Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Blask – Marek Stelar

12 stycznia 2020

Blask – Marek Stelar

Wydawnictwo Videograf , 2019 , 400 stron

Literatura polska

   Tylu ludzi zginęło za coś, czego nikt tak w zasadzie nie widział na własne oczy. Coś nieprawdopodobnego…

   Chociaż nie do końca zgodziłabym się z tą niewidocznością. Aurę skarbu von Kaminskiego, mieszkańca przedwojennego Szczecina słynącego z kolekcji drogich kamieni, trudno było przyćmić, ukryć czy zgasić. Po wojnie wielu chciało go odnaleźć i przejąć. Począwszy od władz PRL po zwykłych ludzi. Tu i ówdzie zamigotał na krótką chwilę, na mgnienie oka, w okruchu informacji, w chciwości ludzkiej. Zaiskrzył w fasetach sporego brylantu w zaciśniętej, martwej dłoni żydowskiego chłopca. Jawił się w sprawdzonej informacji przekazywanej z ojca na syna. Mamił słowami świadka dobrze znającego rodzinę von Kaminskich. Każdy, kto zainteresował się nim, omotany wizją bogatej przyszłości, robił wszystko, by go odnaleźć. Wszystko, by wejść w jego posiadanie.

   Po trupach.

   Dosłownie. To dlatego akcja tego kryminału dzieje się w trzech, naprzemiennie opowiadanych, płaszczyznach czasowych, odzwierciedlających dzieje skarbu von Kaminskiego. Tuż po wojnie w 1946 roku, w latach komuny w 1978 roku i współcześnie w 2019 roku. Opowiadane przez bohaterów zaplątanych świadomie lub bez ich woli w bardzo skomplikowaną intrygę kryminalną, tworzyły obraz jednej rodziny: Krugłych i Prażmowskich. Ludzi spokrewnionych, których, poza więzami krwi, łączyły mroczne sekrety rodzinne wyłaniające się z czarnej otchłani przeszłości. Wiele wyjaśniających skomplikowane i naganne, wręcz patologiczne, postawy członków obu rodzin, mające wpływ na to, kim stało się najmłodsze pokolenie. A przy okazji, jaka przeszłość stoi za znaną postacią kryminalnego cyklu Krugły i Michalczyk, który powstały dużo wcześniej. To gratka dla fanów tego śledczego tandemu. To tutaj można dowiedzieć się, z jakimi obciążeniami Robert Krugły borykał się prywatnie.

   Autor stworzył kryminał z zagadką na miarę enigmatycznego „złotego pociągu” i Bursztynowej Komnaty. To skarb przyciągał moją uwagę. To na nim skupiałam się w trakcie poszukiwań sprawców kolejnych morderstw. To o nim myślałam, wsłuchując się w wyznania kolejnych bohaterów. To o niego pytałam, kiedy pojawiały się nic niewyjaśniające odpowiedzi. To jego chciałam ujrzeć w kolejno dynamicznie zawiązujących się wątkach. Autor omamił mnie nim tak, jak blask skarbu omamił wszystkich bohaterów zapętlonych w meandry jego historii. Ludzi, którzy gotowi byli podpalić stóg siana, by wyjąć z popiołów poszukiwaną „igłę”. Skupieni na jego aurze zapominali o dużo bardziej wartościowych „skarbach” życia codziennego. Oślepieni jego blaskiem przestali zauważać to, co najcenniejsze mieli tuż przed oczami.

   Drugiego człowieka.

   Autor w ostatnich słowach od siebie posunął się nawet dalej w tym przesłaniu, twierdząc, że właśnie takie nieistotne mity i miraże inicjowały coś tak potwornego, jak wojny, a w powieści, w życiu jej bohaterów, mnóstwo niszczącego, destrukcyjnego zła. To dlatego śmiało mogę powiedzieć, że w dużej mierze to również powieść społeczno-obyczajowa. Jej przesłanie jest ponadczasowe, bo przecież to miraż, który wiedzie na manowce nas nieustannie.

   Na naszą własną zgubę.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Blask [Marek Stelar]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swojej książce i nie tylko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: ,

Anatomia zdrowia – Agnieszka Leszczyńska

5 stycznia 2020

Anatomia zdrowia: jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę – Agnieszka Leszczyńska

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 224 strony

Literatura polska

   „…zdrowie; ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił…”

   Znamy, znamy bardzo dobrze ten fragment inwokacji z Pana Tadeusza Adama Mickiewicza. Dokładnie to nieszczęście przydarzyło się autorce tej publikacji. Dopadła ją choroba, która stała się impulsem do działania, do poszukiwań dróg wyjścia, a w konsekwencji do profilaktycznego podejścia do zdrowia  – W związku ze swoimi dolegliwościami, poznaniem oferty naszej służby zdrowia, oferowanym mi leczeniem wyłącznie objawowym i groźba operacji (która niosła spore ryzyko) zostałam zmuszona do zainteresowania się na poważnie terapiami naturalnymi. Znalazła też pozytywną stronę kilkutygodniowego unieruchomienia w łóżku – czas. Wykorzystała go, by podzielić się swoimi refleksjami, przemyśleniami, wnioskami, bogatą wiedzą i doświadczeniem w tej dosyć mocno skondensowanej treściowo publikacji.

   Można powiedzieć – kolejnej na polskim rynku wydawniczym.

   Ale, ale! Mnie zachęciło holistyczne brzmienie podtytułu – Jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę. To komplementarne podejście do tematu zdrowia wymusiło podział treści na trzy główne rozdziały, które nazwała poziomami – ciała, umysłu i duszy. O tym, że jest zawodową naturopatką, dowiedziałam się ze wstępu. Swoją wiedzę teoretyczną, popartą zielarsko-rolniczymi tradycjami rodzinnymi, a także zdobytą w trakcie kilkunastoletnich poszukiwań poprzez edukację, od początku starała się integrować z działaniem. Dlatego obok teorii znalazłam tutaj mnóstwo sprawdzonych rad, ostrzeżeń, praktycznych wskazówek, a przede wszystkim przykładów i przepisów ilustrujących omawiane zagadnienia. Otrzymałam też mnóstwo linków do obszarów poszerzających temat, wśród których utonęłam w Internecie. Spośród wielu najbardziej zaciekawiło mnie pozyskiwanie jadalnych roślin z otoczenia promowane przez Łukasza Łuczaja.

Otworzenie przede mną ogromnych możliwości w poszukiwaniu własnych ścieżek do zdrowia, to zasługa przyjaznej, przychylnej, ciepłej i mądrej narracji autorki. W swoim przekazie niczego mi nie narzucała, ale podpowiadała, kładąc nacisk na mój indywidualizm i prawo do elastycznej postawy.

   Ogromną zaletą tego wydania była jego polskość.

   To tutaj, jak w żadnej zagranicznej pozycji, autorka wypunktowała nasze polskie przywary, nawyki, przyzwyczajenia, schematy na poziomie ciała i umysłu, a na poziomie ducha, jedną z największych przeszkód do samodzielnego poszerzania wiedzy, a zwłaszcza świadomości – religii. Kiedy czytałam we wstępie jej ostrzeżenie – Niektórym ta książka może wydać się nieco kontrowersyjna, heretycka, niepoparta badaniami naukowymi. Mogą ja uznać nawet za publikację z gatunku fantastyki. – myślałam, że chodzi o brak tej naukowości. Jednak szybko zorientowałam się, że również o krytykę nauk Kościoła katolickiego, który swoimi nakazami i zakazami uważa za grzech nawet rozwój osobisty, nie wspominając o duchowym. Obrywało się też rodzicom jako pierwszym sprawcom „zniewolenia” umysłów dzieci. Również nauczycielom i systemowi edukacji, pod czym akurat tutaj mogłam podpisać się nogami i rękoma, jako trybik machiny na co dzień obserwujący tak celnie wymienione bolączki polskiej szkoły. Także mediom i kilku innym destrukcyjnym czynnikom generowanym przez normy kulturowe. Trafnie zauważa, że na przeciwstawienie się im dla własnego dobra czyli zdrowia, potrzeba dużej odwagi i jeszcze większej uważności połączonej z ostrożnością. Bo jak pogodzić chęć uprawiania jogi z jej katolickim zakazem? Może dlatego większość odpuszcza i woli wcielać w życie myśl Sofoklesa – Ludzie nie umierają, tylko popełniają powolne samobójstwo.

   Autorka pokazuje, jak się temu przeciwstawić.

   Jak zawalczyć o siebie. Uczciwie jednak uprzedza, że droga  do zdrowia przeważnie nie jest ani jednokierunkowa, ani prosta. Często wymaga zmiany myślenia i nawyków, bywa też, że przewartościowania całego życia. Nie jest jednak przeciwniczką medycyny konwencjonalnej. Raczej zwolenniczką połączenia sił medycyny akademickiej z niekonwencjonalną w imię dobra pacjenta. Namawia do czerpania z obu tego, co w nich najwartościowsze, najcenniejsze i najkorzystniejsze dla zdrowia konkretnego czlowieka, którego największą tajemnicą jest profilaktyka.

   Dla każdego indywidualna.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Anatomia zdrowia. Jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę [Agnieszka Leszczyńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Po takim wykładzie zastanawiam się, co jeść!?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe, Poradnik

Tagi: ,

Czerwone noce – Henryk Cybulski

3 stycznia 2020

Czerwone noce – Henryk Cybulski

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej , 1977 , 396 stron , wydanie 4

Literatura polska

   Jest to pierwsza publikacja o powstaniu i przetrwaniu organizacji samoobrony ludności polskiej we wsi Przebraże na Wołyniu w latach 1943-1944.

   Autor wstępu Stanisław Wroński napisał to zdanie z myślą o pierwszym wydaniu, ponieważ w moje ręce trafiło czwarte z kolei. Narrator wspomnień był komendantem wsi Przebraże, w której urodził się i dorastał. Licząca przed wojną około 2 tysięcy społeczność, skupiła polską ludność z okolicy, tworząc twierdzę obronną, która jako jedyna przetrwała do czasu wkroczenia wojsk sowieckich.

Ponad 25 tysięcy ludzi koczujących pod gołym niebem lub w szałasach wymagała nie tylko ochrony, ale również wyżywienia i leczenia. Losy tej niezwykłej społeczności, która stworzyła własne wojsko (cztery kompanie) zależała nie tylko od samych przebrażan, ale również od współpracy z partyzantami Armii Krajowej i sowieckimi, a także od umiejętnej dyplomacji z niemieckim okupantem, który musiał uwierzyć, że są tylko i wyłącznie formacją obronną przed napadami Ukraińskiej Powstańczej Armii, daleką od kontaktów z formacjami polityczno-wojskowymi.

Ta niezwykła wieś tworzyła małe państewko polskości z własnym wymiarem sprawiedliwości, administracji i systemem obronnym z umocnieniami i zasiekami długości 20 kilometrów, wśród upowców, Niemców, schutzmanów czy wreszcie volksdeutschów, zdrajców i kolaborantów.

   Nie było łatwo.

   Największą trudność komendantowi sprawiali sami mieszkańcy, którzy łatwo poddawali się panice oraz ludzie przenikający do społeczności w roli szpiegów. Również ci, którzy wykorzystywali sytuację do własnych celów, by przy odrobinie sprytu, odwagi i ryzyka (…) się nieźle „urządzić”. Obrona przed wrogiem nie ograniczała się tylko do biernego czekania na ataki. Oddziały często robiły wypady zwiadowcze lub w celu przejęcia ludności polskiej z zagrożonych pogromem terenów Wołynia. Czasami odbijały zagrabiony inwentarz przez UPA, a także ochraniały pracujących chłopów podczas żniw.

   Stąd wiele w tych wspomnieniach scen bitew i walk.

   Bardzo plastycznie i logistycznie ukazanych wraz z mapką obrazującą szkic obrony Przebraża podczas generalnego szturmu bulbowców. Odbierałam te wspomnienia jako nie tyle piękną historię odwagi i poświęcenia, ale przede wszystkim desperację ludzi skazanych tylko na siebie. Ludzi zwykłych, w większości chłopów, często bardzo młodych, których śmierć tonęła w tej zawierusze jak kropla w morzu.

Być może to jedyne miejsce ich upamiętnienia wraz z ich fotografiami.

   Wiele w tych wspomnieniach również indywidualnych tragedii.

   Żydów kryjących się po lasach, przygarnianych do Przebraża. Ukraińców pomagających Polakom, o których komendant wspominał – Mieliśmy liczne dowody przyjaźni, pomocy i współczucia ze strony wielu Ukraińców, trzeźwo i po ludzku patrzących na toczące się wydarzenia. Znaliśmy całe wioski ukraińskie, zdecydowanie odcinające się od ruchu nacjonalistycznego. Mieliśmy wiele przykładów ratowania ludzi, całych rodzin polskich, przez rodziny ukraińskie, które później ginęły z rąk mściwych morderców. Również Żydówki Irenki ukrywanej przez komendanta we własnym domu, a potem wśród partyzantów AK. Uciekinierów z innych wsi, wśród których odnalazłam mieszkańców Huty Stepańskiej, o pogromie której czytałam w Krwawych żniwach Czesława Piotrowskiego. Także szpiega sowieckiego, który po zamordowaniu niemieckiego generała trafił do Przebraża jako punktu przerzutowego do partyzantów Armii Czerwonej. Czytałam jednak te wspomnienia z ogromną ostrożnością.

   Ze względu na silnie odczuwaną cenzurę.

   Sam wstęp Stanisława Wrońskiego wprowadzający do treści był bardzo jednostronny i przesiąknięty propagandą jedynej, prawdziwej historii kreowanej przez komunistów. Bardzo raziło obwinianie przedwojennego rządu polskiego i AK jako twórców nacjonalizmu ukraińskiego w takich sformułowaniach – Gdyby nie było w owym czasie programu i działań AK, zmierzających do ponownego wcielenia tych ziem do Polski, sama pamięć o ucisku narodowościowym i obszarniczym z okresu międzywojennego, nawet przy wysiłkach polityki hitlerowskiej, nie byłaby w stanie  wywołać tak masowych rzezi ludności polskiej, dokonywanych przez sfanatyzowany żywioł nacjonalistyczny, I ten język! Bardzo charakterystyczny dla ówcześnie powszechnie używanej nomenklatury, który obecnie brzmi kuriozalnie – państwowość ukraińska typu radzieckiego. Irytowało również podkreślanie roli partyzantki sowieckiej w pomocy samoobronie i nacisk na współpracę, braterstwo i przyjaźń poprzez wspólną walkę. Bardzo jestem ciekawa, co naprawdę czuł i myślał autor relacji, kiedy pisał według wytycznych płynących z góry. Poddaję w wątpliwość jego lojalnościowe zapewnienie – Nie łączyłem własnych przeżyć ze stosunkiem do Kraju Rad. Jeżeli miałem uprzedzenia, to nie do władzy, nie do ustroju, który nas, chłopów, mógł tylko dźwignąć w górę, lecz do konkretnych metod.

   Przecież  był więźniem łagrów i żołnierzem AK!

   Uciekinierem z dalekiej Syberii, który, na miarę Długiego marszu Sławomira Rawicza i Tak daleko jak nogi poniosą Josefa Martina Bauera, pokonał tysiące kilometrów w 8 tygodni do rodzinnej wsi, nie za wiele pisząc o tym okresie życia. Mogłam się tylko domyślać, co kryło się za tymi enigmatycznie podanymi faktami. Po powrocie długo ukrywającym się po wsiach i miasteczkach przed ponownym aresztowaniem. Ofiarą stalinowskich czystek, którym padł tylko dlatego, że był leśniczym. Czy po tych przeżyciach można było napisać, jako prawdę? – Nikt z nas nie orientował się jeszcze wtedy w istocie beriowszczyzny i jej symptomach. Nie wiedzieliśmy, że jej ofiarą padali również i radzieccy uczciwi ludzie.

   Jakże smutny kompromis.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Jak kochać dziecko – Janusz Korczak

1 stycznia 2020

Jak kochać dziecko – Janusz Korczak

Agencja Wydawnicza Jacek Santorski  & CO , brak roku wydania , 136 stron

Literatura polska

   Mój guru zawodowy.

   I nie tylko. Swoje poglądy na wychowanie dziecka zawarł w tym eseju pisanym na froncie I wojny światowej, w lazarecie polowym, wśród huku armat. W 116 króciutkich rozdzialikach, w których rozwijał jedną myśl, nakreślił chronologiczny obraz rozwoju dziecka z jego najbardziej charakterystycznymi cechami od narodzin do okresu dojrzewania. Od poczęcia dziecko jawiło mu się jako cud z własną iskrą, która może rozpalać ogniska szczęścia i prawdy. Oddał mu wręcz hołd wyrażony w pytaniach – O, ja całuję te dzieci wzrokiem, myślą, pytaniem: czym jesteście cudowna tajemnico, co niesiecie? Całuję wysiłkiem woli: czym mogę wam pomóc? Całuję je tak, jak astronom całuje gwiazdę, która była, jest, będzie. Ten pocałunek winien zajmować równe miejsce między ekstazą uczonego i korną modlitwą, ale nie dozna jego czaru, kto poszukując wolności zagubił w tłoku Boga.

   Do takiej też postawy namawiał dorosłych.

   Czynił ich odpowiedzialnymi we wspieraniu rozwoju dzieci, a swoją rolę ograniczał do budzenia w opiekunach czujności. Podsuwał zatem rady dotyczące podejścia do dziecka, jak indywidualizm, bo sądzić o dziecku z dwóch biegunowo różnych typów dzieci to na zasadzie właściwości wrzątku i lodu mówić o wodzie. Proponował metody wychowawcze, z których najważniejszą była obserwacja stosowana przez niego samego z powodzeniem. Podkreślał rolę rozumu, a nie gotowych recept podawanych przez naukę. Nie z książek, a z siebie – zatytułował ostatnią myśl eseju, bo nierozumną miłością można katować dzieci. Dlatego matki przede wszystkim należałoby wyposażyć nie w wykształcenie, ale rozum, bez którego dobrze dziecka nie wychowa. Jako lekarz z wykształcenia stworzył własną metodykę wychowania.

   Pedagogikę małego człowieka.

   Zaproponował zamienić zamierzenie dominującego i autorytatywnego dorosłego – Ja z ciebie zrobię człowieka. – na podejście wspierające – Czym być możesz człowiecze? Swoje poglądy budował samodzielnie, dochodząc do wniosków rozwijanych przez psychologię i pedagogikę w kolejnych latach. Zwłaszcza że miał świadomość ich niedostatecznego rozwoju, chociażby dotyczącego roli zabawy w kształtowaniu ról społecznych. Swoją teorię nazwał procesem tworzenia, zasłuchaniem się we własne nie ustalone, nie dowiedzione, nagle wyłaniające się myśli. Myśli, które do dzisiaj powielają inni, o czym czytałam w Jak przeżyć w szkole? Reinholda Millera. Nie spotkałam w tym eseju języka naukowego czy terminów, którymi posługują się psychologia, socjologia czy pedagogika, ale z punktu widzenia tych dziedzin można opisywane zjawiska i procesy naukowo nazwać. I co najważniejsze stały się dla mnie bazą, korzeniami, do których odwołuję się za każdym razem, gdy pogubię się w gąszczu nowych teorii (zwłaszcza tych niesprawdzonych jak niesławne wychowanie bezstresowe), poglądów czy nowinek w metodyce wychowania albo gdy początkujący nauczyciele pytają mnie o „receptę”.

   Zawsze odpowiadam – człowieczeństwo.

   Przede wszystkim człowiek, mały, niedojrzały, ale człowiek. To się nie zmienia, ewoluują jedynie metody jego wspierania w rozwoju. Biorąc pod uwagę współczesną rzeczywistość – to konieczność wynikająca ze zmieniających się warunków wychowania, wśród których technologia wiedzie prym. Jedynie to, ale baza pozostaje niezmienna.

   Esej autora nie wyczerpał tematu.

   Jak sam zauważył – Ostatnia myśli książki nie jest zakończeniem całości.Nie przypuszczał, że jego rozważania staną się dla współczesnych mi ludzi źródłem rozważań nad istotą powołania. Nad jego granicami, których nie wyznaczył sobie, idąc ze swoimi dziećmi do komory gazowej.

   Był z nimi do końca.

Po Sile empatii Helen Riess, która jest dla mnie zwieńczeniem jego eseju,, spuścizną jego myśli i pięknym kołem powrotu do źródła, wiem dlaczego, a po wspomnieniach autora Pamiętnik i inne pisma z getta wiem, co myślał i czuł przed wymarszem na Umschlagplatz w drodze do Treblinki.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto przypomnieć sobie sylwetkę człowieka, który całe swoje życie poświęcił dzieciom.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: ,

Emisariusz Niepodległości – Michał Sokolnicki

28 grudnia 2019

Emisariusz Niepodległości: wspomnienia z lat 1896-1919 – Michał Sokolnicki

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 392 strony + 12 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska

Literatura polska

   Co osiągnąłby Józef Piłsudski bez wspierających go ludzi?

   Gdyby nie jeden z najważniejszych czynników decydujących o powodzeniu realizacji planów politycznych Naczelnika. Gdyby nie osoby bezgranicznie oddane jemu i jego idei. Lojalni od początku do końca.

   Jednym z nich był autor tych wspomnień.

   Jak sam napisał – Wzrastałem na wsi w atmosferze patriotycznej tradycji szlacheckiej. Matka przepoiła mnie uwielbieniem dla wierszy polskich, głuchą nienawiścią do wroga i gorzką pamięcią przegranej. (…) Zatem , jeszcze w latach młodzieńczych, w wieku jazdy konnej i gry w krykieta, lekcji tańca i wycieczek łódkami po stawach, byłem już gotowym materiałem na spiskowca. To wystarczyło, żeby widzieć w Rosji okupanta i dawać temu wyraz od najmłodszych lat szkolnych, co przysparzało mu niemało kłopotów w trakcie edukacji. Ostatecznie został historykiem. To szerokie spojrzenie zawodowe na procesy historyczne obdarowało go zdolnością analizowania faktów, wyciągania wniosków i patrzenia w przyszłość. Jasno widział siebie i Polskę na tle Europy u progu zmian niesionych przez 1914 rok, odnotowując podczas pobytu w Berlinie – …oto jestem niewolnik zagubiony w tym potężnym mieście, wgnieciony kołami przez znienawidzoną przemoc, wyzuty z praw, jakie ma każdy szary przechodzeń, lekceważony i mijany przez siły, władające światem: tymczasem ja jeden właśnie, wśród wszystkich tutaj naokoło, wiem i niosę w sobie pewność, rozumiem zwężające się kręgi losów, czuję, co jutro przynosi i znam wyroki ruchu i zmiany, wyroki wszechmocy boskiej, nieznającej zastoju i spokoju.

   W wieku dwudziestu kilku lat posiadał pewność wizji.

   Szukał jedynie drogi realizacji swoich przekonań. Znalazł ją wśród ludzi reprezentujących socjalizm niepodległościowy nie przez partię i nie przez jej arkana, nie na drodze programu czy pism, ale na tej bezpośredniej trudnej ścieżce od człowieka do człowieka, by dotrzeć ostatecznie do Józefa Piłsudskiego, stając się jego jednym z najbardziej zaufanych współtwórców Niepodległej. W swoich wspomnieniach z lat 1896-1919, ułożonych chronologicznie na podstawie listów, fragmentów książki Sprawa armii polskiej oraz zapisów w dzienniku, pokazał nie tylko realizację swoich idei, planów i marzeń na drodze ku wolnemu krajowi. Nie tylko odpowiedział na nurtujące mnie pytanie, na czym dokładnie polegała praca konspiratora, gdy napotykałam w ogólnych opracowaniach historycznych enigmatyczne wyrażenia – działał jako dyplomata, wysłannik czy kurier. Również pokazał pracę polityczną i logistykę działań obozu piłsudczyków. Trud nieustannego zdobywania sojuszników. Zabiegania o wsparcie finansowe, a nawet ich przemocowe pozyskiwanie. Ewolucję idei oscylującej między myślą socjalistyczną a niepodległościową, rozsadzającą jednomyślność Polskiej Partii Socjalistycznej od wewnątrz i dzielącą ją na dwie frakcje – bierną, ideową i czynną, bojówkową. Pięknie także oddawał charakterystykę ludzi, z którymi współpracował, uchwycając to, co można zaobserwować tylko podczas spotkania twarzą w twarz. Potrafił oddać istotę człowieka, łącząc wygląd z cechami charakteru, które go budowały, które w nim się uwidoczniały. Wywarł na mnie od pierwszej chwili szczególny urok – czymś, co biło z jego uduchowionej twarzy, a więcej jeszcze ze smutno-tęsknych i figlarno-ciekawych oczu. Oczy te, spod wysoko sklepionego czoła i w górę rozchodzących się brwi, wyglądały na skośne i patrzyły na ludzi, jak gdyby z góry coś odpychając, a jednocześnie wiecznie czegoś oczekując. – tak barwnie widział i odbierał Stefana Żeromskiego.  Dzięki umiejętności uważnego i wnikliwego obserwatora mogłam przyjrzeć się znanym osobom ze świata ówczesnej kultury i polityki od nieformalnej strony, jakże pięknie uzupełniając ich encyklopedyczny obraz. Kto znał takiego J. Piłsudskiego – Bawiła mnie i uderzała ciągłymi niespodziankami ta umysłowość, tak różna swoją metodą od mojej, tak jak bawił mnie i pociągał zupełnie odmienny od psychiki koroniarzy charakter Litwina: trochę rubaszny, a jednak w każdym calu pański, dobroduszny i serdeczny, ale zarazem nieufny i skryty, pełen zagadkowych zamyśleń i tajonych w sobie mocy, uzewnętrzniający się zawsze tylko częściowo. I te oczy z niepokojącymi błyskami drapieżnego ptaka.

   Jego wspomnienia to również obraz Polski.

   Stan świadomości Polaków, a raczej ich zniewolenia i bojaźni przed nowym, niepewnym, dla wielu nawet obcym ze swoją ideą niepodległościową. Nie odnotował hurra optymizmu w społeczeństwie, jaki dzisiaj, nam, współczesnym, kojarzy się hasło „niepodległość”. Wystarczy prześledzić zapiski na temat wkraczania Legionów Polskich do polskich miejscowości i wsi.

Kielce, sierpień 1914. Przemarsz I Kompanii Kadrowej. Fot. NAC

Ani jednego pozdrowienia dla nas, jadących w czapkach mundurowych ze srebrnymi orłami; ani jednego zaciekawionego spojrzenia; ani zapytań na postojach. (…) Rozterka obejmowała ten kraj, obraz jałowych i biednych stron, któreż mu przyszli budzić, a ona nie życzyła sobie wcale przebudzenia. Autor potrafił na ten stan spojrzeć obiektywnie, tłumacząc przyczyny. Nie tylko ideowe, ogólne i indywidualne, ale również społeczne i gospodarcze, z jakimi borykał się wyzwalający się naród. Choroby, głód, indoktrynacja zaborców, zniszczenia wojenne – uchwycił dokładnie to, o czym czytałam w relacjach świadków zebranych w Polskim wirze I wojny. Potwierdził tym samym moje przekonanie, w jakich piekielnych bólach rodziła się Polska. Jak ogromny wysiłek intelektualny i psychiczny nałożył na swoje barki Józef Piłsudski nie tylko w walkę o niezawisłość, ale również o świadomość Polaków. Według autora – o przerobienie ich bezwładnych dusz stanowiących ogromną większość polskiego społeczeństwa. W tych wspomnieniach widać to, jak pod mikroskopem. Tę inercję, ten brak cywilnej odwagi, to niepojmowanie, że wojna zadecyduje o wszystkim, to szukanie różnych protekcji i chwianie się wśród rozmaitych możniejszych czynników z nadzieją, że ktoś w końcu nam w czymś pomoże lub za nas coś zrobi, to wreszcie jednoczesne stawianie przed sobą wykluczających się wzajem celów, równoczesne śmiałe łamanie traktatów i podstępne na nich z powrotem opieranie się. Czytając wspomnienia autora zastanawiałam się nad jednym.

   Skąd w tym człowieku brała się taka pewność słusznej drogi pod prąd?

   Nie tyle wiara w samego J. Piłsudskiego, ile w ideę niepodległości? Nigdy w nią nie zwątpił. Najwyżej dawał wyraz irytacji – Kiedyż mnie wybawisz , Boże, od fałszywych ludzi? Od tego uśmiechu zgniłka na twarzy mojego rodaka, od tej bezmyślnej czerni kłótliwej, skąpej i głodnej zysku? Wiecznież będzie kultura w swym wyniku ostatnim spasieniem i pieniężną pychą? Zawsze znajdywał wyjście z beznadziejnej sytuacji. Na zgliszczach budował nowe lub szukał kolejnego gruntu do budowy od podstaw. Czasami działał na wyrost, przejawiając inicjatywę w ratowaniu niemożliwego do uratowania.

   A przy tym nic nie tracił ze swojej szlachetności i przyzwoitości.

   Zawsze wierny sobie. Przede wszystkim sobie. Może dzięki zalecie, którą on poczytywał za wadę – Moim nieszczęściem w polityce jest, że za wiele rozumiem i na skutek tego widzę zawsze rację podwójną – swoją i czyjąś – i czasem, przez zbytek rozumienia, nie idę ani jedną, ani drugą, lecz pośrednią. Konsekwentnie realizował myśl Zbigniewa Herberta – „idź wyprostowany wśród tych co na kolanach” – z Przesłania Pana Cogito. Może Książę Poetów, tworząc je, miał na myśli, obok Gilgamesza, Hektora, Rolanda, również takich ludzi, jak Michał Sokolnicki?

   Piękna, wyjątkowa i nietuzinkowa postać!

   To właśnie takim niezłomnym osobowościom, mniej znanym przeciętnemu Polakowi, a przecież budującym spiżową bazę działań Józefa Piłsudskiego, zawdzięczamy wolną Polskę.

Wiedeń, grudzień 1914. W środku Józef Piłsudski, obok Michał Sokolnicki. Stoją od lewej: Hipolit Śliwiński i Walery Sławek. Fot. Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie/OK

   Pamiętajmy o tych ludziach stojących za, obok lub w tle wielkich nazwisk.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Sielski zakątek – Barbara Sośnica-Czekała

21 grudnia 2019

Sielski zakątek – Barbara Sośnica-Czekała

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 320 stron

Literatura polska

   Oj, przewrotna to historia!

   Właściwie wszystko w niej opiera się na pozorności i nieoczekiwanym zbiegu okoliczności, by móc zakończyć się piękną katastrofą.

   Katastrofą dla bohaterów.

   W przewrotnie sielskim zakątku na obrzeżach miasta, w domu odziedziczonym po tajemniczej krewnej, zamieszkała Asia z mężem i malutkim dzieckiem. Mąż, wyjeżdżający do pracy w innym kraju, namówił jej przyjaciółkę Alinę do zamieszkania razem z jego żoną. Dla bezpieczeństwa jego rodziny, a przede wszystkim własnego spokoju ducha. Intuicyjnie i nieświadomie uczynił dobrze, nie podejrzewając, że jego obawy były uzasadnione. Dziewczyny nie przyznały się, że od jakiegoś czasu wokół domu krąży wielbiciel Asi. Amator cudzych żon przewrotnie nie był ich fanem, a mężczyzną coraz natrętniej i nachalniej próbującym dostać się do środka budynku. Ponieważ Alina niezmiennie twierdziła, że menele, podobnie jak nieszczęścia, chodzą parami, więc wokół „sielskiego zakątka” wkrótce zaroiło się od podejrzanych typów. Alina, odważna dziewczyna, zamiast poddać się panice, coraz bardziej intrygujące i niby przypadkowe zdarzenia (czyli znowu przewrotnie!) podsumowała z filozoficznym dystansem – Historia sielskiego zakątka stawała się coraz bardziej frapująca, a ja miałam coraz większą ochotę poznać wszystkie jego tajemnice. Dziewczyny zabrały się ochoczo do dzieła.

   Z korzyścią dla mnie!

   Dla urody tej opowieści. Asia z Aliną przeżywały lęki, strachy, a nawet uszczerbki na zdrowiu i ciele, a ja, dzięki ich uporowi i ciekawości, mogłam dobrze się bawić. Wątki przygodowo-sensacyjno-kryminalne tonęły w morzu dobrego humoru. Wnikał on w dialogi. Łączył w ciągi zaskakujących zdarzeń. Obfitował w gagi sytuacyjne. Mnożył absurdy wywołujące uśmiech na twarzy, a czasami głośny śmiech.

   Warstwa rozrywkowa to największy atut tej powieści.

   Jednak pod nią kryło się drugie dno, które odsłoniło się po rozwikłaniu zagadki rodzinnej. Tajemnicy, która była siłą napędową dynamiki fabuły.

   To przeszłość.

   Sekret rodzinny Asi będący udziałem (a może nadal jest?) wielu polskich rodzin, które przeżyły drugą wojnę światową i zostały uwikłane w wielką historię narodów polskiego i niemieckiego. Autorce wśród śmiechu i dobrej zabawy (znowu przewrotnie!) udało się zachować nutę refleksji nad ważnością rodzinnych historii, nad wartością więzi jej członków i nad dziedzictwem przekazywanym nie tylko w formie materialnej, ale i duchowej.

   To książka dla tych, którzy kochają twórczość Joanny Chmielewskiej i powieści (Czy ten rudy kot to pies, Zacisze 13, Zacisze 13: powrót, Natalii 5) Olgi Rudnickiej.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller, Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: ,

Miłość z lupanaru – Michał Römer

15 grudnia 2019

Miłość z lupanaru: dziennik intymny wileńskiego adwokata – Michał Römer ; wybrała Agnieszka Knyt

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 360 stron

Literatura polska

   Jedyna, romantyczna, zakazana i tragiczna!

   Tak określiłabym to szaleństwo uczuć z udziałem Michała Römera i Anny Wolberg. Według autora dziennika – Dzika i pierwotna jak głód, wielka i idealna, subtelna i szlachetna”.

   Miłość jak bajka, którą napisało życie.

   Dokładnie takiego czarownego pojęcia użył Michał Römer – Tak, królewną z bajki była, a bajką tą jest życie moje. Dla świata prostytutką poznaną w lunaparze. W wileńskim domu publicznym, do którego od czasu do czasu lubił gościnnie zachodzić Michał, gdy duch słabnie, raptem rozszaleje ciało, a z kryjówek wypełzają najniższe instynkty użycia, podłej lubieżności, która plwa na wszystko, co jest w człowieku harmonią, i chce się upić, chce żeru, chce splugawienia się. Dziewczyna przykuła jego uwagę kontrastem, gdy wśród kobiet lubieżnych, kobiet do wzięcia była jedna czysta i nieskalana, nietknięta, naiwna, wstydliwa. Anna miała 20 lat i właśnie trafiła do domu publicznego wyrzucona z domu rodzinnego. Jej młodość, uroda, cnotliwość, skromność i świeżość zauroczyły Michała, budząc ku sobie ostrą bolesną tęsknotę, budziła – czarodziejka – z najgłębszych tajników duszy jakieś sny nieziszczone i nieziszczalne, subtelne gdzieś het promyki wczesnych marzeń młodości, jakieś przeczucia rozkoszne a smętne, bo strawione świadomością brudu.

   Postanowił ją uratować!

   Zorganizował wykupienie i wyrwanie Anny z rąk „opiekunki”, a potem znalazł pracę i mieszkanie. Jednak z czasem, w trakcie tych zbawczych działań, zaczęło rodzić się między nimi uczucie tworzące namiętny związek zamieniający się powoli w duchowy. Pełnym wzlotów i upadków, rozstań, zerwań i powrotów, naprzemiennych zachwytów, wielbień, uniesień, tęsknot, wyznań, zapewnień, planów i pewności, a z drugiej strony niepewności, wątpliwości i brutalnych realiów wymuszających podporządkowanie się sztywnym normom społecznym i jeszcze sztywniejszym konwenansom.

   Taka miłość nie miała prawa i szans zaistnieć!

   Anna była córką kowala i robotnicy. Chłopką z pochodzenia. Łotewką nieznającą języka polskiego. Jedenaście lat starszy Michał, z zawodu adwokat, ziemianin, należał do arystokracji. Mezalians, który popełnił nigdy nie znalazłby akceptacji w jego rodzinie i środowisku. Nawet, gdyby zgodnie z planem, miał zalegalizować związek po śmierci rodziców.

   Życie brutalnie rozcięło ten węzeł gordyjski za niego.

   Anna zachorowała na gruźlicę i zmarła. Jednak tak głęboko zapisała się w sercu i pamięci Michała, że nikt nigdy nie zajął jej miejsca. Mimo że pojawiały się w jego dalszym życiu inne kobiety, a w późniejszym okresie nawet żona. Nigdy też nie żałował tych trzech, wyjątkowych lat z Anninką, jak nazywał ją z łotewska. Zawsze podkreślał, że otrzymał dar wyjątkowy – miłość pełną cudów i z cudów utkaną, a uratowanie Anny z piekła rozpusty za najbardziej wartościowe w całym życiu. Przedłożył ten fakt nad swoje znaczące dokonania zawodowe, społeczne i polityczne. Zwłaszcza te ostatnie okazały się dla Anny najbardziej konkurencyjne. To z ich powodu Anna umierała bez obecności ukochanego, a on nie mógł sobie tego wybaczyć, chociaż zdawał sobie sprawę ze spełnienia jednej z najcięższych ofiar w życiu w straszliwej rozterce sumienia.

   Losy ukochanej Annineczki, jak spieszczał jej imię Michał, autor ujął w pierwszym tomie Dzienników, jednak marginalnie potraktowane i rozproszone pomiędzy wpisami komentującymi wszechstronnie prowadzoną działalność człowieka aktywnego we wszystkich sferach życia, rozmywały intensywność przeżywanego uczucia. Dopiero wyłuskanie, uzupełnienie o wpisy nieujęte w dzienniku i potraktowanie go monotematycznie przywróciło mu wyrazistość, burzliwość, żarliwość i podkreśliło wyjątkowość. Historia zyskała na spoistości rozwoju uczucia, ale i ewolucji rozkwitu osobowości kochanków. Anna szlachetniała, rozwijając swój intelekt i duchowość przy Michale. Miał w niej wierną kochającą towarzyszkę, taki piękny dar miłości, prześliczny krystaliczny charakter, niezwykle głęboką i szlachetną duszę ludzką, wrażliwą i subtelną, a pełną poczucia sprawiedliwości i prawdy. Z kolei autor spełniał swoje marzenia o jedności i niepodzielności serc, dusz i umysłów z kobietą. Pragnień których nie spełnił w pierwszym małżeństwie z Reginą, trwającym zaledwie kilka miesięcy, zapewniając – Dopiero tu, w Annie, zdobyłem pełnię tę wielkiej miłości, które dwoje ludzi oddaje sobie wzajemnie w zespół całkowity, mieszając w sposób cudowny dwie indywidualności. To spełnianie się szczęścia obojga w związku, tym bardziej bolało, gdy Anna odeszła.

   A wraz z nią obumarła część Michała.

   Pozostała świadomość istnienia problemu tragicznego położenia kobiet w społeczeństwie. Wstydliwa przeszłość Anny, według niego, była typowa dla wielu dziewcząt z niższych warstw społecznych. Los i jej dzieje – powszednie; tragedia jej nie jest ostatecznie o wiele głębsza niż tragedie setek i tysięcy takich dziewcząt. – zauważał. W ich obronie napisał artykuł Prawa kobiety do czasopisma „Kurier Krajowy”. Zwrócił uwagę na nieudolność i niewydolność Towarzystwa Ochrony Kobiet, które zajmuje się nie tyle ratowaniem kobiet tak zwanych upadłych, ile raczej stręczeniem pracy dla dziewcząt i kobiet „uczciwych” w celu zapobieżenia ich upadkowi. Deklarował otwarcie się na związek swobodny, który jest daleki od rozpusty, o wiele dalszy niż powszechnie tolerowane małżeństwo z interesu. Krytykował hipokryzję własnego środowiska – Być u Szumana, kupować dziewki, rzucać się w wyuzdanej rozpuście, lupanary zwiedzać – to się toleruje i ostatecznie, byle cicho, uchodzi. Ale ci sami, którzy na to pozwalają sobie i innym, będą się gorszyli i potępiali, gdy się kocha uczciwie i prosto, i jawnie dziewczynę, którą się z tej ohydy ich zabaw rozpustnych wyrwało. Potępia mężczyzn korzystających z domów publicznych, samemu czując winę wobec Anny, bo okazał się też względem niej świnią.

   A jednak!

   Z rozbrajającą uczciwością, co jakiś czas, odnotowuje swój sromotny upadek, kiedy dzika żądza orgii, która się zawsze jak wicher z jakichś szumowin ducha w chwilach upadku podnosi, człowiek wtedy rzuca się do kałuży zepsucia, spadla się doszczętnie, rwie swoją duszę w szmaty i jak ścierkę włóczy po brudzie. Szał mętów i namiętności robi zawieruchę i żywiołowo człowiekiem miota.

   Ależ pięknie ujęte w słowach samobiczowanie!

   Szczerość, z jaką autor analizuje swoje uczucia, emocje i sprzeczne z nakazem rozumu zachowania, pozwoliła mi na prześledzenie toku rozumowania i wewnętrznej walki między moralnością a zniewalającym go libido. Męskiego kochania jednej kobiety ponad życie, a jednocześnie zdradzania jej z innymi.

   Coś, co nam kobietom, było, jest i zawsze będzie trudno pojąć.

   Autor pokusił się nawet o próbę wyjaśnienia tej dychotomii od strony psychicznej. Muszę przyznać, że psycholog nie miałby wiele do dodania. To tylko potwierdziło moje zdanie o niepospolitości, wszechstronności, otwartości i bystrości umysłu Michała oraz elokwencji w przekładaniu myśli na zdania. Również mężczyzny, który umiał mówić i pisać o uczuciach. O miłości łączącej znane historie z Pretty women i Love story o tyle ciekawszej, że prawdziwej. Krótkiej jak bajka i brutalnej jak życie.

Dlatego więc – bajka skończona i skończone życie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna, Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Płuczki – Paweł Piotr Reszka

1 grudnia 2019

Płuczki: poszukiwacze żydowskiego złota – Paweł Piotr Reszka

Wydawnictwo Agora , 2019 , 240 stron

Literatura polska

   Jest złoto, to trzeba wykopać, bo jak ja nie wykopię, to wykopie ktoś inny.

   Bardzo logiczna myśl. Jednak robi się ona bardziej pokrętna, gdy poszerzymy ją o miejsca tego kopania – tereny byłych niemieckich obozów koncentracyjnych w Bełżcu i Sobiborze. Wtedy nasuwają się wątpliwości i pytania o moralną stronę tych działań. Autor rozmawiając o masowym rozkopywaniu terenów obozowych z uczestnikami, świadkami i ich potomkami, szukał odpowiedzi na kilka pytań. Jak to możliwe, że nie wiąże grzebania w kościach ze znieważeniem? Jak można trzymać w dłoni, nad grobem kawałek metalu z ludzkiej szczęki i nie łączyć go z człowiekiem?

   Próbował połączyć bieguny wyraźnego dysonansu między czynem a przekonaniem.

   Prawie wszyscy rozmówcy podkreślali swoją religijność. Niemalże każdą wypowiedź kończyli zapewnieniami, że tu w ogóle są ludzie religijni, że jestem osobą wierzącą, mój mąż był chrześcijaninem, księdza przyjmowaliśmy, dzieci chrzciliśmy i że ja nie wierzę w to, żeby Pan Bóg karał za to, że ktoś poszedł na getto, znalazł złota, kupił dzieciom chleba czy jakieś kiełbasy. Nie wierzę.

   I ci „wierzący” chrześcijanie szli na miejsce pochówku i bezcześcili zwłoki ludzkie.

   Stworzyli wręcz system wykopek, wykorzystując do tego celu specjalne narzędzia – rafy (sita do przesiewania kości) i miejsca – płuczki do wypłukiwania złota ze szczątków ludzkich. Oszczędzę makabrycznych widoków, które autor opisał dosyć szczegółowo. Nie będę epatować grozą i obrzydzeniem, które bardzo obciążały mnie emocjonalnie, bo chciałabym się skupić bardziej na poszukiwaniu przyczyn albo źródła zagubienia człowieczeństwa w tym procederze.

   Pozornie sumienia w nim nie było.

   Wczytując się jednak uważnie w wypowiedzi rozmówców, wiele z nich wskazywało na to, że bardzo dobrze odróżniali zło od dobra. To ostatnie tłumili chęcią zysku dyktowaną chciwością, przykrywając go całunem racjonalizacji, by pogrzebać prawdę. Autorowi udało się te elementy świetnie wyłapać.

   To był między innymi kryptojęzyk.

   Pomagał im ukryć prawdziwą naturę rzeczy. Pełen eufemizmów pozwalał działanie niemoralne obrócić w działania neutralne. Grzebanie w spalonych szczątkach ludzkich to było „przeszukiwanie żużlu”. Pokłady spalonych ciał to obiecujące „warstwy złotonośne”. Rozdrabnianie łopatą zwłok nazywali „cięciem rąbanki”, a ludzi bezczeszczących miejsce pochówku – „kopaczami”, „górnikami”, „poszukiwaczami” albo „tchórzami”, za którymi snuł się odór rozkopanych mogił. Iluzję odmiennie pojmowanej uczciwości podtrzymywali zasadą nieposzukiwania złota w niedzielę, bo w święto, jak można? Wątpliwości, że może to grzech, rozwiewali zapewnieniami, że jak one już były martwe, a tu bida była, to nie jest grzech”. Tę „bidę” też skrupulatnie wykorzystywali w roli tarczy przed tymi, którzy mówili wprost – Chodzili tam z chęci zysku, chęci wzbogacenia się, a nie z biedy. Takiego wielkiego głodu na wsi nie było. I faktycznie, przyznawali się, na co przeznaczali te pieniądze – alkohol, ubrania, doraźne przyjemności, wesele, remont lub budowa domu. Aurę „krwawego pieniądza” neutralizowali wymianą na ten pochodzący z uczciwie zarobionego. Wiarę w fatum podążającym za zrabowanym złotem odpokutowywali nieszczęściami nawiedzającymi wieś, przyjmując je jako karę za winy. Własne uczynki wybielali usprawiedliwieniami, że to kopanie, to i tak nie pomogło ani nie zaszkodziło temu umarłemu. Nic złego nikt nie robił. To, com znalazł, to by i tak przepadło. Stosowali także kontrastujące stopniowanie ciężaru uczynku, bo w ziemi znajdziesz albo tak gdzieś, to co innego. Ale całe trupy przewracać?! A poza tym to wina Niemców, którzy spowodowali zezwierzęcenie Polaków i urzędników, którzy nie postawili tabliczki zakazującej kopania.

   Smród poczucia winy i świadomości tego, że postępowali źle, ciągnął się z kartki na kartkę tak samo, jak odór rozkopywanych grobów.

   Reportaż autora to kolejny etap w odkrywaniu niechlubnej przeszłości Polaków w dążeniu do prawdy. Świadomość tego już jest, o czym świadczą słowa archeologa pracującego na terenie obozu Sobibór – każdy naród, społeczeństwo ma swoje jasne i ciemne karty. Nie można udawać, że jest się tylko ofiarą. Dokładnie o to chodziło Janowi Tomaszowi Grossowi, kiedy opublikował Strach. Reportaż autora już nie musi przedzierać się przez falę nienawiści, jaką zebrał J. T. Gross. Mógł skupić się na analizie samego zjawiska procederu. Przy okazji rozwikłał niejasną historię zdjęcia i manipulacje komunistów przy nim, które zainspirowało J. T. Grossa do napisania Złotych żniw pokazujących „płuczki” w Treblince.

   Reportaż autora przede wszystkim przywraca człowieczeństwo zamordowanym Żydom.

   To dlatego rozpoczyna go od swoistych wypominek zmarłych, nadając im imiona i nazwiska, a terenowi pochówku status cmentarza. Czyni to, co powinno zaistnieć od początku. Po to, by nie powtórzyło się w przyszłości. Wiem, brzmi jak truizm, ale rozglądając się wokół, mam wrażenie, że podwójna moralność nadal dobrze prosperuje, tyle że w innych sferach życia społecznego i człowieczego. To temat wbrew pozorom nadal aktualny. Wręcz ponadczasowy.

Smutne, jak cienka jest warstwa człowieczego gorsetu moralności.               

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zachęcam do wysłuchania spotkania z autorem książki, które poprowadził Mariusz Szczygieł.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , , ,