Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Nadepnęłam na węża – Hiromi Kawakami

21 marca 2019

Nadepnęłam na węża – Hiromi Kawakami
Przełożyła Barbara Słomka
Wydawnictwo Karakter , 2010 , 399 stron
Literatura japońska

Wszystko przez Bazyla, u którego przeczytałam o Kielonku i Mary, która dorzuciła kilka groszy zachwytu o Fruwającej duszy. Potem zaczęły się pojawiać kolejne dobre słowa przy okazji innych tytułów, a ja cudownie odkryłam, że wszystkie te książki wydało jedno wydawnictwo o przewrotnej nazwie Karakter, kierujące się ideą przewodnią: „Wydajemy, co się nam podoba”. A że podobało się innym, zachciało podobać się i mnie. I stało się nieuniknione. Napadłam na internetową księgarnię i wykupiłam około 90% wydanych tytułów. Poniżej mój łup i dowód przestępstwa. Przyjemnego zresztą.

 

text

Patrząc na ten kolorowy wachlarz grafiki, jednolitej i charakterystycznej w swojej różnorodności (ukłony dla projektanta Przemka Dębowskiego), zastanawiałam się, od której zacząć przygodę?

 

text

Wzrok spod rzęs spoczął na jeszcze pachnącej farbą drukarską, ostatniej wydanej powieści, a właściwie zbiorze trzech opowiadań. Rzuciłam się na głęboką wodę, w której tej wody zabrakło i boleśnie się potłukłam uderzając o głębokie dno filozofii. Wycofałam się z mojego tempa czytania, myślenia, ukształtowanych nawyków, wypracowanych schematów, standardowych podejść i zaczęłam jeszcze raz. Od okładki, jakbym ujrzała tę książkę na nowo.
Tak.
Po przeczytaniu pierwszego, tytułowego opowiadania, zamknęłam książkę i zaczęłam się zastanawiać: kontynuować czytanie czy zacząć od nowa, z nowym nastawieniem? W podjęciu decyzji pomogła mi tłumaczka, która radziła: Należy zgodzić się, by pisarka prowadziła nas przez wymyślony przez siebie świat, nie oczekując wyjaśnień, dlaczego przed nami pojawia się ktoś lub coś, kogo lub czego nie spodziewaliśmy się. Zawsze przecież można książkę odłożyć. Ostatnie zdanie mnie nie dotyczyło. Zgodziłam się więc posłusznie z tłumaczką i zaczęłam czytać ponownie, powoli, z nowym stanem umysłu prawie jak tabula rasa, tak jak należy wobec bardzo, ale to bardzo niszowej literatury. Formą i treścią przypominała mi, czytane kiedyś jako literacką ciekawostkę, Fractale Nataszy Goerke.
Weszłam do nieokreślonego świata, w którym współistnieli ze sobą ludzie, mówiące zwierzęta oraz tuboliski i murkotki – istoty niemające swojego odpowiednika w mojej rzeczywistości. W którym opowieści nie musiały mieć morału, symbole jakiegokolwiek głębokiego znaczenia w trzech odsłonach, kreślony obraz spójności, a narrator płci, poczucia czasu i istnienia. W którym europejskość przeszkadzała mi w odbiorze symboliki zaczerpniętej z buddyzmu. Mogłam mnożyć przesłania na bazie takich zdań jak: Młodszy brat powiedział, że na samym dnie bagna głębokiego jak miłość jest rodzina. Mogłam odkrywać drugie dno symboliki tytułowego węża zmieniającego się w kobietę. Nadawać znaczenie wymiarowi zjawiska znikania członków rodziny i rzeczy w opowiadaniu Znikają. Uzasadniać sięganie autorki do psychoanalizy, mechaniki kwantowej czy biologii.
Tylko po co, skoro wszystko mogło okazać się ułudą, nie właśnie takie, sięgające nie do tego sedna, ze złą interpretacją? Skoro po ułudzie zrozumienia Znów przestaję rozumieć. Przestaję rozumieć i proste znów przestaje być proste. – jak mówi Hiwako Sanada jedna z bohaterek.
Książka pozostawiła mnie w umysłowym rozedrganiu, zdezorientowaniu, niespójnym rozumowaniu i ambiwalentną w odczuciach, płynną, niespokojną i alogiczną w myślach. Dostałam hurtem wszystko to, czego w literaturze nie szukam. Wręcz unikam. Może gdybym uprawiała jogę i oddawała się medytacji, te opowiadania byłby odpowiednimi, wręcz dobroczynnie uzupełniającymi te praktyki pięknymi fraktalami odkrytymi w słowie. Ale nie jestem medytującą w pozycji lotosu. Teraz nawet nie wiem czy to dobrze czy źle. Bo jakie ma znaczenie moje pisanie o wrażeniach, skoro ktoś taki jak ja, kto za chwilę ma być pożarty przez rekina, mógłby wspomnieć opowieść człowieka połkniętego przez wieloryba?
Interpretacja dowolna. Czytanie dobrowolne, bo ostatecznie zawsze można książkę zamknąć. Reklamacji za skutki bezwzględnie nie uwzględnia się.

 

Z tą książką jest tak, jak z tymi fraktalami w powyższym filmie. Dla jednych piękno samo w sobie, a dla innych kalejdoskopowy kicz.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Fruwająca dusza – Yoko Tawada

Fruwająca dusza – Yoko Tawada
Przełożyła Barbara Słomka
Wydawnictwo Karakter , 2009, 179 stron
Literatura japońska

   Risui, młoda dziewczyna, zamiast wybrać rolę spełniającej się żony i matki w gronie rodziny u boku męża, wybrała rozwój duchowy. Wykształcenie w szkole prowadzonej przez jej założycielkę Kikyo, która przyjmowała do niej nielicznych. Miała to szczęście być wśród nich, zostać wybraną z wielu. Zdobywała wiedzę wraz z Koseki, Yubihime, Chorei i innymi dziewczętami ze swoimi zaletami, ale i wadami utrudniającymi jej pobyt w szkole o podejrzanym źródle finansowego wsparcia. A i sama Kikyo nie była bez wad. Postrzegały ją jako morowe powietrze przedostające się do serc uczennic, zatruwające je cierpieniem.
To mój prosty opis w zwykłych, lapidarnych słowach kreślących fabułę tej opowieści. W samokrytyce i kontekście piękna wizji zawartej w tej książce, nie boję się użyć nawet określenia – prozaiczno-egzystencjalny. Dokładnie takiego i jest mi z tego powodu żal, że nie mam fruwającej duszy tak, jak główna bohaterka i jej twórczyni, która z tej prozaicznej, obrzydliwie egzystencjalnej fabuły pełnej zawiści, zazdrości, sztywnych zasad i rozpasania ludzkich potrzeb i żądz, uczyniła opowieść magiczną – na poły oniryczną, na poły narkotyczną.
    Wzniosła się pod nieboskłon i spod chmur, ogarniając realny świat szkoły, zwykłe życie uczących się w niej kobiet i ich nauczycielki, zamieniła ją w baśniową krainę z wyjątkowym miejscem Szkoły, położonym w lesie medytacji z jęczącymi drzewami, wśród rozlewisk i moczarów, w którym Rytm czasu zanurza się w stawie, nocne niebo przylega do ziemi. Miejsce, w którym latająca dusza Risui i jej przyjaciółki o pięknie brzmiących imionach Czerwony Kamień, Palec Księżniczki, Poranny Dzwoneczek idą duchową Drogą Tygrysa, zgłębiając jej trzysta sześćdziesiąt Ksiąg i mając nadzieję na ujrzenie go u kresu tej wędrówki. Wtedy Lazur nieba zderzy się z bursztynową barwą ziemi, prąd powietrza wessie słowa, a wszelkie stworzenia: zwierzęta, ptaki i ludzie, przestaną rozróżniać ciepło i zimno, radość i smutek, a Tygrys przemówi. Chwila, dla której młode dziewczyny porzucają domy, a adeptki są gotowe poświęcić całe swoje życie. Do tego celu prowadzi ich pogromczyni Tygrysa, ich mistrzyni, charyzmatyczna Kikyo przypominająca roślinę, która pod dotknięciem palców rozkwita i rozsiewa wokół nasiona. A sama Risui jest w stanie przeżywać erotyczne rozkosze z ideogramem wędrowca i dostrzegać rzeczy, których ja, bez jej daru latającej duszy, nie ujrzałabym nigdy.
    Opowieść tę musiałam czytać powoli, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, by nie umknęło mi piękno i mądrość żadnej myśli, metafory, przesłania, przekazu, skojarzenia, obrazu, wizji, snu, przywidzenia. Bym nie poczuła jak Na dnie oczu rwą mi się sieci, w które łowię litery, ale w pełni odczuła przyjemność piękna tego zdania opisującego proces czytania, a raczej jego niemożność. Nie mogłam szybko przerzucić strony i nie wolno było mi tego robić, gdy napotykałam takie zdanie: Gdy się kogoś zdradzi, jeden kręg w kręgosłupie staje się kruchy. Nie chciałam zmarnować, przeoczyć żadnego wyrażenia. Wiedziałam, że mam przed sobą wyjątkową prozę poetycką, po której myślenia, szukania, porównywania i odkrywania jej znaczeń, sensów, miałam na cały dzień. Nie pozwalałam sobie czytać szybko, bo mogłam zbagatelizować takie rady jak ta: Brzmienie własnego głosu natychmiast przywraca nas do rzeczywistości i porzucamy myśl, która jest nam niemiła.
    Wypróbowałam. Skutkuje!
    Ale oprócz tak bardzo praktycznych wskazówek, otrzymałam odpowiedź na jedno ważne pytanie dotyczące natury ludzkiej: Dlaczego starając się myślą sięgać wysoko do gwiazd, jednocześnie nurzamy się w błocie cielesności?
Czyżby i mnie się udało na moment, na malutką chwilę spojrzeć w oczy Tygrysa?


Pisarka jest znaną w Niemczech artystką. Tutaj mogłam zobaczyć fragment jej twórczości na scenie teatru.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Jestem kotem – Sōseki Natsume

Jestem kotem – Sōseki Natsume
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Książka i Wiedza , 1977 , 501 stron
Literatura japońska

Jestem kotem. Imienia jeszcze nie mam.
Tak intrygująco zaczyna się ta powieść i właściwie tak też się kończy, bo nie otrzymał go nigdy. Wziąwszy pod uwagę specyfikę kuchni kraju, w którym się urodził około roku 1905, a była nim Japonia, koty rzadko szanowano i darzono miłością. Częściej i chętniej zjadano. Przynajmniej tak sądził kot. Bohater i jednocześnie narrator tej powieści, który mając duże szczęście, trafił tuż po narodzinach do tokijskiego domu trzydziestoletniego nauczyciela języka angielskiego o zadziwiającym imieniu – Kushami czyli… Apsik. Wprawdzie niejedzącego kotów, ale za to leniwego, marudnego, kapryśnego, nietowarzyskiego, głupiego człowieka, jak sądził koci bohater, który z kolei uważał siebie za wyjątkową osobowość, niedocenianą przez swojego gospodarza. I chociaż jego wygląd zewnętrzny przypominał kota perskiego – na bladoszarym tle o żółtawym odcieniu są lśniące cętki o kolorze czarnej laki – to wewnętrznie czuł się bardziej człowiekiem wśród ludzi, niż kotem wśród pobratymców, a co trafnie to poczucie rozdwojenia bohatera zilustrował grafik w książce:

 

 

Ale to jeszcze nie wszystko!
Posiadał w ogonie nie tylko władzę bogów japońskich, Buddy, Konfucjusza, miłość i śmierć, lecz także przekazywany z pokolenia na pokolenie cudowny środek omamiający wszystkich ludzi świata oraz najwyższy stopień ewolucji rozwoju mózgu stawiający go nie niżej od uczniów trzeciej klasy szkoły średniej. I tutaj przypomniało mi się, że chyba coś w tym jest, bo znam nauczyciela, który przechwalał się mądrością psa przewyższającą tę u jego uczniów. Widocznie koty też tak mają, bo te wyjątkowe cechy pozwoliły mu na niezauważalne przemieszczanie się po domu gospodarza, zakradanie się do gospodarstw sąsiadów, a nawet na odwiedziny w miejskiej łaźni. A wszystko to w celu zbierania materiału i studiowania ludzi. A najlepszy materiał badawczy otrzymywał podpatrując, jak sam je nazywał, chwile zaburzeń dnia codziennego, jakie dostarczał mu Kushami, jego żona i dwie córeczki oraz ich goście, czujący się przy gospodarzu jak aktorzy na scenie. Obserwowanie zachowań ludzkich i przysłuchiwanie się burzliwym rozmowom oraz dialogom prowadzonym przez filozofa, naukowca, artystę, przedsiębiorcę i kobietę na różne tematy dotyczące kultury, filozofii, społeczeństwa, sztuki, polityki, życia rodzinnego i problemów dnia codziennego, pozwoliło mu na sformułowanie bardzo niekorzystnego wniosku – Im dłużej żyję pośród ludzi i im uważniej im się przyglądam, tym głębiej jestem przekonany, jak bardzo są źli i zepsuci. A o dzieciach lepiej nie mówić.
Ale to nie wszystko!
Z jego kociej perspektywy ludzie są zarozumiali, zadufani w swojej sile fizycznej, niewrażliwi, egoistyczni bardziej niż koty, o uczuciach zmiennych jak pogoda, uparci w niestrudzonym poszukiwaniu nowych cierpień, poza śmiechem z rzeczy niezabawnych i radością bez powodu nic innego nie potrafią robić, wymyślając z nudów zajęcia, na nadmiar których potem narzekają. Jednym zdaniem – człowiek to taka odmiana bałwana, któremu brakuje dwóch nóg.
Po wysłuchaniu tylu nieprzychylnych opinii na temat mojego gatunku, nie potrafiłam się jednak na tego kociaka gniewać. Nawet nie czułam się obrażona. Powiem więcej! Z kociej perspektywy i według kociej logiki, to zwierzątko miało rację! Mało tego, potrafił mnie rozśmieszyć swoimi spostrzeżeniami, zmuszając do myślenia i zastanowienia się. Nie bez powodu uprzedzał mnie – …wcale nie jestem takim lekkomyślnym kotem. Przecież za każdym znakiem, za każda frazą kryje się cząstka wielkiej prawdy, wszystkie litery i wyrazy następują po sobie w określonym porządku, objaśniając i uzupełniając poprzedzające. Jeśli ktoś będzie czytał tę książkę nieuważnie, może sądzić, że to bzdurna historia, zbiór niezrozumiałych słów, by zaraz dodać z tym swoim charakterystycznym poczuciem humoru – …to znaczy, nie należy czytać na leżąco lub co piątą linijkę. Ostatnia uwaga podniosła mnie do pionu z mojej czytelniczej gawry!
Żartuję, żartuję! Ale tak właśnie działał na mnie ten kot!
Autor wykorzystał niezaangażowany, bezstronny, pozaludzki pryzmat kociego spojrzenia, by nie tylko ukazać skomplikowaną i pełną sprzeczności naturę człowieka jako takiego, ale i ludzkości w ogóle, by ostatecznie i docelowo skoncentrować się na społeczeństwie japońskim. Poprzez satyrę, kpinę, cynizm i żart graniczący z groteską, wytknął w sposób humorystyczny wady współczesnych mu rodaków, a szczególnie bezkrytyczną fascynację cywilizacją europejską i amerykańską oraz ślepe jej naśladownictwo. W swoich rozważaniach posunął się nawet do naszkicowania proroczej wizji przyszłych pokoleń, wśród których ilość samobójców będzie wzrastać, życie dla nich stanie się cierpieniem, a śmiertelną bronią o ogromnej sile rażenia będzie wysublimowane szyderstwo, egoizm indywidualności powiększy izolację jednostki, burząc, niszcząc i zrywając więzi rodzinne oraz społeczne, doskonalenie ducha zastąpi myślenie o zysku i stracie, a mężczyźni staną się kalekami, dziećmi skrępowanymi grzechami cywilizacji pośpiechu i sukcesu.
Z perspektywy ponad wieku, jaki upłynął od momentu napisania tej powieści satyrycznej w 1905 roku, muszę przyznać, że literackie proroctwo spełniło się w dużej części, ale jej końcowa, groteskowa wizja śmierci całej ludzkości jeszcze przed nami, jeśli ludzkość nie wróci na drogę pogłębiania wartości duchowych. To dlatego powieść z kryptokrytyką japońskiej klasy średniej i warstwy inteligencji cieszyła się ogromną polarnością za życia pisarza (był drukowany na bieżąco, w odcinkach, w czasopiśmie Hototogisu), a i teraz jej uniwersalne przesłanie nadal przemawia do wielu czytelników na całym świecie.
Talent literacki i mądrość autora Japończycy docenili, umieszczając jego podobiznę na banknocie,

 

Wikipedia

 

a czytelnicy swoją sympatię i poczucie humoru, czyniąc z tego banknotu bardzo pomysłowe, kocie origami.
Po takiej lekturze, nie wypadało mi zakończyć poważnie.
No, nie wypadało!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Czarny deszcz – Masuji Ibuse

Czarny deszcz – Masuji Ibuse
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Książka i Wiedza , 1971 , 331 stron
Literatura japońska

W Kobatake było ponad dziesięć osób cierpiących na chorobę atomową, ale do dziś przeżyły zaledwie trzy, między innymi Shigematsu.
To duże szczęście, bo 6 sierpnia 1945 roku, kiedy na Hiroszimę Amerykanie zrzucili bombę atomową, był tam. Prawie pięć lat po wojnie nadal żył. A mimo to nie miał poczucia spokoju. Nosił w sercu ciężar, którego przyczyną była kuzynka Yasuko. Dziewczyna, która według opiekuna i jego żony Shigeko, powinna wyjść już za mąż. Jednak, kiedy dochodziło do rozmów na ten temat z rodziną kandydata na męża, zawsze pojawiała się niszcząca plany plotka o rzekomej chorobie atomowej Yasuko. Na nic się zdawały tłumaczenia i wyjaśnienia, że dziewczyna w momencie tragedii przebywała poza miastem o ponad dziesięć kilometrów od centrum wybuchu. Aby udowodnić ten fakt, Shigematsu postanowił sporządzić kopię dzienników, swojego i Yasuko, które prowadzili w tamtym traumatycznym czasie, by przekazać je swatce.
I w tym momencie kończy się fabuła powieści podyktowana wyobraźnią autora.
Wokół motywu zamążpójścia podopiecznej małżeństwa Shigematsu i Shigeko, autor zbudował naturalistyczny obraz piętnastu dni tragedii Japończyków. Przez dwa lata zbierał materiały, przeczytał wszystkie dostępne dzienniki i relacje świadków, wysłuchał opowieści ludzi – jak przeczytałam w nocie od tłumacza. Zgromadzone i poznane dane oraz fakty wplótł w powieść jako osobisty dziennik Yasuko, Pamiętnik ofiar bomby atomowej Shigematsu, notatkę Shigeko Jak się odżywialiśmy w Hirosimie w czasie wojny oraz rękopis Kronika zniszczenia Hirosimy, spisana przez Iwatake Hiroshi z rezerwowej wojskowej służby medycznej. Dzięki temu zabiegowi odtworzył w formie powieści dokumentalnej dzień po dniu, dokładnie i ze szczegółami koszmar momentu wybuchu bomby, jej wygląd, zachowanie i niesiony przez nią śmiertelny, czarny deszcz, reakcje Japończyków, tragedię ofiar, próby wyjaśnienia zdarzenia oraz usilnego powrotu do normalności.
To były przerażające opisy!
Przekazane z naturalistyczną dokładnością. Silnie oddziaływające emocjonalnie. Cierpienie, ból, dezinformacja, załamania psychiczne, śmierć, odór i widok trupów, które zaścielały ziemię tworząc koszmarną mozaikę; jedne spalone do kości w górnej części ciała, z innych nie pozostało nic poza jedną ręką i jedną nogą, inne znowu leżały twarzą do ziemi ze spalonymi całkowicie nogami. Niosła się od nich jakaś dziwna, nieznośna woń. A wśród nich błądzące na wpół żywe, dużo bardziej przerażające człekokształtne istoty, których ciała do złudzenia przypominały grzebień indyka, a skóra odpadała całymi płatami podobnymi do kartek przetłuszczonego papieru.
I najbardziej smutne – nieświadomość zabójczego promieniowania.
Ludzie, w poszukiwaniu najbliższych, masowo udawali się do Hiroszimy, ulegając napromieniowaniu, by po powrocie na prowincję – umrzeć. Umierali również ci, którzy zawodowo nieśli pomoc ofiarom – lekarze, pielęgniarki i ratownicy. Autor w swojej relacji dociera wszędzie. Wplatając w opowieść historie, losy i wypowiedzi postaci drugoplanowych, ukazuje różne postawy ludzi w traumatycznej i skrajnej sytuacji oraz ich różnorodne zachowania w momencie trudnych wyborów moralnych. Od altruistycznych po bardzo egoistyczne. Autor ich jednak nie ocenia, nie piętnuje i nie krytykuje. Tak obiektywnie buduje każdą trudną sytuację, by czytelnik również miał problem z oceną moralną postępowania poszczególnych osób. Stara się być bezstronnym obserwatorem i posłańcem opisywanej tragedii, licząc na zbudowanie przez czytelnika jednego wniosku – nigdy więcej wojny. To swoje przesłanie podkreśla tylko w dwóch momentach, wkładając do ust Iwatake dwa zdania – Nawet „niesprawiedliwy pokój” lepszy jest od tak zwanej sprawiedliwej wojny oraz Ten szum w uszach nie ustaje ni dniem, ni nocą, dudni w nich coś nieprzerwanie jak pogłos gongu w odległej świątyni buddyjskiej, który dla mnie brzmi niby dzwon ostrzegawczy, wołający o zakaz broni atomowej.
Te dwa niepozorne zdania są jak serce dzwonu w tej powieści, które nieustannie bijąc, nie pozwalają zapomnieć o konsekwencjach ewentualnej wojny jądrowej.
Warto się w nie uważnie wsłuchać.

Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Tutaj obejrzałam film dokumentalny o Hiroszimie, a potem film Kuroi Ame inspirowany powieścią Czarny deszcz.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: