Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Historia nudy – Peter Toohey

21 marca 2019

Historia nudy – Peter Toohey
Przełożyła Katarzyna Ciarcińska
Wydawnictwo Bellona , 2012 , 188 stron
Literatura kanadyjska

Jest taki typ człowieka, od którego uciekam dokądkolwiek i jak najdalej, byle szybko. To moje zupełne przeciwieństwo, które zamiast mnie przyciągać, za każdym razem odpycha. To typ ludyczny, przesiąknięty eskapizmem i z postawą roszczeniową wobec świata, od którego domaga się wiecznej roli „czerwonego autobusu”. Poznaję go nie tylko po mowie ciała i mimice twarzy, które szczegółowo wymienia i opisuje autor tej książki, ale przede wszystkim po jednoznacznym zdaniu – Nudzi mi się! Częściej słyszę je u dzieci i młodzieży. Rzadziej u dorosłych. Tych pierwszych stymuluję zdaniem – Tylko dzieci głupie się nudzą! – wiedząc, że tą nietaktowną prowokacją zmuszę do pracy nad sobą. Tych drugich pozostawiam innym, bo nie jestem masochistką, a wampiryzm energetyczny mnie nie ekscytuje. Tych pierwszych rozumiem, bo jeszcze się rozwijają, dojrzewają i kształtują w sobie umiejętności radzenia sobie z emocjami. Tych drugich nie rozumiem, zastanawiając się , jak można było się tak zaniedbać? A może powinno być mi ich żal, że nie mieli wokół siebie mądrych opiekunów i wychowawców? Wiem, że jestem mało wyrozumiała, ale lenistwo zarówno fizyczne, jak i umysłowe, zamienione w pasożytnictwo, drażni mnie. Nie chcę być czyimś karmicielem, bo sama nie wiem, czym jest nuda, a jej pojęcia nie ma w moim słowniku.
W powyższym wstępie zawarłam kilka moich osobistych tez, bardzo odmiennych od autora tej książki, który założył sobie, że nuda w sensie darwinizmu jest uczuciem pełniącym rolę adaptacyjną, które pomaga człowiekowi osiągnąć pełnię rozwoju. Nie mogę oprzeć się myśli, że nuda stanowi pewnego rodzaju błogosławieństwo.
Błogosławieństwo?!
Na dodatek zarzucił mi kłamstwo (skąd wiedział, że się tym pochwalę?) pisząc – Wiele osób wręcz przechwala się tym, że nigdy się nie nudzą. Niemal wszystkie te osoby kłamią.
Zatkało mnie!
A potem zaproponował mi udział w teście określającym mój stopień podatności na nudę, podsuwając do wypełnienia kwestionariusz Boredom Proneness Scale (BPS), składający się z 28 pytań. Mój wynik okazał się być obrzydliwie podręcznikowy, plasujący mnie w idealnej przeciętności. Udowodnił mi w ten sposób, że każdy, bez względu na to, co mówi, doświadcza nudy. Skoro tak, to ona musi się u mnie pojawiać i znikać zanim ją zauważę i się zorientuję! – pomyślałam. I dokładnie tak jest, bo ten mój wynik świadczy również o wysokim stopniu odporności na nudę, której nie ulegam tak łatwo. Innymi słowami – nuda się pojawia, ale moja reakcja na nią jest błyskawiczna.
Przekonał mnie – 1: 0 dla autora.
Udowodnił, że nudzi się każdy, ale żeby nuda zaraz była błogosławieństwem? Gdyby tak było, każdy chciałby się nudzić! Powstałyby skomercjalizowane centra nudy do upojnego zanudzania klientów! Tym czasem nuda jest stanem nieprzyjemnym, przykrym i przytłaczającym. I właśnie w tych negatywnych cechach autor upatruje jej siłę i moc. To one dopingują człowieka do zmian, do nowych zachowań, do poszukiwań kolejnych bodźców niwelujących, zagłuszających, niszczących marazm i stagnację. Ta aktywność z kolei wpływa na rozwój mózgu, podnosząc poziom inteligencji intelektualnej, emocjonalnej i społecznej. Jednym słowem człowiek mądrzeje.
No dobrze – pomyślałam – 2 : 0 dla autora.
Niech będzie, że nuda jest potrzebna tak, jak każda inna emocja do rozwoju człowieka. Zwłaszcza, że przy okazji udowodnił prawdziwość mojego nietaktownego powiedzenia. Ale zaraz zadałam kolejne podchwytliwe pytanie – To dlaczego niektórzy, a patrząc dookoła siebie jest ich nawet sporo, nudzą się permanentnie, zatrzymując się w rozwoju? I to również autor cierpliwie mi wytłumaczył, sięgając do genetyki warunkującej skłonności do określonych zachowań, do anatomii mózgu, w którym zachodzą procesy biochemiczne wpływające na poziom dopaminy odpowiedzialnej za uczucie nudy i wreszcie do nauk społecznych opisujących procesy psychospołeczne utrwalające złe nawyki nieradzenia sobie z nudą lub chodzenia na skróty poprzez używki.
3 : 0 dla autora!
Przegrywałam sromotnie w tym starciu, ale nadal nie poddawałam się, drążąc temat następnym pytaniem – Skoro nuda jest taka pożyteczna i błogosławiona (trochę złośliwa jestem), to co robić, by móc nad nią panować? I tutaj otrzymałam cały rozdział odpowiedzi na nie, poświęcony środkom zaradczym (wymienia ich sporo), jakim jest między innymi umiejętność zarządzania wolnym czasem.
Umiejętność!
A z nią człowiek się nie rodzi, ale o tym, jak tę umiejętność w sobie ukształtować, wypracować, nabyć i w którym okresie rozwoju człowieka należałoby nad tym zacząć pracować, już ani słowa!
3 : 1 dla mnie!
Bo zabrakło mi przysłowiowej kropki nad „i”, że tę umiejętność trzeba kształtować od najmłodszych lat, bo to od niej zależy, jakim stanie się człowiekiem dorosłym – kreatywnym, pasożytem czy degeneratem. Nieumiejętność radzenia sobie z nudą to poważna wada prowadząca ostatecznie do zachowań patologicznych i chorób psychicznych.
Pomimo przegranej polemiki, wynik uważam za bardzo satysfakcjonujący, bo oznaczający poszerzenie mojej dotychczasowej wiedzy. Podważył niektóre moje poglądy, uzupełnił o nowe fakty, a przede wszystkim wprowadził mnie w osłupienie, uświadamiając mi, za jak wiele zachowań ludzkich odpowiedzialna jest ta błaha, niepozorna, bagatelizowana i na pozór nieszkodliwa emocja społeczna. Obecna od zawsze, nawet jeśli niewidoczna i nienazwana w początkowym okresie rozwoju społeczeństwa, jak udowadnia autor w rozdziale szkicującym jej rys historyczny. Badawczy charakter pracy, w której autor postawił cytowaną wcześniej przeze mnie tezę, pozwolił na przytoczenie wielu poglądów naukowych i filozoficznych, na polemikę z ich autorami. Praca nie jest nowatorska tematycznie, bo na temat nudy zapisano wiele stron kartek, o czym można przekonać się zaglądając do bibliografii załącznikowej w książce, ale dostarcza nowych definicji pojęć sformułowanych przez autora oraz nowych spojrzeń na niektóre aspekty nudy. Ogromną satysfakcję poczułam, kiedy odkryłam, że moje uporczywe zastępowanie „nudy egzystencjalnej” pojęciem „bólu egzystencjalnego” według autora ma sens, zaprzeczając istnieniu tego pierwszego twierdzeniem – Nuda egzystencjalna to koncepcja teoretyczna.(…) jest raczej wytworem intelektu. By trochę ironicznie dodać – Czasami wydaje się, że ludzie o głębszych zainteresowaniach – jak choćby religią czy filozofią – przybrali nudę w ozdobne piórka, aby wydawała się czymś lepszym, niż w istocie jest: a zatem znudzonemu i przygnębionemu mnichowi doskwiera acedia; uczony ogarnięty znużeniem staje się melancholikiem; filozof w kleszczach samotności staje się ofiarą przypadkowości lub Mdłości. Wachlarz odmian tak zwanej nudy egzystencjalnej jest fascynujący, snobistyczny i jak dobrze kamuflujący własne, prozaiczne (w sensie – nie filozoficzne) problemy!
Całość pracy autor ilustruje fragmentami znanych powieści opisujących wprost lub w podtekście nudę (niektóre interpretacje są dla mnie nowatorskie i fascynujące!) oraz czarno-białymi zdjęciami nawiązującymi do uczucia nudy.
Po tej książce pozostaje mi tylko przytoczyć trzy wersy z wiersza Nieczytanie Wisławy Szymborskiej, która w kilku lapidarnych słowach ujęła obraz współczesnego społeczeństwa, w dużej mierze ukształtowanego brakiem umiejętności radzenia sobie z nudą:

 

Żyjemy dłużej,
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami.

 

 

Podobno dla niektórych ten krajobraz jest nudny! To ja się pytam, w którym momencie i w którym jego punkcie???
Uwaga!
Już sama chęć pokazania ich powinna skłonić pokazującego do refleksji i do sięgnięcia po tę książkę.
Koniecznie!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Tam gdzie ty – Jodi Picoult

Tam gdzie ty – Jodi Picoult
Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 566 stron
Literatura amerykańska

Początkowo myślałam, że wysłucham opowieści o wyjatkowo silnej potrzebie posiadania dziecka, a ona okazała się tylko pretekstem do ukazania bardzo złożonego zjawiska homoseksualizmu, rozszerzonego o prawo do posiadania i wychowywania dzieci. I o ile pierwsze akceptuję, o tyle drugie tylko toleruję. Z tego względu okazałam się dla autorki bardzo twardogłowym czytelnikiem o konserwatywnych poglądach na temat wychowywania dzieci, która postanowiła właśnie takich jak ja, nie tyle przekonać, co otworzyć na problem. Tak splotła losy głównych bohaterów Maxa, Zoe i Vanessy, tak ściśle powiązała zależności formalne i nieformalne między nimi, żebym nie tylko miała ogląd problemu z różnych punktów widzenia dzięki pierwszoosobowej trójnarracji, ale i na różnych płaszczyznach postrzegania zjawiska – psychologii, pedagogiki, prawa, socjologii, medycyny i religii. A żeby problem uczynić dyskusyjnym, zaprowadziła całą trójkę do sali sądowej, czyniąc stronami sporu o zamrożone zarodki Maxa i Zoe, lesbijską parę niewierzącą i heteroseksualną parę wierzących małżonków. Próbowała w ten sposób logicznie i uporządkowanie przedstawić argumenty wszystkich stron sporu – zakochanych w sobie kobiet – Zoe i Vanessy i ich ogromnemu pragnieniu bycia matkami, z których pierwsza była wcześniej żoną Maxa. Mężczyzny, z którym wcześniej również starała się o dziecko, przechodząc wyczerpujące psychicznie i fizycznie procedury zapłodnienia in vitro, a który po rozwodzie swoją drogę i nadzieję na przyszłość odnalazł w Kościele Wiecznej Chwały. Każda ze stron miała za sobą swój punkt widzenia poparty badaniami naukowymi i prawami religijnymi, czyniąc rozprawę godną sądu Salomona.
Miałam więc przed sobą wszystkie argumenty za i przeciw. Autorka pokusiła się nawet na wprowadzenie bohaterki lesbijki wierzącej, która swoją orientację seksualną traktowała, jak nałóg, z którym można walczyć i ograniczać, bo ”robić” i „być” to dwie różne sprawy.
Tę walkę na argumenty obu stron, do których włączył się Kościół i organizacje gejowskie, niezwykle ciekawą, a momentami wręcz pasjonującą, z góry skazywałam na niemożność rozstrzygnięcia z prostego powodu – brak punktu styczności między płaszczyzną wiary a poszczególnymi dziedzinami nauki. A jeśli nie ma punktów wspólnych dających szansę na chociaż minimalne porozumienie, nie ma rozwiązania problemu satysfakcjonującego obie strony. Każdy wybór byłby wyborem jednostronnym, subiektywnym i krzywdzącym dla przegranej.
Co ciekawe, autorka bardzo dobrze o tym wiedziała, czyniąc walkę na argumenty tłem dla najważniejszej płaszczyzny. Tej, na której wszyscy biorący udział w rozprawie, ze mną włącznie, są w stanie pojąć drugą stronę, poczuć to, co drugi człowiek, wyobrazić sobie przez co przechodzi przeciwnik i otworzyć się na niego, a w konsekwencji zrozumieć go. Ta przestrzeń doprowadzająca do cudów pojednania na bazie empatii to płaszczyzna emocjonalna. Jedyna, która znosi wszystkie różnice, czyniąc jednakowym i równym w emocjach.
Kiedy odrzuci się wplątaną w sprawę politykę, wiarę, prawo, etykiety ról społecznych przypisane przez społeczeństwo, wtedy zobaczy się Człowieka i jego pragnienie posiadania dziecka, którego nie określa płeć, status materialny, orientacja seksualna, czy przekonania religijne. I żeby to człowieczeństwo z bohaterów wydobyć i uwolnić od krępujących norm społecznych, kajdanek religijnych, szufladek prawnych i naukowych, wykorzystała do tego muzykę, która otwiera najpierw serce i duszę, a potem umysł. Było jej w powieści dużo, towarzysząc Zoe w życiu zawodowym jako muzykoterapeutce i w życiu prywatnym, osobistym, a do książki dołączając płytę z dziesięcioma piosenkami,

 

 

których poszczególne tytuły przypisano kolejnym rozdziałom powieści, oczywiście przetłumaczonym na język polski. Na płycie widnieją tytuły oryginalne:

 

 

Walka o moje zdanie, moje stanowisko w analitycznie pokazanym zjawisku, o którym coraz głośniej mówią środowiska homoseksualne, o przyjęcie określonej i jednoznacznej postawy, była niezwykle zaciekła. Autorka bardzo dobrze przygotowała się do wszechstronnego i różnorodnego przedstawienia warstwy merytorycznej opowieści o trójce bohaterów, korzystając z wiedzy i pomocy muzykoterapeutów, prawników, medyków oraz własnej wiedzy pedagoga i absolwentki nauk humanistycznych.
Zostałam bezlitośnie przeciągnięta przez dwie strony światopoglądu przez kilkaset stron walki na argumenty, czując w ostateczności bolesne rozdarcie między rozumem a sercem, podobna do żaby ze znanego kawału, która chciała być i mądra, i piękna. Wiem, że to niemożliwe, że trzeba pójść za rozumem lub sercem, a próba pogodzenia ich otworzyłaby nową dyskusję wkraczającą na obszar filozofii, w której zaczęłoby się kwestionować kształt i strukturę współczesnego społeczeństwa jako stworzone nie przez naturę w drodze ewolucji, ale sztywne uwarunkowania społeczno-kulturowe.
Jestem zmaltretowana, przeciągnięta przez skrajne poglądy po wybojach i muldach pola tematycznego, rozdarta i… przeszczęśliwa! Uwielbiam takich pisarzy, którzy pozostawiają mnie po zakończeniu opowieści właśnie w takim podeptanym stanie. Mam nad czym rozmyślać, mam co rozstrzygać i nad czym zastanawiać się.
Książka dla wszystkich niedopasowanych do świata, którzy niekoniecznie chcą pasować i dla ich prześladowców.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Tam gdzie ty [Jodi Picoult]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Operacja „Geronimo” – Chuck Pfarrer

Operacja „Geronimo”: misja likwidacji Osamy Bin Ladena przez Seal Team Six – bezpośrednia relacja – Chuck Pfarrer
Przełożył Łukasz Müller i Michał Romanek
Wydawnictwo Znak Literanova , 2012 , 350 stron
Literatura amerykańska

Snajper Howarda E. Wasdina i Stephena Templina rozbudził we mnie ciekawość bezpośrednich relacji uczestników operacji z najbardziej głośnych, spektakularnych i niebezpiecznych punktów zapalnych na świecie, a dokładniej tych z udziałem SEALsów. Członkami najmniej licznych i najbardziej elitarnych oddziałów do operacji specjalnych w siłach zbrojnych Stanów Zjednoczonych, które dzięki nagłośnionym tego typu akcjom wychodzą z cienia. Niestety, wbrew własnej woli i wcale, ale to wcale im się ten rozgłos nie podoba. Ale o ile Snajper był opowieścią jednego komandosa, przybierając formę autobiograficznej kariery w strukturach Navy SEALs, który pokusił się o odtworzenie na bazie własnych doświadczeń, prawdopodobnego scenariusza zabicia Osamy Bin Ladena, o tyle ta pozycja jest efektem wielu bezpośrednich relacji uczestników operacji jego likwidacji nazwanej Włócznią Neptuna, przekazanych autorowi książki, byłemu członkowi SEAL Team Six. To ważny szczegół w przypadku tej pozycji. Profil osobowości byłego komandosa i znajomość ludzi z tego środowiska, jak i własne jego doświadczenia, złożyły się na wiarygodny, chociaż momentami subiektywny i emocjonalny obraz współtowarzyszy i kolegów, polityki rządku amerykańskiego i samych polityków oraz najważniejszej postaci – Osamy Bin Ladena.
Zanim jednak autor przeszedł do opisu przygotowań i przebiegu samej operacji Włócznia Neptuna, obszernie przedstawił rys historyczny dróg, jakie przebyły obie strony do momentu spotkania się w pakistańskim Abbottabadzie. I o ile informacje na temat historii powstania SEAL Team Six i systemu morderczego szkolenia ich operatorów były mi już bardzo dobrze znane ze Snajpera, o tyle tutaj miałam okazję dodatkowo uzupełnić je o wykaz najważniejszych akcji, w których brali udział, z obszernie, niemalże sensacyjnie opisanym odbiciem kapitana Richarda Philipsa z porwanego statku Maersk Alabama przez somalijskich piratów. Uczucie bycia w środku wydarzenia, gdzie adrenalina podnosi się z każą minutą, a sekundy trwają wieczność, i możliwością śledzenia kunsztu taktyki snajperów, znanej mi wcześniej tylko z doniesień programów informacyjnych – bezcenne!
Zupełną nowością natomiast były dla mnie informacje na temat samego Osamy Bin Ladena, muszę przyznać, bardzo subiektywne. Autor zburzył mit tego charyzmatycznego założyciela i przywódcy Al-Kaidy, który łączył w sobie czar wojownika z czymś w rodzaju głębokiej mistycznej religijności. Ukazał go jako miernego syna multimilionera, nieśmiałego, małomównego, niepotrafiącego przemawiać publicznie, bez doświadczenia wojskowego, popełniającego nagminnie błędy organizacyjne i taktyczne w działaniach wojskowych, naiwnego i zmanipulowanego dla jego pieniędzy przez islamskich fundamentalistów przesiąkniętych nienawiścią do Żydów, chrześcijan, szyitów, buddystów, a nawet kobiet, walczących nie tyle z chrześcijaństwem, co z zachodnim, świeckim liberalizmem. No. ale co można napisać dobrego o człowieku, który z radością oglądał w telewizji satelitarnej, jak 3000 osób zamienia się w popiół. Wtedy nawet dobra cecha kochającego i łagodnego ojca dla własnych dzieci, który nie wahał się zabijać dziewczynek i chłopców na trzech kontynentach, zamienia się w zarzut. Pomimo tego subiektywnego spojrzenia biograficznego, autor starał się natomiast spojrzeć obiektywnie na całość zjawiska konfliktu określanego globalnym dżihadem salafickim przez pryzmat mentalności świata arabskiego, w myśl zasady – Zobacz to oczyma swojego wroga. Świata, który stworzył i wyniósł na szczyt najbardziej znanego i poszukiwanego, współczesnego terrorystę.
Sam opis jego zabicia ukazany oczami operatorów, bardzo emocjonujący, a jednocześnie dementujący narosłe wokół akcji plotki oraz odpierający liczne zarzuty, które pojawiły się w mediach, był jak dobra sensacja napisana przez samo życie. Przygotowania, procedury, kody porozumiewania się, żargon, nieuchwytna mowa ciała dla postronnych i styl działania operatorów, najnowocześniejsze wyposażenie militarne, to wszystko robiło na mnie duże wrażenie, ale było coś, co mnie oczarowało totalnie – opis helikoptera Stealth Hawk w akcji, którego piętnastotonową obecność najpierw się czuje, a dopiero potem słyszy, a to co się słyszy, odbiera w rytm bicia własnego serca, pracującego jak cichy wentylator. Poezja w prozie i wpis na listę marzeń o jego zobaczeniu na żywo. Co ja piszę, zobaczenia w ogóle, już o obserwacji w akcji nie wspomnę. Maszyna jest tak ściśle tajna, że mam na to szansę za kilka, może kilkanaście lat, kiedy Amerykanie postanowią go pokazać. Jego wizerunku strzegą do tego stopnia, że jest używany do szkoleń SEALsów tylko nocą. Tymczasem fani tworzą prawdopodobne modele i rysunki, powstałe dzięki takim opisom, jak w tej książce lub na podstawie opisów szczątków z ich katastrof. Jeden rozbił się w trakcie akcji zabicia Osamy Bin Ladena, a słynna scena w telewizji, pokazująca prezydenta Baraka Obamę i Hillary Clinton z dłonią na ustach w chwili przerażenia, ukazała ich reakcję na to właśnie wydarzenie, a nie, jak do tej pory sądziłam, na zabicie terrorysty.
Ta książka to również trochę prywatna wojna autora z politykami, w której rzuca odważne, poważne, bezkompromisowe oskarżenia i zarzuty pod adresem amerykańskiego rządu, obciążając go odpowiedzialnością za wydarzenia z 11 września 2001 roku, jako najbardziej tragiczną w skutkach porażką wywiadu w historii Ameryki. Bezlitośnie obnaża ciąg zdarzeń i popełnionych błędów, doprowadzających do tej tragedii począwszy od kłamliwej polityki na temat broni chemicznej w Iraku (a była nie tylko w Iraku, ale i w posiadaniu Al.-Kaidy!), poprzez kumoterstwo, polityczna poprawność i niewiarygodną niekompetencję decydentów z FBI i CIA, w których roiło się od politycznych koneksji, ale mało było umiejętności, aż do samych polityków przedkładających korzyści partyjne i polityczne nad bezpieczeństwo USA. To właśnie dlatego autor miał problemy z wydaniem tej książki, a amerykańskie władze zakwestionowały jej prawdziwość. A ja jakoś bardziej wierzę autorowi, niż Barakowi Obamie, który w moich oczach stracił wiele jednym pytaniem skierowanym do SEALsów, uczestników Włóczni Neptuna podczas spotkania z nimi – No to który z was zlikwidował Osamę, chłopcy? Nie mogę uwierzyć, że ich prezydent wie o nich mniej niż jakaś Polka! Bo gdyby było inaczej, nigdy nie zadałby takiego pytania, a tak pozostaje niesmak, rozczarowanie i ŻENADA…
Ta książka na pewno niweluje rozdźwięk pomiędzy percepcją opinii publicznej, doniesieniami mediów i tym co przyznaje rząd, a prawdą widzianą w terenie, a jednocześnie uzmysławia skalę kłamstw, jakimi jestem karmiona. To są te momenty, w których widzę przewagę błogosławieństwa nad niebezpieczeństwem działalności portalu WikiLeaks.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 A tutaj sobie posłuchałam, co na temat tej książki sądzi profesjonalista i praktyk.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Charlie – Stephen Chbosky

Charlie – Stephen Chbosky
Przełożyła Joanna Schoen
Wydawnictwo Remi , 2012 , 218 stron
Literatura amerykańska

Oryginalny tytuł tej powieści brzmi The Perks of Being a Wallflower. Zwykle jest to dla mnie informacja drugorzędna o charakterze uzupełniającym. Tym razem okazała się być ważniejszą od polskiego tytułu i szkoda się stało, że wydawca nie umieścił oryginału na okładce tytułowej. Chociaż drobnym drukiem albo w nawiasach tak, jak zrobiono to w przypadku Ślepych torów Irwine’a Welsha, który to nic nikomu nie powiedziałby, gdyby nie oryginalny tytuł pod odpowiednikiem polskiego tłumaczenia. Dodam tylko, że najnowsze wydanie pojawiło się już tylko z oryginalnym tytułem.
Dokładnie to przytrafiło się tej właśnie książce.
Zawsze dzielę się młodzieżowymi nowościami czytelniczymi z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą. Czasami muszę postarać się mniej, czasami więcej, żeby zachęcić ją do czytania. Jest wybredna, więc najczęściej sięga po konkretną pozycję dopiero po moim czytaniu i po mojej opinii na jej temat. Rzadziej przed. Zabrałam się do „promocji” Charliego, głośno rozwodząc się, jaka to nowa książka dla niej się ukazała na polskim rynku wydawniczym.
Żadnej reakcji.
A potem przeczytałam polski tytuł.
Nadal nic.
Pokazałam więc okładkę, podkreślając „fajność” chłopaka na niej i odczytując umieszczony na niej tekst.
Szybko rzuciła okiem z ukosa i jeszcze szybciej odwróciła wzrok.
Nie poddawałam się. W desperacji ostatecznej przeczytałam informację umieszczoną na tylnej okładce. O tę:

 

 

Reakcja była natychmiastowa!
Ujrzałam przed sobą szeroko wpatrzone w książkę oczy i niemalże nabożny szept – Nareszcie ktoś ją wydał… Moja reakcja była podobna, chociaż tylko pomyślana – Moja zaprzyjaźniona młodzież wie więcej niż ja na temat książki, która się właśnie ukazała! Wpatrywałyśmy się w siebie kiwając głowami, ale każda z innego powodu. Nie wiem, która z nas była bardziej zaskoczona.
Jak się okazało, książka w USA, wydana na początku lat 90., zdążyła stać się kultową i wyprzedzić sławą polskie, tegoroczne tłumaczenie. To efekt łatwego dostępu do Internetu i znajomości języków obcych, które nie stanowią żadnej bariery dla młodych pokoleń w poszukiwaniu ciekawych tytułów. I o ile realia dotyczące techniki zdążyły się w powieści przedawnić, bo nie ma już kaset magnetofonowych i płyt analogowych , jakimi posługują się bohaterowie, o tyle problemy wieku dojrzewania nie zmieniły się, pozostając dokładnie takimi samymi. Ich ponadczasowość jest największą wartością tej powieści w formie… epistolarnej. Cała składa się z chronologicznie uporządkowanych listów adresowanych do zupełnie obcego rówieśnika przez głównego bohatera, Charliego. Nieśmiałego, małomównego, cichego obserwatora otaczającej go rzeczywistości, którą przyjmuje taką, jaka jest, rzadko wydając opinię, a częściej próbując zrozumieć zachodzące w niej wydarzenia i zjawiska społeczne oraz indywidualne zachowania otaczających go ludzi. Tych obcych i tych mu najbliższych. Moje początkowe podejrzenia, że będą to zwierzenia ekstremalne, z obszaru patologii, szybko się rozwiały. W miarę czytania listów Charliego, których pisanie rozpoczął 25 sierpnia 1991 roku, tuż przed nowym rokiem szkolnym w pierwszej klasie liceum, szybko stworzyłam sobie obraz mądrego, inteligentnego, bardzo dobrze uczącego się, wrażliwego piętnastolatka, pochodzącego z normalnej, kochającej się rodziny. Przyjaźniącego się z Patrickiem i Sam, w której był zakochany. Zmagającego się z zagadkami otaczającego go świata i próbującego wszystkiego, co miał mu do zaoferowania łącznie z używkami, narkotykami i seksem. Na pozór typowy nastolatek, szukający swojego miejsca w świecie, doświadczający nieskończoności w byciu razem z rówieśnikami, kochany i kochający rodziców i siostrę, słuchający muzyki, czytający książki i jednocześnie próbujący zrozumieć samego siebie.
Na pozór.
Bo nie dawało mi spokoju uczucie, że coś jest z chłopcem nie do końca w porządku i tak idealnie. Zaczęłam sobie zadawać pytania – Dlaczego ma potrzebę pisania o sobie, o swoim dniu codziennym i swoich w nim przeżyciach? Dlaczego na adresata swoich zwierzeń wybrał osobę, która potrafi słuchać i stara się przede wszystkim rozumieć? Dlaczego ta osoba jest tak bardzo podobna do nadawcy? Dlaczego przerastające go emocje zawsze wywołują u niego płacz? Dlaczego uczęszcza na wizyty do psychiatry, który zadaje mu nieustannie pytania o przeszłość i tłumaczy na czym polega bycie „pasywnie agresywnym”? Dlaczego inni mówią o nim „dziwak”, a sam o sobie, że jest porąbany? Dlaczego ma skłonności do depresji, skoro w szkole i w rodzinie jest tak dobrze? I wreszcie, przytaczając słowa Charliego – co jest ze mną nie tak. Jak mam żyć, żeby to miało sens?
Trochę za dużo tych znaków zapytania, by bezkarnie usprawiedliwiać je tylko okresem dojrzewania chłopca.
Moje podejrzenia, że za tymi zwierzeniami, na pozór opisującymi codzienność młodego człowieka, jego przyjaciół i rodziny, kryje się coś więcej niż widać to na pierwszy rzut oka, okazały się uzasadnione. Fakt, który Charlie wyparł ze swojej świadomości, a który przypomniał sobie w jednym z ostatnich listów, okazał się całkowicie tłumaczącym osobowość, zachowanie i postawy nastolatka. Przypomnienie sobie traumatycznego wydarzenia z dzieciństwa, które było szokiem nie tylko dla niego, ale i dla jego rodziny, okazało się momentem przełomowym w odnalezieniu sensu i logiki życia.
Nie dziwię się, że młodzi Amerykanie pokochali tę książkę. Młodemu czytelnikowi łatwo utożsamić się z głównym bohaterem. Nie bez powodu listy mają charakter autoanalizy, które są znaną i stosowaną metodą w psychoterapii. Adresat jest nie tylko osobą z otoczenia nastolatka, której może powiedzieć wszystko. Jest również nim czytelnik, który ostatecznie staje się nadawcą. Jakkolwiek by nie było, cel jest jeden – odkryć siebie na nowo. Zobaczyć i zrozumieć, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, z wielu powodów. Czasami łatwiej napisać o sobie niż powiedzieć, patrząc komuś w oczy, a jeszcze trudniej patrząc we własne. Papier jest cierpliwy, nie osądzi, nie oceni, wszystko przyjmie ze stoickim spokojem, pomoże przenicować duszę i umysł, by na koniec ukazać obiektywny, prawdziwy obraz nadawcy, adresata i ostatecznie czytelnika.
Przejrzałam się w nim i ja. Tej z czasów nastoletnich i szybko dodam, ku uspokojeniu, że nie będę tutaj bezwstydnie obnażać mojej duszy. Napiszę tylko o jednym porównaniu, które świetnie obrazuje przesłanie tej książki. O doświadczeniach czytelniczych Charliego i moich w wieku piętnastu lat. Charlie dzięki swojemu nauczycielowi angielskiego, który dostrzegł w nim inteligentnego chłopca, przeczytał w ciągu roku takie powieści (i jeden dramat) jak: W drodze, Nagi lunch, Obcy, Zabić drozda, Buszujący w zbożu, Hamlet, Walden, Źródło. Ja w tym samym wieku, dostrzeżona przez bibliotekarkę, przeczytałam z jej rekomendacji Czterech pancernych i psa oraz Cichy Don. Przed przeczytaniem tej książki mogłabym powiedzieć – No cóż! Inne czasy, inny ustrój, więc i inne czytanie. Wypisz, wymaluj – bierna postawa Charliego. Mogłabym tak się usprawiedliwiać, gdyby nie jedno zdanie w tej książce – Jeśli nie mamy wpływu na to, skąd pochodzimy, do nas należy wybór, w którą pójdziemy stronę. Tę bierność, którą porzucił na rzecz aktywności, czynu i dokonywania własnych wyborów, Charlie uświadomił sobie pod koniec roku szkolnego. Ja kilka lat później, ale za to z permanentnym skutkiem. Nie tylko w sferze doboru lektur, ale i w ogóle w życiu.
I z tego właśnie powodu tę książkę-lustro będę podsuwać każdemu nastolatkowi, który nie tylko nie rozumie siebie, swojego miejsca w rzeczywistości, ale i temu, który odziedziczył lub zaraził się biernością, tumiwisizmem i stałym usprawiedliwianiem tego stanu rzeczy zastanym porządkiem świata.
Wyprzedzająca sława tej książki, okazała się być jej godna.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Charlie [Stephen Chbosky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Na wieść o tym, że książka ma być sfilmowana, a główne role zagrają Logan Lerman i Emma Watson, fani zaczęli tworzyć własne trailery, wykorzystując kadry z filmów z tymi aktorami. Ten wybrałam ze względu na umieszczone w nim cytaty.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich

Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich
Przełożyła Marta Dunajska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 322 stron
Literatura amerykańska

Kiedyś, ktoś powiedział mi, że dzieci nie są własnością rodziców. Są tylko wypożyczone im na określony czas. Nie na jakiś, ale konkretny, z datą przejścia w dorosłe, samodzielne, niezależne życie lub ostateczną, gdy odchodzą na zawsze nie zdążywszy dorosnąć. Problem z rodzicami polega nie tyle na tym, że o tym zapominają, ale na całkowitym braku świadomości tego faktu. Z potrzeby bezpieczeństwa, spokoju myśli i w wyniku wyparcia nieuniknionego i pewnego, przyjmują za fakt, iż bycie z dzieckiem dane im jest na zawsze. Łatwo wtedy popaść w rutynę, w poczucie wiecznej władzy, w uprzedmiotowienie syna lub córki.
To niepozorne zdanie, rzucone w jakieś dyskusji, przyjęłam za swoje, a każda książka pisana przez rodziców, którzy w jakiś sposób tracili , tracą lub stracili dziecko, coraz bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Nie inaczej jest i z tą pozycją.
Uświadomienie lub przypomnienie sobie o przelotności obcowania z własnym dzieckiem, dla autora tych wspomnień przybrało formę bardzo bolesną, a który napisał o swojej córce Elenie – Wyobraziłem sobie, jak trzymam ją w dłoniach jako niemowlę, tulę w ramionach jako małego brzdąca, pocieszam jako dziecko, przytulam jako nastolatkę i odprowadzam do ołtarza jako młodą kobietę. Jednak nigdy nie sądziłem, że będę ją trzymał w ten sposób.
W dłoniach miał mosiężny pojemnik z jej prochami. Mały, zimny i prosty.
A koszmarne uświadamianie sobie, kim jest naprawdę dla niego Elena, zaczęło się od zwykłego bólu gardła i rutynowej wizyty u lekarza, zakończonej diagnozą – glejak pnia mózgu, najgorszy guz, najmniej rozumiany, rosnący w najgorszym miejscu, w najszybszym tempie, przechodzący najśmielsze oczekiwania i nieodwołalnym wyrokiem – najwyżej jeszcze tylko 135 dni życia. Szok wywołany tą wiadomością rozpoczął trudny proces zmiany światopoglądu, postaw i priorytetów obojga rodziców łącznie z zakwestionowaniem wiary w Boga, podzielony na pięć etapów – bólu, złości, walki, desperacji i nadziei. Wszystkie opisane są w tym dzienniku, dzień po dniu od momenty diagnozy, przede wszystkim z myślą o młodszej córce Gracie, który początkowo posiadał formę internetowych wpisów. I może dlatego nie jest to dziennik rozpaczy, chociaż smutku w nim dużo, ale nadziei i miłości rodziców, którzy znając ostateczny termin odejścia swojego dziecka, mają jeden cel – dać mu jak najwięcej powodów do takiego beztroskiego uśmiechu,

 

 

który w postaci roześmianych fotografii Eleny towarzyszył mi prawie każdego dnia, na co drugiej stronie dziennika. To wywoływanie radości ułatwiała im wspólna lita życzeń i marzeń, którą tata i mama Eleny realizowali konsekwentnie do końca jej dni, nawet wtedy gdy choroba przykuła ją do wózka. Największe wrażenie zrobiło na mnie zawieszenie tego rysunku sześcioletniej dziewczynki,

 

 

w muzeum pośród takich mistrzów malarstwa jak Pablo Picasso, Pierre Auguste Renoir i Vincent van Gogh. Swoiste świadectwo determinacji i miłości – córka przy własnym „dziele sztuki” powieszonym na honorowym miejscu, w prawdziwym muzeum:

 

 

A z tych wszystkich sukcesów najważniejszy – uśmiech na twarzy i radość w oczach dziecka. Reszta to tylko dodatki, bo bycie tatą to coś więcej niż wskazywanie, co jest dobre, a co złe, to także cieszenie się czasem spędzanym wspólnie i odnajdywanie humoru w codziennym życiu.
Piekielnie bolesna lekcja powinności rodzicielskich, chociaż sam Keith to, co przytrafiło się jego rodzinie, za taką nie uważa. Raczej za niezbędne i potrzebne doświadczenie. Zmagania hartujące odporność i czyniące rodzinę silniejszą i gotową do wsparcia w najtrudniejszych chwilach. Rodzina Brooke i Keitha zdała ten egzamin, chociaż nie było łatwo. Bywa i tak, że rodziny rozpadają się pod ogromem nieszczęścia. Czy ci ostatni żyli w zbyt optymistycznym świecie, uciekając w niepamięć, gdzie nie ma nieszczęść, a wszystko jest dane na zawsze?
Nie wiem.
Wiem tylko, że nie należy odsuwać od siebie tego typu książek, bo one nie straszą chorobami i śmiercią, nie epatują cierpieniem, by wywołać łzy. Są tylko niezbędnym kontekstem do ukazania wyjątkowości cudu życia i obecnych w nim ludzi, by nie zapominać, jak cenić sobie chwile z ukochanymi i docenić prawdziwą wartość istnienia, dostrzegać rzeczy ważne, tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi, a to jest życie.
Wartość tej opowieści o Elenie i jej rodzinie nie przekłada się tylko na wzruszenia i przemyślenia, ale na konkretne wnioski i działania wymierne przede wszystkim dla dzieci, których rodziców, jak piszą w tysiącach listach do Brook i Keitha, ten zwyczajny dziennik nauczył dostrzegać i na nowo kochać swoje dzieci i cenić najdrobniejsze momenty życia. Nagle ich dzieci nie były już dłużej czymś, co ich rozprasza, lecz stały się celem ich życia. Nauczyli się znajdować dla nich czas, odprowadzać do szkoły, czytać najgrubsze książki, jakie potrafili znaleźć na półce przed położeniem do łóżka.
I to jest największa wartość, jaką rodzice (i nie tylko!) mogą wynieść i wynoszą z bolesnych doświadczeń rodziny Desserichów.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Nigdy i na zawsze – Ann Brashares

Nigdy i na zawsze – Ann Brashares
Przełożyła Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte , 2012 , 349 stron
Literatura amerykańska

Jeśli można przedłużyć moment pomiędzy pożądaniem a spełnieniem w nieskończoność, czyniąc z niego przepiękną opowieść o miłości jedynej, wielkiej, wyjątkowej i tej na zawsze, to autorka jest w tym mistrzynią. A jeśli dołączyć do tego wyrażenia „miłość na zawsze”, drugie skrajne określenie – możliwe, że „nigdy nie spełnionej”, to historia zwykłego, przeciętnego romansu przeistacza się w niemalże opowieść filozoficzną.
I właśnie tak się stało w przypadku tej powieści.
Daniel, główny bohater, swoją ukochaną Sophię spotkał po raz pierwszy w 541 roku, w małej osadzie na terenie obecnej Turcji. Zakochał się w niej od pierwszego ujrzenia, od spojrzenia w oczy, w których zobaczył przynależną mu duszę, by w chwilę potem stracić ją. Nigdy jej nie zapomniał, dzięki ponadczasowej Pamięci, którą dziedziczył w kolejnych wcieleniach, a która od tej pory stała się jego błogosławieństwem i zarazem przekleństwem w poszukiwaniach duszy ukochanej. Chciał z nią przeżyć chociaż jedno, wspólne, szczęśliwe życie. Niestety, nieliczne spotkania za każdym razem uniemożliwiała mu a to różnica wieku, a to skrajny status społeczny i materialny, a to dzieląca ich odległość geograficzna, a przede wszystkim brak Pamięci u dziewczyny, dla której Daniel za każdym razem był zupełnie obcą osobą. On wiecznie zajmował się szukaniem i pamiętaniem, a ona znikaniem i zapominaniem.
Aż do roku 2004.
W którym nareszcie byli rówieśnikami, wolnymi nastolatkami, bez zobowiązań oraz zależnościowych uwikłań i w którym ta walka Daniela o duszę Sophii, a w tym życiu Lucy, właśnie rozpoczęła tę powieść. Jej wydarzenia rozgrywane do 2009 roku stały się zwieńczeniem ponad tysiącletnich poszukiwań i czekania Daniela przez dziesiątki żyć w dziesiątkach ciał w dziesiątkach miejsc pośród dziesiątek rodzin oraz dodatkową komplikację w postaci dziesiątków śmierci w ciągu tylu lat. To właśnie ta barwna przeszłość, przesiąknięta nieskończoną tęsknotą, smutkiem i nadzieją, wymuszająca na mnie zwolnienie tempa czytania, była wplatana przez narratora naprzemiennie w wydarzenia rozgrywane współcześnie, tworząc jedną, magiczną opowieść o platonicznym uczuciu do dziewczyny widzianej tylko jeden, jedyny raz.
Autorka wykorzystała w tej opowieści o wyjątkowym uczuciu, dla którego warto czekać i o które warto walczyć, filozofię reinkarnacji. Wędrówkę dusz, które dziedzicząc pamięć z poprzednich żyć, odnajdują bliskie lub znaczące osoby w nowych ciałach. Niesamowitym było to, że potrafiła elementy tej teorii idealnie dopasować do rzeczywistości żyjącego w nim człowieka, logicznie tłumacząc jego zachowania psychospołeczne od niezrozumiałych przeczuć do nietypowych postaw, sugestywnie wmawiając mi, że wiele naszych irracjonalnych zachowań wyglądałoby rozsądnie, gdyby można je było zobaczyć w kontekście wszystkich żyć. Niebezpiecznym było to, że na czas czytania przestałam bać się śmierci. Opamiętanie przyszło dopiero po jego zakończeniu.
Na szczęście!
Ale jak ogromnym darem czarowania słowem i siły przekonywania trzeba być obdarzonym, by mnie, człowieka o ugruntowanych poglądach, doprowadzić na skraj gotowości ich całkowitego zrewidowania. Bym poczuła to, co Lucy – przerażenie, znalazłszy tyle dowodów na to, że świat nie działa tak, jak myślała ona i jak sądzi większość ludzi. Jednocześnie wodziła mnie za nos, jak dobra czarodziejka, sącząc do ucha wiarę we własne możliwości, w sens każdej przeżywanej chwili, w sprawy skazane z góry na niepowodzenie, w siłę nadziei i moc wolnej woli, nakazującej walczyć do utraty sił i tchu, a której głos rzadko odbieramy zagłuszony hałasem istnienia – naszym konkretnym miejscem na ziemi i krótkofalowymi pragnieniami ciała, tak pięknie ujętą i zobrazowaną w końcowej scenie walki bohaterów z oceanicznym żywiołem, będącej niezwykłą metaforą zmagań człowieka z życiem i śmiercią oraz wolną wolą pomiędzy nimi. Obrazem zawierającym jedno, bardzo ważne przesłanie – życie nie powinno być oparte tylko na wspomnieniach, doświadczeniach i umiejętnościach, ale przede wszystkim na sile woli, która krzyczy – Jeśli nie ma wyjścia, trzeba je stworzyć. Nie można pozwalać, by świat po prostu nam się przydarzał, a które Arthur Schopenhauer ubrał w inne słowa, za każdym razem przywoływane przeze mnie w sytuacjach bez wyjścia – Nie masz szansy, ale wykorzystaj ją!
Siedzę sobie teraz z tą książka na kolanach, zastanawiam się nad tą myślą i zadaję sobie pytanie – Ile z życia biorę tego, co ono samo mi podsuwa, uznając śmieciowe szanse za coś wyjątkowego, a ile sama stwarzam sobie nowych możliwości? Łatwo odpowiedzieć mi nie jest, a to tylko jedno z wielu, wielu pytań jakie stawia ta powieść.
Mam nad czym myśleć.
A książkę polecam wszystkim tym, którzy walczą ze śmiertelną chorobą swoją lub bliskich. Napawa niezwykłym spokojem ducha, łagodząc i oddalając strach przed przejściem oraz lęk przed nieznanym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Nigdy i na zawsze [Ann Brashares]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 Z wielu amerykańskich trailerów tej powieści najbardziej spodobał mi się ten. Łączy w sobie prawie wszystkie emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Koniec gry – Anna Onichimowska

Koniec gry – Anna Onichimowska
Wydawnictwo Znak Emotikon , 2012 , 207 stron
Literatura polska

Niezmiennym powodzeniem wśród mojej zaprzyjaźnionej młodzieży cieszą się dwa tytuły z dorobku tej autorki – Hera moja miłość i jej kontynuacja Lot Komety. Obie poruszają problem narkomanii wśród młodzieży. W swojej najnowszej powieści dla nastolatków autorka również wybrała trudny temat dotykający młodych ludzi, coraz śmielej wychodzący z cienia norm społecznych i coraz odważniej przeciwstawiający się powszechnemu ostracyzmowi – homoseksualizm. A właściwie biseksualizm, bo główny bohater, siedemnastoletni Aleksander, a dla przyjaciół Alek, swoje skłonności homoseksualne odkrył po pierwszych, udanych doświadczeniach erotycznych z dziewczynami. Dochodzenie do odkrywania swojej seksualnej tożsamości przez Alka nie było jednak powolną retrospekcją i głębokim wejściem we własną psychikę, jakiej doświadczyłam w podobnej tematycznie powieści Człowiek, który pokochał Yngvego Tore Renberga, lecz scenariuszem zachowań i ich konsekwencji, aż do całkowitego, publicznego odkrycia się w portalu społecznościowym poprzez umieszczenie w nim takiej notatki:

 

 

Ten swoisty coming out czy tytułowe zakończenie gry pozorów i odgrywanej z góry narzuconej roli heteroseksualnego syna, brata, kolegi i sympatii, było pretekstem do ukazania ewentualnych i prawdopodobnych skutków oraz reakcji ze strony rodziny i środowiska. I ta warstwa fabuły jest przedstawiona bardzo realistycznie i prawdopodobnie, chociaż z nadmiernym optymizmem. Rozumiem jednak, że taki obraz miał przede wszystkim dodać odwagi i wiary w ludzi młodemu czytelnikowi.
To bardzo poprawnie wychowawczo skonstruowana opowieść. Nie ma w niej, pomimo sprzyjającej tematyki, opisów scen erotycznych, zarówno hetero, jak i homoseksualnych. Narrator stawiał mnie w sytuacji po fakcie, pozostawiając mojej wyobraźni ten pierwszy raz z dziewczyną, a potem z chłopakiem. I to jestem w stanie zrozumieć. W końcu powieść jest napisana specjalnie dla młodzieży z innym przesłaniem niż epatowanie seksem. Bardzo jednak brakowało mi wewnętrznych rozterek Alka, bitwy na myśli i emocje, ścierania się rozumu z reakcją ciała, które budują warstwę psychologiczną, nadając opowieści wiarygodności. Brakowało mi napięcia towarzyszącego nastolatkowi podczas odkrywania odmiennych skłonności seksualnych w postaci przebłysków wrażeń, które pojawiały się sporadycznie, a które w większym natężeniu scaliłyby fabułę. Bez tego opowieść nabrała cech schematu i historii ciągu zdarzeń przesiąkniętej dydaktyzmem, dodatkowo podkreślonym przez końcowe cytaty z profesorskiego wykładu o prawach człowieka do własnej tożsamości seksualnej.
Opowieść przekonała mnie ideologicznie i rozumowo, ale emocjonalnie już nie. Mimo to, cieszę się, że nareszcie pojawiają się tego typu książki i wspominam czasy (oby nie wróciły!), kiedy musiałam zagubionym duszom podsuwać do czytania Sprawę Alkibiadesa Aleksandra Krawczuka, bo nic innego na rynku wydawniczym nie było, a autor tę problematykę wśród starożytnych bohaterów poruszał. O publikacjach skierowanych do młodzieży i dla młodzieży mogłam tylko pomarzyć.
Przyjemnie, kiedy marzenia czytelnicze się spełniają, a ja mam nareszcie w czym wybierać i co podsuwać mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Oby takich książek pojawiało się coraz więcej, bo są bardzo potrzebne. Dla niektórych bywają jedynym przyjacielem z wyciągniętą pomocną dłonią, z którym mogą „porozmawiać” o odkrywanym w sobie homoseksualizmie.
Niestety.

 

Fragment powieści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Listy do młodego pisarza – Mario Vargas Llosa

Listy do młodego pisarza – Mario Vargas Llosa
Przełożyła Marta Szafrańska-Brandt
Wydawnictwo Znak , 2012 , 125 strony
Literatura peruwiańska

Nigdy nie chciałam i nadal nie chcę zostać pisarzem, więc nie zmartwiłam się pierwszymi słowami autora w tej książce, że nie jest to podręcznik sztuki literackiej – jej prawdziwi pisarze uczą się sami, bo nikt nikomu nie wytłumaczy, jak się tworzy dzieło – co najwyżej pomoże zdobyć umiejętność pisania i czytania. Natomiast zawsze, odkąd pamiętam, chciałam być dobrym czytelnikiem. Miałam tylko problem z określeniem zawartości i granic tego pojęcia. No bo, co to właściwe znaczy być dobrym w odbiorze tego, co napiszą inni? W przeciwieństwie do piszących, poradników dla czytelnika, o ile mi wiadomo, nikt jeszcze nie napisał. Świat przyjął powszechny standard, że czytelnikiem się jest lub nie. Mało kto zastanawia się nad tym (udało mi się wysłuchać tylko jednej wypowiedzi na ten temat, nieżyjącego już krytyka literackiego), a tym bardziej nie rozpisuje się, JAKIM się jest tym odbiorcą. I nie mam tutaj na myśli profesjonalistów, jakimi są krytycy literaccy, ale całe rzesze odbiorców, dla których i z myślą o których pisarze tworzą, dla których dają się zjadać przez wewnętrznego solitera (właśnie takich zapomnianych słów używa autor) oraz mitycznego katoblepasa, tak sugestywnie przedstawionych zwierzęcych odpowiedników powołania i doświadczeń życiowych w pierwszych dwóch esejach, czyniących z pisarzy niemalże męczenników sztuki pisarskiej. Dlatego bardzo ucieszyło mnie jedno zdanie noblisty: Być może zapamiętałym czytelnikom powieści posłuży do czegoś wiedza, że za zmyślonymi przygodami, które ich poruszają, rozpalając wyobraźnię, kryje się nie tylko intuicja, fantazja, inwencja twórcza tudzież odrobina szaleństwa, ale także wytrwałość, dyscyplina, porządek, strategia, chwyty i przemilczenia, cała skomplikowana struktura budująca i utrzymująca w napięciu fikcję.
To były ożywcze słowa, kojące odwieczną tęsknotę mojej czytelniczej duszy za samookreśleniem się. Słowa, które mnie zauważyły.
Mnie, zwykłego, przeciętnego czytelnika.
Bo i może są to listy do pisarza, jak określił swoje dwanaście esejów autor, ale dla mnie było to bliskie spotkanie pisarza ze swoim czytelnikiem, ze mną, które zawsze rozpoczynał od ciepłego zwrotu – Drogi Przyjacielu. Każdego z nich słuchałam trochę jak wykładu, a trochę jak rozmowy (czasami domyślał się moich pytań, odpowiadając na nie), otwierających przede mną osobisty i intymny świat człowieka potrafiącego oczarować słowem. Pozwalający zajrzeć do swojego serca i sanktuarium powstawania jego powieści. Pomógł mi nie tylko nazwać to, co do tej pory określałam własnymi słowami, usystematyzować wiedzę na temat struktury powieści, której poświecił pięć esejów, zwrócić uwagę na stosowane przez pisarzy środki nadające siłę przekonywania (wiedza dostępna każdemu studentowi literaturoznawstwa i kierunków pokrewnych), ale przede wszystkim opowiedział mi o czynniku X (wiedza niedostępna na żadnej, nawet najbardziej prestiżowej uczelni). Tajemniczym składniku, który wymyka się rozumowi oraz nawet najbardziej sumiennej i trafnej krytyce literackiej. Nieuchwytnym czynniku spajającym całą strukturę powieści, nadając jej zniewalający czytelnika urok. O kluczu otwierającym poziom emocji niedostępny racjonalizmowi, w którym najistotniejszą rolę odgrywa intuicja, wrażliwość, domyślność, a nawet przypadek – wymykające się sieci, choćby o najbardziej gęstych okach, krytycznego badania. Na co przemądrzalcy wymyślają niezliczone określenia na określenie czegoś, co każdy czytelnik chwyta bez najmniejszego problemu.
I za te słowa jestem autorowi niezwykle wdzięczna. Za docenienie zwykłego, szarego, przeciętnego czytelnika. Ba! Za podkreślenie jego wyjątkowości emocjonalnej, która dzieła z poprawną strukturą powieści skazuje na zapomnienie (wystarczy wymienić chociażby wielu laureatów literackiej nagrody Nobla), a kiepskie warsztatowo powieści wstawia na półkę kultowych. Sam pisarz zresztą nie ukrywa własnych sympatii i antypatii literackich, nawet wobec tych znanych i uznanych przez krytykę literacką, wymieniając z nazwiska tych, których uważa za miernych twórców. Pozwoliło mi to zrozumieć na przykład fenomen bardzo krytykowanej sagi Zmierzch czy dychotomię odbioru twórczości Paulo Coelho i wysnuć jeden wniosek – każdy czytelnik ma swojego pisarza, a każdy pisarz swojego odbiorcę. Różnica w tych zależnościach jest tylko ilościowa, a ilość, w tym przypadku, nie świadczy o jakości. W literaturze nie obowiązują prawa demokracji i zasady statystki.
Słuchałam tego człowieka i czułam, jak cały dotychczasowy chaos zaczyna się powoli porządkować, nabierać sensu i określonego kształtu, który wyłaniał się w miarę czytania i wynotowywania najważniejszych haseł na skrawku papieru, który ostatecznie przybrał taką formę:

 

 

Te pozorne bazgroły są dla mnie bardzo, bardzo klarowne, a pod każdym słowem kryje się mnóstwo treści. Dobrze je zapamiętałam, bo wszystkie listy czytałam dwa razy, inne trzy, niektóre więcej, a przy pierwszym i ostatnim zgubiłam rachubę. I wiem, że będę do nich wracać, kiedy znowu się pogubię w czytelniczych doznaniach i rozterkach. Byłam taka dumna z tego naszkicowanego przeze mnie planu, odnoszącego się do merytorycznej warstwy esejów, dopóki nie przeczytałam pożegnalnego zdania – Drogi Przyjacielu, chcę Ci powiedzieć, żebyś zapomniał o wszystkim, co przeczytałeś w moich listach na temat formy powieściowej, i wreszcie zabrał się do pisania powieści. W moim przypadku „do czytania powieści”, w którym czynnik X jest najważniejszy, a moje merytoryczne notatki już mniej.
Ale nie posłucham się mojego mentora. Nie wyrzucę ich. Będę je trzymała na biurku wśród innych ważnych fiszek, by w chwilach zagubienia i zapomnienia, przypomnieć sobie, co jest najważniejsze podczas czytania powieści, czym się kierować wchodząc w ich wykreowaną rzeczywistość i jak potem porównywać je z innymi powieściami i ich odbiorem przez innych czytelników, pielęgnując w sobie bezcenny czynnik X.
To pozycja obowiązkowa dla:
– Pisarzy (pisanych dużą literą), którzy chcą zrozumieć istotę powołania i talentu,
– pisarzy, którzy chcą się dowiedzieć, dlaczego mała ilość wielbicieli nie świadczy o jakości ich twórczości,
– krytyków literackich ku pamięci, że „rozum i szkiełko” to nie wszystko,
– czytelników, którzy mogą nareszcie odpowiedzieć sobie na dwa nieśmiertelne pytania: Dlaczego opowieść mnie pochłonęła, chociaż była o niczym? oraz Jak nazywa się to coś, czego zabrakło mi w powieści?,
– blogera piszącego o książkach, który chce pisać zgodnie z własnym sumieniem, nie krzywdząc przy tym powieści i jej autora,
– studenta literaturoznawstwa i kierunków pokrewnych, żeby wiedzą nie oślepili duszy,
– wykładowców, żeby pokazać, że wykłady nie muszą być nudne,
– i wreszcie dla każdego, komu wydaje się, że pisanie, czytanie i pisanie o tymże czytaniu to tylko rozrywka.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: