniej te, które sięgają początków naszego państwa przytaczane nie przez mówców, ale ich kronikarzy – Wincentego Kadłubka i Jana Długosza. Wiele z nich nie straciło nic ze swojej aktualności, jak Kazania sejmowe, tutaj przytoczone O zgodzie narodowej, czy mowa posła Wincentego Niemojewskiego, który apelował – Konstytucja jest ogień poświęcony ludu. Ułożone chronologicznie tworzyły swoistą sztafetę losów Polski w pigułce od XV wieku do przemówień ministra Bronisława Geremka podczas ceremonii podpisania aktu przystąpienia Polski do NATO oraz prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej, w których obaj użyli wyrażenia – Dla naszej i waszej wolności.

   Wśród nich były również słowa destrukcyjne i niszczące.

   Przede wszystkim ducha narodowego i nadzieję na niepodległość. Zniewalające cara Aleksandra II – Przede wszystkim porzućcie nadzieję czy grożące premiera Józefa Cyrankiewicza – Władza ludowa rękę odrąbie. To była dla mnie okazja nie tylko do przypomnienia sobie ważnych wypowiedzi, ale również ich oryginalnego brzmienia i pisowni, pozostałej treści mowy oraz historycznego kontekstu ich powstania. Zadbali o to autorzy, historycy i wykładowcy w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy każdy rozdział poprzedzili wizerunkiem mówcy z omawianą frazą, a oryginalną wypowiedź opatrzyli komentarzem i krótkimi biogramami postaci historycznych będących bohaterami treści.

Najtrudniej, ze względu na staropolszczyznę, czytało mi się przemowę Mikołaja Sienickiego wygłoszoną na sejmie w 1553 roku ze znaczącymi słowami – To egzekucją zowiemy, a skierowaną przede wszystkim do króla Zygmunta Augusta. Już pierwsze zdanie totalnie rozłożyło moją logikę rozumowania na łopatki – Na tym nie mało a snać wszystko nam należało zawżdy, iż to było wżdy wolno Polakom domówić się u Pana swego swobody i sprawiedliwości swej, k temu był ten, kto się tego domówić miał. Potem wcale nie było łatwiej, bo autor słów słynął ówcześnie ze swojej nieprzeciętnej erudycji i oratorstwa.

   Również wzruszyłam się!

   Słowa prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego – Chciałem, by Warszawa była wielka, wyjęte z kontekstu, nie niosą takiego ogromu ładunku emocjonalnego, jak cała przemowa radiowa z 23 września 1939 roku. Pojawia się on w nawiązaniu do jego dokonań dla Warszawy do wybuchu II wojny światowej, w kontekście uciekającego rządu i jego decyzji o pozostaniu i w pięknie użytej metaforze, która w beznadziejnej sytuacji buduje nadzieję w mieszkańcach bombardowanej stolicy.

   Publikacja nie ma charakteru pomocy dydaktycznej.

   Autorzy kierują ją do wszystkich, licząc jednak, że może zainteresować i zainspirować nauczycieli i uczniów, a także studentów, dziennikarzy i wszystkich innych zainteresowanych historią Polski i historią polskiej retoryki. Zastanawiam się kto, co powie i w jakich okolicznościach zapisze się w narodowej pamięci jako kolejny „złotousty”.

   Mam nadzieję, że tylko i wyłącznie w budujący sposób.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Siła słów człowieka, który mówił i czynił.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: