Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich

21 marca 2019

Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich
Przełożyła Marta Dunajska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 322 stron
Literatura amerykańska

Kiedyś, ktoś powiedział mi, że dzieci nie są własnością rodziców. Są tylko wypożyczone im na określony czas. Nie na jakiś, ale konkretny, z datą przejścia w dorosłe, samodzielne, niezależne życie lub ostateczną, gdy odchodzą na zawsze nie zdążywszy dorosnąć. Problem z rodzicami polega nie tyle na tym, że o tym zapominają, ale na całkowitym braku świadomości tego faktu. Z potrzeby bezpieczeństwa, spokoju myśli i w wyniku wyparcia nieuniknionego i pewnego, przyjmują za fakt, iż bycie z dzieckiem dane im jest na zawsze. Łatwo wtedy popaść w rutynę, w poczucie wiecznej władzy, w uprzedmiotowienie syna lub córki.
To niepozorne zdanie, rzucone w jakieś dyskusji, przyjęłam za swoje, a każda książka pisana przez rodziców, którzy w jakiś sposób tracili , tracą lub stracili dziecko, coraz bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Nie inaczej jest i z tą pozycją.
Uświadomienie lub przypomnienie sobie o przelotności obcowania z własnym dzieckiem, dla autora tych wspomnień przybrało formę bardzo bolesną, a który napisał o swojej córce Elenie – Wyobraziłem sobie, jak trzymam ją w dłoniach jako niemowlę, tulę w ramionach jako małego brzdąca, pocieszam jako dziecko, przytulam jako nastolatkę i odprowadzam do ołtarza jako młodą kobietę. Jednak nigdy nie sądziłem, że będę ją trzymał w ten sposób.
W dłoniach miał mosiężny pojemnik z jej prochami. Mały, zimny i prosty.
A koszmarne uświadamianie sobie, kim jest naprawdę dla niego Elena, zaczęło się od zwykłego bólu gardła i rutynowej wizyty u lekarza, zakończonej diagnozą – glejak pnia mózgu, najgorszy guz, najmniej rozumiany, rosnący w najgorszym miejscu, w najszybszym tempie, przechodzący najśmielsze oczekiwania i nieodwołalnym wyrokiem – najwyżej jeszcze tylko 135 dni życia. Szok wywołany tą wiadomością rozpoczął trudny proces zmiany światopoglądu, postaw i priorytetów obojga rodziców łącznie z zakwestionowaniem wiary w Boga, podzielony na pięć etapów – bólu, złości, walki, desperacji i nadziei. Wszystkie opisane są w tym dzienniku, dzień po dniu od momenty diagnozy, przede wszystkim z myślą o młodszej córce Gracie, który początkowo posiadał formę internetowych wpisów. I może dlatego nie jest to dziennik rozpaczy, chociaż smutku w nim dużo, ale nadziei i miłości rodziców, którzy znając ostateczny termin odejścia swojego dziecka, mają jeden cel – dać mu jak najwięcej powodów do takiego beztroskiego uśmiechu,

 

 

który w postaci roześmianych fotografii Eleny towarzyszył mi prawie każdego dnia, na co drugiej stronie dziennika. To wywoływanie radości ułatwiała im wspólna lita życzeń i marzeń, którą tata i mama Eleny realizowali konsekwentnie do końca jej dni, nawet wtedy gdy choroba przykuła ją do wózka. Największe wrażenie zrobiło na mnie zawieszenie tego rysunku sześcioletniej dziewczynki,

 

 

w muzeum pośród takich mistrzów malarstwa jak Pablo Picasso, Pierre Auguste Renoir i Vincent van Gogh. Swoiste świadectwo determinacji i miłości – córka przy własnym „dziele sztuki” powieszonym na honorowym miejscu, w prawdziwym muzeum:

 

 

A z tych wszystkich sukcesów najważniejszy – uśmiech na twarzy i radość w oczach dziecka. Reszta to tylko dodatki, bo bycie tatą to coś więcej niż wskazywanie, co jest dobre, a co złe, to także cieszenie się czasem spędzanym wspólnie i odnajdywanie humoru w codziennym życiu.
Piekielnie bolesna lekcja powinności rodzicielskich, chociaż sam Keith to, co przytrafiło się jego rodzinie, za taką nie uważa. Raczej za niezbędne i potrzebne doświadczenie. Zmagania hartujące odporność i czyniące rodzinę silniejszą i gotową do wsparcia w najtrudniejszych chwilach. Rodzina Brooke i Keitha zdała ten egzamin, chociaż nie było łatwo. Bywa i tak, że rodziny rozpadają się pod ogromem nieszczęścia. Czy ci ostatni żyli w zbyt optymistycznym świecie, uciekając w niepamięć, gdzie nie ma nieszczęść, a wszystko jest dane na zawsze?
Nie wiem.
Wiem tylko, że nie należy odsuwać od siebie tego typu książek, bo one nie straszą chorobami i śmiercią, nie epatują cierpieniem, by wywołać łzy. Są tylko niezbędnym kontekstem do ukazania wyjątkowości cudu życia i obecnych w nim ludzi, by nie zapominać, jak cenić sobie chwile z ukochanymi i docenić prawdziwą wartość istnienia, dostrzegać rzeczy ważne, tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi, a to jest życie.
Wartość tej opowieści o Elenie i jej rodzinie nie przekłada się tylko na wzruszenia i przemyślenia, ale na konkretne wnioski i działania wymierne przede wszystkim dla dzieci, których rodziców, jak piszą w tysiącach listach do Brook i Keitha, ten zwyczajny dziennik nauczył dostrzegać i na nowo kochać swoje dzieci i cenić najdrobniejsze momenty życia. Nagle ich dzieci nie były już dłużej czymś, co ich rozprasza, lecz stały się celem ich życia. Nauczyli się znajdować dla nich czas, odprowadzać do szkoły, czytać najgrubsze książki, jakie potrafili znaleźć na półce przed położeniem do łóżka.
I to jest największa wartość, jaką rodzice (i nie tylko!) mogą wynieść i wynoszą z bolesnych doświadczeń rodziny Desserichów.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Nigdy i na zawsze – Ann Brashares

Nigdy i na zawsze – Ann Brashares
Przełożyła Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte , 2012 , 349 stron
Literatura amerykańska

Jeśli można przedłużyć moment pomiędzy pożądaniem a spełnieniem w nieskończoność, czyniąc z niego przepiękną opowieść o miłości jedynej, wielkiej, wyjątkowej i tej na zawsze, to autorka jest w tym mistrzynią. A jeśli dołączyć do tego wyrażenia „miłość na zawsze”, drugie skrajne określenie – możliwe, że „nigdy nie spełnionej”, to historia zwykłego, przeciętnego romansu przeistacza się w niemalże opowieść filozoficzną.
I właśnie tak się stało w przypadku tej powieści.
Daniel, główny bohater, swoją ukochaną Sophię spotkał po raz pierwszy w 541 roku, w małej osadzie na terenie obecnej Turcji. Zakochał się w niej od pierwszego ujrzenia, od spojrzenia w oczy, w których zobaczył przynależną mu duszę, by w chwilę potem stracić ją. Nigdy jej nie zapomniał, dzięki ponadczasowej Pamięci, którą dziedziczył w kolejnych wcieleniach, a która od tej pory stała się jego błogosławieństwem i zarazem przekleństwem w poszukiwaniach duszy ukochanej. Chciał z nią przeżyć chociaż jedno, wspólne, szczęśliwe życie. Niestety, nieliczne spotkania za każdym razem uniemożliwiała mu a to różnica wieku, a to skrajny status społeczny i materialny, a to dzieląca ich odległość geograficzna, a przede wszystkim brak Pamięci u dziewczyny, dla której Daniel za każdym razem był zupełnie obcą osobą. On wiecznie zajmował się szukaniem i pamiętaniem, a ona znikaniem i zapominaniem.
Aż do roku 2004.
W którym nareszcie byli rówieśnikami, wolnymi nastolatkami, bez zobowiązań oraz zależnościowych uwikłań i w którym ta walka Daniela o duszę Sophii, a w tym życiu Lucy, właśnie rozpoczęła tę powieść. Jej wydarzenia rozgrywane do 2009 roku stały się zwieńczeniem ponad tysiącletnich poszukiwań i czekania Daniela przez dziesiątki żyć w dziesiątkach ciał w dziesiątkach miejsc pośród dziesiątek rodzin oraz dodatkową komplikację w postaci dziesiątków śmierci w ciągu tylu lat. To właśnie ta barwna przeszłość, przesiąknięta nieskończoną tęsknotą, smutkiem i nadzieją, wymuszająca na mnie zwolnienie tempa czytania, była wplatana przez narratora naprzemiennie w wydarzenia rozgrywane współcześnie, tworząc jedną, magiczną opowieść o platonicznym uczuciu do dziewczyny widzianej tylko jeden, jedyny raz.
Autorka wykorzystała w tej opowieści o wyjątkowym uczuciu, dla którego warto czekać i o które warto walczyć, filozofię reinkarnacji. Wędrówkę dusz, które dziedzicząc pamięć z poprzednich żyć, odnajdują bliskie lub znaczące osoby w nowych ciałach. Niesamowitym było to, że potrafiła elementy tej teorii idealnie dopasować do rzeczywistości żyjącego w nim człowieka, logicznie tłumacząc jego zachowania psychospołeczne od niezrozumiałych przeczuć do nietypowych postaw, sugestywnie wmawiając mi, że wiele naszych irracjonalnych zachowań wyglądałoby rozsądnie, gdyby można je było zobaczyć w kontekście wszystkich żyć. Niebezpiecznym było to, że na czas czytania przestałam bać się śmierci. Opamiętanie przyszło dopiero po jego zakończeniu.
Na szczęście!
Ale jak ogromnym darem czarowania słowem i siły przekonywania trzeba być obdarzonym, by mnie, człowieka o ugruntowanych poglądach, doprowadzić na skraj gotowości ich całkowitego zrewidowania. Bym poczuła to, co Lucy – przerażenie, znalazłszy tyle dowodów na to, że świat nie działa tak, jak myślała ona i jak sądzi większość ludzi. Jednocześnie wodziła mnie za nos, jak dobra czarodziejka, sącząc do ucha wiarę we własne możliwości, w sens każdej przeżywanej chwili, w sprawy skazane z góry na niepowodzenie, w siłę nadziei i moc wolnej woli, nakazującej walczyć do utraty sił i tchu, a której głos rzadko odbieramy zagłuszony hałasem istnienia – naszym konkretnym miejscem na ziemi i krótkofalowymi pragnieniami ciała, tak pięknie ujętą i zobrazowaną w końcowej scenie walki bohaterów z oceanicznym żywiołem, będącej niezwykłą metaforą zmagań człowieka z życiem i śmiercią oraz wolną wolą pomiędzy nimi. Obrazem zawierającym jedno, bardzo ważne przesłanie – życie nie powinno być oparte tylko na wspomnieniach, doświadczeniach i umiejętnościach, ale przede wszystkim na sile woli, która krzyczy – Jeśli nie ma wyjścia, trzeba je stworzyć. Nie można pozwalać, by świat po prostu nam się przydarzał, a które Arthur Schopenhauer ubrał w inne słowa, za każdym razem przywoływane przeze mnie w sytuacjach bez wyjścia – Nie masz szansy, ale wykorzystaj ją!
Siedzę sobie teraz z tą książka na kolanach, zastanawiam się nad tą myślą i zadaję sobie pytanie – Ile z życia biorę tego, co ono samo mi podsuwa, uznając śmieciowe szanse za coś wyjątkowego, a ile sama stwarzam sobie nowych możliwości? Łatwo odpowiedzieć mi nie jest, a to tylko jedno z wielu, wielu pytań jakie stawia ta powieść.
Mam nad czym myśleć.
A książkę polecam wszystkim tym, którzy walczą ze śmiertelną chorobą swoją lub bliskich. Napawa niezwykłym spokojem ducha, łagodząc i oddalając strach przed przejściem oraz lęk przed nieznanym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Nigdy i na zawsze [Ann Brashares]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 Z wielu amerykańskich trailerów tej powieści najbardziej spodobał mi się ten. Łączy w sobie prawie wszystkie emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Koniec gry – Anna Onichimowska

Koniec gry – Anna Onichimowska
Wydawnictwo Znak Emotikon , 2012 , 207 stron
Literatura polska

Niezmiennym powodzeniem wśród mojej zaprzyjaźnionej młodzieży cieszą się dwa tytuły z dorobku tej autorki – Hera moja miłość i jej kontynuacja Lot Komety. Obie poruszają problem narkomanii wśród młodzieży. W swojej najnowszej powieści dla nastolatków autorka również wybrała trudny temat dotykający młodych ludzi, coraz śmielej wychodzący z cienia norm społecznych i coraz odważniej przeciwstawiający się powszechnemu ostracyzmowi – homoseksualizm. A właściwie biseksualizm, bo główny bohater, siedemnastoletni Aleksander, a dla przyjaciół Alek, swoje skłonności homoseksualne odkrył po pierwszych, udanych doświadczeniach erotycznych z dziewczynami. Dochodzenie do odkrywania swojej seksualnej tożsamości przez Alka nie było jednak powolną retrospekcją i głębokim wejściem we własną psychikę, jakiej doświadczyłam w podobnej tematycznie powieści Człowiek, który pokochał Yngvego Tore Renberga, lecz scenariuszem zachowań i ich konsekwencji, aż do całkowitego, publicznego odkrycia się w portalu społecznościowym poprzez umieszczenie w nim takiej notatki:

 

 

Ten swoisty coming out czy tytułowe zakończenie gry pozorów i odgrywanej z góry narzuconej roli heteroseksualnego syna, brata, kolegi i sympatii, było pretekstem do ukazania ewentualnych i prawdopodobnych skutków oraz reakcji ze strony rodziny i środowiska. I ta warstwa fabuły jest przedstawiona bardzo realistycznie i prawdopodobnie, chociaż z nadmiernym optymizmem. Rozumiem jednak, że taki obraz miał przede wszystkim dodać odwagi i wiary w ludzi młodemu czytelnikowi.
To bardzo poprawnie wychowawczo skonstruowana opowieść. Nie ma w niej, pomimo sprzyjającej tematyki, opisów scen erotycznych, zarówno hetero, jak i homoseksualnych. Narrator stawiał mnie w sytuacji po fakcie, pozostawiając mojej wyobraźni ten pierwszy raz z dziewczyną, a potem z chłopakiem. I to jestem w stanie zrozumieć. W końcu powieść jest napisana specjalnie dla młodzieży z innym przesłaniem niż epatowanie seksem. Bardzo jednak brakowało mi wewnętrznych rozterek Alka, bitwy na myśli i emocje, ścierania się rozumu z reakcją ciała, które budują warstwę psychologiczną, nadając opowieści wiarygodności. Brakowało mi napięcia towarzyszącego nastolatkowi podczas odkrywania odmiennych skłonności seksualnych w postaci przebłysków wrażeń, które pojawiały się sporadycznie, a które w większym natężeniu scaliłyby fabułę. Bez tego opowieść nabrała cech schematu i historii ciągu zdarzeń przesiąkniętej dydaktyzmem, dodatkowo podkreślonym przez końcowe cytaty z profesorskiego wykładu o prawach człowieka do własnej tożsamości seksualnej.
Opowieść przekonała mnie ideologicznie i rozumowo, ale emocjonalnie już nie. Mimo to, cieszę się, że nareszcie pojawiają się tego typu książki i wspominam czasy (oby nie wróciły!), kiedy musiałam zagubionym duszom podsuwać do czytania Sprawę Alkibiadesa Aleksandra Krawczuka, bo nic innego na rynku wydawniczym nie było, a autor tę problematykę wśród starożytnych bohaterów poruszał. O publikacjach skierowanych do młodzieży i dla młodzieży mogłam tylko pomarzyć.
Przyjemnie, kiedy marzenia czytelnicze się spełniają, a ja mam nareszcie w czym wybierać i co podsuwać mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Oby takich książek pojawiało się coraz więcej, bo są bardzo potrzebne. Dla niektórych bywają jedynym przyjacielem z wyciągniętą pomocną dłonią, z którym mogą „porozmawiać” o odkrywanym w sobie homoseksualizmie.
Niestety.

 

Fragment powieści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Listy do młodego pisarza – Mario Vargas Llosa

Listy do młodego pisarza – Mario Vargas Llosa
Przełożyła Marta Szafrańska-Brandt
Wydawnictwo Znak , 2012 , 125 strony
Literatura peruwiańska

Nigdy nie chciałam i nadal nie chcę zostać pisarzem, więc nie zmartwiłam się pierwszymi słowami autora w tej książce, że nie jest to podręcznik sztuki literackiej – jej prawdziwi pisarze uczą się sami, bo nikt nikomu nie wytłumaczy, jak się tworzy dzieło – co najwyżej pomoże zdobyć umiejętność pisania i czytania. Natomiast zawsze, odkąd pamiętam, chciałam być dobrym czytelnikiem. Miałam tylko problem z określeniem zawartości i granic tego pojęcia. No bo, co to właściwe znaczy być dobrym w odbiorze tego, co napiszą inni? W przeciwieństwie do piszących, poradników dla czytelnika, o ile mi wiadomo, nikt jeszcze nie napisał. Świat przyjął powszechny standard, że czytelnikiem się jest lub nie. Mało kto zastanawia się nad tym (udało mi się wysłuchać tylko jednej wypowiedzi na ten temat, nieżyjącego już krytyka literackiego), a tym bardziej nie rozpisuje się, JAKIM się jest tym odbiorcą. I nie mam tutaj na myśli profesjonalistów, jakimi są krytycy literaccy, ale całe rzesze odbiorców, dla których i z myślą o których pisarze tworzą, dla których dają się zjadać przez wewnętrznego solitera (właśnie takich zapomnianych słów używa autor) oraz mitycznego katoblepasa, tak sugestywnie przedstawionych zwierzęcych odpowiedników powołania i doświadczeń życiowych w pierwszych dwóch esejach, czyniących z pisarzy niemalże męczenników sztuki pisarskiej. Dlatego bardzo ucieszyło mnie jedno zdanie noblisty: Być może zapamiętałym czytelnikom powieści posłuży do czegoś wiedza, że za zmyślonymi przygodami, które ich poruszają, rozpalając wyobraźnię, kryje się nie tylko intuicja, fantazja, inwencja twórcza tudzież odrobina szaleństwa, ale także wytrwałość, dyscyplina, porządek, strategia, chwyty i przemilczenia, cała skomplikowana struktura budująca i utrzymująca w napięciu fikcję.
To były ożywcze słowa, kojące odwieczną tęsknotę mojej czytelniczej duszy za samookreśleniem się. Słowa, które mnie zauważyły.
Mnie, zwykłego, przeciętnego czytelnika.
Bo i może są to listy do pisarza, jak określił swoje dwanaście esejów autor, ale dla mnie było to bliskie spotkanie pisarza ze swoim czytelnikiem, ze mną, które zawsze rozpoczynał od ciepłego zwrotu – Drogi Przyjacielu. Każdego z nich słuchałam trochę jak wykładu, a trochę jak rozmowy (czasami domyślał się moich pytań, odpowiadając na nie), otwierających przede mną osobisty i intymny świat człowieka potrafiącego oczarować słowem. Pozwalający zajrzeć do swojego serca i sanktuarium powstawania jego powieści. Pomógł mi nie tylko nazwać to, co do tej pory określałam własnymi słowami, usystematyzować wiedzę na temat struktury powieści, której poświecił pięć esejów, zwrócić uwagę na stosowane przez pisarzy środki nadające siłę przekonywania (wiedza dostępna każdemu studentowi literaturoznawstwa i kierunków pokrewnych), ale przede wszystkim opowiedział mi o czynniku X (wiedza niedostępna na żadnej, nawet najbardziej prestiżowej uczelni). Tajemniczym składniku, który wymyka się rozumowi oraz nawet najbardziej sumiennej i trafnej krytyce literackiej. Nieuchwytnym czynniku spajającym całą strukturę powieści, nadając jej zniewalający czytelnika urok. O kluczu otwierającym poziom emocji niedostępny racjonalizmowi, w którym najistotniejszą rolę odgrywa intuicja, wrażliwość, domyślność, a nawet przypadek – wymykające się sieci, choćby o najbardziej gęstych okach, krytycznego badania. Na co przemądrzalcy wymyślają niezliczone określenia na określenie czegoś, co każdy czytelnik chwyta bez najmniejszego problemu.
I za te słowa jestem autorowi niezwykle wdzięczna. Za docenienie zwykłego, szarego, przeciętnego czytelnika. Ba! Za podkreślenie jego wyjątkowości emocjonalnej, która dzieła z poprawną strukturą powieści skazuje na zapomnienie (wystarczy wymienić chociażby wielu laureatów literackiej nagrody Nobla), a kiepskie warsztatowo powieści wstawia na półkę kultowych. Sam pisarz zresztą nie ukrywa własnych sympatii i antypatii literackich, nawet wobec tych znanych i uznanych przez krytykę literacką, wymieniając z nazwiska tych, których uważa za miernych twórców. Pozwoliło mi to zrozumieć na przykład fenomen bardzo krytykowanej sagi Zmierzch czy dychotomię odbioru twórczości Paulo Coelho i wysnuć jeden wniosek – każdy czytelnik ma swojego pisarza, a każdy pisarz swojego odbiorcę. Różnica w tych zależnościach jest tylko ilościowa, a ilość, w tym przypadku, nie świadczy o jakości. W literaturze nie obowiązują prawa demokracji i zasady statystki.
Słuchałam tego człowieka i czułam, jak cały dotychczasowy chaos zaczyna się powoli porządkować, nabierać sensu i określonego kształtu, który wyłaniał się w miarę czytania i wynotowywania najważniejszych haseł na skrawku papieru, który ostatecznie przybrał taką formę:

 

 

Te pozorne bazgroły są dla mnie bardzo, bardzo klarowne, a pod każdym słowem kryje się mnóstwo treści. Dobrze je zapamiętałam, bo wszystkie listy czytałam dwa razy, inne trzy, niektóre więcej, a przy pierwszym i ostatnim zgubiłam rachubę. I wiem, że będę do nich wracać, kiedy znowu się pogubię w czytelniczych doznaniach i rozterkach. Byłam taka dumna z tego naszkicowanego przeze mnie planu, odnoszącego się do merytorycznej warstwy esejów, dopóki nie przeczytałam pożegnalnego zdania – Drogi Przyjacielu, chcę Ci powiedzieć, żebyś zapomniał o wszystkim, co przeczytałeś w moich listach na temat formy powieściowej, i wreszcie zabrał się do pisania powieści. W moim przypadku „do czytania powieści”, w którym czynnik X jest najważniejszy, a moje merytoryczne notatki już mniej.
Ale nie posłucham się mojego mentora. Nie wyrzucę ich. Będę je trzymała na biurku wśród innych ważnych fiszek, by w chwilach zagubienia i zapomnienia, przypomnieć sobie, co jest najważniejsze podczas czytania powieści, czym się kierować wchodząc w ich wykreowaną rzeczywistość i jak potem porównywać je z innymi powieściami i ich odbiorem przez innych czytelników, pielęgnując w sobie bezcenny czynnik X.
To pozycja obowiązkowa dla:
– Pisarzy (pisanych dużą literą), którzy chcą zrozumieć istotę powołania i talentu,
– pisarzy, którzy chcą się dowiedzieć, dlaczego mała ilość wielbicieli nie świadczy o jakości ich twórczości,
– krytyków literackich ku pamięci, że „rozum i szkiełko” to nie wszystko,
– czytelników, którzy mogą nareszcie odpowiedzieć sobie na dwa nieśmiertelne pytania: Dlaczego opowieść mnie pochłonęła, chociaż była o niczym? oraz Jak nazywa się to coś, czego zabrakło mi w powieści?,
– blogera piszącego o książkach, który chce pisać zgodnie z własnym sumieniem, nie krzywdząc przy tym powieści i jej autora,
– studenta literaturoznawstwa i kierunków pokrewnych, żeby wiedzą nie oślepili duszy,
– wykładowców, żeby pokazać, że wykłady nie muszą być nudne,
– i wreszcie dla każdego, komu wydaje się, że pisanie, czytanie i pisanie o tymże czytaniu to tylko rozrywka.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Bara@Bara- Hanna Märker

Bara@Bara- Hanna Märker
Wydawnictwo Verlag und Consulting MTM , 2011 , 364 strony
Literatura polska

Barabara w języku suahili oznacza drogę, ale już w języku polskim jest równoznaczne z włoskim bunga bunga, które ostatnio upowszechnił były premier Włoch, Silvio Berlusconi. Te pozornie odległe treściowo pojęcia akurat w tej opowieści o losach trzech przyjaciółek: Moniki, Ewy i Arlety, pasują do siebie i uzupełniają się idealnie. Bo to historia drogi do szczęścia poprzez seks, ale ograniczona tylko do dwóch kobiet. Historia Arlety jest tylko skromnym kontrapunktem do życia dwóch pozostałych przyjaciółek, wprawdzie oszczędnie wspomnianym przez narratora dopiero na końcu powieści, ale za to wyraziście i kontrastowo zestawionym z ich losami. A okazją do porównania tych trzech życiorysów oraz retrospekcji w przeszłość sięgającą czasów studenckich pod koniec lat 80., był zjazd koleżeński w domu Arlety, zorganizowany po dwudziestu pięciu latach od ich wyjazdu. Jedynej z trójki bohaterek, pozostałej w Polsce. Ewa i Monika miały inne priorytety i inaczej pojmowały szczęście, którego perspektyw nie dostrzegały w szarych blokowiskach komunistycznej Polski, w mrówczym życiu zwykłego człowieka, którego bieda była w ich pojęciu źródłem wiecznych kłótni i porażek życiowych. Dla nich przyszłość zaczynała się i kwitła na mitycznym Zachodzie.
W Niemczech.
To tutaj widziały się spełnione poprzez małżeństwo z bogatym obcokrajowcem. Obu dziewczynom udało się to, ale… nadal były nieszczęśliwe.
Z ciekawością weszłam w materialny świat ułudy, w którym wysoki status materialny pozawalał kupić urodę o piętnaście lat młodszą, towarzystwo z wyższych sfer, seks z coraz młodszymi kochankami, dom na Majorce, rodzinę, wakacje na dowolnym kontynencie, ale nie miłości. Tej, która daje poczucie kochania i bycia kochaną, opartej również na przyjaźni.
Nie podobało mi się w ich rzeczywistości. Nie podobało mi się tworzenie kobiecego świata dla mężczyzny, wokół mężczyzny i poprzez pryzmat mężczyzny. Nie podobało mi się dążenie do szczęścia poprzez seks z kolejnym partnerem, który zaczynał być jedyną treścią życia obu kobiet. Męczyło mnie ich uwikłanie w pułapkę zafiksowanych emocji i wiecznie niezaspokojonego pragnienia uczucia, w której rozsądek nie miał żadnej szansy, a opamiętanie przyszło za późno. Najsmutniejsze jednak było to, że na znalezienie klucza do szczęścia zawartego w słowach – Zacznij od pokochania siebie. Każdy powinien od tego zacząć. Dopiero potem, można prawdziwie pokochać innych. – zmarnowały najpiękniejsze lata większości swojego życia.
Ale to niejedyne przesłanie tej powieści.
Autorka poprzez skomplikowane losy Moniki i Ewy próbowała ukazać przestępczy świat narkobiznesu budującego finansowe fortuny elit towarzyskich krajów Unii Europejskiej. I ten zabieg autorce nie do końca się udał. Poszukiwanie informacji przez Monikę na temat mrocznej przeszłości Michaela to trochę za mało. Gdyby całą wiedzę zawartą w artykule cytowanym na końcu książki wplotła w życie Moniki, byłoby to dużo bardziej wiarygodne, przy okazji nadając sensacyjny ton fabule oraz przełamując monotonię seksualnych podbojów (a jest ich bardzo dużo i bardzo odważnych w opisach) obu przyjaciółek. Tym samym los Moniki znacząco różniłby się od bliźniaczego losu Ewy, a powieść zyskałaby na różnorodności bohaterek.
Warto jednak przeczytać tę książkę, by odmitologizować zagraniczne wyjazdy i zajrzeć pod maskę spełnienia kobiet sukcesu, by przyjrzeć się własnym priorytetom i zdążyć je skorygować zanim będzie za późno.
Dla jednej z bohaterek było.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Kato-tata: nie-pamiętnik – Halszka Opfer

Kato-tata: nie-pamiętnik – Halszka Opfer
Wydawnictwo Czarna Owca , 2011 , 197 stron
Seria Samo Życie
Literatura polska

Nie planowałam czytać tej retrospekcji z koszmarnego dzieciństwa. Wystarczyła mi wiedza, że zjawisko kazirodztwa istnieje w każdym społeczeństwie i dobra znajomość zasad statystycznych obnażających procentowo to odchylenie seksualne na krzywej Gaussa, które zresztą zostały już poddane życiowemu sprawdzianowi.
Kilka lat temu w mojej rodzinnej miejscowości zaginęła nastolatka. W akcję poszukiwawczą solidarnie i ze współczuciem dla dziewczyny i jej rodziny, włączyła się cała społeczność. Ofiarnie pomagali policji szukać jej wszyscy. To współczucie dla dziewczyny zakończyło się nie z chwilą odnalezienia się jej, ale w momencie poznania przyczyny jej zniknięcia. Nastolatka nie zaginęła, a uciekła z domu, w którym molestował ją seksualnie własny dziadek. Solidarność środowiska momentalnie rozpadła się na dwie nierówne frakcje. Przytłaczająca większość od tego momentu współczuła już tylko dziadkowi, czyniąc z niego ofiarę niewdzięcznej smarkuli i wyrodnej wnuczki. Byłam w znikomej mniejszości, która jej uwierzyła. Nie dlatego, że byłam taka dojrzała i szlachetna sama z siebie, ale dlatego, że miałam świadomość różnorodności orientacji seksualnych i ich odchyleń dzięki zajęciom z psychologii klinicznej. To moje doświadczenie pokazało mi, nie tylko brak wiedzy o kazirodztwie w społeczeństwie i siłę tabu, o którym się nie mówiło, nie zwierzało najbardziej zaufanemu przyjacielowi, a nawet nie plotkowało, ale również, jak wiele jeszcze trzeba zrobić w obronie bezbronnych dzieci. A statystyki jakie przytoczyła prowadząca wywiad z autorką są miażdżące – 16% kobiet i 12% mężczyzn było w dzieciństwie molestowanych seksualnie, które to dane autorka zresztą uważa za zaniżone.
I ja, taka uświadomiona, nafaszerowana statystykami, kiedy pod wpływem wywiadu telewizyjnego z Halszką, sięgnęłam jednak po jej wspomnienia, nie zdałam tego swoistego testu.
Zwątpiłam w ich wiarygodność.
Dlaczego i jak to możliwe?
Myślę, że sprawił to ogrom horroru przez jaki przeszła jego bohaterka. Mogłam jeszcze przyjąć do wiadomości, że gehenna jaką zafundował jej ojciec od trzeciego roku życia trwała kilkanaście lat, ale że tego samego dopuścił się uczący ją religii ksiądz, kilkakrotnie leczący ją lekarz, a potem sędzia prowadzący jej sprawę sądową, o kuzynie i rówieśnikach już nie wspominając? Nie współczułam, nie żałowałam, nawet nie wściekałam się z bezsilności nie dlatego, że byłam taka nieczuła, ale dlatego, że wszystkie moje emocje zostały stłumione i zmrożone jednym dominującym – przerażeniem. Osiągnęło ono tak wysoki poziom, że chroniąc własne uczucia, jedynym wyjściem z sytuacji była próba ich wyparcia. Nie czułam się z tym dobrze, miałam świadomość ogromnego wysiłku psychicznego i odwagi Halszki do pierwszego w Polsce powszechnego obnażenia tego problemu i poddania go oglądowi publicznemu. Na szczęście, mądry wydawca, umieścił na początku książki niezbędny wstęp dla takich osób jak ja, napisany przez dr hab. Ewę Jarosz, która wytłumaczyła mi moją reakcję pisząc: Oglądając obraz życia dziecka rysowany słowami Halszki, najchętniej umieścimy go w fikcji literackiej. Chcemy wykluczyć poza rzeczywistość codzienność tego dziecka, aby brudy, smrody i wulgarność jego domu, okrucieństwo i brak czułości matki oraz ohydne łapska ojca nie zbliżyły się zbytnio do nas, nie pobrudziły nas, nie dotknęły. Bronimy się w myślach: może coś tam z tego jest i prawdą, ale to niemożliwe, żeby wszystko.
I to jest dowód na to, jak bardzo świadomość i wiedza statystyczna na temat kazirodztwa różni się odbiorem od poznania konkretnych doświadczeń, konkretnego dziecka, od bycia przez moment w jego świecie okaleczonego dzieciństwa. Potwierdza to też Ewa Jarosz pisząc, że statystyki pokazują krzywdę dziecka bezosobowo, mierząc je liczbami i procentami. Aby naprawdę odczuć problem krzywdzenia dzieci, polecam z pokorą i szacunkiem dla bohaterstwa dziewczynki przyjąć jej opowieść zawartą w tej książce.
To dobrze, że istnieją powieści o kazirodztwie takie, jak Jedyne dziecko Jacka Ketchuma, ale jeszcze lepiej sięgnąć po prawdziwe świadectwo kalekiego dzieciństwa, które zakotwiczy się w duszy i umyśle na dobre. Może wtedy zamiast skupiać siłę i energię na zwalczanie homoseksualizmu dorosłych, całą tę nienawiść i niezgodę przeniesiemy na pomoc molestowanym dzieciom. Bezbronnym ofiarom pedofilii i kazirodztwa.
Głęboką tajemnicą pozostaje dla mnie odwrotność tego zjawiska.
Wiem, że po opowieści Halszki widzianej oczami dziecka, które zwraca się do gwałcącego ją ojca „tatusiu”, długo nie będę mogła zasnąć, bo jak uciszyć emocje i myśli do snu, kiedy w tym samym czasie, kilkunastu tatusiów w Polsce, właśnie będzie wchodzić do pokoju syna lub córki i…

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Kato-tata [Halszka Opfer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Na odwrocie książki zobaczyłam okładkę kontynuacji wspomnień. Już ją mam, bo na drugi dzień podreptałam po nią do księgarni. Tym razem mam nadzieję poznać skutki przeszłości w życiu dorosłej już kobiety. Ale jeszcze nie teraz, nie od razu. Muszę trochę odczekać, by ochłonąć.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Chciwość jest dobra – Zbigniew Machowski

Chciwość jest dobra – Zbigniew Machowski
Wydawnictwo Nowy Świat , 2011 , 286 stron
Literatura polska

Na początku zdobywania wiedzy o otaczającej mnie rzeczywistości byłam przekonana, że ludzkością, a tym samym światem, rządzą tylko trzy największe namiętności – władza, seks i pieniądze. Potem przeczytałam Tunel Gary’ego Bravera, który przeforsował bardzo przekonująco pogląd, że kierunek rozwoju ludzkości dyktuje zemsta samego Złego. A w tej książce z kolei spotkałam się z bardzo wiarygodną teorią, że chciwość wyjaśnia, streszcza i wyraża esencję ducha ewolucji. Chciwość, we wszystkich swych postaciach – życia, pieniądza, miłości, wiedzy – popycha w górę rozwój ludzkości. Nie mam jednak poczucia chaosu, bo wiem, że każdy pogląd zależy od punktu siedzenia. Cytowane powyżej zdania nie są słowami autora, a bankiera Gordona Gekko granego przez Michaela Douglasa w filmie Wall Street w reżyserii Olivera Stone’a. To właśnie tę teorię zawartą w aktorskiej kwestii i ten punkt siedzenia wykorzystał autor do zbudowania swojej wersji teorii ewolucji ludzkości, wykorzystując do tego liczne fakty ze współczesnej polityki. I tutaj zgodzę się z autorem świetnego Gulaszu z turula, który na odwrocie książki umieścił taką opinię:

 

 

Zwłaszcza z drugim jego zdaniem, bo autor pokusił się pokazać mi prawdopodobny scenariusz wydarzeń politycznych i gospodarczych, serwowanych codziennie w moich ulubionych telewizyjnych Faktach i Wiadomościach, jako ciąg większej całości niedostępnej przeciętnemu odbiorcy. Połączył znane fakty logicznie skonstruowaną fabułą oraz bohaterami, którzy tak naprawdę są drugoplanowi w tej opowieści, tworząc prawdopodobny proces zdobywania realnej władzy ukryty przed oczami zwykłego obywatela, a którego odpryski skutków oglądam w mediach w postaci doniesień o na przykład galopującym wzroście cen paliwa.
To właśnie on jest głównym bohaterem.
Proces, w którym chciwość i materializm dyktuje kierunki rozwoju polityki, a tym samym świata i funkcjonujących w nim ludzi. Pesymistyczny w swoim przekazie, forsującym teorię, że światem rządzą finansiści, a ideały zamieniły się w interesy. Mniejsze, większe i te największe, w które można zostać wplątanym wbrew własnej woli tak, jak Maks i Joanna, postronni bohaterowie, pionki stojące na drodze miażdżącej machiny, być ich inicjatorem, tak jak Andriej Blazow, pomysłodawca i organizator tajnej operacji Alfa mającej na celu przejęcie polskiej spółki gazowej z koncesją na poszukiwanie gazu łupkowego lub zwycięzcami w tej grze tak, jak bankierzy zgarniający całą pulę. Powodzenie, a nawet życie w tej wojnie wywiadów polityczno-gospodarczych, w której ludzie i technika informacyjna są tylko narzędziami, zależy od tego, jak bardzo człowiek jest chciwy i jak wysoko stoi na drabinie hierarchii społecznej. Wszystkie chwyty są dozwolone, a świat w tej grze nie jest ograniczony lojalnością wobec przyjaciół i własnej ojczyzny.
Liczy się tylko pieniądz.
Ale nie tylko fabuła i przesłanie powieści skupiały moją uwagę. Również fakty poukrywane w jej treści. Ten thriller był dla mnie specyficznym testem na orientację we współczesnej polityce i zgaduj-zgadulą o kim mowa. Ostatni raz podobną rozrywkę miałam w kryminale W imię zasad Marka Harnego. Szybko kojarzyłam informacje powszechnie znane, bezpieczne, niewymagające kamuflażu jak pożar w rafinerii w Możejkach, doniesienia, że wydobycie gazu z łupków jest groźne, że za jego przyczyną polski chłop zamiast kranu będzie miał w chałupie palnik, bo jak odkręci kran, to gaz mu poleci, nie woda czy oszustwo twórcy indeksu giełdowego Nasdaq Bernarda Madoffa. Niewielkiego wysiłku wymagały również skojarzenia personalne. Od tych bardzo łatwych do odgadnięcia o kim mowa, kiedy mówimy o prezydencie-premierze-prezydencie Rosji, mimo że w powieści nazywany jest Smirnowem, który ćwiczy w siłowni, Smirnow gra w piłkę z młodzieżą, Smirnow pływa, Smirnow galopuje na koniu. Zwłaszcza to ostatnie nie pozostawia złudzeń. Po te trudniejsze, nad którymi musiałam się zastanowić dłużej, bo o kim mowa, kiedy mówimy o doradcy ze Słowacji czy Chorwacji, a może z Polski…? Nie pamiętam. Ten były minister, katolik, no. – Piotrowski. Porzucił żonę z dziećmi i dyma jakąś kelnerkę?
Przecierałam oczy ze zdumienia, nie widząc na początku zwyczajowej formuły asekuracyjnej, odżegnującej się od ewentualnych skojarzeń z faktami i osobami rzeczywistymi (a było ich mnóstwo!) i zapewniającej, że całość powieści to 100% fikcji. Nasuwało mi się jedno pytanie – to odwaga autora podyktowana dziennikarską przeszłością czy desperacja człowieka, który nie godzi się na kształt świata, tworzonego przez chciwość, na chciwości i z chciwości?
Jakkolwiek by nie było, powieść ta, to swoista pobudka dla uśpionych obserwatorów życia, która otwiera oczy na niewidzialne, ale obecne pod powierzchnią oficjalnej polityki. Niektórzy się obudzili, co było widać, słychać i czuć w hasłach strajkujących na Wall Street – Cała ludzkość żyje i pracuje dla 1% najbogatszych!
Dla tych ostatnich, z ich punktu siedzenia, chciwość nie jest dobra.
Jest bardzo dobra!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Więzień Labiryntu – James Dashner

Więzień Labiryntu – James Dashner
Przełożył Łukasz Dunajski
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 421 stron
Trylogia Więzień Labiryntu ; Tom 1
Literatura amerykańska

To nie jest tylko opowieść o Labiryncie. Cała ta książka to labirynt, na okładce której wydawca powinien umieścić nie motto przewodnie dla uwięzionych w nim chłopców, ale ostrzeżenie dla czytelnika – Przeczytaj do końca albo cierp z braku zaspokojonej ciekawości. To właśnie ona wraz ze swoją siostrą adrenaliną nie pozwalała mi na oderwanie się od tej zagadki. Nie odłożyłam tej książki dopóki nie pochłonęłam ostatniej kropki na końcu ostatniego zdania. O konsekwencjach zlekceważenia innych obowiązków nie wspomnę, poza tym, że warta była takiego ryzyka! Co przeczytałam to moje i nikt mi tej przygody emocjonalnej oraz rozrywki umysłowej już nie odbierze.
Bo to była jedna wielka zagadka. Rebus do rozszyfrowania. Układanka i puzzle w jednym. Test do przejścia z ambicją osiągnięcia najwyższej punktacji nagradzaną możliwością dalszego życia. Na dodatek wymagający nie tylko wysokiej inteligencji i kreatywności w poszukiwaniu wyjścia ze Strefy, w której mieszkało kilkudziesięciu nastolatków w wieku od lat dziesięciu do siedemnastu, ale i kondycji fizycznej oraz wytrzymałości psychicznej. Jakość jedności ciała, ducha i umysłu stanowiła o powodzeniu stojącego przed nimi zadania. Ta mieszanka cech czyniła z nich chłopców wyjątkowych, potencjalnie zdolnych znaleźć wyjście z tego miejsca-pułapki, w której się znaleźli.
Nagle!
Któregoś dnia budzili się w windzie wynoszącej ich na powierzchnię centrum Labiryntu w sam środek zhierarchizowanego, chłopięcego społeczeństwa. Pozbawieni całkowicie pamięci i wspomnień znali tylko swoje imię.
Nic więcej. Zupełnie NIC!
Próbowali więc żyć w miejscu wielkości siedmiu boisk piłkarskich otoczonym Labiryntem, do którego wyprawa często kończyła się śmiercią śmiałków i kolejnym grobem na Grzebalisku. Nie brakowało jednak odważnych, którzy pomimo tego nadal sprawdzali i szukali drogi wyjścia w mrocznej otchłani korytarzy lub poza nimi. Ten ustalony przez stałe poszukiwania tryb życia, trwający od dwóch lat, zmienił się wraz z przybyciem głównego bohatera, szesnastoletniego Thomasa, a kilka dni później jedynej dziewczyny z tajemniczą wiadomością w zaciśniętej pięści.
Potrzeba wydostania się z Labiryntu przybrała na sile.
Opowieść o uwięzionych nastolatkach trzymała mnie w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, którego natężenie rosło wraz z każdą przewracaną kartką. Początkowo wywołane ciekawością miejsca akcji, tajemniczą, wymazaną z umysłów, przeszłością ich bohaterów oraz przyczyn stworzenia tego odizolowanego mikroświata, by z czasem zastąpiło ją podekscytowanie towarzyszące poszukiwaniom wyjścia i stałemu zagrożeniu zdrowia, a nawet życia. Myślałam tak samo intensywnie jak chłopcy. Zwijałam się z bezsilnej niemożności podsunięcia im swoich pomysłów (a miałam ich sporo!), cieszyłam się, kiedy tok rozumowania nam się pokrywał, wpadałam w zniechęcenie, kiedy rozwiązanie okazywało się ślepą uliczka, by zaraz niecierpliwie szukać nowego pomysłu. To mnie pierwszej udało się rozgryźć tajemnicze słowo umieszczone na żukolcach, ale to nie ja odkryłam przyczynę i mechanizm przesuwającego się codzienne Labiryntu. Do tego potrzeba było pozbyć się (co z przykrością musiałam sobie uświadomić) uprzedzeń i standardowego myślenia, do czego zdolny był tylko nastoletni umysł.
W międzyczasie, w trakcie zmieniającej się nieustannie fabuły, nasuwały mi się skojarzenia z filmem Cube, potem z dziewczęcym odpowiednikiem tej powieści dystopijnej, Lasem Zębów i Rąk, z grą komputerową, w której labiryncie potwór pożera zbłąkanych, by na końcu mieć czysto laboratoryjne skojarzenia z eksperymentami na szczurach. I każde z tych skojarzeń niosło ze sobą towarzyszące im emocje, które odnajdowałam w Labiryncie.
To jedna z tych powieści skierowanych przede wszystkim do chłopców (chociaż nie tylko, czego ja jestem dowodem), która dostarcza nie tylko rozrywki umysłowej, nie tylko pozwala na utożsamienie się z bohaterem równolatkiem, nie tylko wskazuje podstawy sukcesu tkwiące w charakterze jednostki, ale także podkreśla ogromną rolę przyjaźni i współpracy z innymi chłopcami, bez których sukces nie jest możliwy, a jedna osoba nie dokona tego, co jest osiągalne w zespole zbudowanym na zaufaniu i współdziałaniu.
Na okładce książki przeczytałam, że tom drugi Próba Ognia ukaże się w marcu 2012 roku.
Zaczęłam już odliczanie.

 

 Zwiastun robi wrażenie! A to tylko niewielka cząstka zapowiedzi tego, przez co przeszłam wewnątrz tej książki-labiryntu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi: