Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Idź, postaw wartownika – Harper Lee

20 kwietnia 2019

Idź, postaw wartownika – Harper Lee

Przełożył Maciej Szymański

Wydawnictwo Filia , 2015, 366 stron

Literatura amerykańska

   Największy literacki powrót XXI wieku.

   Nie to hasło umieszczone u dołu okładki skusiło mnie do kupienia tej książki. Raczej, pomimo upływu wielu lat, zapamiętana mądrość pierwszej powieści autorki – Zabić drozda. Nagrodzonej zresztą Pulitzerem. Dla mnie to jeden z czynników wpływających na moje wybory czytelnicze, dlatego dokładnie tego samego oczekiwałam po jej kontynuacji. Wydawnictwo wydało ją w dwóch, okładkowych wersjach – niebieskiej, amerykańskiej i pomarańczowej, angielskiej. Skąd taka decyzja? – wyjaśnienie poniżej.

   W swoich oczekiwaniach nie zawiodłam się.

   Autorka powróciła do bohaterów wydarzeń w pierwszej powieści za sprawą Jean Louise. Córki Atticusa Fincha, adwokata broniącego czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Dwudziestosześcioletnia już Jean Louise przyjechała z Nowego Jorku do rodzinnego Maycomb w stanie Alabama, będąc przekonaną, że nadal wszystkich obowiązuje hasło ojca słyszane w dzieciństwie, które było wyznacznikiem jej wychowania i przyjętego światopoglądu – Równe prawa dla wszystkich, szczególne przywileje – dla nikogo. Że „przypadłość” nierozróżniania kolorów nadal obowiązuje wszystkich, bez wyjątku.

   Myliła się.

   Zarówno ojciec Atticus, ciotka Aleksandra, jej przyjaciel Hank, popierali rasistowskie przekonania białych mieszkańców miasteczka powszechnie wygłaszane w obliczu przemian politycznych dotyczących nadania Murzynom praw obywatelskich. Nie przyjmowali zasad demokracji narzucanych im przez jankeską Północ. Jean Louise nie mogła się z tą zdradą pogodzić. Usilnie próbowała, powracając retrospektywnie myślami do dzieciństwa, znaleźć odpowiedzi na mnożące się pytania, z których jedno było najistotniejsze – Co takiego zmieniło zwykłych mężczyzn we wrzeszczące indywidua, co utwardziło serca ludzi takich jak ona i sprawiło, że zaczęli używać słowa „czarnuch” , którym nie posługiwali się nigdy wcześniej? W zrozumieniu tej schizofrenicznej dla niej sytuacji pomógł jej stryj Jack, a rozmowa, którą przeprowadzili, stała się clue powieści. Jej istotę zawierał biblijny cytat z Księgi Izajasza wygłoszony w miejscowym kościele – Bo tak powiedział do mnie Pan: Idź, postaw wartownika, iżby doniósł, co zobaczy. To stąd autorka zaczerpnęła tytuł powieści i wokół niego obudowała losy bohaterów, ukazując ich odmienny obraz, tłumacząc ustami stryja Jacka – nie ma czegoś takiego, jak zbiorowa świadomość. Każdy człowiek jest wyspą, której strzeże wartownik czyli sumienie. To od nas zależy, czy go tam postawimy, by strzegł naszej niezawisłości, czy pozwolimy na inwazję zniewalających nas obcych. Autorka bardzo emocjonalnie ukazała bolesny proces odrywania się indywidualnego sumienia od sumień innych i stawiania własnego wartownika, na własnej wyspie.

   Dla mnie to kolejna lekcja życia i drogowskaz z zapytaniem – czy ja mam takiego wartownika? Takie niezależne sumienie, które będzie mnie strzegło, prowadziło, pomoże dostrzec prawdę, nakreśli linię przez środek spraw i powie: tu jest taka sprawiedliwość, a tam inna. Pozwoli nabrać dystansu do wysp światopoglądowych innych ludzi z wartownikiem lub bez.

   Nadal sobie na nie odpowiadam.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Idź, postaw wartownika [Harper Lee]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Posłuchaj audiobooka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: ,

Kociarz – Kristen Roupenian

24 marca 2019

Kociarz – Kristen Roupenian
Przełożyła Magdalena Sommer
Wydawnictwo Muza , 2019 , 320 stron
Literatura amerykańska

Nie rozumiesz kobiety? Przeczytaj to opowiadanie!

Margot, dwudziestoletnia studentka, poznała Roberta w kinie. Mężczyzna podszedł do barku, w którym pracowała. Poprosił o popcorn i jej numer telefonu. Ku jej zaskoczeniu, podyktowała go mu. To „ku zaskoczeniu” pojawiało się w historii ich znajomości i pierwszej, a zarazem ostatniej randki, wielokrotnie. Przeplatane wyobrażeniami o nowym znajomym, zaczęła tęsknić, za Robertem nie tym rzeczywistym, lecz za człowiekiem, którego wyobrażała sobie na podstawie wszystkich tych esemesów. Dokładnie takie ambiwalentne odczucia, oscylujące między pożądaniem a odrazą, zauroczeniem a realizmem, oczekiwaniem a rzeczywistością, kłamstwem a prawdą czy ochotą a niechęcią, pojawiały się wraz z każdym kolejnym krokiem kontynuującym znajomość. Gdy o nim myślała, gdy go widziała i gdy w końcu uprawiała z nim seks. Przy braku jasnej, wyraźnej, jednoznacznej i szczerej komunikacji, żadne z nich nie wiedziało, co czuło i myślało drugie. Zgadywanie, domyślanie się i uleganie emocjom chwili wbrew własnej chęci musiało zakończyć się fiaskiem. Musiało wybrzmieć nienawiścią.

To niepozorne opowiadanie stało się hitem czytelniczym.

Umieszczone na stronach New Yorkera zostało przeczytane rekordowe dwa miliony razy, stając się najpoczytniejszą opowieścią tego magazynu. Jego popularność kryje się w poruszanej tematyce wpisującej się w ruch #MeToo, a jej najważniejszą cechę określił The Guardian.

Wymienię tylko kilka w ogromnym uproszczeniu.

Teoria literacka może mówić o mistrzostwie minimalizmu, w którym krótka historia oddana w niewielu słowach przekazuje głębię niewypowiedzianych myśli i emocji, pojawiających się w głowie bohaterki oraz skomplikowanych procesów psychicznych. Teoria psychologiczna opisuje naturalny proces zauroczenia, które nie zdążyło przemienić się w zakochanie. Margot doświadcza zjawiska odczarowania, a posługując się metaforą, topnienia iskrzącego, urokliwego szronu na gałązce, odsłaniającego szaroburą, nieatrakcyjną korę. Teoria socjologiczna bierze opowiadanie-zwierciadło do ręki i każe się w nim przeglądać młodemu pokoleniu XXI wieku, pozwalając zrozumieć przyczyny i konsekwencje jego wyborów, zachowań i zjawisk psychospołecznych zachodzących zarówno w relacjach damsko-męskich jak i w społeczeństwie. Można tak w nieskończoność odkrywać kolejne teorie (filozoficzne czy religijne) i to jest w tym opowiadaniu najbardziej fascynujące, ponieważ, jak zauważa Vogue, jest:

Długich i na pewno bardzo burzliwych.

Mnie trochę zirytowała. Zarówno Margot, która w swojej niedojrzałości emocjonalnej, a przez to skomplikowaniu wewnętrznemu dyktującemu jej zachowania i wybory, jak i samo opowiadanie. O ile Margot miała do tego prawo, bo w założeniu autorki uosabiała współczesną, młodą kobietę, o tyle generalnie do postawy kobiet mam ambiwalentny stosunek. Chciałyby mieć wolność i poczucie bezpieczeństwa jednocześnie. Otóż, jak uważa Zygmunt Bauman w rozmowie z Justyną Dąbrowską w Miłość jest warta starania, zyskiwanie i poszerzanie wolności jest zawsze kosztem utraty bezpieczeństwa. Jeśli współczesna kobieta chce korzystać z wolności, jaką daje jej samostanowienie w każdej dziedzinie życia, w tym również seksualnej, to musi jednocześnie nastawić się na walkę o swoje bezpieczeństwo. Obrażanie się na mężczyzn, że wykorzystują ich bezbronność, przemilczanie i ukrywanie przemocy z ich strony, to zła droga i świadczy o niedojrzałości korzystania z tej wolności. O romantycznym wręcz podejściu, że mężczyźni okażą się zawsze i w każdej sytuacji dżentelmenami. Nic z tego! Jesteśmy zagrożeniem ich wolności, którą mieli od zawsze. Wybierając wolność, trzeba ponosić konsekwencje swoich wyborów i działać. Dokładnie to robi ruch #MeToo. Smutnym jest jednak fakt, że w tym dążeniu do wolności w sferze seksu kobiety zamieniły kochanie na seks i miłość na pożądanie, a flirt pozwalający odnaleźć się emocjonalnie na szybkie spełnienie.

Opowiadanie zwiastuje zbiór, którego premierę wydawniczą przewidziano w kwietniu.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: , ,

Jak kamień w wodę – Hanna Greń

Jak kamień w wodę ; Światełko w tunelu – Hanna Greń
Wydawnictwo Replika , 2017 ; tom 1 – 304 strony , tom 2 – 320 stron
Dylogia Polowanie na Pliszkę
Literatura polska

Wzięłam udział w wyjątkowym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki!

Z dwóch powodów. Pierwszym było miejsce spotkania, które wzbudziło mój entuzjazm. Pojechaliśmy do filii naszej biblioteki publicznej działającej w małej wsi. Jak się okazało prężnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu tamtejszej bibliotekarki. Najbardziej spodobało mi się pokłosie wydarzenia wyeksponowanego w antyramach na ścianach pomieszczeń, przywołującego przeszłość miejscowości w fotografii. Wśród nich jedno przedstawiające mieszkańców sprzed półwiecza siedzących przy stole z poczęstunkiem tak, jak my dzisiaj, współcześnie, ale inaczej ubranych i z inną zastawą stołową. Niesamowite wrażenie dziedziczenia tradycji spotkań. A przyjęto nas bardzo gościnnie i z sercem.

Stoły uginały się od słodkich przysmaków, z których furorę robiły pączkowe oponki, bo akurat był dzień przed tłustym czwartkiem. „Uginały się” również od książek, ponieważ naszą bohaterką dyskusji była tym razem dylogia. To drugi powód tej wyjątkowości. Ku naszej uciesze, bo im więcej treści, tym więcej tematów do roztrząsań i analiz w myśl zasady – o książkach godzinami!

A było o czym!

Na początek próbowałyśmy zaszufladkować tę powieść i doszłyśmy do wniosku, że trochę w niej kryminału i trochę obyczajówki z wątkiem romantycznym. Z przewagą pierwszego w początkowym tomie, a drugiej w następnym. Jednak nie polecałabym jej fanom kryminałów, ponieważ dla mnie to przede wszystkim powieść obyczajowo-romantyczna, która mogłaby się zamknąć w pierwszym tomie bez jej kontynuacji. Elementy kryminalne były w niej tylko ciekawym, intrygującym tłem do ukazania losów Kornelii, głównej bohaterki całego zamieszania, na poszukiwaniu której skupiała się cała akcja. W pierwszym tomie dziewczyna przepadła zgodnie z tytułem, jak kamień w wodę, a w drugim cały czas tliło się światełko w tunelu, że odnajdzie się. Stąd tytuł dylogii – Polowanie na Pliszkę.

Kornelię Pliszkę!

Dziewczyny, która nie mogła chwalić swojego ogonka, jak w znanym powiedzeniu, bo nie miała łatwego dzieciństwa. Wychowywana przez rodziców-naukowców jako przypadkowy „błąd przy pracy”, którego nie można się pozbyć, ignorowana i traktowana jak persona non grata, nie znała bliskości, zrozumienia i miłości rodzicielskiej. Poniżana i wyśmiewana w szkole, stała się ofiarą fałszywych pomówień niszczących jej dobrą opinię w środowisku. Krzywdzona w domu i wśród rówieśników, nie potrafiła zaufać innym, chociaż sama rozpaczliwie pragnęła, by zaufano jej. Ale uwaga! – bez przedstawiania dowodów, niezbitych argumentów i wiarygodnych zapewnień.

Ta silna potrzeba niszczyła jej życie.

Była powodem problemów, jakie pojawiały się przed nią i które sama generowała. Zamiast tłumaczyć i wyjaśniać, zatajała dowody swojej niewinności i uciekała. Od rodziny, od partnerów, przyjaznych jej osób i od najważniejszej osoby, która pojawiła się w jej życiu – podkomisarza Gerarda Skrzyńskiego. Z racji zawodu bardzo nieufnego i opierającego swoje opinie na twardych dowodach, musiał wiele nauczyć się, by Kornelia od niego nie uciekła. Właściwie cała fabuła to proces ujawniania mechanizmu budowania związku opartego na wzajemnym zaufaniu, podejmowania trudnych wyborów między powinnością zawodową a lojalnością wobec ukochanej osoby, ale również determinującego wpływu dzieciństwa na jakość życia w dorosłości. Autorka jednak pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmiany, na naukę, na zdobywanie nowych doświadczeń w samorozwoju, na otwieranie się na drugiego człowieka, a nawet na konieczność ryzyka w podejmowaniu decyzji. Nawet jeśli przełamywanie w sobie barier boli, to warto.

Chociażby po to, by być szczęśliwym. 

Jak kamień w wodę. Polowanie na Pliszkę [Hanna Greń]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE Światełko w tunelu. Polowanie na Pliszkę [Hanna Greń]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: ,

Taniec zegara – Anne Tyler

Taniec zegara – Anne Tyler
Przełożyła Kamila Slawiński
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 270 stron
Literatura amerykańska


Pozornie nie działo się w tej powieści nic spektakularnego.

Nic, co warte byłoby zapamiętania. Nic jednoznacznego lub decydującego o jej kierunku rozwoju. Nic, co trzymałoby mnie w nieustannym napięciu, by odkryć przyczynę jakiejkolwiek zagadki, sekretu lub tajemnicy. Nic, co mogłabym ważnego śledzić, czekając niecierpliwie na wyjaśnienie. Pośpieszałam ją z kartki na kartkę. Z dekady na dekadę upływających lat, które składały się na rozdziały. Skupiona na treści, nie czytałam między wierszami. A to tam kryło się jej przesłanie.

Dokładnie w takim oślepiającym pośpiechu żyjemy.

Dzień za dniem. Tydzień popędza kolejny tydzień. Rok goni następne lata. Podobnie jak w powieści. Życie toczyło się w niej od dekady do dekady począwszy od 1967 roku, kiedy Willa, główna bohaterka, była małą dziewczynką nierozumiejącą napadów wybuchu matki połączonych z jej znikaniem na kilka dni. Dziesięć lat później w 1977 roku była już nastolatką uczącą się w Kinney College w stanie Illinois, gdzie poznała Dereka. W kolejnym przeskoku, tym razem o dwie dekady, w 1997 roku wyszła za niego za mąż i urodziła dwóch synów, by zostać młodą wdową. W 2017 roku ponownie wyszła za mąż, a dorośli synowie byli już usamodzielnieni. I pewnie za kolejnych dziesięć lat czytałabym o jej pogrzebie, gdyby nie odebrała telefonu z prośbą o zaopiekowanie się dziewczynką, której matka, była dziewczyna jej syna, została postrzelona. Mimo że Cheryl nie była jej biologiczną wnuczką, Willa zgodziła się.

Jej pobyt w Baltimore zmienił wszystko.

Jej sposób patrzenia na życie i na samo życie. Niby budowane przez jej własne wybory i decyzje. Niby dostarczające zadowolenia i satysfakcji. Niby toczące się bez większych problemów, a jeśli takie były, to świetnie sobie z nimi radziła. A jednak czegoś jej brakowało. Nie odczuwała tego, dopóki nie znalazła się w Baltimore.

Gdzie popełniła błąd?

Miała za sobą ponad sześćdziesiąt lat życia, którego nie poczuła, wpatrzona w przyszłość. Planowała, wyznaczała cele i dążyła do nich, nie zastanawiając się nad tu i teraz. Nie doceniała chwil, momentów, odcinków czasu odliczanych niczym w zegarze, który odmierzał jej życie. Składały się na jego treść, a jednocześnie umykały niczym niezauważalne sekundy tak obrazowo przedstawione przez dzieci w powieści, które nazwały je tańcem zegara. Dzieci, które potrafiły cieszyć się teraźniejszością. Jeszcze posiadające zdolność, którą dorośli gubili w pędzie życia. Dokładnie to uświadomiła sobie Willa, która, gdyby miała wymyślić taniec zegara, nie wyglądałby tak jak ten, który pokazały jej trzy dziewczynki. Nie, w jej wersji kobieta przemierzałaby z lewa w prawo, przez cały czas wirując szaleńczo, tak że publiczność widziałaby tylko kręcącą się barwną plamę, która za chwilę znikłaby im z pola widzenia. Puff – i już znika za kulisami. Bez śladu.

Jednak na zmiany nigdy nie jest za późno!

Willa robi to u schyłku życia. Zmienia tempo tańca, by każdy ją dobrze widział, a i ona sama, by cieszyć się każdym jego ruchem, każdą sekundą jego trwania. Dzielić życie nie na lata i tygodnie, ale na momenty w ciągu dnia poszerzające pole widzenia, by ujrzeć siebie okruszkiem na ziemskim globie. Maleńkim organizmem w kosmosie i z tego dystansu nauczyć się rozróżniać, co w życiu jest istotne, chociaż niewidoczne, a co zupełnie bez znaczenia, chociaż spektakularne. Nauczyć się czytać życie między jego wierszami w takt tańca zegara.

I tak też należy czytać tę powieść – nieśpiesznie, między wierszami.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Inni o książce.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: ,

Kobieta z wydm – Kobo Abe

21 marca 2019

Kobieta z wydm – Kobo Abe
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Znak, 2007 , 186 stron
Literatura japońska

   Myślę, że niezmienną popularność, pomimo upływu lat, powieść ta zawdzięcza możliwości odkrywania w niej swojej osobistej, indywidualnej i subiektywnej paraboli. Ja znalazłam taką.
   Są kobiety-femme fatale, kobiety-Matki Polki, kobiety-czarne wdowy, kobiety-modliszki, a według Kobo Abe, także kobiety-mrówkolwy. Brzmi niegroźnie, raczej ciekawie, a nawet śmiesznie, ale, uwaga!, to tylko pozory. Panowie strzeżcie się ich, a zwłaszcza tych ostatnich.
   Kobieta-mrówkolew leży sobie cierpliwie na dnie wykopanego w piasku lejka i czeka na mężczyznę-ofiarę. Powiem dosadniej – ofiarę losu. Jeśli sam do niego nie wpadnie, goniąc bezładnie za kobietami-motylami, to postara się oto rodzina kobiety. Zwabi do niej podstępem, plączącego się w pobliżu mężczyznę, ogarniętego amokiem kolekcjonowania kobiet-owadów. A mężczyzna jak to mężczyzna. Jak już jest w towarzystwie podsuwanej mu kobiety, częściej niż często, skorzysta. Przecież jutro już go tu nie będzie, bo praca, znajomi, inne kobiety i cały świat czeka na jego powrót z otwartymi ramionami i utęsknieniem przeogromnym. Szybko się jednak orientuje, że to pułapka, że na kobietę nie może liczyć, bo sama jest więźniem tradycji. Ona istnieje tylko po to, żeby ją kontynuować, podtrzymywać, celebrować, pielęgnować jak największy skarb rodu. Bez jej pracy zginie klan rodzinny i społeczność, w której funkcjonuje. Mężczyzna próbuje więc wydostać się z tego grajdołka, ale drobne, codzienne obowiązki, jak piasek sypiący się ze wszystkich stron, skutecznie mu to uniemożliwiają. Egzystencjalizm go pochłania, skutecznie przygniatając do dna życia i im bardziej się szamocze, tym bardziej zakopuje się w piasku swego losu. Postanawia więc uśpić czujność kobiety i jej rodziny, podporządkowując się ich normom i wartościom. Jednocześnie włącza swoją słynną logikę (dopiero teraz?) i wymyśla plan ucieczki. Żadnemu się to jeszcze nie udało, ale męskie ego za każdym razem jest pewne, że inni to frajerzy, a on jest macho i jemu się uda. Podstępem wydostaje się na zewnątrz i kiedy myśli, że przeżywa drugą młodość, jego kobieta czeka cierpliwie będąc wyrozumiałą dla kryzysu wieku średniego swego partnera. Wie, że wróci, a jak nie wróci to rodzina zmusi, żeby wrócił. I co robi mężczyzna na taką niesprawiedliwość losu? Znieczula się alkoholem. Tak, tak! Przyczyną jego alkoholizmu jest kobieta. To czas, kiedy jest gotów przehandlować godność własną i swojej partnerki. Od totalnej katastrofy ratuje go hobby. Dziewczyny pozwólcie mu na to. Niech sobie buduje odrzutowce wielkości Księżyca w waszej kuchni, przez co nie możecie otworzyć szafki. Najważniejsze, że dzięki temu zapomni o ucieczce i w jakiej się znalazł sytuacji. Spokojnie, przy wędce nad rzeczką albo na motorze dającym namiastkę uczucia wolności, między jednym sukcesem, a drugim pomyśli, przeanalizuje, zrobi bilans zysków i strat. Pomału zacznie wtedy odkrywać zalety dotychczasowego życia, tego związku, tej rodziny, w której pojawiły się dzieci, tej tradycji. Ciężar tych wartości do tego stopnia go obciąży i przykuje do miejsca, że „chłopu tyłek na starość oklapnie”. Z czasem pojawi się stabilizacja życiowa, a wraz z nią drabina, po której może wyjść z pułapki. Nie robi tego. Siedzi i patrzy na nią. Ciekawe co myśli?
   Nie chce mu się podnieść? Dojrzał? Zmądrzał? Przyzwyczaił się? Pokochał? A może zrozumiał, że związek z kobietą to jest zawsze bilet tylko w jedną stronę? A może myśli, że fajnie tak rozwijać się do 12 roku życia, a potem już tylko rosnąć goniąc za motylkami i skacząc z kwiatka na kwiatek, a resztą zajmą się kobiety?
   Tak, tak… Myślcie tak dalej, a już my się wami zajmiemy całym sercem i z ogromnym oddaniem. Zapraszamy na wydmy, do lasu, na łąki, nad rzekę i w każde inne ostępy przyrody.
   Czekamy na was kochane żuczki…

Japoński zwiastun ekranizacji powieści z 1964 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Woda różana i chleb na sodzie – Marsha Mehran

Woda różana i chleb na sodzie – Marsha Mehran
Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 285 strony
Literatura amerykańska

   Pomna mądrych rad wyniesionych z pierwszej części powieści, że jedzenie jest jak lekarstwo i należy je dawkować w ściśle określonych porcjach, a jego składniki dobierać do temperamentu jedzącego, postanowiłam tym razem być głucha i ślepa na jedzenie w jej części drugiej, wyczuwając, wśród orientalnych zapachów, delikatną nutę drugiego dna tej historii. Zbyt poprawnej, zbyt sielankowej, zbyt łatwo i szybko przechodzącej przez umysł.
   Jest jak w bajce. Trzy siostry, skrzywdzone przez ojczyznę i bliskich, emigrantki z Iranu, przyjeżdżają do małej miejscowości irlandzkiej, w której zakładają świetnie prosperującą kawiarnię. Najmłodsza, szesnastoletnia Lejla (Ciemne Niebiosa), poznaje idealnego chłopca, któremu to związkowi nikt nie stawia przeszkód, których młodzi by nie pokonali. Średnia, Bahar (Wiosna), zafascynowana katolicyzmem, staje się aktywną wierną Kościoła. Najstarsza, Mardżan (Koral), poznaje pana na zamku, wręcz rycerza z bajki. Społeczność bardzo przychylna, przyjmuje je z otwartymi ramionami i robi wszystko, aby ich adaptacja przebiegała bez zakłóceń. Problem nietolerancji (jakiej nietolerancji?) jest zaledwie zarysowany złośliwymi plotkami roznoszonymi przez babcie z Kółka Biblijnego. No, bajka. Podręcznikowy przykład pomyślnego procesu asymilacji imigrantów z tubylcami. Nic tylko emigrować, bo na emigracji będzie znacznie lepiej niż w rodzimym, ojczyźnianym piekiełku.
   Nie przemówiło to do mnie. Nie ze mną te numery Marsho Mehran! Nie oszukasz mnie, chowając problemy za jedzeniem. Co innego widzę wokół siebie, o czym innym czytam i o czym innym słyszę w miażdżącej przewadze. Poszukałam uważniej i… znalazłam! Jedno niepozorne zdanie wypatrzone w gąszczu innych na 231 stronie: To wygląda zbyt doskonale , żeby mogło być prawdziwe. To klucz, którym niczym wędką wyłowiłam niepozorne zdania z wypowiedzi bohaterów oraz wyrazy poutykane między jednym a drugim zachwytem nad kolejna potrawą. Zebrałam te okruchy i okruszki, które spadły z suto zastawionego stołu, powoli układając je jak puzzle w jedno przesłanie:
   Spójrzcie na nas. Przybywamy do was nie z własnej woli. Boimy się was tak samo jak wy nas. Poznajmy się. Mamy wam dużo do zaoferowania. Pomóżcie nam, a my odwdzięczymy się tym, co mamy w sobie najlepszego. Żyjmy w zgodzie, budując razem przyszłość. Chcielibyśmy, aby właśnie tak wyglądała nasza adaptacja w nowym środowisku, nasze wspólne życie.
   Jestem dla autorki czytelnikiem-stołownikiem, któremu serwuje potrawy ze szczerego serca i bez nadmiernych oczekiwań licząc na moją zdolność do reagowania na różnorodne oddziaływanie potraw. Przyprawiając je nadzieją, odwagą i wiarą daje mi możliwość swobodnego wyboru tworzenia dalszego ciągu tej opowieści. Mogę tą wyciągniętą do mnie dłoń odrzucić albo uścisnąć jak mile witanego gościa. Powitać chlebem i solą w głębokim staropolskim ukłonie.
   Bajka?
   Na to pytanie autorka odpowiada w tym wywiadzie.

text

 Zdjęcie Marshy Mehran pochodzi ze strony Random House.

Woda różana i chleb na sodzie [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Zupa z granatów – Marsha Mehran

Zupa z granatów – Marsha Mehran
Przełożyła Jolanta Kozak
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 294 strony
Literatura amerykańska

   Talent malarski to dar, który posiadają wybrani. Dzięki nim nie muszę malować sama sobie obrazów, żeby karmić się ich pięknem czy delektować światłocieniem. Niestety, ze sztuką kulinarną jest inaczej, a skutki tworzenia przez dyletantów czegoś do zjedzenia prowadzą do katastrofy. Jestem jednym z nich.
   Takiemu amatorowi jak ja dać do ręki Zupę z granatów to wyposażyć dziecko w granat bojowy. Było nerwowo i niebezpiecznie, bo Polak jak głodny to zły. W kuchni pobojowisko. Droga tapczan-szafki kuchenne-lodówka oznaczona jak ścieżka wojenna resztkami jedzenia, noszonego w pośpiechu podczas kolejnego kursu z talerzykiem, a czasami i bez, bo w zębach i w garści. A kursów było jak na pętli tramwajowej w godzinach szczytu.
   Zaczęło się od tego, że byłam głodna, a książka była głównie o jedzeniu. Przepis gonił przepis, a jeden apetyczniejszy, ciekawszy i bardziej egzotyczny od drugiego, które wyczarowywały trzy siostry, uciekinierki z Iranu w swojej Cafe Babilon. Najgorsze było to, że nie mogłam pozachwycać się fizycznie ich różnorodnym zapachem, subtelnością smaków i kontrastem barw. Mogłam sobie tylko popatrzeć jak Pascal gotuje, a potem te cudeńka zjada z gośćmi. O nie! Niedoczekanie wasze! Postanowiłam sama sobie ugotować. No choćby taką zupę z czerwonej soczewicy. Żaden problem! No może poza tym, że nie miałam ziaren czarnuszki, o soczewicy i to czerwonej, już nie wspominając. Podobno niezbywalnego i podstawowego składnika. Bez niego ani rusz. Nie szkodzi, bo wśród składników wypatrzyłam głodnymi oczami rosół z kury. Aaaaa to miałam. Z proszku sobie zrobiłam. Może to nawet koło zupy z soczewicy nie leżało, ale zupą było i to błyskawiczną i też smaczną. No, ale po tym wodospadzie zaczęło mi chlupotać w żołądku. Pomyślałam, że przydałoby się wrzucić coś treściwego do tego jeziorka. Dolme – gołąbki, które zaserwowały siostry były jak znalazł. Tylko skąd ja miałam wziąć do ich przyrządzenia jagnięcinę?! Nieważne, w lodówce znalazłam mięso i to gotowe do zjedzenia, bo w postaci kabanosa. Wtrząchnęłam, żeby przestało chlupotać. Wprawdzie przestało, ale zachciało się słodkiego, bo na kolejnej stronie siostry pokazywały sposób przyrządzania słodkich gusz-e fil – słoniowych uszu czy bakławy. Cokolwiek miałoby to znaczyć, chciałam tego. Natychmiast! No tak, ale wody różanej to ja nie znalazłam w mojej polskiej kuchni. Znalazłam za to czekoladę z orzechami. Też słodkie, a orzechy jak najbardziej egzotyczne. Ledwo zjadłam, a już pić mi się zachciało, bo siostry podsuwały mi kolejny przepis na dugh – napój jogurtowy. Tylko skąd ja wezmę świeżej mięty? Taaak, chciałam kupić w doniczce, ale koleżanka spojrzała z ukosa, że co ja tam będę kupować, skoro ona przyniesie mi ze swojego ogródka za darmo. Przynosi do dziś. Ożeż ty… resztę myśli zmełłam w ustach. Na szczęście w lodówce stał kuzyn jogurtu – kefir. Popijając go, z uśmiechem Kota z Cheshire na twarzy, dokończyłam powieść.
   No, same korzyści z tej książki. Jadłam bardzo orientalne potrawy (nie ma to jak siła wyobraźni i trochę inwencji), zrobiłam inwentaryzację w kuchni i wyjadłam resztki z lodówki (hurra!! można iść na zakupy).
No, może prawie same korzyści. Bo jak sobie wyobraziłam, co ja do tego szklanego naczynia Marioli Bojarskiej z programu Agentka do zadań specjalnych dla łakomych dziewczynek wrzuciłam, to zrobiło mi się bardzo bardzo niedobrze i musiałam pić bardzo bardzo tradycyjny napar z mięty, z bardzo bardzo polskiego Herbapolu.
   Zawsze powtarzałam, powtarzam i będę powtarzać, że ja tylko pięknie jem i czytam, a smacznie gotują kucharze i pasjonaci gotowania. Tacy jak zemfiroczka. Przeczytała książkę i ugotowała zupę z granatów.

Zupa z granatów [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Cukiereczki – Mian Mian

Cukiereczki – Mian Mian
Przełożyła Katarzyna Kulpa
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2007 , 234 stron
Literatura chińska

   Mian Mian zaprosiła mnie do kręgu swoich przyjaciół. Częstowała cukierkami. Lubię słodycze. Usiadłam, wzięłam i spróbowałam. Zwłaszcza, że Cukiereczki były w Chinach zakazane, a zakazana słodycz tym bardziej kusi i tym rozkoszniej smakuje.
Niestety, nie tym razem.
   Dostałam cukierki o popękanym szkliwie, tak jak potrzaskane było życie bohaterów książki, o smaku gorzkiego piołunu, tak jak pełne goryczy, beznadziei, bólu były ich marzenia i słone, tak jak słone były ich łzy rozpaczy i bezsilności wobec walki z samym sobą.
   Każdy cukiereczek to inna historia drogi do najsłynniejszej ulicy w Pekinie, gdzie można było zaspokoić wszystkie ludzkie potrzeby: wyglądu, jedzenia, rozrywki, seksu czy głodu dzięki alfonsom, żebrakom, prostytutkom, alkoholikom, narkomanom, hazardzistom, dilerom. Taki stał się świat młodego pokolenia Chińczyków od końca lat osiemdziesiątych pod wpływem zachodniej popkultury. Nie pomógł Mur Chiński, który miał chronić przed resztą świata. Młodzi chcieli go przebić, przedostać się na drugą stronę chłonąc piękna muzykę The Doors wraz z narkotykami, AIDS i stylem życia, w którym pieniądze się zdobywa a nie zarabia. Niby nic nowego, bo to samo dzieje się w innych krajach i to od bardzo dawna, a „literatura narkotykowa” zalewa rynek wydawniczy. Przeraziło mnie tylko to, że w Chinach elementy patologiczne wyłapuje się jak szczury poprzez cykliczne, uliczne obławy i eliminuje poprzez rozstrzelanie, nawet za zwykłą kradzież. Natomiast chorych na AIDS wywozi się na bezludną wyspę, z której nikt nie wraca.
   Smutno mi, że ten piękny świat Azji Wschodniej wykreowany przez Lisę See, Pearl Buck, Lian Hearn i wielu innych ma również oblicze Mian Mian. Niezmienna pozostała tylko umiejętność pięknego nazywania starymi wyrażeniami nowych zjawisk: grzeszny dług – nielegalne dziecko, wędrowne wilgi – prostytutki czy ściganie smoka – wciąganie oparów heroiny.
   Smutno mi, bo przeczytałam epitafium chińskiej tradycji. Nie żałuję, bo ten nowy obraz również do niej należy.
   A zaczęło się od tak niewinnego zdania: ta książka będzie o tym, jak wszystkie grzeczne dzieci dostają cukierki… i chciałoby się dodać: i idą do piekła…

text

 Obrazek pochodzi ze strony V10.pl

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: