
Mój upadek zaczął się od morderstwa Josepha Fielmanna. A było to tak…
Te dwa zdania rozpoczynały konfesyjną opowieść głównego bohatera Alberta Dannera skierowaną do tajemniczego odbiorcy, a pośrednio do czytelnika i samego siebie. Polskiego policjanta w Łodzi, a potem Kriminaloberassistenta niemieckiej policji w Litzmannstadt po wcieleniu do III Rzeszy. Niemca z rodziców urodzonego w polskiej Łodzi. Nazywanego przez Polaków szkiebrem, krautem, frycem, bochem, teutonem, germańskim śmieciem, szwabską świnią przed rozpadem znanego mu świata, a po – uznanym przez Niemców za zdrajcę narodu, bo pracującym wcześniej dla Polaków.
Dwudziestosiedmioletniego mężczyzny, który znalazł się w śmiertelnym centrum wiru historii.
Wątek kryminalny, w którym Albert poszukiwał mordercy wysokich rangą społeczną nazistów, autor podzielił na trzy linearne rozdziały, ale z wplecionymi retrospekcjami, opatrzone nazwiskami ofiar. Wszystko to umieścił w klamrze dwóch, dramatycznych scen czasu teraźniejszego. Napięcie w śledztwie budowała dodatkowo presja przełożonego Alberta sprowadzająca się do wyboru, a w rzeczywistości do szantażu – ujęcie zabójcy albo skierowanie na front wschodni. W miarę upływu fabuły okazywało się, że nie była to tylko kwestia strachu przed udziałem w walce bezpośredniej.
Dużo gorsze okazywały się traumatyczne skutki psychiczne.
W tej psychologicznej warstwie powieści autor rysował sylwetkę człowieka funkcjonującego w granicznych warunkach życia tylko dzięki narkotycznym lekom niwelujących permanentny lęk i wszechobecny strach oraz niedopuszczających prawdy o sobie i otaczającym go świecie. Podświadomie wiedzącym, że głęboko trzeba grzebać w brudzie, aby chronić tak chore państwo... Pozornie chroniły, ale ich rola ostatecznie okazała się decydującą w subiektywnej i obiektywnej ocenie postępowania głównego bohatera, zarówno przez samego Alberta, jak i czytelnika.
A miało być jeszcze gorzej…
Albert usłyszał rozkaz, który ostatecznie miał wypalić resztki jego człowieczeństwa… Te, które jeszcze tkwiły za narkotyczną mgłą. Równie zdradliwą, jak wszyscy bohaterowie i miasto, w którym przyszło im nie tyle żyć, ile przeżyć. Nikomu i niczemu nie można było ufać w tej historii noir. Autor sprawił, że czytelnik poczuł to samo zagubienie, opresję i chaos będące udziałem mieszkańców Litzmannstadt. Radzących sobie ze skrajnymi warunkami tworzonymi przez przenicowany system wartości moralnych.
Warunkami apokalipsy niszczącej dotychczas znany im świata.
Miasta, które stanowiło tło fikcyjnej akcji fabuły, ale jednocześnie niosło historyczną prawdę o okupowanej Łodzi. Faktyczny obraz rozpadu jego przedwojennej struktury społecznej i narodowościowej na polski, robotniczy Widzew, niemieckie, oświetlone neonami Śródmieście i żydowskie Bałuty z gettem. Między tak topograficznie i symbolicznie oddanymi podziałami krążył Albert, próbujący złapać zabójcę i uratować siebie fizycznie, psychicznie, ale przede wszystkim tożsamościowo.
W tym wątku kryminał nabierał charakteru powieści historycznej, obyczajowej i psychologicznej. Łączył fakty i postacie rzeczywiste z losami wprawdzie literackich bohaterów, ale reprezentujących tych, którzy nie przeżyli lub nie odważyli się spisać, lub opublikować wspomnień. To mocne zakotwiczenie wątku kryminalnego i obyczajowego w okupowanej Łodzi roku 1942, którą rozpoznawałam we wspomnieniach Etki Daum Byłam sekretarką Rumkowskiego opracowanych przez Elżbietę Cherezińską, czyniło tę opowieść bardzo prawdopodobną. Świadczyło też o ogromnej i rzetelnej wiedzy historycznej autora, który zadbał o każdy szczegół i detal odzwierciedlający topografię miasta, wygląd, infrastrukturę, warunki życia i mieszkania, ubiór, jedzenie, a nawet język z charakterystycznym żargonem i nieużywanymi już współcześnie słowami typu: pugilares, fojerzojg czy szpadryna.
To wszystko razem tworzyło mroczną atmosferę przytłaczającą psychicznie bohaterów.
Poczucie zaszczutego zwierzęcia w klatce miasta bez wyjścia z wypaczoną aksjologią ówczesnego czasu. Tym samym odbierając czytelnikowi prawo do obiektywnej oceny postawy jakiegokolwiek bohatera. Z czasem pokazując, że tak naprawdę żaden z nich nie spełniał warunków nowego, niemieckiego porządku ustanowionego przez nazistów. Każda z postaci ukrywała tajemnicę czyniącą z nich takich samych „kundli”, jakim był Albert. Niekoniecznie związanej z genetycznym pochodzeniem. A to kształtowało przekonanie, że każdy może się nim stać.
I nie trzeba do tego wojny.
Wystarczy jakikolwiek konflikt generujący podziały, w których tak, jak Albert, znajdziemy się na końcu, dnie i dole nowych piramid i drabin społecznych preferujących jednolitość w imię jakiejkolwiek idei czy wiary. Przesłanie powieści mówi wyraźnie – siła płynie z różnorodności. W walce o jej likwidację nie ma zwycięzców, bo jak napisał Ernest Hemingway cytowany przez autora – Świat łamie każdego i potem niektórzy są jeszcze mocniejsi w miejscach złamania. Ale takich, co nie dają się złamać, świat zabija. Zabija w równej mierze najlepszych, najdelikatniejszych i najdzielniejszych.
Wojna to samounicestwianie się ludzkości, a jej upadek, parafrazując pierwsze zdanie bohatera z początku wpisu, zaczął się od morderstwa Abla…
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Kundel – Krzysztof Papiernik, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, 2026, 480 stron, literatura polska.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Kryminał sensacja thriller
Dodaj komentarz