Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Poślij chociaż słowo – Orlando Figes

10 sierpnia 2019

Poślij chociaż słowo: opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu – Orlando Figes

Przełożył Władysław Jeżewski

Wydawnictwo Magnum , 2012 , 414 stron

Literatura angielska

   Taka miłość się nie zdarza.

    A jednak!

Przydarzyła się, wydarzyła się, istniała i trwała do śmierci Swietłany i Lwa w 2010 roku.

Mieli po osiemnaście lat, kiedy poznali się na studiach w Moskwie. Początek zauroczenia, fascynacji i zawiązywania się nici sympatii przerwała wojna i wyjazd Lwa na front w 1941 roku. Tam trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, gdzie pracował jako tłumacz. Po powrocie do ZSRR został oskarżony o zdradę ojczyzny i skazany na dziesięć lat łagru w Peczorze. Obóz opuścił 1954 roku.

   Razem 15 lat rozłąki ze Swietą!

   A mimo to ich miłość trwała. Nadal się kochali, by wziąć ślub w 1955 roku. Mieli wtedy oboje po trzydzieści osiem lat. Dzieje ich wyjątkowego uczucia w ekstremalnych czasach, które zamiast umierać, z każdym rokiem rozłąki rosło, umacniało się i pogłębiało, zawarte są w ponad półtora tysiącu listach. Ośmioletnią korespondencję rozpoczęła Swieta w 1946 roku, odrzucając propozycję ukochanego na ułożenie sobie życia bez niego, a zakończył Lew w 1954 roku tuż przed odzyskaniem wolności. Pisali do siebie drogą nielegalną przynajmniej dwa razy w tygodniu. Listy przemycane przez druty obozu, mimo braku cenzury, ale z ryzykiem wpadki, zawierały zaszyfrowane wiadomości, dwuznaczne zwroty, inicjały, przezwiska oraz aluzje literackie. Ich odczytanie autorowi opracowania zajęło dwa lata. Uzupełnił je dołączonymi do listów dokumentami – notatkami, dziennikami, fotografiami, dokumentami urzędowymi oraz wywiadami ze Swietą i Lewm, ich rodziną i współwięźniami. Sięgnął również do opracowań historycznych oraz archiwum peczorskiego obozu. Wykorzystał także własne obserwacje z pobytów w dzisiejszej Peczorze. Na podstawie tego największego, a przez to unikatowego zbioru prywatnej, kompletnej korespondencji związanej z historią Gułagu, przechowywanej w archiwum Stowarzyszenia Memoriał, autor odtworzył chronologię życia wyjątkowej pary połączonej miłością oraz historię walki o jej przetrwanie w czasach, w których w 999 przypadkach na tysiąc przyjęte zasady przyzwoitości prowadzą przeciętnego człowieka albo do głodu, albo do śmierci w walce o byt. W miejscu, w którym wszystkie niedostatki, wady i następstwa ludzkich uczynków przybierają ogromne rozmiary. (…) Nieżyczliwość zamienia się we wrogość, wrogość przybiera postać dzikiej nienawiści, małostkowość staje się podłością, a ta ostatnia przeobraża się w zbrodnię. W tym mroku Swieta i jej listy były dla Lwa światłem i całym światem.

Autorowi udało się przekazać atmosferę emocji w nich zawartych, mimo że oboje bardzo powściągliwie je okazywali, ale to właśnie w nich wyznali sobie miłość, zapewniali o jej stałości i pewności, ustalali wspólne, bliskie i dalekie cele w życiu, planowali przyszłość, mając świadomość jej ulotności i niepewności. Zorganizowali nawet pierwsze, nielegalne odwiedziny Swiety w łagrze, mając pełną świadomość ogromnego ryzyka. Zwłaszcza dla Swiety. Dziewczyna pracowała w instytucie o znaczeniu wojskowym, zajmując się badaniami objętymi tajemnicą państwową. Już sama korespondencja z więźniem, „wrogiem ludu”, a tym bardziej nielegalny kontakt, groziła utratą pracy i zesłaniem. A mimo to z walizką w ręku i plecakiem pokonała 4340 km, aby pobyć z Lwem przez zaledwie kilka godzin.

Po latach wspominała – Jak mogłam tam pojechać, tak bez zastanowienia, nie znając warunków i wszystkiego innego? Nie wiem. To była głupota, na pewno. Chyba jakiś diabeł we mnie wstąpił!

   A ja myślę, że to właśnie była miłość!

   Listy obojga mają również ogromną wartość dla historyków. Dostarczają bogatej wiedzy o kontrastach wynikających z życia w obozie i życia mieszkańców w powojennej Moskwie.

   Nadal jednak zastanawiam się nad cudem przetrwania miłości, która nie miała prawa przetrwać rozłąki, odległości, lat nieobecności, izolacji fizycznej, koszmaru obozu, depresji Swiety, braku realnych perspektyw, zagrożenia i nieuchronności śmierci przez 15 lat!

   Czy to jest właśnie dowód na potęgę i moc nadziei wbrew wszystkiemu i wszystkim?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Poślij chociaż słowo. Opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu [Orlando Figes]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , , ,

Odwet – Zbigniew Lubieniecki

30 marca 2019

Odwet: Polski chłopak przeciwko sowietom1939-1946 – Zbigniew Lubieniecki

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 319 stron + 32 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska

Literatura polska

   Zabrudziłem głowę – mąka czy kurz? Ale nie – zdaję sobie sprawę, że te dwa białe pasma szerokie na dwa palce na skroniach to… siwizna.

   Autor tych słów miał w tym momencie… 15 lat! Czego trzeba doświadczyć, by w tym wieku posiwiały włosy? O tych sześcioletnich, skrajnych i traumatycznych przeżyciach w syberyjskiej głuszy w latach 1939-1946 autor napisał z obawą. Niektóre obrazy strzegł dotąd jak największej tajemnicy. Przydarzyły się chłopcu, a powinny mężczyźnie. Więc dorósł do nich. Stał się mężczyzną w każdym aspekcie życia osobistego i społecznego. Zarówno w obowiązkach wobec rodziny (matki i trzech sióstr), wcielając się w rolę nieobecnego ojca,  jak i człowieka dorosłego wśród ludzi.

   Czytając po raz pierwszy wspomnienia autora wydane pod tytułem Łowca, ujęte w formie dziennika spisanego w późniejszych latach z pamięci i zachowanych zapisków, odebrałam je przede wszystkim emocjonalnie. Czytając nowe wydanie, ale skupione tylko na latach okresu syberyjskiego, emocje również mi towarzyszyły. Jednak pojawiło się miejsce na docenienie faktów, które wówczas musiały ustąpić, pozostając w tle. Przede wszystkim przyśpieszony rozwój psychiczny, etyczny, społeczny i seksualny chłopca, który musiał zamienić się w mężczyznę. Dostrzegał tę przemianę, pisząc w dniu urodzin – Patrzę długo na ręce i nogi, oglądam się w lustrze. Rzeczywiście, jestem jeszcze bardzo mały, ani trochę nie większy od innych dziesięcioletnich chłopców. Tylko moja twarz jest jakaś inna – smutna i poważna. Próbuję się uśmiechnąć, ale uśmiech ten nie podoba mi się, nie jest prawdziwy. Potem widzę w swych rękach granat, od którego zginął bandyta Ukrainiec. Widzę pistolet wymierzony w głowę ułana, a potem w niemieckiego spadochroniarza. Widzę nóż prujący siedzenia w samochodach, młotek wbijający gwoździe w opony. I chociaż widzę, że ta ręka jest mała i słaba, że należy do dziesięcioletniego dziecka, to jednak zdaję sobie sprawę, że to jest ręka mężczyzny. Dorosłego, który zabija, żeby inni go nie zabili, zakatowali. Dostosowującego się do warunków dyktowanych przez brutalny los, by przeżyć, bo ci, którzy chcieli żyć według dawnej ludzkiej moralności, etyki, zwyczajów i tradycji – umierali. Miał osobowość niepokorną, pamiętliwą i dumną dziedzictwem wychowania patriotycznego w arystokratycznej rodzinie. Zawadiaki, kombinatora, przedsiębiorcy i inicjatora kłamiącego, kradnącego i oszukującego. Duszę wędrowca i naturę włóczęgi chętnie uczącego się od innych, otwartego i ciekawego świata, inteligentnego naśladowcy i kreatywnego nastolatka. Posiadał wszystkie niezbędne cechy do przeżycia w dżungli społeczeństwa przechodzącego gehennę wojny, jak i w tajdze, z której samodzielnie wyszedł żywy po prawie dwóch tygodniach. To dlatego sto razy umarł i sto razy zmartwychwstał, używając eufemizmu określającego wielokrotne pobicia do nieprzytomności, skrajne warunki uwięzienia i bytowania, głód, śmiertelne choroby czy bezpośrednie niebezpieczeństwa utraty życia ze strony innych ludzi.

   Cudem było to, że przeżył.

   Inna rzecz – jakim kosztem? Siwizna to koszt najmniejszy. Największy to utracone dzieciństwo, degradacja psychiki i koszmary z przeszłości. Więcej na ten temat napisała socjolog Kaja Kaźmierska w ciekawym i analitycznym opracowaniu dołączonym do książki – Zniewolone wspomnienia. Pomaga ono zrozumieć postępowanie dziecka i nastolatka, zwłaszcza że zostały napisane z punktu widzenia przede wszystkim czytelnika, a potem socjologa zrozumiałym i przystępnym językiem dla każdego odbiorcy. Kolejną nowością w tym wydaniu były również zdjęcia dokumentów autora,

jego rodziny,

a także autorskich rysunków utrwalających widzianą rzeczywistość.

Ta część wspomnień pozwoliła mi również dostrzec narastającą w autorze chęć odwetu i zemsty, za poniesione krzywdy, głód, łamanie norm moralnych, rozpad rodziny i wreszcie zabijanie. Winowajców upatrzył w sowietach i wymuszonym pobycie w ich kraju, który obudził w nim najgorsze instynkty. Wyjeżdżając z miejsca przymusowego osiedlenia, obiecał sobie – Chcę zapamiętać każdy szczegół – a potem być świadom, za co będę się mścił. (…) Ogarnęła mnie nieprawdopodobna wściekłość. Powiedziałem sobie: „Ja was jeszcze utłukę. Nie spocznę, dopóki nie ubiję was co najmniej stu”.

   Słowa dotrzymał.

   Ale o tym, w jaki sposób, kontynuuje w Łowcy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , , ,

Leningrad – Alexis Peri

24 marca 2019

Leningrad: dzienniki z oblężonego miasta – Alexis Peri
Przełożył Grzegorz Siwek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2019 , 446 stron +16 stron fotografii
Literatura amerykańska


Czytając te słowa, pojmiecie mój jakże głęboki niepokój o człowieka, ludzkość i humanizm.

Można było nie tylko zaniepokoić się, ale również zwątpić we wszystko, a zwłaszcza w sens życia tak, jak autor powyższych słów. Jeden z uczestników 29 miesięcy, 872 dni oblężenia Leningradu, które trwało od sierpnia 1941 roku do stycznia 1944 roku. Blokady śmiertelnej walki o życie, którą przegrało od 1,6 do 2 milionów jego mieszkańców. Jednego z najstraszliwszych wydarzeń w dziejach II wojny światowej, które zapisało się mrocznymi stronami dzienników oblężonych. Krytycznych, niepoprawnych politycznie i światopoglądowo dla władz ZSRR, które uczyniły z ich zapisków nieodpowiednie dokumentalne źródła pompatycznej historii oblężenia, propagowanej przez sowieckie władze w latach powojennych. Autorka, opierając się na 125 niepublikowanych diariuszach, przedstawiła blokadę taką, jaką widzieli i przeżywali jej uczestnicy. Daleką od kreowanej przez sowietów podkreślających, że to nienawiść do wroga, w połączeniu z patriotyzmem i poczuciem solidarności społecznej, dała leningradczykom siły, dzięki którym zwyciężyli. Za to bliższej prawdzie, odzwierciedlającej zupełnie inną historię, w której skrajne doświadczenia nie wzmacniały ich patriotyzmu i walki dla idei, lecz wywołały gwałtowną falę przemian, które doprowadziły do osobistych i intelektualnych kryzysów, a fizycznie – chorób i śmierci. A mimo to pisali je nawet wtedy, gdy sprawiało im to ból i odbierało resztki sił. Przeznaczali na to cenne zasoby – pieniądze, czas i energię – konieczne do zdobywania żywności i kontynuowali pisanie przez całe miesiące nieustannego głodowania i silnego nieprzyjacielskiego ostrzału. Były metodą tworzenia znaczenia w bezsensownym świecie, a tym samym zachowania subiektywizmu w obliczu jego katastrofy. Ich autorzy pochodzili z piętnastu dzielnic Leningradu, nie wiedząc o sobie nawzajem. Ich rozmieszczenie mogłam sprawdzić na dołączonej mapie wraz ze spisem nazwisk, miejsca nauki, zamieszkania lub zatrudnienia.

Prowadziły je zarówno kobiety, jak i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, studenci, uczniowie, jak jedenastoletni Dima,

robotnicy, artyści, nauczyciele, pielęgniarki, lekarze, artyści, literaci i działacze partyjni. Autorka, poddając je drobiazgowej analizie, nie odtwarzała historii samego oblężenia. Skupiała się przede wszystkim na przeżyciach, emocjach i osobistych interpretacjach otaczającej ich rzeczywistości. Układ tematyczny publikacji dostosowała do powtarzających się w nich zagadnień i najczęściej przewijających się myśli w treści większości dzienników. Pierwszym, najczęstszym tematem były sprawy osobiste, a dopiero potem problematyka szersza dotycząca społeczeństwa błokadników i polityki. Dlatego podzieliła swoją analizę na dwie, główne części. Pierwsza dotyczyła zapisów osobistych skupionych na własnej tożsamości – wyglądzie, cielesności, świadomości i rodzinie. Druga zawierała analizę przemyśleń i refleksji na temat upiorności miasta, jego dystroficznych mieszkańców, hierarchii społecznej i powszechnego głodu, który był głównym tematem wszystkich diariuszy i wyznacznikiem skali tragedii mieszkańców, z których 40% nie przeżyło blokady. Jeśli wydawało mi się, że wiem, co można jeść z głodu, bo przeczytałam na ten temat wiele wspomnień obozowych, wojennych i o Hołodomorze na Ukrainie z kanibalizmem włącznie, a nawet publikację poświęconą tylko kuchni wojennej – Okupacja od kuchni, to tutaj zabrakło mi wyobraźni. Nie potrafiłam przedstawić sobie, jak można jeść zupę z kleju czy „masło orzechowe” z farby olejnej? Jak bardzo trzeba być głodnym, by to coś zjeść? Nic dziwnego, że w Leningradzie pojawił się specyficzny dla tego miasta kanibalizm – „trupożerstwo” czyli zjadanie ludzkich zwłok oraz „ludożerstwo” czyli zabijaniem ludzi dla mięsa. Degradacja wartości, zmiana światopoglądu i osobowości, rozpad norm moralnych i społecznych, a tym samym więzi międzyludzkich wraz z kryzysem rodziny, gdzie największą wartością był chleb i opał, najmniejszą życie, a najtrudniejszą do spotkania współczucie, była tak duża, że najczęściej kanibalizm spotykano między bliskimi krewnymi. Często ofiarami padały najbardziej bezbronne dzieci. W tym kontekście kanibalizm symbolizował najbardziej skrajną formę upodlenia i wzajemnej nienawiści pośród ludzi, które zapanowały w domostwach w mieście zamkniętym w pierścieniu oblężenia.

Autorka przyjrzała się również specyficznemu językowi, który w warunkach blokady uległ zmianom znaczeniowym, by móc oddać ówczesne wypaczenie rzeczywistości, kiedy to „lekarstwem” było pożywienie, „wypis ze szpitala” często oznaczał śmierć pacjenta, a „klinika” pokrywała się znaczeniowo z „jadłodajnią” lub „kostnicą”. Wśród chorób pojawiły się nowe – dystrofia niedożywienia, dystrofia głodowa i dystrofia moralna, a jedynym pacjentem był „dystrofik”. Najbardziej zaskoczyła mnie w historii oblężenia postawa komunistów, którzy nie przestali agitować i dbać o prawomyślność mieszkańców, poprzez wprowadzanie nakazów (często absurdalnych, jak odgórny nakaz zmniejszenia ilości zgonów), zakazów, eufemizmów językowych, a nawet plakatów widocznych na zdjęciach miasta. Specyfika oblężenia, która polegała na nalotach, ostrzale i trwaniu Niemców wokół Leningradu bez wchodzenia do miasta, powodowała, że dzieci wyobrażały sobie wroga dokładnie tak, jak był przedstawiany w plakatowej propagandzie – jako potworów.

Najbardziej wstrząsnął mną pamiętnik, a właściwie jego jedna strona z datami, które były jednocześnie datami zgonów bliskich jego autorki.

Przeżyłam koszmar doświadczenia niszczącej działalności głodu wśród ludzi w specyficznym „laboratorium”, jakim był ówcześnie Leningrad, bardzo szczegółowo opracowany przez autorkę z punktu widzenia historii, psychologii i socjologii. Chciałabym jednak przeczytać te dzienniki bez pośredników. Może kiedyś zostaną wydane w jednym tomie, by oddać bezpośrednio głos świadkom ówczesnych wydarzeń, którzy zdobyli się na tytaniczne wysiłki, nie tylko by przetrwać oblężenie, ale także zinterpretować sens swoich przeżyć – z myślą o sobie i całym społeczeństwie sowieckim.

Również o całej ludzkości ku przestrodze.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Epigram na Stalina – Robert Littell

21 marca 2019

Epigram na Stalina – Robert Littell
Przełożył Krzysztof Obłucki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc , 2010 , 330 stron
Literatura amerykańska

Akty heroicznych, czasami szalonych zamachów na dyktatorów systemów totalitarnych, jak na przykład przez Clausa von Stauffenberga i Wernera von Haeftena na Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu, są przez historyków pieczołowicie analizowane, opisywane, omawiane, podziwiane, a tym samym nagłaśniane. Takie same akty zainicjowane przez pisarzy słowem, już mniej. Być może według historyków zamach koniecznie musi być z bronią w ręku lub podłożoną bombą, by można było docenić bohaterstwo zamachowca, jego brawurę, szybkość i spektakularność, mimo że nie jest bez wad: wybiórcza skuteczność. Heroizm ludzi pióra może docenić tylko drugi pisarz w sposób w jaki potrafi najlepiej – pisząc o tym powieść. Tylko on w pełni rozumie ostrość, celność i zabójczość słowa utrwalonego w druku, którego trwałość jest nieskończona tak, jak pamięć zniewolonych narodów.
Tym razem zrobił to Robert Littell, znany twórca powieści szpiegowskich. Z mroków przeszłości wydobył jeden fakt historyczny, wokół którego obudował prawdopodobną fabułę zdarzeń. Bohaterem swojej opowieści uczynił rosyjskiego poetę Osipa Mandelsztama, duszącego się w systemie dyktatury zniewalającej człowieka. Przekonanego, że ciąży na nim obowiązek uprawiania prawdy na ugorze kłamstw. Cierpiącego z powodu zakazu publikacji swojej twórczości, która jak pięść waląca w okno, domagała się uwolnienia. Niepotrafiącego pisać jak rzemieślnik pod dyktando wyznaczonej linii realizmu socjalistycznego w sztuce, gdy dusza domagała się uwolnienia słów o indywiduum , które nazywał góralem kremlowskim, o całkowitej porażce bolszewickiej rewolucji w polepszaniu doli zwykłych ludzi, o transformacji Rosji w państwo policyjne znacznie gorsze od tego, które istniało pod panowaniem pożałowania godnych carów, którzy odebrali prawo poetom do pisania wierszy o najbanalniejszych sprawach ludzkich. Mającego potrzebę wyrzucenia z siebie tkwiącego mu w gardle krzyku gniewu. To z niej zrodził się jednoosobowy spisek przeciwko znienawidzonemu kaidowi, chozjainowi z Kremla i chęć zniszczenia go za pomocą wiersza rażącego pociskiem prawdy, która rozniesie się szerokim echem po kraju. I stworzył „Epigram na Stalina”, w tej powieści przetłumaczony przez Stanisława Barańczaka:

 

Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi,
Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy,

 

[Słyszymy jeno górala kremlowskiego,
Mordercę, oprawcę chłopskiego.]

 

Palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.

 

Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska.

 

Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów:
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.

 

Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha ich i złorzeczy.

 

I ukaz za ukazem kuje jak podkowę –
Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę.

 

Miodem kapie każda nowa śmierć
Na szeroka osetyńską pierś.

 

Te kilkanaście wersów okazały się bardzo niebezpiecznym materiałem wybuchowym, siejącym niepoprawną myśl, niezgodną z przyjętą linią światopoglądową partii, która reagowała natychmiast likwidacją winnych zdrady osób. Osipa nie zamordowano w potocznym tego słowa rozumieniu. Zrobiono to pośrednio zsyłając go na wygnanie do Czerdynia, potem do Woroneża, by niszczony głodem, depresją, chorobą serca, arteriosklerozą i psychopatią schizoidalną, umrzeć w obozie przejściowym pod Władywostokiem.
Powieść czytałam jak dobry thriller, w którym elementy układanki opowiadane przez kilku narratorów, w tym fikcyjnych i istniejących historycznie, jak przyjaciele poety Borys Pasternak i Anna Achmatowa, zaskakiwały, zazębiały się o siebie ukazując powoli system wyrafinowanego, represyjnego, sprawnie działającego mechanizmu sterowania społeczeństwem. Procedurę tak dobrze znaną mi z „Archipelagu Gułag” Michaiła Szołochowa: denuncjacja, aresztowanie, przesłuchanie, proces lub jego brak, wyrok, podróż, obóz, najczęściej śmierć.
Przez każdy z tych etapów przeszedł Osip Mandelsztam, którego słowa-pociski były dla Stalina równie niebezpieczne jak zbrojny zamach, zdrada, spisek czy szpiegostwo.
Autor postawił piękny pomnik poecie, który marzył o końcu rządów Stalina i nie bał się tego urzeczywistnić, mając świadomość braku jakiejkolwiek ochrony, wsparcia i szansy przeżycia. Czy mógł wtedy powiedzieć, jak sugeruje Robert Littell: nie o nią chodzi; celem jest ratowanie Rosji, a nie mnie?
Nawet jeśli nie wypowiedział tego zdania, jego niepokorna twórczość i postawa mówi o tym wyraźnie i jednoznacznie.

 

Przyjrzałam się tym oryginalnym słowom, za które poeta zapłacił życiem. Faktycznie dla historyków może to być mało spektakularna broń. Zdjęcie pochodzi z wolnych zasobów Wikipedii.

 

 

Powieść bierze udział w plebiscycie Książka na lato 2010 organizowanym przez portal Przy Kominku oraz zaprzyjaźnione blogi, w tym i mój.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Świadek – Ilja Mitrofanow

Świadek – Ilja Mitrofanow
Przełożył Aleksander Horodecki
Wydawnictwo Claroscuro , 2011 , 158 stron
Seria Ścieżki Życia
Literatura rosyjska

Besarabia.
Nazwa krainy jak z Baśni tysiąca i jednej nocy. I po części taka jest, a właściwie była, bo nie ma jej już na żadnej mapie geopolitycznej świata. Jej dawne granice nakładają się na tereny obecnej Mołdawii i Ukrainy, a co sprawdziłam w Wikipedii.

 

 

Jej piękno zachowało się tylko na mapie mentalnej kiedyś mieszkających tam ludzi, tworzących swoistą mieszankę tradycji, kultur, języków i narodowości: bułgarskiej, rumuńskiej, rosyjskiej, mołdawskiej, ukraińskiej i żydowskiej. Naród besarabski, uparty i wredny, ale żyjący, pracujący i współistniejący w pokojowej harmonii dostrajania się do każdej duszy po omacku.
Tak jak wspominał to Fiodor Pietrowicz Pokora.
Fryzjer w Kotłowinie nad Dunajem, miejscowości położonej niedaleko Izmaiłu. Jeden ze świadków końca Besarabii i początków budowania nowego, socjalistycznego porządku i świetlanej przyszłości wraz z wielkim narodem radzieckim. A kiedy Fiodor otworzył usta i zaczął opowiadać tym swoim rosyjskim zaśpiewam, z mnóstwem gwarowych słów, naleciałości z języka rumuńskiego, wtrącanych całych zdań z innych języków, z humorem ujawniającym mądrość zwykłego, prostego człowieka w przewrotnej logice podpieranej powiedzeniami i przysłowiami, zwolniłam czytanie. Smakowałam powoli każde zdanie, opisujące gwarne życie w miasteczku, ruch kupców na ulicy, chłopów z darami natury przywożonymi na handel w dzień targowy, ruch w zakładzie fryzjerskim i dzień, w którym zaczął się socjalizm o twarzy lejtnanta w sapogach i gimnastiorce. Wiekiem – smarkacz. Za to mundurem – naczalnik, jak określił go Fiodor Pietrowicz.
Początkowo śmiałam się z nowych, nielogicznych zasad wywracających do góry nogami dotychczasowy porządek ustanowiony z dziada pradziada, a opisywanych i analizowanych z przymrużeniem oka przez mojego Fiodora. Z jałowej walki słusznej ideologii komunistycznej z mentalnością i tradycją miejscowej ludności, może niegramotnej, ale swój rozum mającej. Jednak obraz kreślony przez opowiadającego zaczął powoli nabierać cech karykatury dawnego życia. Groteski przeszłej, zniszczonej rzeczywistości i sztucznie stworzonej farsy, w której przyszło mu żyć.
Egzystencji na granicy wegetacji.
Nie wiem kiedy przestałam się śmiać. Fiodor długo mnie mamił żartem, odwracał uwagę przysłowiem, bagatelizował niepokojące sygnały narastającej grozy beznadziejnego położenia besarabskiego społeczeństwa, zanim przypomniałam sobie o okresie wielkiego głodu w Rosji, o którym tak niedawno czytałam w Wyspie Kanibali Nicolasa Wertha, a który w latach 40. dotknął również Besarabię. Może zauważyłam to dopiero kiedy poczuł się słabo, a w uszach odezwały się dzwony? A może kiedy, jak zwykle w żartach, stwierdził – na dietę przeszedłem: wody dunajskiej skosztuję, wodą popiję? A może kiedy pojawiło się pierwsze, publiczne, natarczywe wołanie w różnych językach o chleb, chlib, pyne, chliab besarabskiego narodu na placu przed głównym gmachem władzy Rad? A może wtedy, gdy opowiedział mi o byciu świadkiem skrajnego zachowania ludzi ogarniętego szałem głodu? O wydarzeniach, o których nie wolno było mówić jeszcze wiele lat po tym, co się wydarzyło w Kotłowinie. I o ludziach rozstrzelanych przez władze sowieckie za zdziczenie, zezwierzęcenie, a co Fiodor podsumował myślą, że władza najprostszej rzeczy nie rozumiała – głodnego sytym jutrem nie nakarmisz…
Mój bohater dożył czasów rozpadu ZSRR będąc znowu i tego wydarzenia świadkiem, ale nowy świat już nie był takim, jakim pamiętał go sprzed socjalizmu. I Besarabii też już nie było, mimo, że znowu był u siebie, znowu był gospodarzem we własnym, kotłowińskim zakładzie fryzjerskim.
Pozostały po nim wspomnienia.

 

 

Te wspomnienia, których szata graficzna z licznymi śladami poniewierki, tak dobrze nawiązuje do czasów, o których chciał zapomnieć. To jedyne miejsce, w którym mógł zapisać to, z czym sercu ciężko było żyć, od czego posiwiał w jeden wieczór, a od czego dobra, ale niełaskawa pamięć nie chciała go uwolnić.

 

 

Niebieski zeszyt w linię, świadek świetności Besarabii, niszczących ją rządów Stalina i okrutnych czasów upodlenia ludzi.
I nawet jeśli to tylko książka udająca autentyczne zapiski w szkolnym zeszycie, a narrator jest postacią fikcyjną, to przekazane w niej fakty przez autora tej powieści, urodzonego w Besarabii już po wojnie, ale znającego ją z opowiadań członków rodziny, z rozmów z jej mieszkańcami popartych materiałami dokumentalnymi znalezionymi w moskiewskich bibliotekach, są już jak najbardziej prawdziwe.
I przerażające.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Na imię mi kobieta – Maria Arbatowa

Na imię mi kobieta – Maria Arbatowa
Przełożyła Teresa Kiełb
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl , 2005 , 536 stron
Literatura rosyjska

Doczytując ostatnie zdanie tej powieści autobiograficznej, pomyślałam – Niezwykła, piekielnie inteligentna, wybitna, wyjątkowa kobieta, która urodziła się za wcześnie, bo w 1957 roku, na dodatek w radzieckim państwie z systemem totalitarnym, a wszystko, co jej się przydarzyło do dnia wydania jej „dekameronu” czy „striptizu na tle socjalizmu”, jak sama żartobliwie nazwała swoje wspomnienia, zawdzięcza swojej płci. W większości złego, niestety.
Niepokorną była od dziecka. Hart ducha i wyczulenie na krzywdę drugiego człowieka zawdzięczała chorobie Heinego – Medina i wieloletnim pobytom w szpitalach, które okazały się trudną, bolesną i bezlitosną szkołą życia. Ona sama radziecką opiekę zdrowotną określała jako straszne dziecięce doświadczenie. Jako szesnastolatka – należąca do komsomołu, utykająca, ale ładna , kiepsko ubrana, ale dobrze umalowana, pozująca na dysydentkę, ale wybierająca się na filozofię, wyluzowana w towarzystwie, ale pod presją w domu, przeciwstawiająca się nauczycielom, ale uwielbiana w środowisku hipisowsko-studenckim, była z siebie zadowolona. W miarę upływu lat w jej życiu było jeszcze ciekawiej, bardziej różnorodnie i niebezpieczniej, ale zawsze z niezmienną stałą socjalizmu – chwilowymi trudnościami i osobistym, niezmiennym poziomem samozadowolenia.
Nie był z niej jednak zadowolony komunizm, dla którego w realizacji priorytetu urawniłowki była za mądra i za bardzo niezależna, na siłę wpychając ją do szeregu i nie pozwalając na nic oprócz wychowywania dzieci, zajmowania się domem i podrywania facetów. Nie był z niej zadowolony również system wychowania radzieckiego oferujący dziewczynie całkowity brak szacunku do siebie samej w kontaktach z mężczyzną w zamian za całkowity brak szacunku do niego. Nie byli z niej zadowoleni pojawiający się w jej życiu mężczyźni, traktujący ją jak bezmózgie ciało do wzięcia, z przyzwoleniem, albo i nie (była kilkakrotnie zgwałcona, w tym również zbiorowo) lub jako kartę przetargową, haracz, łapówkę na drodze do awansu zawodowego, a jej feminizm traktujący jak egzotykę. Jak sama wspomina – Niepokoiło ich, że nazywam rzeczy po imieniu, sama decyduję i natychmiast wprowadzam swoje decyzje w czyn. Przyznawali, że z taką kobieta żyć wygodniej, ale traktowali mnie jak żyrafę w zoo i przedstawiali mnie innym jako „autentyczna feministkę”. Nie podobała się środowisku artystycznemu, które popierało poglądy zgodne z polityką partii i kierunkiem socrealizmu wyznaczonym przez Stalina, posiadającemu monopol na niepodważalną prawdę, której nie zawierała jej twórczość. I wreszcie nie podobała się własnej matce, która nie potrafiła takiej córki kochać miłością bezinteresowną, bezkrytyczną czy choćby wspomagającą. Ojca, jedynej osoby wspierającej rozwój jej niezwykłej osobowości, zabrakło już w dzieciństwie.
Masza została sama.
Miała przeciwko sobie cały świat w jego najgorszym wydaniu (komunizm, ZSRR, patriarchat, szowinizm, seksizm) i talent do wyrażania niepokornych myśli w słowach oraz swoją silną osobowość z niebezpiecznymi poglądami do walki z nim.
Ostateczny sukces jaki osiągnęła w Rosji już po pierestrojce, ilość dramatów (czternaście wystawionych w Rosji i w świecie) i powieści (dwadzieścia jeden), artykułów publicystycznych (około siedemdziesięciu), pozycja pierwszej feministki w kraju, wielokrotnie nagradzana za swoją twórczość i wartości w niej głoszone, wprawiła mnie w oszołomienie, spotęgowane moją nieumiejętnością umiejscowienia jej w literaturze rosyjskiej. Dzieliłam ją zawsze na tę klasyczną, zakazaną, potem długo nic czyli socrealizmu i na tę „młodych zbuntowanych” pokolenia trzydziestolatków przełomu wieków. A tu nagle ktoś taki, podsunięty mi przez koleżankę rusycystkę, o którym nie miałam zupełnie pojęcia, niepasujący mi zupełnie do tego podziału, jedyny w swoim rodzaju, idący pod prąd i niepiszący o martyrologii narodu rosyjskiego jak Aleksander Sołżenicyn i jemu podobni, ale o absurdach życia codziennego wykraczającego poza ramy walki z systemem jako takim, uwypuklający przede wszystkim rolę i pozycję kobiety w społeczeństwie. Dużo niższą niż mężczyzny.
Jednym zdaniem – ekscytujące dla mnie odkrycie!
Rzuciłam się więc do zasobów informacyjnych, tych tradycyjnych i tych elektronicznych, w poszukiwaniu jej twórczości, do której furtkę otworzyła mi ta powieść autobiograficzna i…
Nic!
Zupełnie nic nie znalazłam. Ta książka to jedyna przetłumaczona pozycja dostępna na rynku polskim. Zajrzałam więc do mojej ulubionej Biblioteki Maksyma Moszkowa, żeby znaleźć cokolwiek w oryginale, ale otrzymałam tylko recenzję tej powieści.
Nie do uwierzenia!
Zastanawiam się dlaczego?
Czyżby Maria Arbatowa w swoich poglądach była nadal urodzona za wcześnie? Czyżby taki obraz kobiety przedstawionej przez pisarkę nadal funkcjonował również w społeczeństwie polskim – …dręczą się jednocześnie tym, jak się odchudzić i jak nakryć pięknie do stołu. Zaniedbywane przez mężów, nie szukają emocjonalnych podniet na boku, trzęsą się nad dziećmi, chociaż ich zupełnie nie rozumieją. Całe życie kierują się wskazówkami matki, mimo że stale przekonują się o ich nieprzydatności. A jej nawoływanie i krzyk – Zatrzymajcie się! Spróbujcie być szczęśliwe choć raz w tygodniu! Obojętne jak! Uratujecie w ten sposób siebie, swoje dzieci i rodziny, a w końcu cały świat, bo przecież jest was tak wiele. – nadal napotykał głuchy mur. Kogo? Komu zależy, żebyśmy my, kobiety nie słyszały tego głosu? Bo nie wierzę, żebyśmy z własnej, nieprzymuszonej woli wolały wcześniej się zestarzeć, zezłośliwieć i umrzeć.
Ja mogę się mylić, doszukując się spisku dziejowego tam, gdzie go nie ma, ale Maria Arbatowa?
Po tej szczerej do bólu, na granicy ekshibicjonizmu mentalno-psychologicznego, opowieści o sobie w świecie męskiego socjalizmu, wątpię.

 A tutaj wysłuchałam początku wywiadu z… No właśnie, sama prowadząca nie wie jak określić gościa. A wywiad prowadzi między innymi Tatiana Tołstoj, której Kysiem byłam tak zachwycona.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Urodzony w ZSRR – Vasile Ernu

Urodzony w ZSRR – Vasile Ernu
Przełożył Radosław Biniarz
Wydawnictwo Claroscuro , 2014 , 319 stron
Literatura rumuńska

Otrzymałam paszport!
Wielkie mi mecyje! – mógłby ktoś odpowiedzieć – żaden sukces i wysiłek. Norma! Tak, to prawda – dzisiaj, ale ten był wyjątkowy nawet jak na współczesne czasy. Miał nietypowo gruby trzon zawierający tak wiele wpisów, tyle wspomnień kryjących się za nimi, skojarzeń odgrzebanych z zakamarków pamięci i odnotowanych podróży w przeszłość, że przybrał formę książki.
A może książka przybrała formę paszportu?
Były złudnie podobne do siebie. Trudno było to jednoznacznie rozstrzygnąć. Okładka książki przypominała mi tę paszportową łącznie z charakterystyczną fakturą powierzchni,

 

okrągłymi rogami,

 

paginacją z obowiązkowym elementem urzędowego dokumentu – godłem państwa

 

i pierwszą stroną zawierającą podstawowe dane właściciela:

 

A zaraz za nią obszerna treść ukazująca same fakty. Jednak do tego stopnia bardzo subiektywne i osobiste, że wydawca na końcu książki/paszportu umieścił formułkę o nieponoszeniu odpowiedzialności za jego zawartość merytoryczną ani za zgodność treści utworu z prawdą historyczną.
Pomna ostrzeżenia, z paszportem w dłoni, udałam się w podróż na fali wspomnień jego właściciela do kraju, którego już nie ma i w którym, aby otrzymać tę „przepustkę do świata”, trzeba było mieć koneksje, środki lub podpisać lojalkę – do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Do utopijnego projektu ludzkości – jak nazwał go autor – do którego żaden pociąg, żaden samolot i żadna droga nie prowadzą już. Ten paszport/książka to jedyny sposób na odwiedzenie kraju funkcjonującego w pamięci autora i to właśnie na tym polega wyjątkowość tego dokumentu/publikacji. I świetny pomysł wydawcy na intrygującą formę wydania, która jest dla mnie zawsze argumentem – żaden czytnik takich wrażeń nie dostarczy! To tylko i wyłącznie z tego powodu moja zaprzyjaźniona studentka sięgnęła po książkę i zanim się zorientowałam, że mi ją „podkradła” przed moim czytaniem, była już po lekturze. Zachwycona! Ale to młodzież, która uwielbia słuchać wspomnień z czasów komuny, widzianej chyba chętniej i częściej przez pryzmat filmów Stanisława Barei niż historycznych reportaży czy dokumentów.
Moje podejście było bardziej krytyczne, bo obciążone martyrologiczną lekturą, ale paradoksalnie sentymentalne w swoim podobieństwie do moich wspomnień. W efekcie przeżyłam bardzo ciekawe i zaskakujące doświadczenie, ponieważ do tej pory ZSRR poznawałam od jego oficjalnej, propagandowo kreowanej w mediach, strony oraz od jego działalności represyjnej – łagrów widzianych oczami jeńca wojennego, zesłańca, strażnika czy uciekinierów. Zapomniałam całkowicie (a może nie trafiłam na taką publikację?), że po drugiej stronie drutów żyli ludzie w tym samym totalitarnym ustroju, w którym to nie sztuka naśladowała życie, lecz życie musiało stać się sztuką. Tym, co wyróżnia wspomnienia autora na tle wspomnień zdecydowanie negatywnych lub zdecydowanie pozytywnych, była ich neutralność. Całkowity brak oceny ówczesnego życia w socjalizmie. A pisząc z takiej perspektywy bardzo łatwo popaść w gloryfikację, w niepamięć tego, co złe i częste podkreślanie, a czasem wyolbrzymianie tego, co było dobre lub tylko wydawało się pozytywne na fali nostalgii i tęsknoty.
Tutaj tego nie było.
Autor w przedmowie wyraźnie uprzedził i zwolenników, i przeciwników ZSRR, pisząc – To, co zamierzam tutaj popełnić, jest rodzajem archeologii życia codziennego Związku Radzieckiego, a archeologia nie oferuje klucza do jej zrozumienia, moralnego osądu lub wartościowania. Natomiast jego zadaniem, niczym naukowca, było wydobyć spod warstw niepamięci wszystkie charakterystyczne eksponaty jednoznacznie kojarzone z czasami socjalizmu w postaci bohaterów, sytuacji, wspomnień rzeczy i słów-kluczy, obudowując je kontekstami, skojarzeniami, opowieściami, anegdotami i atmosferą tamtych lat. Każdy rozdział posiadał główną osnowę, wokół której tkał historię ilustrowaną materiałami ikonograficznymi, fonograficznymi i video, które oglądałam i odsłuchiwałam na specjalnie do tego stworzonej stronie internetowej o charakterze przewodnika. Była więc i żwaczka (guma do żucia), plakat propagandowy, tualeta, muzyka, dowcip radziecki, napoje (nie tylko alkohol, ale i kwas chlebowy, którego tradycyjny, domowy przepis znalazłam na stronie blogu autora, niestety po rumuńsku) bohaterowie kreskówek, sam wiecznie żywy Lenin i seks, którego w ZSRR podobno nie było oraz wiele, wiele innych przejawów życia społecznego. Ale, co ciekawe, to spojrzenie autora nie było tylko jednostkowe, pojedyncze, osobiste, bo często posuwał się do analiz, budując ostatecznie wnioski zbiorowe, podane z punktu widzenia społeczeństwa. Co zupełnie nie wykluczało subiektywizmu. Te dwa punkty widzenia stwarzały podwójną perspektywę spojrzenia pokazującą ZSRR od strony dziecka, młodego człowieka i dorosłego oraz narodu, od czasów dzieciństwa do upadku komunizmu. To pierwsze niewinne, ufne w świat zastany równoważone krytycznym spojrzeniem ostatniego, tworzyło jednolity obraz mieszanki piękna i brzydoty podszyty ironią i grozą. Rzeczywistość i dobrą, i złą. Ani lepszą, ani gorszą – i tu, uwaga!, bardzo odważny wniosek autora – od rzeczywistości kapitalizmu! Nazywając się cynikiem, stwierdził – o ile świat, w którym żyłem, zasadzał się na represjach politycznych, to świat do którego trafiłem, bazuje na represjach ekonomicznych. To dwie strony tego samego medalu. Obie stanowią formę represji i kontroli.
Dla mnie rewolucyjny i prowokacyjny pogląd!
Bo oto wraz z paszportem otrzymałam nie tylko pozwolenie na posiadanie dobrych wspomnień z życia w kraju socjalistycznym, ale i spojrzenie zrównujące oba ustroje w szkodliwości oddziaływania na jednostkę i społeczeństwo. To pierwsze przyjęłam z ulgą, bo od tej pory nie muszę zaprzeczać swojemu szczęśliwemu dzieciństwu w socjalizmie, nie narażając się na epitet komunistki, ale to ostatnie muszę przemyśleć. Zbyt wiele we mnie tej ciemnej strony medalu, bym po jednej podróży zachwyciła się blaskiem strony jaśniejszej i tak bardzo uogólniła problem, by dostrzec w nim podobieństwa. Zwłaszcza w ilości planowo i metodycznie wymordowanych ludzi nijak nie mogę ich znaleźć. Autor natomiast sprytnie zachował neutralność do końca, nie opowiadając się po żadnej z tych rzeczywistości, ale za to pozostawiając jedną radę wszystkim wychowanym w jakimkolwiek kraju socjalistycznym (autor urodził się w 1971 roku Rumunii) – Ważne, co z nią zrobimy, w jaki sposób będziemy umieli nią zarządzać i jak ją spożytkujemy.
Wątpmy więc, kwestionujmy, poddawajmy ocenie oraz krytyce i nie podporządkowujmy się z cielęcą ufnością żadnej z rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Wprawdzie świata nie zmienimy, ale zawsze możemy go trochę ulepszyć.
Z tą ostatnią myślą autora zgadzam się w zupełności.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Łowca – Zbigniew Lubieniecki

Łowca – Zbigniew Lubieniecki
Wydawnictwo Naukowe PWN ,Ośrodek Karta , 2014 , 361 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska

Po wysłuchaniu tych wspomnień otoczyła mnie cisza…
Patrzę na ich książkową formę, jakbym chciała upewnić się, że wydarzyły się naprawdę. Przyglądam się ich autorowi umieszczonemu na okładce, jakbym chciała z wyrazu jego twarzy poszukać sensu tego wszystkiego. Próbuję poukładać myśli, ogarnąć emocje, a przede wszystkim zmusić się do oceny, do osądu, do sensownego podsumowania. A przecież ocenianie tak łatwo mi przychodzi. Wręcz muszę pracować nad sobą, by tego nie robić. A tutaj nie mogę, nie potrafię. Czuję, że nawet nie wolno mi.
Totalna blokada.
Po pierwsze, nie wiem, czy ta publikacja w ogóle powinna się pojawić. Z jednej strony, ze względu na treść, nie mogła być opublikowana do dzisiaj, bo nie pozwalały na to historyczno-polityczne zawiłości naszego kraju. Jak przeczytałam w słowie od wydawcy – Ta książka nie mogła powstać wcześniej. Ani w latach 40., gdy biegły opowiedziane w niej zdarzenia i kiedy dokonywany był pierwszy, poprzedzający ją, zapis. Ani w głębi peerelu, gdy Autor musiał ukrywać historię swego starcia z sowietyzmem. Ani w pierwszy ćwierćwieczu III Rzeczpospolitej, która swym ciągle niedojrzałym stosunkiem do przeszłości raczej utrudniała wyrażenie tak brutalnej prawdy. Widocznie teraz nadszedł właściwy czas.
Czy, aby na pewno?
Z drugiej strony, paradoksalnie, czy nie jest już za późno? Dzisiejszym językiem tamtej historii opowiedzieć się nie da. – zauważa autor. A jeśli się nie da, jeśli trzeba mówić ówczesnym językiem, to ile z tego pojmą odbiorcy, żyjący w dobrobycie wolnej ojczyzny, w której nie muszą jeść kotletów z ludzkiego mięsa i patrzeć codziennie na dziecięce ciałka rozszarpywane przez psy? Ilu będzie potrafiło przez taki pryzmat doświadczeń nieprzeżytych, patrzeć na losy autora? Obawiam się zbyt pochopnego potępienia. Ta moja obawa wynika z chęci ochrony autora przed ponownym koszmarem przywołanym dyskusją i, w jakimś sensie, ponowną krzywdą przez ludzi widzących świat w tylko czarno-białych kolorach. Przed staniem się ponowną ofiarą wojny, tym razem ze strony rodaków, którego postawa, tak odbiegająca od dotychczas poznanych przeze mnie postaw zesłańców syberyjskich, może nie zmieścić się w przyjętych kategoriach pojmowania ludzi współczesnych.
Ja spasowałam z oceną, ograniczając się do współczucia wywołującego łzy. Popełniłam ogromny błąd, czytając ją w miejscu publicznym. Ta szczera do bólu i wstrząsająca opowieść wymaga szacunku – odosobnienia i ciszy. Nie czytajcie jej proszę między jedną kanapką a kolejnym przystankiem autobusowym. Nie dlatego, że mogą się polać łzy, nie dla chwil grozy, z powodu których zatrzymacie się w połowie kroku na chodniku lub przejedziecie stacje metra, ale dlatego, że to bardzo intymna rozmowa z człowiekiem, który dzieli się z najgłębiej skrywaną tajemnicą po siedemdziesięciu latach milczenia.
A i to dopiero pod wpływem rozmów z wydawcą.
Zbigniew Lubieniecki swoje zapiski, czynione regularnie, traktował jako część własnego obowiązku, bez autorskich ambicji. Sam nie szukał możliwości wydania. To myśmy go odszukali, by je zaproponować. – pisze Zbigniew Głuza w imieniu wydawcy. Były też dla niego próbą oczyszczenia pamięci, rozładowania emocji, w jakimś sensie formą autoterapii. Nie mógł zapomnieć, bo nagromadzonych obrazów, makabrycznych widoków, które oglądał, nie dało się wyrzucić ze świadomości. Byłbym szczęśliwy, gdybym nie potrafił myśleć. Myśli niszczą uczucia, szarpią ciało, osłabiają siły. Są niepowstrzymane w zadawaniu tortur. Ale nawet w myśli od siebie samego uciec się nie da. – zauważa autor.
Ale najpierw był film dokumentalny.
To od niego wszystko się zaczęło. To po jego obejrzeniu wydawca skontaktował się z autorem. To on był źródłem inspiracji wydania wspomnień drukiem.
Wspomnień o chłopcu rozpoczynających się latem 1937 roku, o siedmioletnim synu hrabiów Lubienieckich z Podola, który dwa lata później, w jednej sekundzie pociągnięcia za spust, w wieku dziewięciu lat, staje się dorosłym, zabijając pierwszego człowieka. W wieku siedemnastu lat liczba jego ofiar sięga prawie stu, zgodnie z powziętym w dramatycznych okolicznościach zobowiązaniem – Ja was jeszcze utłukę. Nie spocznę, dopóki nie ubiję was co najmniej stu. O ile początkowe ofiary są przypadkowe, o tyle późniejsze zabijał z premedytacją, z poczucia zemsty. Z chłopca stał się mężczyzną. Z poniżonego, zastraszonego psiaka powstało wilcze szczenię, które zaczęło gryźć, które chciało i potrafiło zabić. Stał się inteligentnym łowcą Rosjan, na których konsekwentnie, z zaciśniętą szczęką, na chłodno polował i zabijał. Zarówno w ZSRR, jak i na „Ziemiach Odzyskanych”. Jego zabójstwa były doskonałe. Nigdy nie wpadł. I jeśli w tym momencie, ktoś pomyśli, że moralnie sprawa jest bardzo prosta, to wynika to tylko z mojego uproszczenia. Za nim stoją fakty i konteksty, które je komplikują. Zdarzenia, po których sama chętnie zachowałabym się w konsekwencji, jak autor. Sytuacje, przeciwko którym byłam, a jednocześnie nie uczyniłabym nic, żeby im zapobiec. Sceny, podczas których chciałam zamknąć oczy, a jednak nie prosiłam o litość dla ofiary. Czytałam dalej, by zobaczyć dopełnienie słowa. Byłam współwinną, uczestnicząc biernie. I wcale nie różniłam się tak bardzo, pomimo przestrzeni czasowej, od współczesnych autorowi rodaków, bo jak napisał – Co ciekawe i co dziś może wydawać się dziwne, nigdy nie spotkałem się z brakiem akceptacji. Z chęcią współdziałania – owszem. Ze sceptycyzmem, z próbą tłumaczenia – również, by zaraz dodać – Nigdy jednak nie spotkałem się w tamtych czasach z potępieniem.
Nie śmiem tego czynić i ja.
Nie zmienia to faktu, że autor nałożył na mnie przerażający ciężar moralny, który odczuwałam przez cały czas czytania. Zdjął mi go dopiero na końcu, w części, w której dzieli się refleksjami, a które prowadziły go do jednego wniosku – nie tędy droga. Ale to już mówi człowiek dorosły, nie dziecko, które w wieku 19 lat czuło się starym, zmęczonym człowiekiem z posiwiałymi skrońmi.
Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Łowca [Zbigniew Lubieniecki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Namawiam do obejrzenia filmu Dług – Marcina Mamonia, który jest koniecznym uzupełnieniem książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: