
Jestem tym samym, co ty.
We współczesnym świecie różnorodności, indywidualizmu, nadinterpretacji, hiperkreatywności i przekraczania barier standardów do granic możliwości psychiki i ciała, autor zgasił żółte światło słońca i zapalił czerwone. Niczym w ciemni fotograficznej z czerwoną żarówką wyrównał kolor rzeczywistości, a wraz z nim system wartości, jaki znamy.
Przywołał „moralność krowy”.
Tak dobrze znaną mi myśl z poprzednich powieści autora – Olanda, Stara, Tefil czy Zapomniane. Zrównał mikroświat wsi do jednego postrzegania wszystkiego wokół.
W tym bohaterów.
Człowieka ze wszystkimi jego przymiotami, jako jednego z elementów dokładnie takiej rzeczywistości, współistniejącego na równych prawach w swoim potencjale ze złem i dobrem, miłością i nienawiścią, pięknem i brzydotą czy wspólnotą i ostracyzmem. Zachowania bohaterów pozornie ich odróżniające tak naprawdę usilnie zrównywały wspólnotę wiejską, bo niech rzuci kamień ten, kto bez winy.
Bez zbrodni jakiejś.
Ona również wplatała się w ten krajobraz, nie definiując jednoznacznie Pawła – matkobójcy. Kobiety nieustannie powtarzającej, że był dobrym człowiekiem. Takim samym jak jego brat Lucek, wiejski wozak mleka. Ich istnienie właśnie takie, od jednej matki, sugerowało brak wyboru pomiędzy dobrem a złem. Bo jak wybrać „innego” dobrego brata, skoro już miał dobrego, jak niezmiennie zapewniała matka?
Wiele w tej historii padało pytań.
Tych zarysowujących się „pomiędzy wierszami”, ale i tych konkretnych zadawanych w dialogach. Rozmowach między bohaterami bardzo oszczędnych, wręcz lapidarnych, które nie wyjaśniały, a mnożyły zagadnienia do przemyśleń i analizy w postaci wielkich niewiadomych w niepozornie małych słowach „może” lub „nie”. W usilnie powtarzanych pytaniach zaczynających się od „dlaczego” lub „i co”, na które nie było odpowiedzi, a jeśli wyjątkowo takie się formułowały, to bardzo enigmatyczne i konserwatywne w dostępie do zrozumienia dla innych, pod którym „widzi” się to, na co inni tylko „patrzą”.
Ta dychotomia pojmowania świata przez bohaterów rzadziej była widoczna w opisowej treści fabuły będącej dla niej tłem.
Ze statyczną akcją we wsi bez nazwy reprezentującą każdą inną, jakich wiele w Polsce i na świecie – ze szkołą, sklepem spożywczym i remizą strażacką. Mającą smak kiełbasy i piwa, uczucie wilgotnego, zimnego rowu, w którym leżał Lucek, zapach ściętego drzewa, woń zabitej świni, kury czy kaczki, jednolity widok krajobrazu z całym tym jego egzystencjalnym ciężarem, który niczym grawitacja przyciągał, przyginał do ziemi, a nawet kładł na nią. Postaci, które wbrew niej próbowały odbić się od gruntu lub „dna” wykluczenia ku metafizycznym sferom, by stamtąd spróbować spojrzeć na swój żywot.
Może dlatego nie było w tej historii nie tyle linearnej fabuły, ile samej fabuły z jej wszystkimi przynależnymi cechami.
Autor wrzucił mnie w moment dziania się sceny z życia Lucka leżącego w rowie, by pozwolić podnieść się wbrew życiowej grawitacji i wyruszyć razem z mężczyzną na wędrówkę z prądem kierunków wątków przez wieś, społeczność i miejsca ich życia. Od sceny do sceny. Od człowieka do człowieka o różnym statusie społecznym. Bez końca i początku.
Jak samo życie.
Nieustannie w ruchu, dzianiu się, w tworzeniu się od zawsze ze wszystkimi jego przymiotami i ludźmi pragnącymi się w nim odnaleźć. Na siłę, wbrew naturze próbującymi zmontować „gorset moralności” niezdający egzaminu z życia, jak pokazała niejednokrotnie historia. Pokryć „warstwą cywilizacji”, która w sprzyjających warunkach okazywała się cienką, niewytrzymałą i pękającą jak kruche szkło. Przegrywała z nim nawet najmądrzejsza książka, która wprawdzie przeżyje człowieka, ale nie zawarta w nim myśl – jak człowiek jest tym, co je, co czyta, co ogląda i tak dalej, to znaczy, że sam z siebie jest niczym. Bo zależy co je, czyta i ogląda. Więc jest niczym. Sam z siebie. I z życia też. Od początku do końca. Czyli życie jest niczym.
A przynajmniej nie tym, czym nam się wydaje.
Treść ilustrowało malarstwo Franciszka Maślaszczaka. Obrazy oddające krajobraz opowieści, myśli bohaterów i barwę emocji poprzez symbolizm ich elementów. Współgrające z literacką rzeczywistością poprzez stonowaną kolorystykę czerpaną prosto z ziemi, pól oraz łąk i rozedrganymi, ale wyrazistymi konturami. Tworzyły minigalerię materializującą się ze słów albo odwrotnie – wtapiającą się w treść.
To bolesna proza, która jak pługiem wyrównywała wielkie i wszelkie różnice tak usilnie eksponowane lub budowane przez ludzi poprzez normy społeczne i aksjologię. Wręcz zatracających się w pogoni za wyróżnieniem się, odróżnieniem od innych, angażując do tego odgórne zakazy oraz nakazy podziałów i szufladkowania. Wystarczyło jednak „zapalić” czerwone światło, by powrócić do gruntu życia (do rowu z leżącym Luckiem) i zobaczyć podstawy jednorodności. Jego ulotność i chwilowość, jak życie jętki.
Wydawałoby się, że to pesymistyczna powieść, ale tak naprawdę przywracająca środek ciężkości życia we współczesnym świecie, który ostatnio zaczął się wykolejać.
W tym sensie jest kojącą lęki świata tego.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Ludzie czerwonego słońca – Rafał Wojasiński, Wydawnictwo Bosz, 2026, 80 stron, ilustracje Franciszka Maślaszczaka, literatura polska.
Tutaj można zajrzeć do książki i zobaczyć minigalerię obrazów Franciszka Maślaszczaka.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Powieść filozoficzna, Powieść społeczno-obyczajowa
Dodaj komentarz