Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Stary Hotel – Katarzyna Pylak

7 kwietnia 2019

Stary Hotel – Katarzyna Pylak

Wydanie własne , 2019 , 214 stron

Trylogia Saga ; Tom 1

Literatura polska

   Otrzymałam zaproszenie!

   Na spotkanie z autorką debiutanckiej powieści. Z ciekawością zajrzałam do środka w poszukiwaniu biogramu, a tam intrygująca informacja – „Artystka. Krawcowa, która postanowiła uwiecznić na kartach papieru część swoich wizji i snów.” Znałam autorkę. Korzystam z usług jej pracowni krawieckiej, którą nazwała Pracownią Artystyczną, bo nie ogranicza się tylko do szycia zwykłych rzeczy. Potrafi wyczarować stroje nawet z czasów średniowiecza. Na spotkanie również przyszła w sukni przez siebie wykonaną, a zaprojektowaną przez jej córkę.

   Skąd u autorki sentyment do epoki minionej do tego stopnia, że akcje powieści umieściła w 1895 roku? To jedno z pierwszych pytań, jakie zadano na początku spotkania. Autorka szczerze przyznała, że nie wie skąd u niej to rozmiłowanie w czasach przeszłych, ale wie, że tak czuje i dokładnie te emocje przekazuje poprzez szyte suknie, napisaną książkę, ale także poprzez styl życia i sposób kreowania rzeczywistości wokół siebie, widoczny w urokliwych, czarownych i klimatycznych zdjęciach umieszczanych na fejsbukowym profilu Fabryka Marzeń.

   Lubi tworzyć!

   Jej powieść również powstała samodzielnie, a raczej rodzinnie, bo pomagali jej mąż i córka. Od grafiki, zdjęć ilustrujących tekst, skład i łamanie, po projekt i uszycie okładkowej sukni, której pomysł i kunszt wykonania mogłam podziwiać z bliska podczas spotkania.

   To kompleksowe podejście w samodzielności miało plusy i minusy.

   Ogromną zaletą powieści był pomysł na fabułę, oparty na wizjach, które gdzieś, przy okazji czegoś, pojawiały się w umyśle autorki. Widziana oczami wyobraźni postać schylająca się do kamienia, spod którego wyjmuje klucz, była wystarczającym impulsem, by wokół tej sceny obudować historię tytułowego hotelu, do którego przybyła główna bohaterka – Konstancja. Dziewczyna, której świat rozpadł się na drobne kawałeczki wraz ze śmiercią ojca. Przed odejściem wyznał jej skrywaną i pilnie strzeżoną, rodzinną tajemnicę o jej pochodzeniu. Grób jej rzekomo zmarłej matki, który systematycznie wraz z ojcem odwiedzała, okazał się fikcją. Ojciec poprosił ją, by porzuciła Wołyń i wróciła do Wierzchowisk w Lubelskiem. Do miejsca, skąd pochodzi i gdzie znajdzie odpowiedzi na coraz liczniejsze pytania o przeszłość i tożsamość, które zaczęły się lawinowo pojawiać. Stary Hotel ukryty w zaniedbanej posiadłości krył w sobie kolejne tajemnice, które ktoś za wszelką cenę chciał nadal pozostawić w ukryciu. Śledztwo, jakiego podjęła się Konstancja wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi, stwarzało niebezpieczne sytuacje dla ich życia, rozładowywane humorem sytuacyjnym i słownym. Jedna z takich komicznych scen miałam przyjemność odczytać zgromadzonym gościom.

Świetnie poprowadzone, żywe, błyskotliwe dialogi dodawały dynamiki wydarzeń. Były one jednak zbyt dominujące w powieści. Czasami akcję budowały tylko ich kolejne sekwencje, przenosząc mnie gwałtownie z miejsca na miejsce lub w nową sytuację. Miałam wrażenie, że nie czytam powieści, ale scenariusz. Zaledwie szkic do niej. Czasami o tym, kto z kim rozmawia, dowiadywałam się w trzeciej lub dalszej wypowiedzi. Brakowało mi bardzo między nimi spoiwa w postaci opisu wprowadzającego w nowe miejsce, przygotowującego do zmiany otoczenia lub chociażby komentarza charakteryzującego postać – jego strój, wygląd fizyczny, sposób poruszania się, nastrój, wykonywane gesty czy mimikę twarzy jako uzupełnienie wypowiadanych słów. Trochę przypominało mi to papierową wersję audiobooka, który czytałam sobie sama, ale też sama musiałam dopowiadać nieokreślone okoliczności i domyślać się niewypowiedzianego.

   Poważnym błędem było również niepoddanie treści fachowej korekcie.

   Liczne błędy stylistyczne, gramatyczne, ortograficzne, a przede wszystkim interpunkcyjne obniżyły moją estetykę odbioru i komfort płynnego czytania. Nieustannie „potykałam się”, zmuszona ponownie czytać zdanie, by uchwycić jego sens. Tutaj, jak nigdzie, doceniłam ogromną rolę i wartość przecinków w zdaniu. Na szczęście autorka miała tego świadomość. Jeszcze większe, że była podatna na sugestie i rady, które, jak mówiła, uwzględni w kolejnym tomie – Wierzchowiska. Stary Hotel to pierwsza część trylogii z ogromnym potencjałem wyobraźni przenoszącej w świat minionej epoki, w której Konstancja nie boi się realizować własnych marzeń i łamać społeczne konwenanse XIX wieku. Dla mnie to alter ego autorki przeniesione w czasie, która współcześnie również nie boi się realizować własnych marzeń, wymykając się zaszufladkowaniu.

   Po prostu Artystka!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: ,

Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk

21 marca 2019

Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk
Przełożyła Danuta Chmielowska
Wydawnictwo Literackie , 2007 , 593 stron
Literatura turecka

   W ciekawy wątek kryminalny i irytujący wątek miłosny, autor wprowadził mnie w fascynujący świat dziejów miniatury tureckiej. Moja wiedza na ten temat była tak mała, że aż obraźliwa, a prorocze słowa jednego z bohaterów, że Po upływie stuleci oglądający świat przedstawiony na naszych ilustracjach niczego nie zrozumieją. Pragnący przyjrzeć się im uważniej, lecz pozbawieni cierpliwości (i dodam od siebie – wiedzy) nigdy tak naprawdę nie odnajdą sensu tych miniatur, dotyczyły właśnie mnie.
   Oglądane przeze mnie, zupełnie przypadkowo, miniatury arabskie, odbierałam jako prymitywne, płaskie, wykonane niemalże ręką dziecka.
   O moja żeż ignorancjo!
   One musiały być właśnie takie, a ich forma była podyktowana zasadami religijnymi. Miniatura nie istniała samodzielnie jako obraz, była tylko ilustracją tekstu w manuskrypcie. Brak perspektywy w rysunku, linii horyzontu był boskim widzeniem świata, w którym nikt i nic nie zajmował centralnego miejsca. Złamanie tych reguł było równoznaczne z zaprzeczeniem boskiej jedyności. Tylko Bóg mógł tworzyć, a człowiek jedynie odtwarzać jego dzieła. Sam styl iluminacji był stały, wręcz szablonowy, dopóki istniał warsztat go tworzący. Na jego czele stał mistrz, potem kilku starszych, najbardziej utalentowanych uczniów, a za nimi uczący się adepci tej sztuki. Wiedzę zdobywali od dziecka przez całe życie, często przy pomocy pięści lub kija, aby diabeł lenistwa odrodził się jako dżin inspiracji. Rysunków nie wolno było podpisywać, ponieważ były efektem pracy kilku osób. O ich pochodzeniu świadczył styl danego warsztatu i jego mistrza, na który pracował cały zespół. Talent miniaturzysty nie był najważniejszym w iluminacji. Równie ważna była jego moralność gwarantująca zachowanie reguł sztuki ilustracji. O jego mistrzostwie przede wszystkim decydowała umiejętność przedstawiania emocji w danej scenie, nie poprzez przedmioty, rośliny, zwierzęta czy ludzi. To precyzja i ilość szczegółów wyrażała cierpliwość i gorliwość, intensywność i dobór barw – miłość i gniew, subtelność kreski – tęsknotę czy smutek. Sława twórców była ograniczona, bo iluminacje były zamawiane przez sułtanów, szachów i paszów, do których dostęp mieli nieliczni i przemijała tak szybko, jak szybko ulegały zapomnieniu lub zniszczeniu manuskrypty. Ich jedyną nagrodą była ślepota jako boskie uznanie talentu.
   Dobrze znać Leonardo da Vinci i dobrze wiedzieć kim byli mistrzowie z Heratu tak pięknie przedstawiający miłość Chosrowa do Szirin. Przeglądając galerię miniatur arabskich, widzę to piękno w szczegółach, w kresce, w barwach i jednocześnie w ogromnym szacunku wobec Boga.

Nazywam się Czerwień [Orhan Pamuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Uciekinierka z San Benito – Chufo Llorens

Uciekinierka z San Benito – Chufo Llorens
Przełożyła Alicja Noworyta
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz , 2010 , 832 strony
Literatura hiszpańska

Przedsmak tego, co mnie czeka, poczułam, kiedy zobaczyłam napis na banderoli okalającej tę opasłą książkę:

 

 

A potem informację na tylnej okładce o jej duchu utrzymanym między innymi w tonie Katedry w Barcelonie Ildefonsa Falconesa, czytanej wieki temu, ale zapamiętanej przeze mnie jako dobrą powieść historyczno-przygodową. To mi wystarczyło, żeby na horyzoncie mojej wyobraźni zaczęła się wyłaniać siedemnastowieczna Hiszpania, a wraz z pierwszymi czytanymi zdaniami, mury klasztoru San Benito, a po naszemu Świętego Benedykta, gdzieś na prowincji, po której roznosił się dźwięk bijącego dzwonu. Coraz głośniejszy, wieszczący śmierć jego przeoryszy, by dokładnie taką samą sceną, jak szeroką klamrą jednego życia, zamknąć to przyjemnie obfite tomisko.

 

 

Ale to, co najważniejsze, działo się pomiędzy tymi wydarzeniami. A sądząc po grubości trzonu książki, czekało na mnie tysiące kilometrów przygód wywołanych, kuszonych, prowokowanych na własne i nie własne życzenie przez Catalinę, główną sprawczynię zawirowań, której życie zdeterminował jej osobisty, rodzony, żeby nie powiedzieć wprost – egoistyczny ojciec, już w momencie jej nieproszonego przyjścia na świat. Miała to nieszczęście urodzić się czwartą z kolei dziewczynką w rodzinie hidalgo (hiszpańskiego szlachcica) oczekującego męskiego dziedzica, który w zmowie z siostrą, ówczesną przeoryszą klasztoru Świętego Benedykta, zamienił noworodki. Córkę na chłopca akurat znajdującego się pod opieką sióstr zakonnych. A zrobił to tak sprytnie, pomysłowo i przebiegle, że tajemnica pochodzenia Cataliny długo musiała czekać na jej ujawnienie, pomimo posiadania wyraźnego znamienia dziedziczonego w rodzinie hidalgo. Pomocnego w identyfikacji tożsamości, ale jednocześnie szatańskiego znaku w postaci oka z trzema łzami wymienianego w księdze inkwizytorów, na nieszczęście dla niej, posiadanego również przez wysoko postawioną osobę w hierarchii kościelnej, mającej jeden cel – wziąć odwet i samemu wyjść z tego bez szwanku. Nic i nikt nie może stanąć mu na drodze po kapelusz kardynalski. Święta Inkwizycja za takimi osobami wysyłała bezwzględnych, bezlitosnych w swoim rzemiośle przedstawicieli Kościoła, niezmordowanie wyszukujących, oskarżających i demaskujących przyszłe ofiary stosów.
Nie był to jednak jedyny wątek tej powieści.
Intrygi, podejrzenia, pułapki, wspólnota interesów i wzajemnych uprzejmości, walka o wpływy, znajomości sięgające aż otoczenia króla dyktowane przez pragnienie władzy, chciwość dóbr materialnych i żądze cielesne plotły coraz gęściejszą, lepką od niskich pobudek, sieć wokół najbardziej niewinnej postaci, jaką była dorastająca w klasztorze i nieświadoma jej niewidzialnych nici Catalina. Coraz bardziej przez nią oplątywana, osaczana i doprowadzająca do splotu wydarzeń, wymuszających jej ucieczkę z klasztoru, w którym interesów więcej niż na dworze królewskim, by prosperować przy władzy, i więcej ambicji, by nosić bengala (buława), niż chęci do modłów i pokut, a w dalszej konsekwencji ucieczkę również przed Świętą Inkwizycją. Od tego momentu opowieść nabrała tempa, a moja uwaga skupiona dotychczas na polityce pokrętnej dyplomacji, w której królowała zasada, że zarówno na wojnie, jak i w czasach pokoju zawsze triumfuje ten, kto jest lepiej poinformowany, bo im więcej wiemy o drugiej osobie, tym mniej zaskoczy nas jej reakcja, została całkowicie pochłonięta przez losy nastoletniej uciekinierki, tułającej się po hiszpańskich bezdrożach i lasach, jeżdżącej z cygańskim taborem, pracującej jako paź w zamożnym domu, mieszkającej w madryckim przybytku uciech, występującej jako komediantka, by oczywiście między ucieczką a ukrywaniem się w męskim przebraniu, pokochać Diego miłością tak bolesną, że aż duszącą. A ponieważ w młodości seks ciągnie mocniej niż zaprzęg wołów, to jej siedemnaście lat uparcie domagało się swej porcji przeżyć wplątując ją w coraz bardziej niebezpieczne wydarzenia. Ale ukochany widział w niej niestety tylko dobrego druha, wyłącznie przyjaciela i przede wszystkim chłopca.
I cały ten ciężar na barkach młodziutkiej, samotnej dziewczyny z tropiącymi psami gończymi Świętej Inkwizycji zawsze o krok z tyłu!
I o ile tło społeczno-polityczne zostało odmalowane z ogromnym rozmachem, z dbałością o szczegóły wystroju wnętrz czy to domu szlacheckiego, klasztoru, teatru, burdelu czy karczmy, z dokładnymi szkicami strojów ludzi pochodzących z różnych warstw społecznych, z opisywaniem zwyczajów i obyczajów ówczesnych Hiszpanów włącznie z walkami byków i posiłkami zarówno na stole bogatego jak i biednego obywatela, o tyle koniec historii mocno mnie rozczarował. Nie wybaczę tego autorowi! Nie jestem w stanie przebaczyć zawodu jaki zrobił Catalinie i mnie. Do końca łudziłam się, że to jakiś żart, nieporozumienie, pomyłka! Przecież nie tak kończą się takie piękne historie! Jak było można po tylu latach cierpienia, uciekania, walki o tożsamość, wymykania się śmierci, życia będącego właściwie rozpaczliwą chęcią przetrwania pozostawić…
Ech, szkoda słów! I jeszcze te bijące dzwony na zakończenie, wieszczące śmierć.
Żal, no żal, że to TAKI koniec i że W OGÓLE koniec historii.
No żal…, ale książką rzucać nie będę. Mogłabym jej gabarytami kogoś przygnieść niechcąco i żal byłby jeszcze większy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Więzień – Jesús Sánchez Adalid

Więzień – Jesús Sánchez Adalid
Przełożyła Magdalena Adamczyk
Wydawnictwo Bellona , 2011 , 671 stron
Literatura hiszpańska

Gdybym miała zapoznać kogoś z historią szesnastowiecznej Hiszpanii w sposób przystępny, przyjemny, wyczerpujący wszechstronnie tematykę i przede wszystkim wiarygodny, podsunęłabym mu tę książkę zamiast podręcznika czy przewodnika turystycznego. Pod postacią niewinnie brzmiącego gatunku literackiego kryje się niemalże encyklopedyczna wiedza o tym kraju pod panowaniem Karola V i jego następcy Filipa II.
Jak sam autor wspomniał, chciał napisać tylko o powszechnym zjawisku mauretańskiej niewoli w wyniku wojen (stąd nawiązujący tytuł książki), jakie miało miejsce właśnie w tym okresie hiszpańskiej historii, ale temat był tak rozległy, złożony i powiązany ściśle z ówczesna polityką państwa, że w efekcie powstała opowieść o tamtych czasach z oprowadzającym po nich przewodnikiem Luisem Marią Monroyem de Villalobosem. To jego postać była świadkiem, a zarazem uczestnikiem wydarzeń historycznych opisywanych przez autora. To jego los stał się ilustracją życia dobrze urodzonego mężczyzny na tle dziejów państwa. To dzięki jego osobie mogłam wejść do domu szlacheckiego. Przyjrzeć się ideałom towarzyszącym wychowywaniu dzieci i planowaniu ich przyszłości, tak różnej dla chłopca i dla dziewczynki, poprzez aranżowanie małżeństw, oddanie na służbę do zamożnego szlachcica lub króla czy wysłanie do zakonu. Prawu dziedziczenia nie tylko majątku, ale i ideałów, których próbę osiągania młody Luis obserwował u dziadka, a potem u ojca, by móc nareszcie samemu pójść w ich ślady. Przyjrzeć się strojom kobiet i mężczyzn nie tylko w Hiszpanii, ale i cudzoziemskiej szlachty we Francji, Włoszech czy na egzotycznych wyspach Afryki zamieszkanych przez Saracenów, szczodrym w klejnoty, bogate materie, jedwab, (…) wysadzane złotogłowia, kunsztowne fryzury i dodatki zdobiące pełne przepychu (…); płaszcze, gorsety wysadzane szlachetnymi kamieniami, krynoliny, wykrochmalone białe kołnierze, jaskrawe wstęgi, kapelusze z piórami, berety, aksamitne czepce oraz ozdobne łańcuchy i odznaki zakonów rycerskich. Zbliżyć się do świty króla Karola V, by przyjrzeć się jego osobie, zajrzeć mu do prywatnych komnat, dowiedzieć się na co chorował, dokąd jeździł, w co się ubierał, jak i co jadał. Wreszcie poznać istotę jego polityki, opartej na dwóch filarach, sformułowanych przez biskupa Mota: oddalić wielkie choroby naszej chrześcijańskiej religii; rozpocząć działania przeciwko niewiernym wrogom naszej świętej katolickiej wiary! i zrozumieć dlaczego ówczesna Hiszpania pełna była błędnych rycerzy walczących z wiatrakami, których uosabiał w ówczesnej literaturze Don Kichot z La Manczy Miguela de Cervantesa, rzucających się w wir bitew, gdzie ludzie paleni żywcem, wrzucani do kotłów z wrząca oliwą, nabijani na pal, zamurowywani, obcięte głowy, języki i uszy, wyłupione oczy byli dla rycerzy normalnym i powszechnym widokiem, a dla biednych ludzi przejście wojska, niegodziwe czyny żołnierzy i egoizm władców oznaczały jedynie nędzę i poniżenie. To też pierwsza dla mnie powieść historyczna, w której autor ucząc Luisa gry na vihueli, zapoznał mnie tak szczegółowo z muzyką i instrumentami tamtych czasów, tworząc swoistą ścieżkę dźwiękową tej powieści.
Moje początkowe rozczarowanie, że nie jest to przede wszystkim powieść przygodowa, powoli, w miarę czytania, zamieniała się w zainteresowanie panoramą tego okresu historycznego i w podziw dla pomysłu pisarza, który by móc opisać Hiszpanię tak szczegółowo i wszechstronnie od strony polityki, kultury, demografii i gospodarki, wykorzystał powolne dorastanie głównego bohatera najpierw w domu rodzinnym, potem na zamku wysoko postawionych krewnych, poprzez służbę jako królewski rycerz i karierę w wojsku zaciężnym jako dobosz, by w wieku lat dziewiętnastu zaprowadzić go do niewoli mauretańskiej na Dżerbie, z której wcześniej wrócił chory psychicznie jego dziadek i gdzie zginął w walce, za wiarę i królewskie ideały, jego ojciec. Pokusiłam się nawet o prześledzenie na mapie tej wędrówki wokół basenu Morza Śródziemnego, otrzymując taki oto obraz:

 

 

Autor bogactwo wiedzy o tej epoce czerpał ze źródeł historycznych. Ich wybór, a także autentyczność opisywanych wydarzeń i postaci potwierdził w dopełniającym dodatku umieszczonym na końcu książki. Tę wiarygodność zapewniła książce również osoba redaktora merytorycznego, wymieniona ma odwrocie karty tytułowej.

 

 

Na okładkowym skrzydełku wydawca zapowiedział wydanie kolejnych pozycji kontynuujących losy Luisa, a tym samym opowieść o historii Hiszpanii, tak innej od tej podręcznikowej, stawiającej mnie w samym środku rozgrywanych wydarzeń przepełnionych ideałami, ale również i tych realnych, okrutnych, związanych z wojną. Jestem bardzo ciekawa jak Luis skonfrontuje własną niewolę u Saracenów z tą z opowieści ludzi uwolnionych, o jakiej słyszał będąc małym chłopcem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Excalibur – Bernard Cornwell

Excalibur – Bernard Cornwell
Przełożył Paweł Korombel
Instytut Wydawniczy Erica , 2011 , 566 stron
Trylogia Arturiańska ; Tom 3
Literatura angielska

Trzecia część trylogii urzekła mnie przede wszystkim scenami batalistycznymi. To nie znaczy, że walk i wojennych starć nie było w Zimowym monarsze czy Nieprzyjacielu Boga. Były. Nawet sporo. Ale tutaj autor osiągnął wyżyny mistrzostwa w ich kreśleniu i gdyby słowa miały moc pędzla, powstałyby obrazy podobne do Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki.
Tutaj było to starcie wojów Artura z saksońską armią, zainspirowane bitwą mającą potwierdzenie w źródłach historycznych, o czym wspomina autor w posłowiu, chociaż samo miejsce geograficzne jej stoczenia już nie było tak jednoznacznie określone. Kunszt przekazu jej przebiegu nie ograniczał się tylko do scen walki, opisanych bardzo realistycznie, w których czułam ścisk napierających ciał, rzężący oddech wroga, zapach krwi, smród wyprutych jelit, odór potu, uryny i kału tłoczących się wokół mężczyzn i koni, ale i ogromnej wiedzy na temat ówczesnej taktyki prowadzenia bitew, noszonego oręża, ubioru, zbroi, obyczajów odczyniania uroków i rzucania klątw przez druidów walczących stron, gdzie umiejętności zastraszania, tworzenia spektakli poniżających wroga, łącznie z wzajemnym oddawaniem moczu i obnażaniem genitaliów, miały takie samo znaczenie, jak odwaga wojów czy liczebność armii. I nie miało znaczenia dla pisarza czy opisuje walkę kilku tysięcy włóczników, czy pojedynek dwóch mężczyzn. W tym drugim przypadku sugestywnie zaznaczał to, czego nie było można zobaczyć w bitwie. Kunszt tańca walki, wpatrzonych w siebie z ogromnym skupieniem dwóch przeciwników, w którym precyzja ruchów, ułożenie ciała, postawienie kolejnego kroku, ilości i szybkości następujących po sobie pchnięć mieczem, decydowała o kalectwie, życiu lub śmierci. A kiedy jeszcze autor pozwolił mi oglądać walkę z Liofą oczami Derfela, poznać jego myśli układające taktykę kolejnych posunięć, poczuć strach, pot spływający po twarzy, zobaczyć szczegóły, na które nie zwróciłabym uwagi, musiałam po cichu tłumaczyć sobie uspokajająco, że przecież Derfel nie może zginąć, bo kto opowiadałby dalsze dzieje Artura i jego wojowników? Ale budowane napięcie, wprowadzające uczucie niepewności, natychmiast podsuwało mi kontrargument – zginąć nie, ale okaleczyć może. Brzmiało to zawsze złowrogo. Więc, mimo wszystko, bałam się, walcząc jednocześnie z chęcią zajrzenia na koniec każdej takiej sceny, by mieć pewność, czy mój Derfel i tym razem wyjdzie cało z pojedynku.
Ale nie tylko bitwą i szczękiem oręża karmił się mój umysł w trzeciej części arturiańskich dziejów, bo jak powiedziała królowa Igraine – Nie każdy uwielbia słuchać o włóczniach i zabijaniu, Derflu. Męskie opowiastki często szybko robią się strasznie nudne, a wątek miłosny jest wrogiem nudy.
Był więc i taki.
Chociaż trudno nazwać go klasyczną miłością po zdradzie Artura przez Ginewrę. Raczej miłością zranioną, z którą trudno żyć, a jeszcze trudniej bez niej, trafnie ujętą i określoną jednym zdaniem przez samą zdradzającą – Nienawidzę i kocham, cierpię. Jednak, jak naprawdę było, nie wiedział tego nawet Derfel.
Polubiłam tego woja, mimo że kąpał się raz w roku i bzdurzył czasami, jak mawiał Merlin. Skromnego narratora, wielkiego woja, szlachetnego człowieka, kochającego męża i ojca, który przez trzy części opowieści pisał co widział, czemu świadkował. Bez upiększeń, bez tworzenia historii na podstawie domysłów. Miało to swoje dobre i złe strony, bo wprawdzie nie zaprowadził mnie do alkowy Artura i Ginewry, nie pokazał wewnętrznych rozterek i bojów moralnych głównego bohatera spisanych dziejów, pozwalając mi oceniać je tylko po jego decyzjach i czynach, to jednak dał mi to wszystko ze swojego życia. I jest w tej pobocznej postaci ziarno prawdy, ponieważ jeden z wojów Artura, jak potwierdzają źródła historyczne, na które powołuje się autor, został mnichem.
Inną rzeczą jest fakt, że to co stworzył Derfel, spisując dzieje arturiańskie w języku saksońskim, zostało przetłumaczone na polecenie królowej Igraine, na język Brytów, nadając mu przy okazji subiektywne spojrzenie protektorki, nową oprawę. Bardziej błyszczącą, szlachetną i upiększoną. Bliższą ideałowi niż realnej rzeczywistości. Bardzo dobrze znanej nam wersji współczesnej. W ten sposób pisarz pokazał proces tworzenia mitów i legend, ubarwianych przez kolejne pokolenia i komponowania pieśni na zlecenie i za pieniądze sławiących odważne czyny w bojach, w których opiewany bohater niekoniecznie uczestniczył.
A samo zakończenie dziejów?
Zaskakujące i pozostawiające mi szerokie pole wyobraźni, na którym mogłam dopowiedzieć sobie tyle, ile chciałam i tak, jak chciałam, by za każdym razem mogło ono być prawdopodobne. Jedno wiem na pewno. Po TAK ukazanej wersji historii Artura, których dotychczas pojawiło się bardzo dużo, trudno będzie mi wpaść w podobny zachwyt podczas czytania lub oglądania kolejnej odsłony. Pisarz swoim następcom pozostawił bardzo wysoko położoną poprzeczkę. Może mu dorównać reżyser, jeśli stworzy film na podstawie tej trylogii. Bardzo bym chciała, żeby to był Zack Snyder, reżyser filmu 300. Byłabym spokojna o poziom ekranizacji w każdym aspekcie jej wymiaru.

Książkę otrzymałam od portalu Przy Kominku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Nieprzyjaciel Boga – Bernard Cornwell

Nieprzyjaciel Boga – Bernard Cornwell
Przełożył Jerzy Żebrowski
Instytut Wydawniczy Erica , 2010 , 550 stron
Trylogia Arturiańska ; Tom 2
Literatura angielska

I polały się łzy!
Męskie!
Ci zahartowani przez życie i w ciężkich bojach pól bitewnych śmierdzących potem, krwią i ekskrementami strachu o honor, prawdę, przysięgę, dziedzictwo i miłość kobiety… płakali. A okazji do szklenia męskich oczu bohaterów powieści autor stwarzał tyle, ile bezlitosne życie potrafi unieść i rzucić człowiekowi pod nogi, by patrzeć z satysfakcją jak je zwycięsko przekracza lub łamie sobie nogi i serce albo, w bezsilności niemocy, właśnie płacze. W obliczu utraty przyjaciela, ukochanego dziecka, zawodu na politycznym sojuszniku, krzywdy bliskich, zdradzonej miłości lub jej nieoczekiwanego spełnienia się czy wyboru miedzy lojalnością wobec przyjaciela a obowiązującym prawem królewskim, wzmocnionym złożoną przysięgą. Jednak okazywanie w ten niepopularny sposób emocji, nie było dla mnie wadą.
Wręcz przeciwnie.
Autor konsekwentnie zamieniał pomnikowy spiż wielkich, niezwyciężonych, silnych, niezłomnych wojowników na człowieczeństwo z prawem do wzruszeń, do walki z własnymi emocjami, a łzy pojawiające się w takich momentach na męskich policzkach, nie zaliczałam do wad. Nauczyły mnie tego zaprzyjaźnione nastolatki, które z wyjazdu do Szwecji, nie obdarzyły szczerym zachwytem i największym podziwem zdrowego stylu życia, powszechnej znajomości angielskiego, nacisku na ochronę przyrody czy chociażby piękna zabytków, ale umiejętność mówienia, okazywania uczuć i braku wstydu przed łzami szwedzkich chłopców. Przy pożegnaniu tylko polscy chłopcy mieli suche oczy i wyraz zażenowania na twarzy.
Dlatego jestem wdzięczna autorowi za obalanie mitu silnego mężczyzny i słabej kobiety pod hasłem – Mężczyźni nie płaczą! I o ile mężczyznom przydał trochę łez, o tyle niewiastom ich ujął. To żona, matka, siostra, kochanka, a nawet niewolnica była tą wspierającą w trudnych chwilach, radzącą w wyborze słusznej drogi postępowania, kojącą ból zadany przez przyjaciela i odganiającą strach oraz lęk przed kolejną bitwą. Kobieta płakała bardzo, bardzo rzadko. Owszem, krzyczała, drapała, wyzywała, kopała, rzucała klątwy, skomlała z bólu, nawet błagała i mordowała w obronie własnej, ale łzy nie były jej charakterystyczną cechą, nieodłącznym atrybutem, jaki przypisuje się współcześnie. Czasy tak mroczno-pięknie opisane przez autora hartowały zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Zawłaszcza kobiety.
Co nie przeszkodziło mi zupełnie popłakać razem z Arturem nad losem Tristana i Izoldy. Nad historią zakazanej, a przez to rozdzierającej serca kochanków, moje oraz Artura, miłości miedzy pasierbem a macochą, synem króla a żoną króla. Tragiczną historią wplecioną w arturiańskie dzieje. Takich znanych motywów z przekazów historycznych i literackich autor włączył do powieści sporo, wykorzystując legendy, podania, mity czy kruche wątki ujęte w źródłach historycznych, tworząc osobne rozdziały im poświęcone, pełne niebezpiecznych, przepełnionych magią przygód. Otoczką tajemniczości, głównie tworzoną przez Merlina, ogarniętego obsesją poszukiwania Skarbów Brytanii i Kotła, który w późniejszej, schrystianizowanej wersji przybrał postać świętego Graala. Jego zdobycie było niezbędne do odrodzenia się wielkości i jedności Brytanii z jej pierwotną wiarą przodków, bo w tej części trylogii walka o przyszłość brytańskich królestw toczyła się przede wszystkim między religiami. Tą starą, pogańską, której przedstawicielem był druid Merlin i nową, obcą, chrześcijańską przyniesioną zza morza, której głównym przedstawicielem był kapłan Sansum. Również i w tym przypadku, obraz początków chrześcijaństwa nie tylko w Anglii, ale i w ogóle procesu szerzenia chrystianizmu, autor odarł ze świętości, miłosierdzia i miłości bliźniego, uwypuklając fanatyzm, ludzką podatność na wpływy ideologiczne i korzyści materialne, intrygi, kłamstwa, układy, zdradę ideałów, oszustwa i wewnętrzny podział rodzącego się zjawiska herezji. Dla niejednego katolika ten obraz prawdy może być zaskoczeniem jeśli nie osobistą obrazą, scedowaną natychmiast na wybujałą wyobraźnię i konfabulacje pisarza. Biskupów żeniących się z kobietami, mnichów w rolach pedofilii, kapłanów mordujący bliźnich, kłamiących, namawiających do zbrodni, zdradzających przyjaciół i szukających ich wśród wrogów w imię szerzenia wiary w Chrystusa miłującego pokój i ludzi, trudno jest przyjąć jako fakty historyczne w europejskim świecie obecnej dominacji.
I chociaż pogaństwo, w akcie przewrotnie pojmowanej miłości do pogan, krwią zostało zmyte przez wyznawców nowej religii z mapy Europy, to czy na pewno do końca? Dlaczego Derfel, mimo mnisiej szaty, nadal dyskretnie pocierał palcem żelazny gwóźdź w stole, chrześcijańskie kobiety spluwały dla odczynienia uroku, a my, ponad wiek od chrztu Polski, nadal pukamy w niemalowane drewno, przypinamy czerwoną kokardkę do dziecięcych wózków i korzystamy z usług wróżek i szeptuchy?
Może jednak ta walka trwa nadal?
Może jednak Merlinowi, w jakimś zakresie swoich planów, udało się ocalić odrobinę dziedzictwa przodków?

 

 

A przede mną, niestety, ostatnia część trylogii, której druga część zakończyła się ogromnym skandalem wywołanym przez Ginewrę. Ciekawa jestem jak postąpi Artur?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Zimowy monarcha – Bernard Cornwell

Zimowy monarcha – Bernard Cornwell
Przełożył Jerzy Żebrowski
Instytut Wydawniczy Erica , 2010 , 554 strony
Trylogia Arturiańska ; Tom 1
Literatura angielska

Takie mroczne, zamierzchłe, okryte aurą niepewności istnienia historie powinnam czytać w zimowe wieczory, kiedy za oknem zimno, ciemno i śnieżnie, a niepozorny narrator zaprasza do swojej ascetycznej, skąpo opalanej, mnisiej celi, w której bywa, że ziąb zamraża atrament, a ręce grabieją od chłodu, uniemożliwiając pisanie, na prośbę i zlecenie królowej Igraine, opowieść o Arturze, Walecznym Wodzu, Niedoszłym królu, Nieprzyjacielu Boga. Postaci historycznej, jak dowodzi autor w posłowiu, ale i okrytej skrzącym się blaskiem legendy, jeśli nie wręcz pozłotą mitu, żyjącej na przełomie V i VI wieku w ówczesnej Brytanii, obecnie zwanej Anglią, w której przywódcy brytańskich szczepów, opuszczeni przez dotychczasowych władców rzymskich, toczyli walkę o koronę Dumnonii i tron w Caer Cadarn, bo jak mawiało stare porzekadło: kto posiadał Caer Cadarn, posiadał Dumnonię, a kto rządził Dumnonią, rządził Brytanią.
Z wyjątkiem Artura.
Pierworodny syn, ale z nieprawego łoża króla Uthera, pragnął jedynie zjednoczyć Brytanię i zapobiec grabieży jej ziem, walcząc mieczem ze znienawidzonymi saksońskimi najeźdźcami. Natomiast Merlin, tajemniczy druid, jego przyjaciel i doradca, w obliczu napływającej, nowej wiary chrześcijańskiej niszczącej starych bogów, chciał, za pomocą nadprzyrodzonych mocy, wskrzesić dawną, prawdziwą Brytanię, krainę bogów i ludzi, ocalić dziedzictwo wiary praojców.
Wszystkie te skrywane tęsknoty, wsparte siłą wspólnych pragnień i jeszcze większą mocą antagonistycznych żądz, interesów i celów, ujawniły się ze zdwojoną siłą wraz ze śmiercią króla Uthera, pozostawiającego na swoim tronie niemowlę ze szpotawą stopą i Artura w roli jego opiekuna oraz wykonawcy ostatniej woli władcy.
Od tego przełomowego momentu zaczyna się baśń z okrucieństwem w stylu braci Grimm, kreująca piękny, ale bezlitosny świat początków angielskiego państwa. Obalająca mit Camelotu, gasząca blask legendy o Avalonie, demaskująca nadprzyrodzoną moc Merlina, uczłowieczająca Artura i jego… rycerzy?
Nie.
Nie było w niej rycerzy. Byli wojownicy, włócznicy, którzy najpierw gwałcili, a potem plądrowali, by po sutym, kradzionym jadle podrapać się po zawszonym przyrodzeniu i ulżyć żołądkowi z nadmiaru wypitego miodu. Działał Merlin, złośliwy, niecierpliwy, impulsywny – i niezwykle uczony, bardziej sceptyczny, jeśli nie zgryźliwy filozof i inteligentny hochsztapler niż czarownik, który z premedytacją wykorzystywał naiwność, bojaźń i zabobonność ludzi do tworzenia wokół siebie aury magii, tajemnicy, lęku, strachu, ale i szacunku oraz miłości ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, którzy przygarniani do jego twierdzy, tworzyli dość specyficzną, w swojej różnorodności upośledzeń i kalectwa, społeczność. Kobiety opiewane były tylko w pieśniach bardów, których ideał w rzeczywistości ograniczał się do wartościowego przedmiotu w przetargach o wpływy, stanowiska, dobra materialne, władzę, tron lub do roli matki dającej życie upragnionemu następcy rodu. O pozostałych zapomniała nawet historia – pogardzanych nałożnicach, wykorzystywanych niewolnicach i opluwanych wiedźmach. Dziecko natomiast było jak cielę. Jeśli rodzi się kalekie, uderza się zręcznie w główkę i zapładnia na nowo matkę. Z kolei opiewany i wysławiany przez pieśniarzy Lancelot odznaczał się wprawdzie odwagą, ale unikał niebezpieczeństwa. Rzadko brał udział w walce. Bał się, by blizny nie zeszpeciły mu twarzy. Był niezwykle próżny i zbierał zwierciadła, by móc się w nich… przeglądać. A sam Artur tak dużo mówiący o sprawiedliwości, wierności obietnicom i przysięgom, których domagało się jego sumienie, często dawał się ponieść ambicji i własnym egoistycznym pragnieniom, nawet kosztem zburzenia pokoju, budowanego z takim mozołem i poświęceniem.
Dałam się ponieść tej wizji roztaczanej przez Derfela, byłego wojownika i przyjaciela Artura, który w miarę toczącej się historii przeistaczał się z niepozornego brata zakonnego, z kikutem jednej ręki, w postawnego, szlachetnego, dumnego męża, biorącego udział w wydarzeniach świata przeszłego. Pełnego okrutnych, bratobójczych wojen, przelanej krwi kobiet i dzieci, pogańskich wierzeń w moc boga Bela, czarów, magii, rzucanych i odczynianych uroków, znaków w przyrodzie wieszczących przyszłość, sieci intryg, zdrad, przymierzy utkanej przez bohaterów powieści. Odbrązowionego, odartego z pozłoty, obnażonego, w którym śmierć, kalectwo, bród, choroby wyznaczały normę, ponad którą stali uprzywilejowani nieliczni.
A wszystko to stworzone słowem wywołującym w moim umyśle literackie obrazy w 3D.
Nie tylko widziałam ciemność nocy rozrywanej błyskawicami, kiedy rodził się kaleki Mordred, szarość morza spienionego falami, zieleń łąk budzoną przez wiosnę, ale i lecący grot strzały wystrzelonej w moim kierunku. Słyszałam syk wiedźmy i krzyk gwałconej kobiety. Czułam podmuch przelatującej obok mnie włóczni, ból wydłubywanego oka, smród rozkładającego się trupa, niepewność w obliczu rzucanych klątw, a przede wszystkim marność i znikomość życia ludzkiego.
Okrutny, krwawy, bezlitosny świat, w którym piękno i dobro było tak ulotne i rzadkie, że mogło przetrwać tylko w legendach, mitach, podaniach, baśniach i pieśniach.
Co zostanie po nas?
A jeśli zostanie, to ile w tym będzie Popiela, a ile myszy?
Czy w ogóle coś po nas zostanie?

 

 

Niestety pierwsza część trylogii nie jest wolna od błędów. Nie będę ich wymieniać poza odmianą imienia narratora, ponieważ akurat to imię jest znaczące dla powieści. Derfel odmieniano jako Derfla, Derflu,Derflowi według mnie powinno być Derfela, Derfelu, Derfelowi podobnie jak odmienia się imię Daniel czy Michael. Chyba, że tłumacz stosował inną regułę. Korektorskie niedociągnięcia nie zraziły mnie jednak do trylogii. Nadal jestem w świecie mrocznej Brytanii zaczynając drugi tom tej pasjonującej historii nie tylko Artura, ale i jego wiernego wojownika oraz przyjaciela Derfela. I jest mi tam bardzo dobrze.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Niewyznane grzechy siostry Juany – Kyra Galván

Niewyznane grzechy siostry Juany – Kyra Galván
Przełożyła Paulina Bojarska-Gargulińska
Dom Wydawniczy Mała Kurka , 2011 , 239 stron
Literatura meksykańska

Książka była dla mnie ogromną niespodzianką, ponieważ otrzymałam ją w prezencie od Mikołaja i zaskoczeniem, bo tytuł i autorka okazały się dla mnie wielką niewiadomą. Zaczęłam więc szperać w zasobach Internetu, szukając informacji na jej temat, które szybko zamieniło się w fascynującą przygodę i przyśpieszony kurs nauki języka hiszpańskiego. Wydawca nie zadbał o jakąkolwiek informację o autorce zarówno na okładce, jak i na swojej stronie internetowej, a to ogromny błąd w przypadku wprowadzania na rynek czytelniczy nieznanego w Polsce i debiutującego na nim, pisarza z kraju, którego książki nie zalewają naszych księgarń nowymi tytułami. Musiałam wejść na strony hiszpańskojęzyczne, by dowiedzieć się, że autorka jest przede wszystkim meksykańską poetką, a tą powieścią historyczną (tak sklasyfikował ją rodzimy wydawca, co widać na oryginalnej okładce pokazanej we wpisie) zadebiutowała na gruncie prozy. Natomiast na temat bohaterki powieści, postaci historycznej, którą przedstawia ten obraz,

 

Wikipedia

 

siostry Juany Inés de la Cruz, zakonnicy profeski habitowej i klauzurowej z Klasztoru Świętej Pauli Zakonu Świętego Hieronima, najwybitniejszej meksykańskiej pisarki i poetki z XVII wieku, traktowanej w ojczyźnie jak postać niemal mityczną o nieskazitelnym wizerunku, najważniejszej postaci kobiecej ikonografii z perspektywy ziemskiej (z perspektywy religijnej ustępującej tylko Matce Boskiej z Gwadelupy), zajmującej wyjątkowo wysoką pozycję, zdobytą własnym wysiłkiem, w panteonie narodowym swojego kraju, kobiety o otwartym umyśle, nieprzeciętnej inteligencji, walczącej o prawa kobiety, znalazłam całe morze informacji.
I na ten narodowy skarb autorka odważyła się rzucić cień podejrzeń, podważając dochowanie złożonych przez nią ślubów zakonnych: posłuszeństwa, ubóstwa, czystości i życia w klauzurze. No, może oprócz tego ostatniego. Stworzyła opowieść o współczesnej meksykańskiej doktorantce, Laurze, która przybyła do Hiszpanii, gdzie w sewilskim Archiwum Indii Zachodnich, pomiędzy kartami z zapiskami księgowymi wicekróla don Antonio Sebastiána de Toledo, markiza de Mancera, odkryła wyjątkowe dokumenty. Manuskrypty zawierające opis prawdziwego życia siostry Juany, które dobrze ilustruje okładka meksykańskiego wydania z obrazem poszukiwanym przez wszystkich bohaterów powieści, przedstawiającym jakże inne „oblicze” zakonnicy,

 

La Jornada

 

a spisane siedemnastowiecznym kastylijskim przez jej siostrzenicę, również zakonnicę, Isabel Maríę de San José. Ta swoista spowiedź życia siostry Juany powierzona swojej siostrzenicy, została spisana w zeszycie do prowadzenia rachunków, by po przeszłych sprawach ukrytych przed jej współczesnymi, pozostał jakiś ślad. Prawdziwa wersja jej życia. Przed doktorantką leżał unikatowy materiał historyczny, który burzył szlachetny wizerunek czołowej postaci narodowej i tworzył na nowo obraz kobiety, na wskroś ludzkiej, popełniającej takie same grzechy, jak inni śmiertelnicy, łamiąc trzy z czterech ślubów zakonnych. Wielokrotnie.
I do tego momentu, do tej myśli doktorantki, akcja toczy się wolno, wręcz leniwie tak, jak żmudnym jest chodzenie do czytelni archiwum i badanie przeszłości na podstawie źródeł historycznych. Nie pomogła nawet naprzemienna narracja osobistego życia Laury z życiem zakonnicy. Przy czym tej ostatniej było dużo, dużo ciekawsze. Opisane językiem używanym kilka wieków temu, na tle siedemnastowiecznych realiów Nowej Hiszpanii. Z odtworzeniem reguł zakonnych i dworskich wraz z obyczajami i zasadami życia społecznego z uwypukleniem w nim miejsca i roli ówczesnej kobiety. Tempo akcji momentalnie wzrosło dopiero wraz z postanowieniem Laury o nagłośnieniu znaleziska, przybierając charakter niemalże sensacyjny. Główna bohaterka nagle została wciągnięta w wir rozgrywek między agentami policji, przedstawicielami Kościoła i współcześnie żyjącymi potomkami siostry Juany, walczących o zachowanie sekretu odkrytej przypadkowo tajemnicy. Każda ze stron miała swoje powody do nieujawniania prawdziwego życiorysu znanej zakonnicy, a Laura musiała wybrać między prawdą historyczną a własnym życiem. Jej ostateczna decyzja przybrała sprytną, dyplomatyczną, niespodziewaną i zaskakującą postać.
Tę książkę.
Formę sugestywnej powieści historycznej z elementami sensacyjnymi, ilustrującą słowa siostry Juany – Nie wierz w to. Bo to wszystko kłamstwa. Wszystko jest tylko odbiciem, pamiętaj o tym, wszystko oglądamy jak w lustrze, odwrócone. Oto cały sekret. Sekret wielu sławnych, znanych, uznanych i postawionych na złotych cokołach mitu lub świętości.
Jest jeszcze drugie przesłanie tej książki.
Obraz najważniejszego grzechu popełnionego przez siostrę Juanę, nie jako zakonnicę, ale jako człowieka. Grzech narodzenia się chłonnego wiedzy, otwartego na nowe, pełnego kreatywnego myślenia, postępowego, inteligentnego umysłu w ciele… kobiety, która nie bała się dążyć na przekór konserwatywnemu społeczeństwu do samorozwoju, nie widząc swojego spełniania się przy boku mężczyzny. Zakon lub małżeństwo były jedynymi drogami kobiety światłej do szczęścia. Pierwsza wykluczała miłość, a druga jej nie gwarantowała. Spełnianie się i miłość nie szły ze sobą w parze. Ta powieść twierdzi, że nadal tak jest, że nic się nie zmieniło, że kobiety nadal nie mogą spełniać się zawodowo, nie poświęcając przy tym miłości, tyle że wybór jest inny – małżeństwo albo kariera zawodowa. Autorka pyta wprost – …jesteśmy skazani na wieczne błąkanie się w poszukiwaniu brakującej połówki nas samych, bo społeczeństwo narzuca rolę matki i żony spełniającej się przy mężczyźnie, z mężczyzną i w mężczyźnie, która poza jego kręgiem, jest nieszczęśliwą, błąkającą się połówką w poszukiwaniu tej konkretnej, brakującej, drugiej części? Autorka nie narzuca odpowiedzi, pozwala nawet siostrzenicy Isabeli i Laurze na polemikę z siostrą Juaną.
Pozwolę więc sobie i ja.
Już samo określenie „druga połówka” najczęściej jabłka lub innej pomarańczy, wprowadza mnie w irytację. To tak, jakbym usłyszała, że mi czegoś brak i jestem niepełnowartościowa bez mężczyzny. Można połączyć samospełnianie się z miłością pod warunkiem, że zamienimy te bezmyślnie powtarzane owocowe porównania oraz slogany i silnie wdrukowane przez społeczeństwo rolę społeczną kobiety, by przestać mówić o sobie jak o wybrakowanym towarze i zobaczyć siebie jako pełnowartościową całość – najpierw człowieka, a dopiero potem kobiety czy mężczyzny. Dopiero takie dwie świadome własnej wartości i autonomii osoby, są w stanie stworzyć jeden pełnowartościowy związek. Możliwy tylko dla osób na poziomie świadomości dorosłego i nie mam tu na myśli wieku, ale strukturę osobowości.
Dwoje w jednym i jedno w dwojgu. Rozdzielni i łączni jednocześnie.
Tyle teoria. W praktyce bywa różnie, ale z okazji dzisiejszego święta, życzę wszystkim kobietom i sobie samej, aby patrzeć na siebie nie przez pryzmat sloganów i narzucanych ról społecznych, ale przez własny, indywidualny, osobiście wypracowany światopogląd.
To trudne, ale możliwe, jak udowodniła siostra Juana już w XVII wieku.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Niewyznane grzechy siostry Juany [Kyra Galvan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Mikołaj nie tylko postarał się zrobić mi niespodziankę, ale również zadbał, żeby był w niej podpis autorki. Dziękuję. Czy jest ktoś, kto przetłumaczy mi dwa pierwsze słowa?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: