Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Człowiek w poszukiwaniu sensu – Viktor E. Frankl

21 marca 2019

Człowiek w poszukiwaniu sensu – Viktor E. Frankl
Przełożyła Aleksandra Wolnicka
Wydawnictwo Czarna Owca , 2012 , 224 strony
Literatura austriacka

Sięgnęłam po tę książkę odruchowo, widząc charakterystyczne druty obozu koncentracyjnego z wieżyczką strażnika. To moja tematyka, w której zagłębiam się systematycznie od czasów licealnych. Przyzwyczajona jestem do tytułów-haseł sugerujących tragizm zawartości. Zdań-informacji o milionach sprzedanych egzemplarzy widniejących na okładce tytułowej. Blurbów-reklam z rodzaju tych, jakie umieszcza się z tyłu, a jakie przeczytałam również na tej książce:

Nihil novi – pomyślałam – o takich sprawach nie można pisać inaczej, one nie podlegają jakimkolwiek kryteriom i ocenom literackim. Zawsze są wyjątkowe, zawsze wstrząsają, zawsze się po nich zamyśla, choćby były pisane najprostszym, najuboższym językiem. Liczy się przede wszystkim treść i prawda historyczna świadków upadku ludzkości, a co najważniejsze – tego typu publikacje nie potrzebują reklamy. Ale z przyzwyczajenia i przyjętego rytuału rozpoznawczo-zapoznawczego z książką, przeczytałam wszystko, co zostało na niej umieszczone. Powoli opinie o autorze typu – to jeden z autorytetów moralnych XX wieku i o jego książce – ponadczasowa recepta na przetrwanie, zaczęły wzbudzać we mnie zaciekawienie, które po zdaniu – klasyka piśmiennictwa z dziedziny psychiatrii, przeszło w zaskoczenie, a potem w pytanie – Czyżbym trafiła na książkę-opracowanie specjalisty piszącego o obozach koncentracyjnych? Szybkie przejście do Przedmowy, po pochłonięciu której zamarłam na moment, czując nadchodzące uczucie doświadczone do tej pory tylko trzy razy w życiu (całkowita absorpcja każdego słowa tekstu, wypełniających dokładnie każdy skrawek umysłu i duszy), upewniło mnie, że właśnie znalazłam kolejny, czwarty element do mojej światopoglądowej mozaiki.
Co tak mną poruszyło w tej niewielkiej objętościowo książeczce?
Nie to, że był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych (miedzy innymi w Auschwitz), w których stracił w komorze gazowej ojca, matkę, żonę i brata, ale to, że na tym dnie piekła pojawił się jako psychiatra. Życie?, los?, karma?, Bóg? postawił go w sytuacji, w której mógł zdobytą wiedzę o psychice człowieka skonfrontować z rzeczywistością w jej najbardziej ekstremalnej postaci, w swojej najbardziej odczłowieczonej formie z przewartościowanym, wypaczonym systemem moralnym. Przeżył najsurowszy egzamin, a właściwie niekontrolowany, skrajny eksperyment psychologiczny, w którym stawką było jego życie. Nie, nie życie, ale jego sens. Dane mi było przeżyć wraz z nim głębię duchowego jestestwa, od którego odbijały się, jak piłeczki od tarczy, krzyki katów – Nie możecie szybciej świnie? Nie ma dla mnie piękniejszego przykładu moralnego niż autorytet stosujący metodę wpływu osobistego w pouczaniu, nauczaniu, a w przypadku autora, leczeniu ludzi.
Doktor V. Frankl wyszedł z otchłani Holokaustu zwycięsko. Ba! Stworzył na podstawie własnych przeżyć i zdobytych doświadczeń teorię logoterapii, która stała się trzecią, wiedeńską szkołą psychoterapii obok freudowskiej i adlerowskiej. Kwintesencję jej filozofii znalazł w myśli Fryderyka Nietzschego, czyniąc z niej hasło przewodnie – Ten, kto wie, dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje. Faktycznie – Ponadczasowa recepta na przetrwanie. – jak napisała pisarka Patricia J. Williams na okładkowym skrzydełku.
Książka składa się z dwóch części.
Pierwszą, wspomnieniową z obozów autor ubrał w formę eseju, w którym wszystkie wydarzenia, sytuacje, zachowania i związane z nimi emocje, tłumaczył, analizował i naświetlał poprzez posiadaną naukową wiedzę psychiatry. Objaśniał genezę różnorodności postaw więźniów, wskazywał konteksty konsekwencji ich zachowań i dokonywanych wyborów, przywracał ponownie sens spłyconym myślom, nawiązując do filozofii czy tekstów literackich, scalił wiedzę o człowieku i jego psychice rozproszoną w różnych dziedzinach nauki, nadając jej pierwotne, zapomniane przesłanie i sens. Już na podstawie tej części, mogłam zrozumieć ideę logoterapii i ujrzeć zastosowanie teorii w praktyce w sytuacji ekstremalnej.
Część druga była próbą, jak sam napisał, przekazania czytelnikowi całej wiedzy, jaką zawarł w dwudziestu tomach. Musiał zatem wszystkie założenia teorii zmieścić na zaledwie 19 kartkach, dlatego w tytule tego rozdziału umieścił słowo „podstawy”. Stąd jego treść była bardzo skondensowana, maksymalnie syntetyczna, wymagająca ode mnie wolniejszego czytania, ale nie tylko dlatego. Nad każdym zdaniem musiałam pomyśleć i skonfrontować z własnym dorobkiem światopoglądowym. Najczęściej pasowało idealnie. Miałam wrażenie odnalezienia praktycznej, brakującej mi podbudowy dotychczas zgromadzonej teorii, która w jedności swej pomogła zrozumieć fakt możliwości bycia przyzwoitym człowiekiem nawet w najbardziej nieludzkich warunkach życia. Najwartościowsze w tej teorii są jej ponadczasowość i uniwersalizm. Przemawia zarówno do ateistów, jak i osób wierzących. Ci ostatni mogą sobie dodać tylko słowo „Bóg”. I chociaż w tej książce nie pada deklaracja wyznaniowa, a sam autor unika, jak napisał, kaznodziejstwa, to moje skojarzenia były uzasadnione, bo wśród jego innych publikacji, takie nawiązania otwarcie widnieją na okładkach:

To dlatego odebrałam ten rozdział jako naukową teorię wiary i jej założeń tłumaczącą doświadczalnie wolę sensu, istotę cierpienia oraz miłości i wreszcie wolny wybór w kontekście przeznaczenia. Ostatnia kompilacja, której do tej książki nie mogłam zrozumieć i pojąć, często buntując się przeciw takiemu, zdawało mi się, antagonizmowi. A tutaj, proszę – pełnia jedności, której przyznaję słuszność! Podobnie jak autor Przedmowy, ten rozdział przeczytałam dwa razy. Musiałam. Nie dlatego, że chciałam dobrze zrozumieć i poukładać ją sobie (chociaż to też), ale przede wszystkim dlatego, że napawał mnie optymizmem prostując ścieżkę życia w każdym jego aspekcie, co z kolei wcale nie oznacza, że czyni ją łatwiejszą. To najtrudniejsza spośród mi znanych – adlerowskiej woli mocy (materializm), freudowskiej woli przyjemności (hedonizm) i Fryderyka Nietzschego woli władzy, ale też i jedyna dająca szansę pełnego rozwoju duchowego i bycia przyzwoitym.
I myśl ostatnia, jaka nasunęła mi się na koniec.
Jakim cudem ja tę teorię i jego twórcę poznałam dopiero teraz? Wszystko wskazywało na to, że powinnam natknąć się na nią już na studiach! Kolejna tajemnica moich powikłanych ścieżek do książek.
Książkę wpisuję nie tylko na mój top czytanych w 2013 roku, ale i na top książek życia jako czwartą z kolei.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Człowiek w poszukiwaniu sensu [Viktor E. Frankl]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Ciemnorodni – Alison Sinclair

Ciemnorodni – Alison Sinclair
Przełożyła Katarzyna Ciarcińska
Wydawnictwo Bellona , 2013 , 367 stron
Trylogia Ciemnorodni , tom 1
Literatura kanadyjska

Zupełnie nie wiem, dlaczego byłam przekonana (może to sprawiła grafika okładki?), że decydując się na wybór tej pozycji, będę miała do czynienia z początkiem kolejnej trylogii dla młodzieży z gatunku paranormal. To ostatnie jest, owszem, ale bez ograniczeń wiekowych i określonej, czytelniczej grupy docelowej. Dla każdego więc, kto lubi fantasy z klimatem magii w alternatywnych światach.
Ten, wykreowany przez autorkę, bardzo mi się spodobał, pomimo że w pierwszej części poznałam zaledwie jego wycinek. Ten należący do Ciemnorodnych, żyjących w zupełnym mroku. Ciemności były ich naturalnym środowiskiem egzystencji, ale nie miejscem magii. Wręcz przeciwnie. Oficjalnie zaprzeczali jej istnieniu, zakazywali jej, zwalczali ją, a osoby parające się nią – poddawali ostracyzmowi. Wśród warstwy arystokratycznej uchodziła za temat tabu, bo Ciemnorodni stawiali na technikę, rozum, racjonalizm i naukę, uznając zdolności paranormalne za skazę i dyskwalifikującą w oczach innych wadę. Ci, którzy je posiadali, żyli na uboczu społeczeństwa.
W takim właśnie świecie i, o zgrozo, w najwyższych kręgach elit książęcych, musiała odnaleźć swoje miejsce i ukryć się jedna z głównych bohaterek powieści – Telmaine. Obdarzona zdolnością odczytywania myśli innych i darem uzdrawiania, wyparła ze swojej świadomości to, czym obdarzyła ją natura.
Do czasu.
Dramatyczne okoliczności rozpoczynające pierwszy tom trylogii, które spotkały jej męża – Balthasara, wywołały lawinę niekontrolowanych wydarzeń, mających nie tylko wpływ na przebudzenie się i rozwój jej zakazanych zdolności, na bezpieczeństwo jej sekretu i rodziny, ale i na stan serca poruszonego przez poznanego mężczyznę – Ishmaela. Outsidera, samotnika, Łowcy Cienia, skażonego przez Zew, niekryjącego się ze swoimi paranormalnymi zdolnościami, wtajemniczającego ją w świat magii i rzeczywistości równoległych – Światłorodnych i Cieniorodnych. Tych, którzy będą bohaterami następnych tomów trylogii.
Tym czasem w pierwszym tomie autorka całą uwagę poświeciła Ciemnorodnym. Ich zasadom, obyczajom, zwyczajom i życiu bez zmysłu wzroku zastępowanego przez son i czynność sonowania, które poznawałam przy okazji głównego wątku sensacyjnego, a w którym bohaterowie walczyli o życie swoich najbliższych i własne. Miałam wrażenie poruszania się po omacku, badania otoczenia dłońmi, stale spowijającej mnie ciemności, postrzegania otoczenia poprzez zarysowania kształtów przez pogłos odbitego dźwięku i narastającą ciekawość rzeczywistości ludzi żyjących tylko za dnia, dla których mrok był zabójczy oraz jeszcze bardziej tajemniczych istot zamieszkujących Rubieże, o których wiedziałam najmniej.
Niestety, za ciekawie wykreowanym światem trzech społeczności i wyraziście zarysowanymi osobowościami bohaterów, lekko nie nadążał warsztat literacki autorki. Zaznaczam, że tylko lekko, bo były tylko trzy rzeczy, wobec których miałam wrażenie, że są niedopracowane. Pierwszą był zbyt szybko, skokowo i bez napięcia emocjonalnego, zbudowany wątek romantyczny. Dla mnie przez to niewiarygodny i nieprzyciągający w zamierzeniu mojej uwagi. Drugą rzeczą były nagminne powtórzenia relacji z wydarzeń przeszłych każdej, kolejnej, pojawiającej się, niewtajemniczonej w akcję, osobie, które zaczęły przypominać mi schemat bajki rosyjskiej o babci, dziadku i wyciąganej z ziemi rzepce. Pod koniec książki zaczęłam przewracać oczami (mam nadzieję, że mi to nie zostanie!?) na kolejną „świeżą” relację. Nie wiem, po co to robiła autorka? Być może chciała ułatwić mi śledzenie akcji, abym się przypadkiem w niej nie pogubiła, a skutek był taki, że tymi cofnięciami w czasie spowalniała tempo wydarzeń. Dookoła się działo, a ja siedziałam i słuchałam po raz dwieście trzydziesty siódmy, co wydarzyło się wcześniej i jak doszło do tego, że właśnie siedzę i słucham opowieści w tym jej punkcie! Pocieszało mnie tylko to, że forma relacji była zróżnicowana – od opowieści na ucho, poprzez list, na telepatii skończywszy. Zawsze to coś! I ostatnia rzecz mnie irytująca. Rozbrajające „miliony” pytań, często kończące rozmyślania bohaterów po ważnym zdarzeniu czy akcji. Bardziej kojarzyły mi się z blurbami mającymi wzbudzić ciekawość potencjalnego czytelnika niż z opowiadaniem historii, w której taka forma zaciekawiania to trochę droga na skróty do kierowania moją wymagającą uwagą.
Ale pomimo tych niedociągnięć, tajemniczy świat Ciemnorodnych, Świałorodnych i Cieniorodnych pochłonął mnie na tyle, że jestem ciekawa kolejnych odsłon trylogii.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Idealnie dobrani – Catherine McKenzie

Idealnie dobrani – Catherine McKenzie
Przełożyła Aleksandra Bielaczyc
Wydawnictwo Otwarte , 2013 , 346 stron
Literatura kanadyjska

Luty – czas zakochanych!
Czas miłości pięknej, wiecznej, wymarzonej, romantycznej i bajkowej. Takiej jaką postrzegała i miała wyobrażenie o niej główna bohaterka tej powieści Anne, która imię odziedziczyła za sprawą mamy, miłośniczki twórczości Lucy Maud Montgomerry, po Ani z Zielonego Wzgórza. Była zresztą do niej podobna fizycznie, żyjąc w przekonaniu – mężczyzna moich marzeń chodzi gdzieś po świecie, a nasze spotkanie jest tylko kwestią czasu. Życie miało przekładać bajkę na otaczającą ją rzeczywistość, naśladując powieść. Tylko że Anne właśnie zakończyła czwarty z kolei związek w wieku trzydziestu kilku lat z poczuciem klęski i rozczarowania. Zaczynała podejrzewać, że wszystko co najlepsze, na co czeka z taką tęsknotą, zdarza się tylko innym. Przyjaciółce, która właśnie wychodzi za mąż. Bratu, który stworzył z żoną wielodzietną, szczęśliwą rodzinę. Rodzicom, którzy żyją w udanym związku od wielu, wielu lat. I w takim właśnie momencie największego kryzysu wiary w swoją szczęśliwą gwiazdę, rozpaczy i beznadziei, niespodziewany łut szczęścia, a może jednak przeznaczenie sprawiło, że znalazła na chodniku niepozorną karteczkę biura randkowego. Jednak, jak się potem okazało, rodzaj jego usług daleko odbiegał od tradycyjnego modelu pośrednictwa matrymonialnego. Firma kojarzyła związki na wzór dawnej swatki, dopasowując osoby charakterologicznie. Miłość nie była pożądana, wręcz stawiano warunek niezakochiwania się na rzecz budowania przyjaźni. I jakby mało było tego, zmuszała do terapii kandydatów, po której wielu miało zadecydować o zawarciu związku małżeńskiego. Firma kojarzyła małżeństwa z prawie 100% powodzeniem, na drugi dzień po pierwszym ujrzeniu partnera.
Czyste szaleństwo!
Zdesperowana Anne wzięła w tym niecodziennym projekcie, rodem z innej epoki, udział. To co wydarzyło się później, pozwoliło mi nie tylko na prześledzenie burzliwych losów Anne i wybranego dla niej przez biuro, Jacka, ale i przeanalizowanie subtelnego przesłania tej powieści. Trochę odzierającego miłość z romantyzmu i zmuszającego do nowego spojrzenia na rolę i charakter związku dwojga ludzi, chcących znaleźć partnera na całe życie. Autorka pod warstwą romantycznej historii miłosnej daje do zrozumienia, że bazowanie i budowanie związku tylko i wyłącznie na zauroczeniu i zakochaniu jest błędem współczesnych ludzi, z góry skazującym jego przyszłość na klęskę. Wręcz mówi wyraźnie i dobitnie słowami jednej ze swoich bohaterek – Małżeństwo wymaga pracy, poświecenia i wysiłku. Materiałem wyjściowym, fundamentem i podstawą jest przyjaźń osiągnięta dzięki wspólnym doświadczeniom, celom, dopasowaniu, a dopiero w dalszej kolejności wypracowane zakochanie prowadzące do miłości. W tym momencie przypomniały mi się słowa starszej kobiety, z którą rozmawiałam nad powszechnością rozwodów w kilka lat po ślubie i taśmowością krótkotrwałych związków nieformalnych – młodym nie chce się dzisiaj pracować nad małżeństwem.
I coś w tym jest!
Korzystamy z wolności wyboru miłości, ale traktujemy jej przymioty wybiórczo, zapominając, że uczucie wygasa, jak ogień, jeśli się go nie podtrzymuje, nie podsyca, nie dokłada, nie daje, nie pracuje wokół niego, by trwał. Jak się okazuje, perpetuum mobile nie istnieje również w miłości.

 

Romans ten idealnie wpisuje się w Walentynki, co sygnalizuje opasująca go banderola, przemycając odrobinę ważnych treści, nad którymi warto się, w tym szaleństwie miłosnych wyznań i deklaracji, zatrzymać i podyskutować z przyjaciółkami, znajomymi lub partnerem. Zwłaszcza że na okładkowym skrzydełku wydawca zadbał o miejsce do takiej dyskusji w Pijalni Czekolady E.Wedla.

 

Oprócz tego również o zniżkę na usługi Poczty Kwiatowej.

 

Żałując, że nie mieszkam w wymienionych miastach, chciałam książkę podarować zaprzyjaźnionej studentce, której po sesji należała się odrobina przyjemności w czas zakochania. I wiecie, co usłyszałam? Że może, gdyby to była pizza…
PIZZA!?
Czyli nie jest tak źle z przerostem romantyzmu nad miłością. Jest nadzieja na odrobinę realizmu i zdrowego rozsądku!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Esej o duszy polskiej – Ryszard Legutko

Esej o duszy polskiej: z posłowiem A. D. 2012 – Ryszard Legutko
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2012 , 196 stron
Literatura polska

Taka swoista pułapka ten tytuł. Taki na wyrost, chyba że mam rozbieżny z autorem zakres pojęć – esej i dusza polska.
O ile na określenie tych rozważań?, wykładów?, diagnozy? (tutaj też bym się sprzeczała) czy rozprawki (bo autor stawia tezę, którą stara się udowodnić argumentami), jeszcze bym przystała (pod warunkiem, że interdyscyplinarność eseju wyczerpuje się w dwóch dziedzinach – historii i polityki), o tyle na duszę polską już nie. Nie ma tutaj bowiem nic z metafizyki, filozofii czy archeologii psychologicznej sięgającej archetypów przejawianych w szeroko pojętej kulturze. To publikacja, którą nazwałabym rozprawą na temat historii tożsamości Polaków od czasów II Rzeczpospolitej do czasów współczesnych, widzianej z prawej strony poglądów politycznych. Inna rzecz, że po tak zatytułowaną publikację, nie sięgnęłabym. Ale ta dusza, ten esej i że autor filozofem jest, a przede wszystkim koleżanka ją rekomendująca, jako wnikliwą, trafną i bezkompromisową, sprawiły, że skusiłam się.
Do tej pory zastanawiam się, czy słusznie?
Faktycznie, nie mogę odmówić rozważaniom celności w obnażaniu zjawisk społecznych, procesów historycznych i politycznych wpływających na formowanie się tożsamości Polaków, czy raczej jej braku według autora, a przynajmniej problemów z jej określeniem. Nie boi się przy tym nazywać rzeczy po imieniu (rządy zbira za komuny i prostaka w III Rzeczpospolitej), ukazując ich współczesne skutki w świadomości narodowej i postawach społecznych. Kreśli smutny obraz społeczeństwa-ofiary: agresji niemieckiej, komunistycznego zniewolenia, społecznej destrukcji oraz terytorialnego zaboru. Ukazuje przekrój społeczny narodu z jego warstwą rządzących, elitą intelektualną, opozycją, narodu przykościelnego i rzeczpospolitej kibiców w swojej zmienności dziejowej, warunkowanej czynnikami historyczno-politycznymi. Dobrze wyjaśnia zawiłości polskiej polityki i meandry historii wpływające ostatecznie na współczesną jakość polskiego społeczeństwa, punktując jego wady – lenistwo intelektualne, schamienie sfery publicznej, w której Polska jest miejscem głośnego rechotu, nieustannych bluzgów, przekleństw, bluźnierstw, wyzwisk, wulgarności, wrzaskliwej histerii, nieumiejętność kreatywnego korzystania z szeroko pojętej wolności, aspiracja do bycia przeciętniakiem, dostosowywanie się elit intelektualnych do tego co niższe, która zamiast pobudzać – usypia, ekspansywność kultury masowej, strategia podporządkowania się Unii Europejskiej, degradacja roli wychowania i szkoły z tendencją do ścisłego dostosowywania edukacji do systemu polityczno-gospodarczego, uległość wobec intelektualnego autorytaryzmu, niechęć do tego, co wyższe (tak zwana skrócona perspektywa), egalitaryzacja kultury…
Mogłabym tak wymieniać dalej, bo wad, jak się okazuje, mamy całe mnóstwo, ale po co, skoro już po takiej dawce i od momentu odzyskania niepodległości w 1989 roku, w opisie zaczyna się wyczuwać poglądy polityczne autora, które pieczętuje to zdanie – Nieuczony politruk czy komunistyczny krytyk walczący z wrogą klasowo twórczością ma swój odpowiednik w liberalno-demokratycznych apologetach równości ekspresji, wyzwolicielach z fałszywej świadomości, ideologach wkluczania wykluczonych czy krytykach sztuki i myśli wyrażającej dominację klasy, rasy i płci. Przekładając na ludzki język – liberalna demokracja stworzyła pospolitość, w której Polakom dobrze i nie chcą słyszeć o odtworzeniu kultury wyższej czyli niektórych zniszczonych struktur społecznych, ożywienia pewnych instytucji oraz wprowadzenia standardów stosowności. Bardzo się zaczynam bać, kiedy czytam takie zdania, a zwłaszcza przetykane słowami – „pewnych” czy „niektórych”. Zresztą wszystkie te rozważania są bardzo ogólne, nieodwołujące się do konkretnych zjawisk społecznych, będąc odtworzeniem obrazu, a nie interpretacją przyczyn jego powstania, nie licząc w tej roli samej historii.
I tak z pięknie pokazanych dziejów tożsamości Polaków (część o komunizmie podana idealnie i polecam ją licealistom) zaczęła z czasem skrzeczeć i zgrzytać polska scena polityczna z prawej strony.
To nie jest złe. Autor ma do tego prawo. Po to napisał książkę, by wyrazić swoje poglądy wynikające z niepokoju i troski o stan świadomości narodowej tożsamości Polaków.
Tylko ja się pytam, do jakiego typu odbiorcy chce dotrzeć autor?
Zawężające poglądy polityczne to raz, a dwa – język narracji. Sitem testującym niech będzie to zdanie – Obowiązująca wykładnia inteligencji jako stanu zamkniętego spoglądającego z góry na demos polityczny, jakkolwiek nadal podtrzymywana, ulega jaskrawej anachronizacji w świetle rosnących wpływów demosu kulturowego. – oraz gęsto stosowane pojęcia typu – antecedensy, apologia, internalizacja, idolatria, i żeby było ciekawiej – bête noire czy amor fati. Bez sięgania do słownika, można nie przebrnąć do następnego zdania. Obawiam się, że to jest dowód na to, żem z tych „prostaków” kultury masowej, którzy „śmią” nie mieć pojęcia, co to jest entente cordiale. Tak, typowe dziewczę całkowicie wychowane w PRL-u i w Polsce liberalno-demokratycznej, nie miało nawet pośredniego związku z wykształceniem klasycznym. Greki, łaciny się nie uczyło i teraz taki skutek. Profesora się nie rozumie, bo lubić na szczęście musu nie ma.
Tylko dlaczego rozumiałam Profesora Zbigniewa Mikołejkę? Bo pisał dokładnie o tym samym, ale poprzez człowieka, dla ludzi i po ludzku wywołując rezonans w moim sercu, umyśle i duszy, w trosce o wszystkich Polaków.
Wszystkich.

 

Nie ja jedna zmierzyłam się z tą książką. Moja poprzedniczka stosowała na niej metodę Napoleona – każdy wolny skrawek marginesu zapełniała definicjami. Miałam więc dużo łatwiej w poszerzaniu zasobu pojęć. To jedna korzyść. A drugą jest zrozumienie całej złożoności postaw politycznych w tym zdaniu – Komunizm byl o tyle dobry, o ile z nacjonalizmem walczył, a o tyle zły, o ile z nacjonalizmem mógł być połączony.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

To nas pociąga – Bernadetta Darska

To nas pociąga – Bernadetta Darska
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2012 , 199 stron
Seria Studia Kulturowe
Literatura polska

Znana mi z dwutomowego opracowania Śledztwo i płeć krytyczka literacka, doktor literaturoznawstwa i autorka blogu A to książka właśnie!, tym razem przyjrzała się bliżej nie bohaterom literackim, ale filmowym, a dokładniej – antybohaterom serialowym obu płci. Sięgnięcie do dziedziny pokrewnej literaturze, jakim jest film, ma uzasadnienie, jeśli wziąć pod uwagę, że wiele z nich powstaje na podstawie książek i odwrotnie. Forma przekazu ulega wprawdzie zmianie, ale treści i ich nośne warstwy przesłania, jakim jest płaszczyzna psychologiczna, socjologiczna czy filozoficzna, już nie. Ale to nie jedyny powód, dla którego autorka zwróciła uwagę na seriale filmowe. Drugim powodem było spełnione proroctwo Jacka Dukaja – serial telewizyjny staje się najbardziej naturalną formą opowiadania o świecie i człowieku, zastępując powieść… Trochę to smutne, ale autorka nie rozwodzi się nad przyczynami tego zjawiska. Przyjmuje ten fakt do wiadomości, skupiając się na powodach wysokiej oglądalności seriali i roli, jaką odgrywają w życiu widza, by zawęzić rozważania do wniosku – XXI wiek to czas królowania antybohaterów i przejść do analizowania jego podłoża kulturowego. Nie zapomniała przy tym o zdefiniowaniu samego pojęcia antybohatera literackiego i filmowego, podkreślając ich podobieństwa i różnice. Najważniejszą jednak częścią wstępu są dwa podziały antybohaterów, których autorka grupuje według ich rozczarowań (pracą, życiem, sobą, państwem) implikujących przejawiane postawy oraz według przekraczanych przez nich tabu społecznych w sferze pracy, odgrywanych ról, seksualności, choroby i etyki. Ten krótki wstęp teoretyczny jest bardzo ważny dla dalszych rozważań autorki, ponieważ zasadnicza część tej publikacji to wnikliwa analiza wybranych subiektywnie, ale reprezentatywnych dla jej wstępnych ustaleń, seriali z antybohaterami w roli głównej. Breaking Bad, Wszystkie wcielenia Tary, Wyposażony, Układy, Być człowiekiem (wersja brytyjska), Dexter, Californication i Trawka idealnie wpisują się w prezentowane wcześniej podziały, dając możliwość spojrzenia na zjawisko całościowo, a jednocześnie szczegółowo. Analiza postawy bohatera w kontekście psychologicznym, socjologicznym i filozoficznym, jego inicjacja ujawnienia głęboko skrywanych lub nieuświadomionych predyspozycji i potrzeb, a potem ewolucja patologicznych i destrukcyjnych zachowań w kolejnych odcinkach, daje czytelnikowi cenny materiał do prześledzenia i zinterpretowania własnych fascynacji danym bohaterem. Niepowtarzalną okazję do odpowiedzi na osobiste, a nawet intymne pytania o przyczynę sympatii i jednocześnie zdiagnozowanie jej powodów, a w efekcie – zrozumienie samego siebie.
Po tej pozycji mogę śmiało powiedzieć – powiedz mi, jaki serial oglądasz, a powiem tobie, jaki potwór w tobie śpi. W tym kontekście aż strach, wstyd i zażenowanie przyznać się do swojego ulubionego antybohatera. A mam takiego, mam!
W pewnym sensie to studium kulturowe pełni rolę poradnika psychologicznego, ponieważ pomaga czytelnikowi-widzowi, zrozumieć nie tylko zjawisko kulturowe, ale i samego siebie. Jest swoistym testem psychologicznym na poziom mroczności psychiki odbiorcy. Autorka daje ku temu obszerny materiał, przytaczając poglądy innych krytyków, wchodząc w polemikę z nimi, powołując się na idee filozoficzne, czerpiąc z wiedzy psychologicznej i socjologicznej, by w pełni odpowiedzieć na pytanie postawione na początku publikacji – …dlaczego lubimy oglądać na ekranie tych, których w rzeczywistości nie chcielibyśmy spotkać.

Ja już wiem!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

To nas pociąga! O serialowych antybohaterach [Bernadetta Darska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Sołdat – Nikołaj Nikulin

Sołdat – Nikołaj Nikulin
Przełożyła Agnieszka Knyt
Wydawca Ośrodek Karta , Wydawnictwo PWN, 2013 , 320 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura rosyjska

Jest taki film Wróg u bram w reżyserii Jean-Jacquesa Annauda, o oblężeniu Stalingradu, dzięki któremu po raz pierwszy uświadomiłam sobie ludzki koszt zwycięstw Armii Czerwonej i jednocześnie tragedię jej zwykłego, frontowego, szeregowego żołnierza. Bezwzględność systemu presji i przyczynę wygranych walk w dwóch, początkowych scenach batalistycznych, których potwierdzenie ich historycznego faktu znalazłam w tej książce – z przodu ogień wroga, a jeśli dasz krok do tyłu, dostaniesz kulkę od oddziału zaporowego. Strach zmuszał żołnierzy, by pójść na śmierć.
I szli. Nie mieli wyjścia.
Śmierć była wszechobecna, czekając na końcu każdej obranej drogi. Z ręki wroga lub swoich. Śmierć w walce, śmierć kosząca z automatu wycofujące się oddziały bez rozkazu, śmierć poprzez rozstrzelanie po nieudanej bitwie, śmierć po dostaniu się do niewoli albo po powrocie z niej, śmierć w wyniku donosu i śmierć za dezercję, która nie zawsze nią była, bo mądry Gospodarz na Kremlu wszystko świetnie rozumiał, wiedział i tłumiąc wszystkich swoją żelazną wolą, rozkazywał tylko: „Atakować!” Chociaż nie. Był jeden sposób na uniknięcie walki na froncie – samostrzał. Dosyć częsty. W ręce, nogi poprzez bochenek chleba lub trupa, by nie zostawić śladu prochu, ale i on, po zdemaskowaniu, też kończył się śmiercią.
Na cud zakrawa więc zachowanie życia przez autora, który na linię frontu trafił w 1941 roku w wieku osiemnastu lat. Cztery kolejne lata tułaczki w okopach, ziemiankach, czy spania na gołej ziemi, od Leningradu do Berlina, były koszmarem, który przeżył dzięki czterokrotnie odniesionym ranom i zwykłemu szczęściu, które sprzyjało mu wyjątkowo. Zbiegom niewytłumaczalnych okoliczności, pozwalających na wymykaniu się ostateczności. To, co przeżył, czego doświadczył, nijak się ma do obrazu bohaterskiej, ładnej, wyidealizowanej wojny opisywanej przez Konstantina Simonowa czy Michaiła Szołochowa. Jak sam autor podsumował – agitka. To właśnie z niezgody na nią, na fałszowanie historii, na wysyłanie do GUŁagu tych, którzy żądali prawdy, na umieszczenie wojennych inwalidów w domach opieki społecznej o specjalnym reżimie na wyspie Waałam, by oczyścić ulice z żebrzących kalek, na weteranów-uzurpatorów, którzy wojnę spędzili na tyłach wojsk, nie oddając ani jednego strzału, na miejsca pełne sterczących, niepochowanych jeszcze kości poległych kilkadziesiąt lat po wojnie, na pomniki z nadętą frazą – Nikt nie jest zapomniany, nic nie jest zapomniane. – brzmiącą jak szyderstwo z ofiar wojny, na traktowanie żołnierzy, jak nawóz i mięso armatnie i wreszcie, na wojnę jako taką – największe draństwo, jakie kiedykolwiek wymyślił rodzaj ludzki. Wspomnienia spisane również z rozżalenia, poczucia niesprawiedliwości, a może nawet ze złości.
Ale to nie jedyny powód.
Drugim była chęć uwolnienia się od makabrycznych obrazów przeszłości, jak podkreślił w rozdziale Od Autora. Psychoterapeutyczna próba (początkowo bez planów publikacji) wyrzucenia z zakamarków pamięci (…) siedzące głęboko nikczemności i draństwa, żeby uciec od przytłaczających obrazów.
Są przytłaczające. Bardzo.
A ich siła nacisku rosła wraz z ilością gromadzących się trupów, których nie nadążano usuwać. Widziane oczami nie z generalskiej wieży, skąd widać pełen obraz, a z dołu – jak żołnierz, który czołga się na brzuchu po błocie frontowym, a czasem w to błoto pada na twarz, wysysając z niego wodę przesiąkniętą krwią, prochem, trupim jadem, mając przed oczami efekt maszynki do ludzkiego mięsa – góry trupów z różnych okresów walk, stare, zmumifikowane na mrozie i nowe, w stanie rozkładu, wdeptane w glinę okopu. Tu plecy, tam rozpłaszczona twarz, dłoń – żółte, pod kolor ziemi. Chodzimy wprost po nich. Do tego wszechobecny smród, wszy, głód, choroby, odmrożenia i strach przed donosem. Nie znalazłam w tej książce szlachetnego, dobrodusznego Miszy przy ognisku i harmoszce z pieśnią na ustach i duszą rosyjską na ramieniu. Znalazłam zastraszonego, wiecznie pijanego Iwana, którego uwaga krążyła wokół trzech tematów – wojny, jedzenia i seksu, pod dowództwem świadomie wysyłających go na pewną śmierć, w bałaganie, złym planowaniu, słabym rozpoznaniu, braku współdziałania między oddziałami i różnymi rodzajami wojsk, (…) wśród idiotyzmu, tępoty, braku odpowiedzialności dowódców.
Obraz porażającej podłości ustroju bolszewickiego zamieniająca żołnierzy w biernych i uległych na froncie, a poza nim historię przemiany o tym, jak dobrzy, spokojni mężczyźni rosyjscy stali się potworami. Byli straszni w pojedynkę, a w masie zachowywali się tak, że nie da się opisać. Opisała to anonimowa autorka w swoich wspomnieniach pod tytułem Kobieta w Berlinie.
I w tej warstwie wspomnień można wpaść w pułapkę usprawiedliwiania zwierzęcego zachowania się żołnierzy, bo Rokossowski działał według najświetniejszych tradycji Suworowskich: Chłopaki, oto twierdza! Tam są baby i wino! Zdobędziecie – zabawa przez trzy dni! A odpowiadać będą Turcy! Zdobywali więc miasta, grabili mienie i gwałcili kobiety niemalże w ciągłym, pijackim widzie przy aprobacie samego Stalina. Wprawdzie potem próbowano to ukrócić, ale, jak podsumował autor, za późno: dżin wyskoczył z butelki. Na tym tle wyjście z życiem autora wspomnień z tej apokalipsy upodlenia, nie było jedynym cudem. Drugim był cud wyniesienia nie tyle nienaruszonego systemu wartości moralnych wpojonego mu przez rodziców, ludzi wykształconych, co umocnienie się ich, paradoksalnie, dzięki właśnie tym wojennym przeżyciom. To dlatego rozumiem przyczyny i mechanizmy zachowania się żołnierzy, ale ich nie usprawiedliwiam, bo niezłomna postawa autora przy twardych zasadach humanizmu, na to mi nie pozwoliła. Takich jak on było niewielu, bo takich, jako niewygodnych, aresztowano i rozstrzeliwano. Ale jeśli byli, to robili, co mogli uczynić w ograniczonym zakresie tak, jak autor, który w ostateczności zadaje bardzo mądre pytanie – Kto zwyciężył Niemców? Stalin i jego partia? Czy Djakonow i jemu podobni? Djakonow pokroju autora – dodam.
I tutaj muszę przytoczyć pierwsze zdania tłumaczki, poprzedzające tekst wspomnień – W książkach o wojnie zazwyczaj wiele jest statystyk, bohaterskich czynów, zwycięskich bitew i wielkich porażek, a mało prawdy o człowieku. Ta książka jest inna.
To prawda. Jest inna.
Bezkompromisowa i dlatego okrutna w swojej prawdzie, chociaż i tak, jeśli wierzyć w zapewnienie autora, napisana powściągliwie. Wspomnienia pisane w 1975 roku, a czytane ponownie po wielu latach, wydały mu się wygładzone, najpotworniejsze epizody nienazwane. Wiele spraw przedstawiłem o wiele łagodniej. Jeśli ta wersja miała być „łagodna”, to mnie ona w zupełności wystarczy, by zrozumieć upodlenie człowieka, nie przekraczając krytycznego momentu, za którym jest już tylko znieczulenie od nadmiaru negatywnych bodźców.
To jedna z tych pozycji, która historię II wojny światowej pisze na nowo. To takie pozycje jak ta, czy Strażnik GUŁagu Iwana Czistiakowa, udowadniają, że temat wojny, wbrew pozorom, nie został wyczerpany. A jak sam autor stwierdził, w rzeczywistości nawet nie zaczęto pisać jej prawdziwej historii.
Zaczął ją autor i jemu podobni, którzy już nadeszli i na pewno nadal będą nadchodzić.
Będę wsłuchiwała się w ich wersje z ogromną uwagą, bo, jak zauważa autor, przez wieki ludzkość siedziała na beczce z prochem, a teraz przesiadła się na bombę atomową.
Na jednej takiej siedzi w Korei Północnej Kim Dzong Un. 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Sołdat [Nikołaj Nikulin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał tego filmu – polecam, z naciskiem na koniecznie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Jak błądzić skutecznie – Zbigniew Mikołejko , Dorota Kowalska

Jak błądzić skutecznie: prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską – Zbigniew Mikołejko , Dorota Kowalska
Wydawca Agora , Wydawnictwo Iskry, 2013 , 464 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska

Ale mnie Profesor zaskoczył!
Żeby tylko to! Zamieszał, zakręcił, pobłądził (jak na tytuł przystało!), wpuścił w dżunglę historii i współczesnego życia społecznego, zmusił do myślenia, do układania się z wiedzą zmienną, ale zbudowaną na skale pewników i niepodważalnych dogmatów popartych autopsją, pootwierał szerzej drzwi uchylone, pokazał nowe, za które warto było zajrzeć, pootwierał okna, wpuszczając więcej światła i wypuszczając zastałe powietrze uprzedzeń, a przede wszystkim wzruszył do łez.
Tak, tak, oprócz poruszeń intelektualnych, irytacji wnioskami, zachwytów ujrzenia nowych spojrzeń, przesunięć i poszerzeń ich linii horyzontów, sprzeciwów i niezgody na pojmowanie niektórych zjawisk (na przykład asertywności), zdziwień prostotą rzeczy skomplikowanych, sięgnął do najczulszych strun mojego serca i zagrał na nich.
Chociaż nie było to jego zamiarem. Nie o współczucie mu chodziło, a o zbudowanie niezbędnego, wręcz koniecznego kontekstu obranego tematu rozmowy, by uczynić go bardziej zrozumiałym, by pokazać na własnym, bolesnym przykładzie, że lekcja filozofii jest zarazem lekcją życia, to znaczy, że mądrość książkowa jest też mądrością egzystencjalną… I chociaż tytuł sugeruje poradnikowy charakter (a nie ma go!) poprzez błądzenie, to jednak ostatecznie przynoszące korzyść z poszukiwań i świadomość prawa do wolności w obieraniu kierunku tych intelektualnych wycieczek. To właśnie ta niczym nieskrępowana wolność podążania w piętnastu rozmowach przytoczonych w tej książce, Profesora z Dorotą Kowalską, dziennikarką Polski The Times (i nie tylko!), była najważniejsza. To ona była nurtem niosącym treść rozmowy po szeroko pojętej wiedzy z różnych dziedzin nauki, z jaką profesor szczodrze się dzielił. A posiadał ją nie tyle rozległą, czerpiąc pełnymi garściami (często cytując teksty źródłowe, w tym również poezję!) z filozofii, historii, sztuki, literatury, socjologii, psychologii czy pedagogiki, co przetestowaną przez życie i nim przesiąkniętą na wskroś. Tym swoim, cudzym (ciekawa jestem jak zareagują osoby publiczne wywołane do tablicy, nie zawsze w przyjemnym kontekście?!) i tym społecznym Polaków i Polaczków ze swoimi „prawdulami”. Moim też, bo wpisywałam się w nie pięknie i niepięknie. Nie były więc to wykłady o życiu z pozycji myśliciela, który wszystko wie. To było życie ujęte w słowa, które to życie tłumaczyły i objaśniały, jak w instrukcji obsługi.
I to jak tłumaczyły!
Zaczynając od siebie. Od osoby Profesora, jego doświadczeń, jego przeżyć i emocji, mających wpływ na kształtowanie się własnych poglądów, by płynnie przejść od jednostki do społeczeństwa (ileż zjawisk w nim zachodzących zrozumiałam, od samobójstwa uczennicy Anny, poprzez fenomen popularności kryminałów szwedzkich, na fascynacji Facebookiem skończywszy!), od wartości i pojęć osobistych po te ponadczasowe, powołując się na poglądy innych filozofów, uwarunkowania historyczne oraz dziedzictwo kulturowe i wytłumaczyć, tak po ludzku, bez patosu i języka naukowego, czym jest i jakie znaczenie ma dla niego, ale i dla człowieka jako takiego: sen, dzieciństwo, los, historia, wolność, wiara, śmierć, kobieta, uczucia, zmysły, miejsce pochodzenia, pory roku, przemoc, błądzenie i przyszłość ze wszystkimi ich odcieniami pojęciowymi. Każdą z tych rozmów poprzedzał tematycznie dobrany obraz, do którego symboliki Profesor nawiązywał swoimi interpretacjami.

 

Po każdej z nich musiałam zostać sam na sam z tą wiedzą (dlatego czytałam tylko jedną rozmowę na koniec dnia, w wieczornej ciszy), by ją spokojnie przemyśleć, ułożyć w sobie, dopasować, może się zgodzić, przyjąć za swoją, a może odrzucić, wejść w polemikę, przytulić do serca, do własnego systemu wartości czy norm albo przeanalizować od nowa. I rozbierałam ją na elementy pierwsze, a potem składałam od nowa albo na nowo, czytając niektóre rozmowy jeszcze raz albo fragmenty tyle razy, aż uchwyciłam wymykający się wątek, by dobrze zrozumieć, a nie ulec czarowi pięknego umysłu, jakim obdarzony jest Profesor. Był przy tym nie tylko uwodzicielski swoją urodą intelektualną, ale szczery do bólu, a nawet do moich łez (rozmowa o dzieciństwie bardzo mnie poruszyła), nadając rozmowom rys autobiograficzny, ale nie ekshibicjonistyczny w sferze najintymniejszej. Profesor, parafrazując znaną myśl – Nic co ludzkie nie jest mi obce, oprócz kobiety. – zamknął przede mną drzwi do świata dziejącego się między nim a kobietami, które kochał, nie uciekając jednak od zagadnienia kobiety jako takiej.
A wszystko, pomimo sugestii błądzenia, ujęte w ramy nie tylko tematyczne czy biograficzne autora, ale i ramy przemijania od wykluwania się dzieciństwa z bytu/niebytu snu po jesień życia czy linearności czasu – od przeszłości poprzez teraźniejszość aż do proroctw przyszłości dotyczących przede wszystkim nas, Polaków. A te, jeśli zawierzyć wnioskom Profesora, są przerażające. Mogłam z tego wybierać i tworzyć sobie recepty na szczęśliwe życie, bo profesor ich wprost nie dawał. Dawał za to wędkę, mówiąc – ”Będziesz jadł pietruszkę, uprawiał gimnastykę, nauczysz się asertywności, będziesz jeździł na narty do Szwajcarii, spędzał czas wolny tak i tak, to będziesz szczęśliwy. Będziesz żył długo i radośnie”. A guzik prawda. Ja nie daję takiej recepty, zalecam błądzenie. A błądzenie wbrew pozorom, wcale nie jest łatwe, bo trzeba porzucić wygodną bierność i przekonanie, że świat taki jest, jakim ja go widzę. I ani kroku więcej. Bo trzeba przestać mówić, a zacząć działać.
Były jednak takie drzwi, których Profesorowi nie dane było ujrzeć. Taka obecność transparentna, bo one tam są. To drzwi do wiary. Te, które tak pięknie otwiera Viktor E. Frankl w książce Człowiek w poszukiwaniu sensu, ukazując świat za nimi, a którego książka idealnie uzupełnia rozmowy Profesora, tworząc dla mnie jednolitą całość i, wbrew pozorom, wcale się nie wykluczając. Może dlatego z tych rozmów wyłonił się dla mnie człowiek przeraźliwie samotny w dźwiganiu sensu istnienia i polskie społeczeństwo praktykujących-niewierzących z religią życia, a nie wyboru, jako znaku przynależności społecznej i plemiennej. Obraz człowieka przepiękny w swoim heroizmie błądzenia i jednocześnie przerażający w cierpieniu psychicznym.
W tym kontekście, te rozmowy uświadomiły mi, jaki wyjątkowy dar posiadam, co wcale, ale to wcale nie oznacza, że mam łatwiej.
Ale to nie wszystko, co one mi dały. Pozostał niedosyt i świadomość, że to zaledwie przyczynek do dalszych błądzeń, tytuł książki do koniecznego przeczytania – Pielgrzym nad Tinker Creek Annie Dillard (już kupiłam!) i zazdrość o żywą, osobistą przygodę intelektualną wszystkim mającym możliwość rozmowy z Profesorem.

Książkę wpisuję na mój top książek czytanych w 2013 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Alchemia zbrodni – Carol McCleary

Alchemia zbrodni – Carol McCleary
Przełożyła Grażyna Waluga
Wydawnictwo Bellona , 2013 , 520 stron
Literatura amerykańska

Tytuł tej książki brzmi trochę, jak zapowiedź publikacji popularnonaukowej, ale to powieść historyczno-kryminalna. Nie mogę użyć określenia klasyczna, bo jednak coś z tej popularnonaukowości ma. Bardzo łatwo przeoczyć tę zakamuflowaną informację, umieszczoną na skraju okładki, a jest ona bardzo ważna. Do tego stopnia, że liczy się zawarta w niej nawet kolejność określeń.

 

To ostatnie – „kryminalna” – zapowiada i ostatecznie spełnia obietnicę skomplikowanej i ciekawie skonstruowanej intrygi, w której detektywem była kobieta, a dokładniej amerykańska dziennikarka śledcza, podążająca tropem seryjnego mordercy, nazwanego przez nią Alchemikiem, z Nowego Jorku aż do Paryża. Jego ofiarami były przede wszystkim prostytutki. Tak w bardzo ogólnym zarysie mogłabym opisać warstwę sensacyjno-zbrodniczą powieści, która tak naprawdę była kanwą do snucia warstwy historycznej, bo główna akcja rozgrywała się w 1885 roku, w Paryżu. W bardzo szczególnym i niespokojnym czasie dla miasta, w którym właśnie odbywała się Światowa Wystawa oprotestowana przez obywateli za szalony pomysł wzniesienia bezużytecznej wieży Eiffla, przypominającej monstrualną apoteozę fabrycznego komina, na ulicach swoje czerwone szaliki obnosili na szyjach anarchiści, podburzając mieszkańców do protestów przeciwko kapitalistom i burżujom, wśród najbiedniejszej ludności rozprzestrzeniała się tajemnicza epidemia nieznanej choroby, a uczestnikami i jednocześnie bohaterami tych wydarzeń były postacie historyczne znane ze sztuki, literatury i polityki końca lat 90. XIX wieku.
Włącznie z główną postacią kobiecą Elizabeth Jane Cochran, pracującą dla New York World, znaną pod pseudonimem Nellie Bly.

 

Wikipedia

Autorka powołała do życia na kartach swojej powieści, wykorzystując jej wątki biograficzne, kobietę niezwykłą, bo łamiącą reguły, zasady i normy obyczajowe i mającą odwagę wkraczać na tereny dotychczas zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn. Wierzącą we własne możliwości, twierdząc – czekają na mnie rzeki, które muszę przepłynąć, zamki, które muszę zdobyć, góry, które muszę przenieść… oraz:

 

To dzięki takiemu niezłomnemu nastawieniu i przekonaniom nie bała się zaglądać w najkoszmarniejsze i najbardziej podłe dzielnice Paryża, w których smutek, cierpienie, udręka, złość, ubóstwo, alkohol i silne emocje odcisnęły się piętnem na każdej ulicy La Poivriere i Montmartre. O statusie sięgającym dna kloacznego tej ostatniej świadczyła nieformalna, prześmiewcza nazwa używana przez mieszkańców – Montmerde.
Ale Nellie po zaułkach i zakamarkach Paryża nie chodziła sama.
Poznała Juliusza Verne’a, którego namówiła do współpracy i wspólnego działania w złapaniu mordercy, a na widok którego zaczynało szybciej bić jej serce. Oskara Wilde’a, dzięki któremu sodomia przestała być dla niej tajemnicą. Przynajmniej teoretycznie. Michel Louise zwaną Czerwoną Dziewicą, z którą spotkanie w katedrze Notre Dame dało pretekst do poznania historii świątyni, ruchu anarchistycznego i stojącej u jej podłoża ówczesnej polityki. Tamtejszą bohemę świata artystycznego i literackiego spotykaną w paryskich kawiarniach, pełnych ludzi różnego pokroju i poglądów, tajemniczych koneksji i podejrzanych profesji.

 

Niebezpieczny i smutny półświatek prostytutek oraz beznadziejną rzeczywistość najemnych kobiet. Biedną codzienność mieszkańców, wśród których żyjąc, poznawała nie tylko ich nastroje, ale i warunki bytowe. Włącznie z menu, ubiorem, układem mieszkań i ich wyposażeniem. W pościgu za zabójcą zawędrowała również na cmentarz, a z Ludwikiem Pasteurem zeszła nawet do miejskich kanałów ściekowych. A wszystko to w atmosferze narastającej paniki wywołanej epidemią i rewolucyjnymi nastrojami, na tle ścierających się poglądów zwolenników nauki postępowej z jej przeciwnikami.
Autorce udało się stworzyć jakoby prawdziwą historię, odtworzoną przez wydawcę na podstawie znalezionych zapisków Nellie Bly, ubarwiając go licznymi rysunkami.

 

Wskrzesić obecnie bardzo znane osoby (w powieści często jeszcze nieznane, bo u progu kariery lub sławy) ze świata nauki, literatury, polityki i sztuki, ukazując złożoność ich osobowości pełnej zalet, ale i wad. Ożywić dziewiętnastowieczny Paryż, ale i rewolucyjny czas w obyczajowości ich mieszkańców i w szeroko pojętej nauce od medycyny począwszy na technice skończywszy.
To była ciekawa, bo poznawcza, podróż w czasie, w której zabójca wodził mnie za nos, u boku niezwykłej kobiety, o której jeden z bohaterów powieści powiedział – Jeśli jesteś przykładem kobiety z przyszłości w świecie mężczyzn, to sądzę, że mężczyzn czeka wiele niespodzianek.
Panowie, spełniło się!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: