Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Farma Heidy – Steinunn Sigurdardótter

22 grudnia 2019

Farma Heidy: owce, islandzka wieś i naprawianie świata – Steinunn Sigurdardótter

Przełożył Jacek Godek

Wydawnictwo Literatura Kobieca , 2019 , 316 stron

Literatura islandzka

   Tyle jej zawdzięczam!

   Za drugie tyle jestem jej winna ogromne podziękowanie. Nie zdawałam sobie sprawy, że nadal oddycham czystym powietrzem nad Bałtykiem nie tylko dzięki znanym organizacjom proekologicznym, ale również niepozornym ludziom. Nie mogę napisać, że nieznanym, bo Heiđa Ásgeirsdóttír była modelką.

Autorce reportażu, kiedy pierwszy raz ją zobaczyła, jawiła się niczym mieszanka wyciągniętego elfa i walkirii. 181 centymetrów wzrostu, szczupła, blond włosy, zapewniały super warunki do wybiegów modowych w Nowym Jorku i dostatniego życia. Jednak przeszkodą w podążaniu tą drogą było silne przekonanie, że to wszystko było płaskie i bezcelowe, miłość do do miejsca, w którym się wychowała i farma z owcami przejęta od rodziców w wieku 23 lat. Własne gospodarstwo Ljótarstađir w Islandii na granicy nadającego się do zamieszkania świata, w którym panuje jasność.

   Tę „jasność” miała zgasić woda.

   Na najżyźniejszych pastwiskach Heiđy koncern energetyczny zaplanował budowę ogromnej tamy i zalew o powierzchni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. Jej walka z gigantem biznesowym uczyniła z niej osobę znaną w swoim środowisku i w parlamencie, do którego ostatecznie trafiła, zastrzegając – Wyjaśnijmy jedno: nigdy nie weszłabym w lokalną politykę, gdybym nie była zmuszona bronić swoich i nie tylko swoich racji. Całej naszej gminy, mojej ziemi, a właściwie całej Ziemi. Wygrana z kolosem biznesowym, wywalczona z ogromnym wysiłkiem fizycznym i psychicznym, była spektakularna i nieoceniona dla środowiska naturalnego. Zwłaszcza że działalność ta miała charakter społeczny i wolontaryjny upychany między morderczą pracę farmera.

   Była przede wszystkim hodowcą kilkutysięcznego stada owiec.

   Roboty nieludzko wymagającej, jak sama ją oceniła. Autorka, pisarka islandzka, postanowiła, zafascynowana niezwykłą kobietą, napisać o niej reportaż. Pokazać w nim walkę nie tylko z koncernem, ale z naturą, żywiołem (w cieniu czynnego wulkanu) i samą sobą (nieśmiałość, nawracające depresja, samotność, awersja do wystąpień publicznych). Poznawałam jej dzieciństwo, dorastanie i szukanie własnej drogi z ogromną ciekawością. Autorka starała się, zbierając materiały (rozmowy, twórczość poetycka, wystąpienia na konferencjach i zjazdach krasomówczych) o tej nietuzinkowej kobiecie, usunąć się w cień, by autor był niewidzialny, a czytelnik odnosił wrażenie, że słucha Heiđy. Z zachowaniem jej rytmu życia wyznaczanego przez pory roku ujęte w cztery rozdziały oraz unikalnego stylu wysławiania się Heiđy (mieszanina języka współczesnego ze staromodnym). Autorka chciała pokazać ludziom na całym świecie z dala od Islandii, jak wygląda islandzki temperament i jak tu się żyje. Z kolei Heiđa chciała, by usłyszano o jej samotnej walce. Ja otrzymałam obraz człowieka, który wciela w życie hasła z plakatów, które podobno są tylko sloganami:

Trwaj przy tym, co słuszne, nawet jeśli jesteś sam.

   Przyglądając się jej piekielnym zmaganiom, do pokonywania których czerpała siły z miłości do miejsca jej życia, szukałam odpowiedzi na jedno pytanie – co ją taką stawiającą dobro innych nad własny egoizm ukształtowało? Nasuwała mi się tylko jedna odpowiedź.

   Wychowanie.

   Surowe, ale z miłością. Wymagające, ale wspierające. Brutalne, ale bezpieczne. Ubogie, ale zaspokajające podstawowe potrzeby. Odważne, ale w szacunku do otoczenia i pokorze wobec natury. Bez wielu szkodliwych norm kulturowych, jak seksizm, którego doświadczyła dopiero w szkole. Jej reakcja na podział ról na typowo męskie i kobiece była bezcenna. Może właśnie dlatego uroda kobiecego ciała nie była dla niej wartością, na której chciałaby zbudować swoją przyszłość. Z czasem zorientowałam się, że zaczęłam myśleć o niej nie jak o kobiecie, ale jak o człowieku. Twardym na przekór depresji. Kochającym farmę, dla której podjęła walkę z Goliatem. Wrażliwym, ale potrafiącym zabić owcę, gdy jest taka konieczność. Wymagającym przede wszystkim od siebie, a dopiero potem od innych. Heroicznym w swoim słabym człowieczeństwie. Broniącym wartości, które inni zamieniają na pieniądze. Świadomym swej tymczasowości, mówiącym – Nie chciałabym, żeby moja mama albo tata, babcia albo dziadek sprzedali choćby piędź ziemi i kupili szminkę albo farmala. My, ludzie, jesteśmy śmiertelni, ziemia żyje dalej, przyjdą nowi ludzie, nowe owce, nowe ptaki i tak dalej, a ziemią z rzekami, jeziorami, roślinnością i nieużytkami będzie trwać…

   Stała się dla mnie współczesną bohaterką!

   Tak jak dla Islandczyków przede mną, bardzo różniących się. Młode kobiety – od studentek po gospodynie wiejskie – widziały w niej inspirację, podziwiały Heiđę za to, że bierze sprawy w swoje ręce. Mężczyźni widzieli w niej swoją utalentowaną córkę i byli z niej dumni. Rolnicy z lubością czytali o swoim życiu. Mieszczuchów zainteresowało życie w odludnym gospodarstwie. Należałam do tej ostatniej grupy, a dostałam motywujący przykład życia w zgodzie z sobą i w zgodzie z naturą.

    Upragniony balans współczesnego człowieka.

    Receptę na jego osiągnięcie. Niełatwą do zrealizowania, ale wykonalną, jeśli zrozumie się jedno – Ziemia nie należy do mnie. To ja do niej należę. Być własnością całej tej ziemi to kolosalna odpowiedzialność. Obrona ziemi przed sępami wymaga ogromnego wysiłku. Jeśli jeszcze raz usłyszę, że mały, jeden, samotny człowiek nic nie może, to podsunę ten tytuł.

   Heiđa wyrzuci wszystkie usprawiedliwiające niemoc argumenty z powrotem do kosza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

   Heiđa na swojej ukochanej farmie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: ,

Sielski zakątek – Barbara Sośnica-Czekała

21 grudnia 2019

Sielski zakątek – Barbara Sośnica-Czekała

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 320 stron

Literatura polska

   Oj, przewrotna to historia!

   Właściwie wszystko w niej opiera się na pozorności i nieoczekiwanym zbiegu okoliczności, by móc zakończyć się piękną katastrofą.

   Katastrofą dla bohaterów.

   W przewrotnie sielskim zakątku na obrzeżach miasta, w domu odziedziczonym po tajemniczej krewnej, zamieszkała Asia z mężem i malutkim dzieckiem. Mąż, wyjeżdżający do pracy w innym kraju, namówił jej przyjaciółkę Alinę do zamieszkania razem z jego żoną. Dla bezpieczeństwa jego rodziny, a przede wszystkim własnego spokoju ducha. Intuicyjnie i nieświadomie uczynił dobrze, nie podejrzewając, że jego obawy były uzasadnione. Dziewczyny nie przyznały się, że od jakiegoś czasu wokół domu krąży wielbiciel Asi. Amator cudzych żon przewrotnie nie był ich fanem, a mężczyzną coraz natrętniej i nachalniej próbującym dostać się do środka budynku. Ponieważ Alina niezmiennie twierdziła, że menele, podobnie jak nieszczęścia, chodzą parami, więc wokół „sielskiego zakątka” wkrótce zaroiło się od podejrzanych typów. Alina, odważna dziewczyna, zamiast poddać się panice, coraz bardziej intrygujące i niby przypadkowe zdarzenia (czyli znowu przewrotnie!) podsumowała z filozoficznym dystansem – Historia sielskiego zakątka stawała się coraz bardziej frapująca, a ja miałam coraz większą ochotę poznać wszystkie jego tajemnice. Dziewczyny zabrały się ochoczo do dzieła.

   Z korzyścią dla mnie!

   Dla urody tej opowieści. Asia z Aliną przeżywały lęki, strachy, a nawet uszczerbki na zdrowiu i ciele, a ja, dzięki ich uporowi i ciekawości, mogłam dobrze się bawić. Wątki przygodowo-sensacyjno-kryminalne tonęły w morzu dobrego humoru. Wnikał on w dialogi. Łączył w ciągi zaskakujących zdarzeń. Obfitował w gagi sytuacyjne. Mnożył absurdy wywołujące uśmiech na twarzy, a czasami głośny śmiech.

   Warstwa rozrywkowa to największy atut tej powieści.

   Jednak pod nią kryło się drugie dno, które odsłoniło się po rozwikłaniu zagadki rodzinnej. Tajemnicy, która była siłą napędową dynamiki fabuły.

   To przeszłość.

   Sekret rodzinny Asi będący udziałem (a może nadal jest?) wielu polskich rodzin, które przeżyły drugą wojnę światową i zostały uwikłane w wielką historię narodów polskiego i niemieckiego. Autorce wśród śmiechu i dobrej zabawy (znowu przewrotnie!) udało się zachować nutę refleksji nad ważnością rodzinnych historii, nad wartością więzi jej członków i nad dziedzictwem przekazywanym nie tylko w formie materialnej, ale i duchowej.

   To książka dla tych, którzy kochają twórczość Joanny Chmielewskiej i powieści (Czy ten rudy kot to pies, Zacisze 13, Zacisze 13: powrót, Natalii 5) Olgi Rudnickiej.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller, Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: ,

Miłość z lupanaru – Michał Römer

15 grudnia 2019

Miłość z lupanaru: dziennik intymny wileńskiego adwokata – Michał Römer ; wybrała Agnieszka Knyt

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 360 stron

Literatura polska

   Jedyna, romantyczna, zakazana i tragiczna!

   Tak określiłabym to szaleństwo uczuć z udziałem Michała Römera i Anny Wolberg. Według autora dziennika – Dzika i pierwotna jak głód, wielka i idealna, subtelna i szlachetna”.

   Miłość jak bajka, którą napisało życie.

   Dokładnie takiego czarownego pojęcia użył Michał Römer – Tak, królewną z bajki była, a bajką tą jest życie moje. Dla świata prostytutką poznaną w lunaparze. W wileńskim domu publicznym, do którego od czasu do czasu lubił gościnnie zachodzić Michał, gdy duch słabnie, raptem rozszaleje ciało, a z kryjówek wypełzają najniższe instynkty użycia, podłej lubieżności, która plwa na wszystko, co jest w człowieku harmonią, i chce się upić, chce żeru, chce splugawienia się. Dziewczyna przykuła jego uwagę kontrastem, gdy wśród kobiet lubieżnych, kobiet do wzięcia była jedna czysta i nieskalana, nietknięta, naiwna, wstydliwa. Anna miała 20 lat i właśnie trafiła do domu publicznego wyrzucona z domu rodzinnego. Jej młodość, uroda, cnotliwość, skromność i świeżość zauroczyły Michała, budząc ku sobie ostrą bolesną tęsknotę, budziła – czarodziejka – z najgłębszych tajników duszy jakieś sny nieziszczone i nieziszczalne, subtelne gdzieś het promyki wczesnych marzeń młodości, jakieś przeczucia rozkoszne a smętne, bo strawione świadomością brudu.

   Postanowił ją uratować!

   Zorganizował wykupienie i wyrwanie Anny z rąk „opiekunki”, a potem znalazł pracę i mieszkanie. Jednak z czasem, w trakcie tych zbawczych działań, zaczęło rodzić się między nimi uczucie tworzące namiętny związek zamieniający się powoli w duchowy. Pełnym wzlotów i upadków, rozstań, zerwań i powrotów, naprzemiennych zachwytów, wielbień, uniesień, tęsknot, wyznań, zapewnień, planów i pewności, a z drugiej strony niepewności, wątpliwości i brutalnych realiów wymuszających podporządkowanie się sztywnym normom społecznym i jeszcze sztywniejszym konwenansom.

   Taka miłość nie miała prawa i szans zaistnieć!

   Anna była córką kowala i robotnicy. Chłopką z pochodzenia. Łotewką nieznającą języka polskiego. Jedenaście lat starszy Michał, z zawodu adwokat, ziemianin, należał do arystokracji. Mezalians, który popełnił nigdy nie znalazłby akceptacji w jego rodzinie i środowisku. Nawet, gdyby zgodnie z planem, miał zalegalizować związek po śmierci rodziców.

   Życie brutalnie rozcięło ten węzeł gordyjski za niego.

   Anna zachorowała na gruźlicę i zmarła. Jednak tak głęboko zapisała się w sercu i pamięci Michała, że nikt nigdy nie zajął jej miejsca. Mimo że pojawiały się w jego dalszym życiu inne kobiety, a w późniejszym okresie nawet żona. Nigdy też nie żałował tych trzech, wyjątkowych lat z Anninką, jak nazywał ją z łotewska. Zawsze podkreślał, że otrzymał dar wyjątkowy – miłość pełną cudów i z cudów utkaną, a uratowanie Anny z piekła rozpusty za najbardziej wartościowe w całym życiu. Przedłożył ten fakt nad swoje znaczące dokonania zawodowe, społeczne i polityczne. Zwłaszcza te ostatnie okazały się dla Anny najbardziej konkurencyjne. To z ich powodu Anna umierała bez obecności ukochanego, a on nie mógł sobie tego wybaczyć, chociaż zdawał sobie sprawę ze spełnienia jednej z najcięższych ofiar w życiu w straszliwej rozterce sumienia.

   Losy ukochanej Annineczki, jak spieszczał jej imię Michał, autor ujął w pierwszym tomie Dzienników, jednak marginalnie potraktowane i rozproszone pomiędzy wpisami komentującymi wszechstronnie prowadzoną działalność człowieka aktywnego we wszystkich sferach życia, rozmywały intensywność przeżywanego uczucia. Dopiero wyłuskanie, uzupełnienie o wpisy nieujęte w dzienniku i potraktowanie go monotematycznie przywróciło mu wyrazistość, burzliwość, żarliwość i podkreśliło wyjątkowość. Historia zyskała na spoistości rozwoju uczucia, ale i ewolucji rozkwitu osobowości kochanków. Anna szlachetniała, rozwijając swój intelekt i duchowość przy Michale. Miał w niej wierną kochającą towarzyszkę, taki piękny dar miłości, prześliczny krystaliczny charakter, niezwykle głęboką i szlachetną duszę ludzką, wrażliwą i subtelną, a pełną poczucia sprawiedliwości i prawdy. Z kolei autor spełniał swoje marzenia o jedności i niepodzielności serc, dusz i umysłów z kobietą. Pragnień których nie spełnił w pierwszym małżeństwie z Reginą, trwającym zaledwie kilka miesięcy, zapewniając – Dopiero tu, w Annie, zdobyłem pełnię tę wielkiej miłości, które dwoje ludzi oddaje sobie wzajemnie w zespół całkowity, mieszając w sposób cudowny dwie indywidualności. To spełnianie się szczęścia obojga w związku, tym bardziej bolało, gdy Anna odeszła.

   A wraz z nią obumarła część Michała.

   Pozostała świadomość istnienia problemu tragicznego położenia kobiet w społeczeństwie. Wstydliwa przeszłość Anny, według niego, była typowa dla wielu dziewcząt z niższych warstw społecznych. Los i jej dzieje – powszednie; tragedia jej nie jest ostatecznie o wiele głębsza niż tragedie setek i tysięcy takich dziewcząt. – zauważał. W ich obronie napisał artykuł Prawa kobiety do czasopisma „Kurier Krajowy”. Zwrócił uwagę na nieudolność i niewydolność Towarzystwa Ochrony Kobiet, które zajmuje się nie tyle ratowaniem kobiet tak zwanych upadłych, ile raczej stręczeniem pracy dla dziewcząt i kobiet „uczciwych” w celu zapobieżenia ich upadkowi. Deklarował otwarcie się na związek swobodny, który jest daleki od rozpusty, o wiele dalszy niż powszechnie tolerowane małżeństwo z interesu. Krytykował hipokryzję własnego środowiska – Być u Szumana, kupować dziewki, rzucać się w wyuzdanej rozpuście, lupanary zwiedzać – to się toleruje i ostatecznie, byle cicho, uchodzi. Ale ci sami, którzy na to pozwalają sobie i innym, będą się gorszyli i potępiali, gdy się kocha uczciwie i prosto, i jawnie dziewczynę, którą się z tej ohydy ich zabaw rozpustnych wyrwało. Potępia mężczyzn korzystających z domów publicznych, samemu czując winę wobec Anny, bo okazał się też względem niej świnią.

   A jednak!

   Z rozbrajającą uczciwością, co jakiś czas, odnotowuje swój sromotny upadek, kiedy dzika żądza orgii, która się zawsze jak wicher z jakichś szumowin ducha w chwilach upadku podnosi, człowiek wtedy rzuca się do kałuży zepsucia, spadla się doszczętnie, rwie swoją duszę w szmaty i jak ścierkę włóczy po brudzie. Szał mętów i namiętności robi zawieruchę i żywiołowo człowiekiem miota.

   Ależ pięknie ujęte w słowach samobiczowanie!

   Szczerość, z jaką autor analizuje swoje uczucia, emocje i sprzeczne z nakazem rozumu zachowania, pozwoliła mi na prześledzenie toku rozumowania i wewnętrznej walki między moralnością a zniewalającym go libido. Męskiego kochania jednej kobiety ponad życie, a jednocześnie zdradzania jej z innymi.

   Coś, co nam kobietom, było, jest i zawsze będzie trudno pojąć.

   Autor pokusił się nawet o próbę wyjaśnienia tej dychotomii od strony psychicznej. Muszę przyznać, że psycholog nie miałby wiele do dodania. To tylko potwierdziło moje zdanie o niepospolitości, wszechstronności, otwartości i bystrości umysłu Michała oraz elokwencji w przekładaniu myśli na zdania. Również mężczyzny, który umiał mówić i pisać o uczuciach. O miłości łączącej znane historie z Pretty women i Love story o tyle ciekawszej, że prawdziwej. Krótkiej jak bajka i brutalnej jak życie.

Dlatego więc – bajka skończona i skończone życie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna, Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Siła empatii – Helen Riess, Liz Neporent

8 grudnia 2019

Siła empatii: 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje – Helen Riess  wraz z Liz Neporent

Przełożyła Marta Komorowska

Wydawnictwo Samo Sedno , 2019 , 236 stron

Literatura amerykańska

   Zwrot w psychologii!

   Chociaż byliby i tacy, którzy powiedzieliby więcej – rewolucja! Zwłaszcza że wyniki badań autorki dr Helen Riess, psychiatry i profesor Harvard Medical School w USA, mogą być remedium na problemy współczesnego świata. Profesor kliniczny i psychiatra Daniel J. Segiel mówi wręcz – Dar dla ludzkości, który pojawił się w samą porę. Pierwszym krokiem w przecieraniu szlaków niewiedzy to udowodnione przez autorkę założenie, że empatii można nauczyć się. To coś nowego, ponieważ do tej pory sądzono, że rodzimy się z określonym poziomem empatii,  którego nie da się podnieść. Kolejni uznają, że empatii należy nauczyć się w dzieciństwie. A jeszcze inni stanowczo oświadczają, że empatii nie da się nauczyć.

   Da się! – twierdzi autorka.

   I ma na to niezbite dowody w postaci wyników wieloletnich badań prowadzonych wśród personelu ochrony zdrowia. Drugi krok to szkolenia ludzi w zawodach, w których empatia jest wskazana jako ważny czynnik podnoszący efekty pracy – lekarze, pielęgniarki, pedagodzy, politycy czy liderzy grup. W tym celu opracowała siedem zasad tworzących narzędzie pod nazwą:

   E.M.P.A.T.H.Y. ®

   To chroniony prawnie akronim z ukrytymi w nim siedmioma kluczami, które autorka odkryła podczas badań i dopracowała podczas szkoleń. Można je stosować zarówno w życiu prywatnym i intymnym, jak i w pracy zawodowej. Również w działalności społecznej – w polityce i biznesie.

   Mnie najbardziej zaciekawiła edukacja.

   Autorka poświęca korelacji jej z empatią osobny rozdział. Podaje krok po kroku zastosowanie zasad, które wypróbowałam w kontaktach z moją młodzieżą. Jestem zachwycona rezultatami i jednocześnie zaskoczona prostotą korzystania z nich. Wystarczy zapamiętać i trzymać się procedury stosowania kluczy, a młody człowiek otwiera się, jak dobrze naoliwiony zamek i chłonie, jak sucha gąbka. W ogólnym sensie można ich stosowanie i efekty sprowadzić do fundamentalnej w pedagogice myśli Janusza Korczaka – widzieć w dziecku człowieka. Autorka pokazuje, jak to zrobić i daje ku temu praktyczne narzędzie. Pomaga przejść najtrudniejszą drogę – od przekonania do działania. Nie ma sensu pisać, na czym ono polega, ponieważ jej publikacja nie jest poradnikiem, dlatego więcej pożytku i przyjemności odkrywania nowego w psychologii przyniesie osobista lektura teorii autorki popartej przykładami z własnej praktyki zawodowej.

   Autorka nie ogranicza się tylko do analizy swojej teorii.

   Obala mity pokutujące w nauce. Chociażby ten mówiący o pojawianiu się empatii w wieku 8-9 lat. Dokładnie tego mnie uczono na zajęciach z psychologii rozwojowej dziecka. Autorka poprawia ten błąd mówiąc, że empatia pojawia się już u dziecka rocznego (sic!). Ta wiedza ma kolosalne znaczenie dla rodziców i pedagogów wychowujących dzieci i młodzież. Kolejny mit obaliła w rozwoju czytelniczym mającym ogromne znaczenie w edukacji czytelniczej. Do tej książki myślałam, że nieważne, co czyta się. Ważne, że w ogóle czyta się. Mój minimalizm wynikał z niskiego poziomu czytelnictwa Polaków i przekonania, że każde słowo czytane jest zbawienne dla rozwoju człowieka.

   Okazuje się, że nic bardziej mylnego.

   Autorka ustaliła, że rodzaj wybieranej literatury, czyli sposób opowiadania historii, ma wpływ na rozwój konkretnej inteligencji. Na inteligencję emocjonalną poprzez rozwój empatii ma wpływ w najbardziej znaczącym stopniu beletrystyka. W powieściach sensacyjnych i przygodowych ma to miejsce w znacznie mniejszym stopniu. W przypadku osób, które zapoznawały się z literaturą popularną (…) lub nie czytały nic, liczba punktów zdobytych w skali empatii nie rosła. W tym kontekście popularność literatury popularnej (przez niektórych zwanej kobiecą) nie powinna cieszyć. To wiele tłumaczy, dlaczego oczytany człowiek może mieć wysoki stopień inteligencji intelektualnej, ale bardzo niski społecznej czy emocjonalnej. Niektórzy takie osoby określają mianem „inteligentny cham”. W analogiczny sposób autorka tłumaczy wiele innych zjawisk społecznych i kulturowych. Tych negatywnych jak: rasizm, psychopatia, nacjonalizm, manipulacje polityczne i wiele innych. W tych ostatnich posłużyła się analizą braku empatii i jej nadużywania podczas wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku zakończone zwycięstwem Donalda Trumpa. Również zjawisk pozytywnych jak odwaga, altruizm czy szlachetne zachowania. To po tych ostatnich poznajemy ludzi z wysokim stopniem empatii, a które uwielbiamy sobie stawiać za wzór. Niestety, częściej tylko stawiać. Zwraca również uwagę na negatywny wpływ rozwoju technologii w kształtowaniu empatii – rozwój lub częściej zanik, co ostatecznie przekłada się na coraz słabszą kondycję psychiczną społeczeństwa.

   Posuwa się nawet do postawienia alarmującej prognozy.

   Stanowczo twierdzi – Jedno jest pewne: bez rozszerzenia empatii na wszystkich ludzi cywilizacja w obecnym kształcie nie przetrwa. I podaje remedium.

   Sztuka i literatura.

   Te dziedziny kształtujące kompetencje miękkie, które są systemowo i konsekwentnie w edukacji polskiej spychane na margines lub pomijane zupełnie. Właściwie tę część książki przykryję kirem braku komentarza, bo musiałabym zacząć ciężko grzeszyć.

   I najważniejsze!

   Zanim zaczniemy zmieniać świat i obdarzać go empatią, musimy zacząć od siebie. Autorka mówi wprost – musisz wejść we własne buty i spojrzeć na siebie ze współczującej perspektywy. Tylko praktykowanie empatii wobec samych siebie i innych opartej na siedmiu kluczach daje nadzieję na ukształtowanie życzliwszego społeczeństwa, dyskursu pełnego szacunku i zrozumienia oraz bardziej ludzkiego świata.

   Wystarczy sięgnąć po te siedem kluczy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Becoming: dziennik – Michelle Obama

7 grudnia 2019

Becoming: dziennik motywacyjny, który pozwoli ci odnaleźć swój głos – Michelle Obama

Przełożył Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora , 2019 , 206 stron

Literatura amerykańska

   Jak zwykle!

   Michelle Obama zaangażowana na maksa. Zdążyła mnie do tego przyzwyczaić przez lata kadencji jako prezydentowa USA. Jeśli coś robiła, to solidnie, przemyślanie i z myślą o najsłabszych.

   Tak jest również z autobiografią Becoming.

   O stawaniu się jako ewolucji, ciągłemu zmierzaniu ku własnej, lepszej naturze. O budzeniu się z marazmu. O wzmacnianiu wiary we własne siły. Nie pozostawiła jednak swoich przebudzonych czytelniczek samym sobie. Miała świadomość, że nie każda z nich będzie miała odwagę rzucić się w wir życia, by zmieniając siebie, zmieniać rzeczywistość wokół na lepsze.

   Postanowiła tym kobietom pomóc.

   Ponownie wyciągnęła dłoń w postaci kolejnej publikacji. Bardzo ciekawej pod względem formy. To interaktywny przewodnik w postaci dziennika. We wstępie do niego przyznała się do jednej rzeczy – Z perspektywy lat żałuję, że nie poświęciłam więcej czasu na zapisywanie swoich myśli i uczuć. Dzisiaj wie, że nie musimy wszystkiego pamiętać, ale to, co pamiętamy, jest cenne.

   Dziennik ma być tą pamięcią.

   Tym przerażonym, że nie podołają, nie potrafią, nie mają o czym i nie poradzą sobie, podsuwa kilka motywujących zachęt – Nie musisz pisać wierszem, ani czekać na olśnienie, które trafi cię jak grom z jasnego nieba. Nie musisz pisać codziennie i z pewnością nie musi temu towarzyszyć poczucie, że masz do powiedzenia coś szczególnie ważnego. Wystarczy, że opiszesz jakąś zwykłą rzecz, taką jak chrobot skrobaczki na szybie samochodu w mroźny poranek. To dlatego miejsca na wpisanie dat pozostawia puste, a pod nimi widnieją inicjujące pytania.

Ich tematyka jest przebogata i różnorodna, od tych dotyczących rzeczy pozornie błahych, jak ulubiona muzyka czy ubiór, po te ważne społecznie, do udziału w których zachęca. Mnie najbardziej podobały się pytania dotyczące dzieciństwa i przeszłości. Zmuszające do wspomnień i refleksji, by uświadomić sobie, co lub kto mnie ukształtował taką, jaką jestem dzisiaj. Wszystkie są po to, by przeanalizować siebie, zastanowić się nad sobą, swoim położeniem i dotychczasowym działaniem lub jego brakiem, nad swoimi możliwościami, które mają moc stawania się.

   Zmotywują do zmiany i usłyszenia siebie.

   Od czasu do czasu między strony dziennika wkładała własne myśli motywujące.

Kierując czytelniczką, stale nawiązuje dialog. Jeśli wymaga odpowiedzi lub innej reakcji, rewanżuje się przykładem z własnego życia. Dzięki temu tworzy intymną relację, ukazując obraz samej siebie – kobiety zwykłej, która ma swoją playlistę, ulubione smaki i sukienki, ale i poglądy. Nierzadko wahania i pytania bez odpowiedzi.

Mnie najbardziej zaciekawiło wyznanie czytelnicze.

Dzięki Czytaj jak profesor, wiem dlaczego Pieśni Salomonowe, rekomendowana pozycja przez Thomasa C. Fostera jako „musisz przeczytać”, tak bardzo ją zachwyciła i rozpoczęła piękny proces rozwoju czytelniczego.

   Propozycja prowadzenia dziennika w takiej formie ma jeszcze jeden cel.

   Zachowanie tych aspektów własnego „ja”, o których z biegiem lat zapomina się. Ten dziennik pomoże je przypomnieć i ocenić z zupełnie innej perspektywy.

   Zapamiętać także osobiste, przeszłe historie.

   Ważne, mimo upływu czasu, zawarte w nich emocje, myśli i przeżycia. Pisanie pozwoli ci lepiej przeżywać różne wydarzenia, rozumieć świat, rozwijać się – oraz pamiętać. – zapewnia Michelle. Według niej to prawdopodobnie najważniejsza część procesu stawania się.

   Dziennik w pięknej, ascetycznej, pastelowej oprawie graficznej, z tasiemką do przekładania kartek, można łatwo spersonalizować, usuwając banderolę i wpisując imię oraz nazwisko na przygotowanej do tego, pierwszej stronie. Wydawca zadbał również o to, by cały aparat informacyjny książki dyskretnie umieścić na ostatniej kartce trzonu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: ,

Płuczki – Paweł Piotr Reszka

1 grudnia 2019

Płuczki: poszukiwacze żydowskiego złota – Paweł Piotr Reszka

Wydawnictwo Agora , 2019 , 240 stron

Literatura polska

   Jest złoto, to trzeba wykopać, bo jak ja nie wykopię, to wykopie ktoś inny.

   Bardzo logiczna myśl. Jednak robi się ona bardziej pokrętna, gdy poszerzymy ją o miejsca tego kopania – tereny byłych niemieckich obozów koncentracyjnych w Bełżcu i Sobiborze. Wtedy nasuwają się wątpliwości i pytania o moralną stronę tych działań. Autor rozmawiając o masowym rozkopywaniu terenów obozowych z uczestnikami, świadkami i ich potomkami, szukał odpowiedzi na kilka pytań. Jak to możliwe, że nie wiąże grzebania w kościach ze znieważeniem? Jak można trzymać w dłoni, nad grobem kawałek metalu z ludzkiej szczęki i nie łączyć go z człowiekiem?

   Próbował połączyć bieguny wyraźnego dysonansu między czynem a przekonaniem.

   Prawie wszyscy rozmówcy podkreślali swoją religijność. Niemalże każdą wypowiedź kończyli zapewnieniami, że tu w ogóle są ludzie religijni, że jestem osobą wierzącą, mój mąż był chrześcijaninem, księdza przyjmowaliśmy, dzieci chrzciliśmy i że ja nie wierzę w to, żeby Pan Bóg karał za to, że ktoś poszedł na getto, znalazł złota, kupił dzieciom chleba czy jakieś kiełbasy. Nie wierzę.

   I ci „wierzący” chrześcijanie szli na miejsce pochówku i bezcześcili zwłoki ludzkie.

   Stworzyli wręcz system wykopek, wykorzystując do tego celu specjalne narzędzia – rafy (sita do przesiewania kości) i miejsca – płuczki do wypłukiwania złota ze szczątków ludzkich. Oszczędzę makabrycznych widoków, które autor opisał dosyć szczegółowo. Nie będę epatować grozą i obrzydzeniem, które bardzo obciążały mnie emocjonalnie, bo chciałabym się skupić bardziej na poszukiwaniu przyczyn albo źródła zagubienia człowieczeństwa w tym procederze.

   Pozornie sumienia w nim nie było.

   Wczytując się jednak uważnie w wypowiedzi rozmówców, wiele z nich wskazywało na to, że bardzo dobrze odróżniali zło od dobra. To ostatnie tłumili chęcią zysku dyktowaną chciwością, przykrywając go całunem racjonalizacji, by pogrzebać prawdę. Autorowi udało się te elementy świetnie wyłapać.

   To był między innymi kryptojęzyk.

   Pomagał im ukryć prawdziwą naturę rzeczy. Pełen eufemizmów pozwalał działanie niemoralne obrócić w działania neutralne. Grzebanie w spalonych szczątkach ludzkich to było „przeszukiwanie żużlu”. Pokłady spalonych ciał to obiecujące „warstwy złotonośne”. Rozdrabnianie łopatą zwłok nazywali „cięciem rąbanki”, a ludzi bezczeszczących miejsce pochówku – „kopaczami”, „górnikami”, „poszukiwaczami” albo „tchórzami”, za którymi snuł się odór rozkopanych mogił. Iluzję odmiennie pojmowanej uczciwości podtrzymywali zasadą nieposzukiwania złota w niedzielę, bo w święto, jak można? Wątpliwości, że może to grzech, rozwiewali zapewnieniami, że jak one już były martwe, a tu bida była, to nie jest grzech”. Tę „bidę” też skrupulatnie wykorzystywali w roli tarczy przed tymi, którzy mówili wprost – Chodzili tam z chęci zysku, chęci wzbogacenia się, a nie z biedy. Takiego wielkiego głodu na wsi nie było. I faktycznie, przyznawali się, na co przeznaczali te pieniądze – alkohol, ubrania, doraźne przyjemności, wesele, remont lub budowa domu. Aurę „krwawego pieniądza” neutralizowali wymianą na ten pochodzący z uczciwie zarobionego. Wiarę w fatum podążającym za zrabowanym złotem odpokutowywali nieszczęściami nawiedzającymi wieś, przyjmując je jako karę za winy. Własne uczynki wybielali usprawiedliwieniami, że to kopanie, to i tak nie pomogło ani nie zaszkodziło temu umarłemu. Nic złego nikt nie robił. To, com znalazł, to by i tak przepadło. Stosowali także kontrastujące stopniowanie ciężaru uczynku, bo w ziemi znajdziesz albo tak gdzieś, to co innego. Ale całe trupy przewracać?! A poza tym to wina Niemców, którzy spowodowali zezwierzęcenie Polaków i urzędników, którzy nie postawili tabliczki zakazującej kopania.

   Smród poczucia winy i świadomości tego, że postępowali źle, ciągnął się z kartki na kartkę tak samo, jak odór rozkopywanych grobów.

   Reportaż autora to kolejny etap w odkrywaniu niechlubnej przeszłości Polaków w dążeniu do prawdy. Świadomość tego już jest, o czym świadczą słowa archeologa pracującego na terenie obozu Sobibór – każdy naród, społeczeństwo ma swoje jasne i ciemne karty. Nie można udawać, że jest się tylko ofiarą. Dokładnie o to chodziło Janowi Tomaszowi Grossowi, kiedy opublikował Strach. Reportaż autora już nie musi przedzierać się przez falę nienawiści, jaką zebrał J. T. Gross. Mógł skupić się na analizie samego zjawiska procederu. Przy okazji rozwikłał niejasną historię zdjęcia i manipulacje komunistów przy nim, które zainspirowało J. T. Grossa do napisania Złotych żniw pokazujących „płuczki” w Treblince.

   Reportaż autora przede wszystkim przywraca człowieczeństwo zamordowanym Żydom.

   To dlatego rozpoczyna go od swoistych wypominek zmarłych, nadając im imiona i nazwiska, a terenowi pochówku status cmentarza. Czyni to, co powinno zaistnieć od początku. Po to, by nie powtórzyło się w przyszłości. Wiem, brzmi jak truizm, ale rozglądając się wokół, mam wrażenie, że podwójna moralność nadal dobrze prosperuje, tyle że w innych sferach życia społecznego i człowieczego. To temat wbrew pozorom nadal aktualny. Wręcz ponadczasowy.

Smutne, jak cienka jest warstwa człowieczego gorsetu moralności.               

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zachęcam do wysłuchania spotkania z autorem książki, które poprowadził Mariusz Szczygieł.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , , ,

Kobieta z blizną – Katarzyna Dacyszyn , Irena A. Stanisławska

30 listopada 2019

Kobieta z blizną: o powrocie do życia po oblaniu kwasem przez stalkera – Katarzyna Dacyszyn w rozmowie z Ireną A. Stanisławską

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 256 stron

Literatura polska

   Która z kobiet nie chciała być ładną?

   To pytanie retoryczne, bo na etapie dorastania niemalże każda nastolatka czuła taką potrzebę, posiadała takie marzenie, a nawet pragnienie, które realizowała w dorosłości, poddając się operacjom plastycznym. Nic w tym złego, bo we współczesnym świecie powszechnego konsumpcjonizmu uroda to dar przynoszący korzyści. Wiele ułatwia i wiele załatwia. Niebezpiecznym jest tylko to, że mało kto pamięta o jej mrocznej stronie.

   Że uroda to również przekleństwo.

   Obu jej skrajnych wymiarów doświadczyła autorka tych wspomnień przywołanych w formie rozmowy. Dzięki nieprzeciętnej urodzie mogła wejść do świata modelingu. Szybko znaleźć partnera. Miała więc wszystko, o czym marzy każda dziewczyna na progu dorosłości – urodę, chłopaka i dobrze płatną pracę, w której się realizowała.

   Gratis do pakietu szczęścia – „diabła stróża”.

   Tak siebie nazywał stalker Robert W., który uosabiał tutaj ciemną stronę urody. Na dodatek okazał się jednym z tych na kilku innych mężczyzn, u którego biegli psychiatrzy stwierdzili wysoką inteligencję połączoną z zaburzeniami osobowości. Mężczyzną, który nie pogodził się z odrzuceniem, a negacja jego zachowań ze strony kobiety eskalowała z jego strony patologią działań. Kierował się tylko jedną myślą – skoro nie będziesz moja, to nie będziesz niczyja, doprowadzę cię do szaleństwa i sama się zniszczysz. I doprowadzał agresywnymi komentarzami, zastraszaniem i śledzeniem, nasilającymi się w miarę upływu czasu. Stalking trwał jedenaście lat i zakończył się tragicznie.

   Autorka została oblana kwasem siarkowym o stężeniu 87%.

   Poparzenie chemiczne objęło twarz, głowę, szyję, klatkę piersiową, tułów, powłoki brzuszne i prawe ramię w stopniu drugim, trzecim i czwartym czyli do kości. Ze szczególną uwagą śledziłam jej wspomnienia sprzed, w trakcie i po ataku, szukając odpowiedzi na jedno nurtujące mnie pytanie – w którym momencie popełniła błąd? Nie znalazłam ani odpowiedzi, ani błędu. Od początku, od pierwszej wiadomości pozostawionej na fejsbukowym profilu, reagowała negatywnie, zgłaszała na policji, prosiła o pomoc rodzinę oraz przyjaciół i wreszcie wytoczyła sprawę sądową o nękanie.

   Z góry była na przegranej pozycji w tym starciu.

   Rok 2010 to czas, w którym w prawie polskim nie figurowało pojęcie stalking, znajoma widziała w zachowaniu agresora romantyzm, policja zalecała ucieczkę, a w budynku sądu upośledzony system bezpieczeństwa umożliwił napastnikowi atak. Wszystko sprzyjało sprawcy, a jedyną „winą”ofiary było asertywne zachowanie i uroda.

   Czy zniszczona?

   Wątpię. Przyglądając się temu zdjęciu, występowi na pokazie autorskiej kolekcji bielizny,

i instagramowym ujęciom widzę nadal piękną kobietę. Trzeba dobrze przyjrzeć się, by zobaczyć ślady dramatu i wysłuchać jej opowieści, by zobaczyć blizny wewnętrzne. To efekt, który zawdzięcza nie tylko lekarzom, ale przede wszystkim sobie. Widziałam to w piekielnie bolesnym procesie kolejnych operacji, przeszczepów, powikłań i procesie gojenia się.

   Ciała i duszy.

   Podnoszenia się z dna depresji, wychodzenia z traumy i wchodzenia ponownie w życie. W tym zakresie to terapeutyczna opowieść dla wszystkich, którzy z różnych powodów uczą się żyć na nowo. Każda jej myśl, każde zdanie dawało moc wiary w siebie i popychało życzliwie, ze zrozumieniem, do przodu. Pokazała skąd czerpać siły do działania. Pomagała odkryć, jak obcowanie z bólem, ze śmiercią, z przemijaniem, sprawia, że czujesz, jak doświadczasz życia. Już nie unosisz się lekko nad ziemią, tylko szorujesz po niej gębą.

   A mimo to…

   Musiało paść w tej rozmowie pytanie ze strony współrozmówczyni, którego nie cierpię – Nigdy nie pomyślałaś, że w jakiś sposób sprowokowałaś tego czlowieka? To typowo tendencyjne pytanie czyniące ofiarę z kata i pokazujące nadal powszechne w społeczeństwie seksistowskie nastawienie. Pomimo silnej kampanii #MeToo (#Ja Też), którą rozpoczęła Rose McGowan (Odważna) nadal potrzebujemy takich pozycji, ponieważ nadal żyjemy w kulturze pustych opakowań, która nie ceni zawartości, a ci, którzy powinni stać na straży bezpieczeństwa każdego człowieka bez względu na płeć – zawiedli. To kolejny, ważny wymiar tej historii, w której zostały opisane służby powołane do ochrony obywatela – sądownictwo, pogotowie ratunkowe, lekarze, policja, a nawet media. Świadectwo wystawione przez autorkę nie jest najlepsze. Pokazała upośledzenie systemu pomocy i ochrony bezpieczeństwa, w którym zwiodło Państwo, ale nie zawiedli ludzie – aniołowie-stróże. Przy okazji podzieliła się praktycznymi radami i wskazówkami, jak zachować się w podobnej sytuacji, podkreślając, że najwięcej zależy od nas samych. Naszej trzeźwości umysłu, wewnętrznej siły, przedsiębiorczości i uporu.

   Bo my też możemy stać się ofiarą.

   Dlatego niech ta książka będzie wsparciem dla tych, którzy go potrzebują, by przechodząc swoje dramaty, wiedzieli w chwilach zwątpienia, że każdy ból ma swój kres i jest lekcją, która kryje jakiś cel. Niech poruszy publicznie kwestię bezdusznego systemu prawa, w którym często ofiara jest wtórnie wiktymizowana ze względu na sposób egzekwowania przepisów.

   Przede wszystkim po to została napisana.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: ,

Czytaj jak profesor – Thomas C. Foster

24 listopada 2019

Czytaj jak profesor: nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami – Thomas C. Foster

Przełożyły Elżbieta Janota, Paulina Rzymanek

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 422 strony

Literatura amerykańska

   Jupi! Jupi! Nareszcie!

   Jest! Z tej radości miałam ochotę całować każdy jej róg i kartkę z osobna. Oto amerykańska biblia czytelnika zawędrowała w końcu pod polskie strzechy! Elementarz wiedzy (dla autora czytelnicza gramatyka) dla czytelnika (czytającego nie tylko książki, ale o tym później), który chce wiedzieć więcej i odpowiedzieć z sensem na pytanie-zmorę z lat licealnych – co poeta miał na myśli? Często cytowane ironiczne, tutaj nabrało głębi i poszerzenia o osobę odczytującą, bo nie powstała po to, by odczytywać tylko przesłanie pisarzy. Przede wszystkim autor chciał pomóc swoim studentom z długą przerwą w nauce. Jego publikacja okazała się tak dobra i pożyteczna, że nauczyciele szkół średnich zaczęli zadawać ją swoim uczniom, jako wakacyjną lekturę. Przynosiła tak efektywne rezultaty, wywołując szum wokół siebie, że jedna z uczennic zapytała – Nie rozumiem, o co to wielkie halo. Wszystkiego, o czym mowa w pańskiej książce, dowiedziałam się na początku liceum. Pozazdrościłam takiego kreatywnego, wspierającego nauczania i zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno i żal mojej młodzieży, bo obserwuję nauczanie odtwórcze w polskiej szkole na co dzień. Chciałabym, żeby dokładnie tak przekazywano w niej wiedzę, jak uczynił to autor w tej książce.

    On w niej nie był nauczycielem!

    Był niczym Sokrates, domagając się odpowiedzi ode mnie. Partnerem wspierającym w poszukiwaniu wniosków, dostarczającym tylko przykładów. Starszym, bardziej doświadczonym czytelnikiem zawodowym, który bez katedry i bariery nauczyciel kontra uczeń, pomagał mi znaleźć metody, jakimi mogę dostarczyć sobie więcej zabawy i przyjemności z czytania.

   To nie były wykłady!

   On ze mną przyjaźnie dyskutował na konkretne tematy. Zadawał pytania, które prawdopodobnie według niego pojawiłyby się z mojej strony. I wiecie co – trafiał celnie! W moje wątpliwości, niepewności, sceptycyzm, odmienne zdanie, obawy czy dociekania. Nawet w moje lęki! Mógł to zrobić dzięki doświadczeniu spotkań z młodzieżą i pracy ze studentami jako wykładowcy na Uniwersytecie Michigan-Flint.  Otrzymywał ich przecież setki tysięcy. Te nasze rozmowy odzwierciedlały tematykę wykładów, tyle że przystosowanych do formy pisemnej, by pokazać kody i schematy pozwalające odczytywać treści. Był przekonany, że czytanie powinno sprawiać radość, że to tak naprawdę forma zabawy.

   Ma dostarczać przede wszystkim przyjemności!

Przekonywał mnie, że im więcej odkryć znaczeń, im głębszy sens i im liczniejsze konotacje, tym więcej przyjemności wychodzenia z ciasnego pokoju na zewnątrz domu – metaforycznie rzecz ujmując. Budował odwagę, by z niego wyjść. Wierzył we mnie i każdego innego czytelnika. Przelewał na mnie swój entuzjazm, doradzając – Gdy czytacie, bądźcie inteligentni, odważni, asertywni, pewni siebie. Wspierał, pisząc – Musicie stać się właścicielami swoich interpretacji. Są wasze. Są wyjątkowe. Nikt na całym świecie nie ma takich samych. Są taką samą częścią was, jak wasze nosy i kciuki. I najważniejsze – Nie wstydźcie się swoich interpretacji i nie przepraszajcie za nie uniżonymi aktami skruchy we wstępnych zwrotach – „to tylko moja opinia, ale…” lub „pewnie się mylę, jednak…” Szkoda, że nie pojawiła się dziesięć lat temu, kiedy, zakładając blog książkowy, tak bardzo nie wierzyłam w siebie, że wychodzenie z szafy i podpisanie go imieniem oraz nazwiskiem zajęło mi prawie tyle samo lat! Jeśli więc ktoś się nad tym nadal zastanawia, to ta pozycja jest dla was.

   Nawet jeśli dopiero zaczynacie przygodę z książką!

Odczytywanie literatury to stałe zadawanie pytania – dlaczego?, zbiór konwencji do omawiania literatury, schematy i prawdy, które autor, niczym pewniki matematyczne, wytłuszczał w druku. Tyle i tylko tyle!

Co ciekawe, w tym ustawianiu mnie w myśleniu i pozytywnym nastawieniu, nie odczuwałam dydaktyzmu, lecz przyjazne ukierunkowywanie na samodzielność w formułowaniu wniosków na podstawie podsuwanych przykładów z literatury powszechnej, ale również i polskiej (za ten ukłon w stronę czytelnika polskiego w wydaniu polskim byłam bardzo wdzięczna), a także filmów, sztuk teatralnych, tekstów piosenek, a nawet kreskówek. Przy autorze wszystko było możliwe i nic nie było pewne. Jedyną granicą, której nie pozwalał przekraczać to tekst.

   Czasami blizna to tylko blizna i nic ponad to! – przestrzegał.

   Nawet nie wiem kiedy i w jaki sposób niezbędne pojęcia, którymi przecież mnie nie zasypywał (takie miałam wrażenie), pozostały w mojej pamięci. Te wszystkie główne tematy i wątki (pory roku, jedzenie, przemoc, wampiryzm, polityka, przemoc, choroba, seks, religia i wiele innych), literackie wzorce i dziedzictwo (mit, baśń, Biblia, szekspirowski dramat), figury retoryczne (rzadko nazywane wprost) i narzędzia narracyjne (symbol, ironia i inne), zakodowałam przy okazji. Przez zabawę do nauki! Muszę dodać, że świetną! Często przeplataną inteligentnym humorem i anegdotami.

   A potem zrobił SPRAWDZIAN!

Otrzymałam krótkie opowiadanie Katherine Mansfield do interpretacji, a potem miałam porównać je z trzema analizami jego studentów i samego autora. Więcej nie zdradzę, żeby nie odebrać niespodzianki innym czytelnikom. Pozostawił mi również swoistą wyprawkę w postaci załącznika z listą książek umożliwiających dalszy rozwój czytelniczy. Dosyć szeroki wachlarz tytułów od Iliady Homera po Dziennik Bridget Jones Helen Fielding. Podał również cztery pozycje z półki – musisz przeczytać! Dwie z nich czytałam – Ulisses Jamesa Joyce’a i Sto lat samotności Gabriela Garcii Márqueza. Już te propozycje wiele mówią, że łatwo nie będzie z pozostałymi (nie, nie, nie ujawnię pozostałych dwóch!), ale według autora dają możliwość spojrzenia na doświadczenie czytelnicze całościowo. Są najlepszym testem na nowe umiejętności i ustalenie etapu nauki, bo, gdy już dowiecie się, czego te cztery powieści mogą was nauczyć, nie będziecie potrzebowali więcej rad. Będziecie czytać jak profesor. Między wierszami.

   Bardzo optymistyczne i motywujące!

   Wyniosłam z tego spotkania tak ogromne wsparcie do dalszych poszukiwań, że postanowiłam sięgnąć po pozycje znane w Polsce, ale które odstręczały mnie dydaktyzmem i nauczaniem z katedry.

Pewnie będzie mi je ciężko czytało się, ale mam w sobie tyle inspiracji, optymizmu, poczucia własnych możliwości otrzymanych od autora, że jestem w stanie przez nie przebrnąć i nie wyjść z nich zniechęcona. I jeszcze jedno ważne przekonanie – książka to wspólnota wyobraźni autora i czytelnika, kiedy jeden kreatywny intelekt nawiązuje kontakt z drugim. Im więcej stycznych, tym większa przyjemność . Nasza osobista, ale niekoniecznie taka sama, jak u innych.  Dlatego twórczość naszej noblistki Olgi Tokarczuk jest nie do przebrnięcia nawet dla ministra kultury, a zachwyci panią Czesię z ulubionej cukierni. Właśnie to jest najpiękniejsze w czytaniu – różnorodność interpretacji i możliwość dialogu między ich autorami w atmosferze szacunku, empatii i odmiennego spojrzenia. Może nauki?

   Wrócę jeszcze do wspomnianego na początku odbiorcy tej książki.    Czasownik „czytaj” nie odnosi się tylko do czytających powieści. Autor obejmuje nim filmy, teksty piosenek, wiersze, sztuki teatralne i każdy inny przekaz, który chcemy odczytać.

   Dlatego ten przewodnik jest dla KAŻDEGO odbiorcy szeroko pojętej kultury.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: , ,