Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Oskarżony pluszowy M. – Clifford Chase

21 marca 2019

Oskarżony pluszowy M.: filozoficzna powieść o miłości, samotności i wolności – Clifford Chase
Przełożyła Anna Kołyszko
Wydawnictwo Amber , 2007 , 253 strony
Literatura amerykańska

Jaki miś jest, zobaczyłam na tym zdjęciu z kartoteki policyjnej:

 

text

 

 

Widok zagubionego i ze strachem w szeroko otwartych, szklanych oczach, pluszowego Winkiego, głównego bohatera zamieszania, a dokładnie Misia Blinkiego z Zamykanymi Oczami, wywołał we mnie wyłącznie ciepłe uczucia: chęć objęcia, przytulenia, poklepania, pocieszenia, podrapania za uchem, a przede wszystkim przyjemne wspomnienie własnego misia z dzieciństwa. Lekko „odklejonego” nawet od społeczności misiowej ze względu na swoje czerwone futerko. Miś, który tulił w potrzebie, pocieszał w kłopotach i był powiernikiem wszystkich dziecięcych trosk. Przytulanka, która doczekała się Dnia Pluszowego Misia obchodzonego 25 listopada.
Taki miś został oskarżony przez prokuratora o popełnienie 10678 (słownie: dziesięciu tysięcy sześciuset siedemdziesięciu ośmiu!) przestępstw począwszy od podszywania się pod kobietę, aż do terroryzmu włącznie, a wszystkie starannie obmyślane i wykonane, by zadać dotkliwy cios, a co potwierdziła naukowo kryminalistyczna mikrospektralna analiza wysokiej rozdzielczości, cokolwiek miałoby to znaczyć. Odczytanie wszystkich zarzutów zajęło sędziemu pięć godzin i czternaście minut!
Przeciwstawienie sobie tych dwóch światów: gorących uczuć i zimnego prawa doprowadziło do absurdu. Śledziłam ten groteskowy los Winkiego i tak znajomo wyglądające zdarzenia będące jego udziałem. Przypominały tę cześć otaczającej mnie codzienności, która jest źródłem natchnienia dla satyryków.
Nie winiłabym jednak samego prawa o taki stan rzeczy. Prawo jest dobre, jest potrzebne, tylko ludzie je stosujący zapominają, że sztywne wytyczne to nie wszystko. Że prawo ma regulować życie społeczeństwa, a nie je ostatecznie uregulować. Elastyczność i odrobina zdrowego rozsądku ze szczyptą uczuć to podstawa jego interpretacji. Ale może to za trudne dla niektórych strażników prawa? Zakopani wśród kodeksów, żyjący pośród paragrafów, zapomnieli o uczuciach i o swoich misiach. Nie chcę myśleć o takich, którzy tych misiów nigdy nie mieli…
Wtedy taki człowiek-miś dostawszy się w tryby sprawiedliwości uwierzy, że skoro mu coś zarzucają to musi być naprawdę bardzo złym, okropnym i podłym w myśl zasady: kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą.
Jak więc żyć w tym rwącym nurcie życia i paradoksu, emocji i prawa?
Znalazłam podpowiedź właśnie w tej powieści.

 

Oskarżony pluszowy Miś [Clifford Chase]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

 

Nie dziwię się wokaliście, że nie chce dziewczyny, która wydłubuje sianko z misia (uj, niedobra!), ale podziwiam go za pojemność płuc. Po pierwszej zwrotce wciągam powietrze uszami, nie mając czasu na wdech.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Nadepnęłam na węża – Hiromi Kawakami

Nadepnęłam na węża – Hiromi Kawakami
Przełożyła Barbara Słomka
Wydawnictwo Karakter , 2010 , 399 stron
Literatura japońska

Wszystko przez Bazyla, u którego przeczytałam o Kielonku i Mary, która dorzuciła kilka groszy zachwytu o Fruwającej duszy. Potem zaczęły się pojawiać kolejne dobre słowa przy okazji innych tytułów, a ja cudownie odkryłam, że wszystkie te książki wydało jedno wydawnictwo o przewrotnej nazwie Karakter, kierujące się ideą przewodnią: „Wydajemy, co się nam podoba”. A że podobało się innym, zachciało podobać się i mnie. I stało się nieuniknione. Napadłam na internetową księgarnię i wykupiłam około 90% wydanych tytułów. Poniżej mój łup i dowód przestępstwa. Przyjemnego zresztą.

 

text

Patrząc na ten kolorowy wachlarz grafiki, jednolitej i charakterystycznej w swojej różnorodności (ukłony dla projektanta Przemka Dębowskiego), zastanawiałam się, od której zacząć przygodę?

 

text

Wzrok spod rzęs spoczął na jeszcze pachnącej farbą drukarską, ostatniej wydanej powieści, a właściwie zbiorze trzech opowiadań. Rzuciłam się na głęboką wodę, w której tej wody zabrakło i boleśnie się potłukłam uderzając o głębokie dno filozofii. Wycofałam się z mojego tempa czytania, myślenia, ukształtowanych nawyków, wypracowanych schematów, standardowych podejść i zaczęłam jeszcze raz. Od okładki, jakbym ujrzała tę książkę na nowo.
Tak.
Po przeczytaniu pierwszego, tytułowego opowiadania, zamknęłam książkę i zaczęłam się zastanawiać: kontynuować czytanie czy zacząć od nowa, z nowym nastawieniem? W podjęciu decyzji pomogła mi tłumaczka, która radziła: Należy zgodzić się, by pisarka prowadziła nas przez wymyślony przez siebie świat, nie oczekując wyjaśnień, dlaczego przed nami pojawia się ktoś lub coś, kogo lub czego nie spodziewaliśmy się. Zawsze przecież można książkę odłożyć. Ostatnie zdanie mnie nie dotyczyło. Zgodziłam się więc posłusznie z tłumaczką i zaczęłam czytać ponownie, powoli, z nowym stanem umysłu prawie jak tabula rasa, tak jak należy wobec bardzo, ale to bardzo niszowej literatury. Formą i treścią przypominała mi, czytane kiedyś jako literacką ciekawostkę, Fractale Nataszy Goerke.
Weszłam do nieokreślonego świata, w którym współistnieli ze sobą ludzie, mówiące zwierzęta oraz tuboliski i murkotki – istoty niemające swojego odpowiednika w mojej rzeczywistości. W którym opowieści nie musiały mieć morału, symbole jakiegokolwiek głębokiego znaczenia w trzech odsłonach, kreślony obraz spójności, a narrator płci, poczucia czasu i istnienia. W którym europejskość przeszkadzała mi w odbiorze symboliki zaczerpniętej z buddyzmu. Mogłam mnożyć przesłania na bazie takich zdań jak: Młodszy brat powiedział, że na samym dnie bagna głębokiego jak miłość jest rodzina. Mogłam odkrywać drugie dno symboliki tytułowego węża zmieniającego się w kobietę. Nadawać znaczenie wymiarowi zjawiska znikania członków rodziny i rzeczy w opowiadaniu Znikają. Uzasadniać sięganie autorki do psychoanalizy, mechaniki kwantowej czy biologii.
Tylko po co, skoro wszystko mogło okazać się ułudą, nie właśnie takie, sięgające nie do tego sedna, ze złą interpretacją? Skoro po ułudzie zrozumienia Znów przestaję rozumieć. Przestaję rozumieć i proste znów przestaje być proste. – jak mówi Hiwako Sanada jedna z bohaterek.
Książka pozostawiła mnie w umysłowym rozedrganiu, zdezorientowaniu, niespójnym rozumowaniu i ambiwalentną w odczuciach, płynną, niespokojną i alogiczną w myślach. Dostałam hurtem wszystko to, czego w literaturze nie szukam. Wręcz unikam. Może gdybym uprawiała jogę i oddawała się medytacji, te opowiadania byłby odpowiednimi, wręcz dobroczynnie uzupełniającymi te praktyki pięknymi fraktalami odkrytymi w słowie. Ale nie jestem medytującą w pozycji lotosu. Teraz nawet nie wiem czy to dobrze czy źle. Bo jakie ma znaczenie moje pisanie o wrażeniach, skoro ktoś taki jak ja, kto za chwilę ma być pożarty przez rekina, mógłby wspomnieć opowieść człowieka połkniętego przez wieloryba?
Interpretacja dowolna. Czytanie dobrowolne, bo ostatecznie zawsze można książkę zamknąć. Reklamacji za skutki bezwzględnie nie uwzględnia się.

 

Z tą książką jest tak, jak z tymi fraktalami w powyższym filmie. Dla jednych piękno samo w sobie, a dla innych kalejdoskopowy kicz.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Fruwająca dusza – Yoko Tawada

Fruwająca dusza – Yoko Tawada
Przełożyła Barbara Słomka
Wydawnictwo Karakter , 2009, 179 stron
Literatura japońska

   Risui, młoda dziewczyna, zamiast wybrać rolę spełniającej się żony i matki w gronie rodziny u boku męża, wybrała rozwój duchowy. Wykształcenie w szkole prowadzonej przez jej założycielkę Kikyo, która przyjmowała do niej nielicznych. Miała to szczęście być wśród nich, zostać wybraną z wielu. Zdobywała wiedzę wraz z Koseki, Yubihime, Chorei i innymi dziewczętami ze swoimi zaletami, ale i wadami utrudniającymi jej pobyt w szkole o podejrzanym źródle finansowego wsparcia. A i sama Kikyo nie była bez wad. Postrzegały ją jako morowe powietrze przedostające się do serc uczennic, zatruwające je cierpieniem.
To mój prosty opis w zwykłych, lapidarnych słowach kreślących fabułę tej opowieści. W samokrytyce i kontekście piękna wizji zawartej w tej książce, nie boję się użyć nawet określenia – prozaiczno-egzystencjalny. Dokładnie takiego i jest mi z tego powodu żal, że nie mam fruwającej duszy tak, jak główna bohaterka i jej twórczyni, która z tej prozaicznej, obrzydliwie egzystencjalnej fabuły pełnej zawiści, zazdrości, sztywnych zasad i rozpasania ludzkich potrzeb i żądz, uczyniła opowieść magiczną – na poły oniryczną, na poły narkotyczną.
    Wzniosła się pod nieboskłon i spod chmur, ogarniając realny świat szkoły, zwykłe życie uczących się w niej kobiet i ich nauczycielki, zamieniła ją w baśniową krainę z wyjątkowym miejscem Szkoły, położonym w lesie medytacji z jęczącymi drzewami, wśród rozlewisk i moczarów, w którym Rytm czasu zanurza się w stawie, nocne niebo przylega do ziemi. Miejsce, w którym latająca dusza Risui i jej przyjaciółki o pięknie brzmiących imionach Czerwony Kamień, Palec Księżniczki, Poranny Dzwoneczek idą duchową Drogą Tygrysa, zgłębiając jej trzysta sześćdziesiąt Ksiąg i mając nadzieję na ujrzenie go u kresu tej wędrówki. Wtedy Lazur nieba zderzy się z bursztynową barwą ziemi, prąd powietrza wessie słowa, a wszelkie stworzenia: zwierzęta, ptaki i ludzie, przestaną rozróżniać ciepło i zimno, radość i smutek, a Tygrys przemówi. Chwila, dla której młode dziewczyny porzucają domy, a adeptki są gotowe poświęcić całe swoje życie. Do tego celu prowadzi ich pogromczyni Tygrysa, ich mistrzyni, charyzmatyczna Kikyo przypominająca roślinę, która pod dotknięciem palców rozkwita i rozsiewa wokół nasiona. A sama Risui jest w stanie przeżywać erotyczne rozkosze z ideogramem wędrowca i dostrzegać rzeczy, których ja, bez jej daru latającej duszy, nie ujrzałabym nigdy.
    Opowieść tę musiałam czytać powoli, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, by nie umknęło mi piękno i mądrość żadnej myśli, metafory, przesłania, przekazu, skojarzenia, obrazu, wizji, snu, przywidzenia. Bym nie poczuła jak Na dnie oczu rwą mi się sieci, w które łowię litery, ale w pełni odczuła przyjemność piękna tego zdania opisującego proces czytania, a raczej jego niemożność. Nie mogłam szybko przerzucić strony i nie wolno było mi tego robić, gdy napotykałam takie zdanie: Gdy się kogoś zdradzi, jeden kręg w kręgosłupie staje się kruchy. Nie chciałam zmarnować, przeoczyć żadnego wyrażenia. Wiedziałam, że mam przed sobą wyjątkową prozę poetycką, po której myślenia, szukania, porównywania i odkrywania jej znaczeń, sensów, miałam na cały dzień. Nie pozwalałam sobie czytać szybko, bo mogłam zbagatelizować takie rady jak ta: Brzmienie własnego głosu natychmiast przywraca nas do rzeczywistości i porzucamy myśl, która jest nam niemiła.
    Wypróbowałam. Skutkuje!
    Ale oprócz tak bardzo praktycznych wskazówek, otrzymałam odpowiedź na jedno ważne pytanie dotyczące natury ludzkiej: Dlaczego starając się myślą sięgać wysoko do gwiazd, jednocześnie nurzamy się w błocie cielesności?
Czyżby i mnie się udało na moment, na malutką chwilę spojrzeć w oczy Tygrysa?


Pisarka jest znaną w Niemczech artystką. Tutaj mogłam zobaczyć fragment jej twórczości na scenie teatru.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Szczęśliwe Dni – Laurent Graff

Szczęśliwe Dni – Laurent Graff
Przełożył Jacek Giszczak
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 125 stron
Literatura francuska

Takie maleństwo, takie niewielkie objętościowo coś, a potrafiło otworzyć kolejne drzwi w mojej nieświadomości. Uchyliło i wpuściło jedną myśl.
Otacza mnie terror śmierci i kult starości w jej oczekiwaniu.
Tak mniej więcej do trzydziestki jej macki mnie nie dosięgały, byłam bezpieczna, ale po jej przekroczeniu zaczęło się. Tego czynić już nie wypada, tamtego robić nie wolno, nawet nucić z radości pod nosem na ulicy jest zabronione. To robią TYLKO dzieci i wariaci!
Tak bardzo czekałam na dorosłość, by żyć według własnych zasad w powszechnie akceptowanych granicach moralności, a okazuje się, że w dzieciństwie i młodości byłam na to za młoda, a po trzydziestce stałam się za stara.
Kiedy więc żyć?!
Okazuje się, że właściwie nie ma na to czasu, a ci którzy próbują czerpać z niego pełnymi garściami: chodzić po górach w wieku sześćdziesięciu lat, jeździć na rowerze po świecie po pięćdziesiątce, zdobywać szczyty gór i krańce świata będąc mamą jak Martyna Wojciechowska, żenić się w wieku osiemdziesięciu lat jak Andrzej Łapicki (tutaj przykładami mogłabym sypać jak piaskiem, dla niektórych po oczach) uchodzą za dziwaków, odszczepieńców, za ludzi wymigujących się procesowi kultywowania starości i przynależnych jemu zachowaniom. To co brałam do tej pory za malkontenctwo, pesymizm, nieumiejętność cieszenia się życiem, w skrajnych przypadkach za apatię i depresję, okazało się kultem starości i umierania, a jego wyznawcy jego ofiarami, kształtowanymi od dzieciństwa przez narzucone normy społeczne, w przeważającej mierze bardziej wynikające z konwenansów niż z wartości moralnych.
Takimi jak główny bohater tej książki, który w wieku osiemnastu lat wykupił miejsce na własny grób, by tuż po trzydziestce zamieszkać w domu starców o przewrotnej nazwie Szczęśliwe Dni i resztę życia przeznaczyć na poszukiwanie epitafium na własny nagrobek.
Ta groteska upewniła mnie, że nie należy popadać w skrajności, że każda pora mojego istnienia jest przede wszystkim życiem, a jego wartość i cel zależy tylko ode mnie, że nie chcę jego jakości sprowadzić do słowa „byle” – byle do piątku, byle do wiosny, byle do emerytury i byle był piękny pogrzeb. Niestety tych, którym oczekiwanie śmierci przesłoniło radość życia, którzy zabijają czas z dnia na dzień, cierpliwi i uparci w tym procederze (praca, dom, a reszty nie wypada robić, bo co ludzie powiedzą), jest wielu. Najgorsze jest to, że ta zaraza jest bardzo toksyczna dla otoczenia. Przechodzi z człowieka na człowieka jak katar, by przejść w sienny. I boję się, że jeśli jeszcze raz usłyszę, że w moim wieku nie powinno się nosić kolczyka w nosie (ofiary starości oceniają to jako zgłupienie na STAROŚĆ ?!?), to wykupię sobie miejsce na cmentarzu, usiądę sobie w kąciku nikomu nie wadząc, złożę dłonie na podołku spódnicy do ziemi (bo powyżej kolan w moim „starczym” wieku nie przystoi) i będę czekać na śmierć, „zarażając” tą chorobą innych i jednocześnie wybierając epitafium dla siebie spośród proponowanych przez Antoine, bohatera opowieści:

 

Przez całe moje życie umierałem.

 

A może to, na złość:

 

Bez obaw niczego nie straciłeś.

 

To też jest piękne:

 

Oto umarłem i zostałem pochowany, jakbym kiedyś żył.

 

A może wymyślę sobie swoje, dla siebie, sama. Na przykład takie:

 

Umarła, by zacząć nareszcie żyć!

 

Gorzej jak dobry Bóg na powitanie pokiwa głową i powie zatroskany: Duszo moja zbłąkana, żyć to ty miałaś na Ziemi…

 

 

Pod jasną obwolutą tej książki kryje się jej negatywne odbicie, skrywające mroczne sedno. Jej twórcą jest tak przeze mnie lubiany grafik Przemek Dąbrowski, na którego autorskiej stronie dowiedziałam się, skąd zaczerpnął pomysł stworzenia tego podwójnego, kontrastowego przesłania opowieści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Diabeł: autobiografia – Tosca Lee

Diabeł: autobiografia – Tosca Lee
Przełożyła Monika Wyrwas-Wisniewska
Wydawnictwo Initium , 2010 , 279 stron
Literatura amerykańska

Z diabłem!
Oto moja odpowiedź na często zadawane pytanie: Z kim chciałabyś porozmawiać ze sławnych i znaczących?
Że co…, że grzech i bluźnierstwo? Że to już lepiej z samym Panem Bogiem?
Z Panem Bogiem rozmawiam codziennie i tę wersję wydarzeń znam aż za dobrze. A nie grzechem jest wysłuchać tylko jednej strony wydarzeń o początku świata i wydawać jednostronne wyroki, subiektywne oceny? Może rewers tej historii wygląda trochę inaczej?
Że co mi to da? I że chyba uwierzyłam w poniższy w slogan umieszczony na tylnej okładce?

 

 

 

I tutaj mam cię ty drugie moje bojaźliwe ja, wiecznie sceptyczne alter ego. Wściekałeś się, gdy diabeł Lucian sam, z własnej woli i wyrafinowanej potrzeby, zaprosił na spotkanie Clay’a, a ten głupiec opierał się, uciekał, unikał, wątpił w swoje zmysły. Pragnąłeś jednak tych spotkań, tych opowieści o początkach świata. Chciałeś, żeby Clay również się do nich przekonał. Cieszyłeś się, gdy Lucian przybierając postać kobiety, dopiął swego. A kiedy mu się to udało, razem z Clay’em niecierpliwie wyczekiwałeś na wiadomość z terminem następnego spotkania, na telefon z godziną i miejscem kolejnej rozmowy. I mimo, że bałeś się jego autoagresywnych odruchów, gdy wyrywał sobie w emocjach włosy z głowy lub wbijał paznokcie w skórę do krwi, jego nieprzeniknionej głębi oczu z czającym się ruchomym cieniem za zamglonymi tęczówkami, to jednak słuchałeś go nadal zafascynowany zmiennością ciała, oblekanego w kolejne wcielenia ludzkie, jak w gotowe zestawy ubrań, zaskoczony detaliczną wiedzą o Clay’u, o jego poszukiwaniach sensu dalszego życia bez żony.
Że już to znałeś i upadek Lucyfera, i stworzenie raju, a potem ludzi? Że nihil novi?
Pewnie że tak! Miażdżąca większość ludzi zna tę historię z większymi lub mniejszymi różnicami w szczegółach w zależności od wyznania, ale odłóż na bok wiedzę. Skup się na uczuciach jakie zaczęły się budzić w tobie. Jak zmieniały się proporcje rozumienia i emocji, na korzyść tych ostatnich. Jak otwierałeś umysł na wiedzę przykurzoną rutyną i obciążoną symboliką. Jak zobaczyłeś to, co do tej pory postrzegałeś w innym świetle, z innej perspektywy, z innym ładunkiem emocjonalnym, by wreszcie mogło, zamiast nienawiści do złego diabła, pojawić się uczucie współczucia, niemal litości.
Że na własne życzenie doczekał się wiecznego potępienia?
A przypomnij sobie, ile razy ty na własne życzenie zasłużyłeś na odrzucenie Boga w swoim krótkim życiu? Ile razy ty okazałeś się złym człowiekiem? A diabeł odwrócił się tylko raz. Jeden, jedyny raz! To wtedy pojąłeś w pełni, dzięki temu kontrastowi, bezgraniczną, bezinteresowną miłość Boga do ciebie i pojęcie… piekła. To wtedy uświadomiłeś sobie potęgę i wyjątkowość skarbu jakim zostałeś obdarzony, a którego nie doceniasz w mowie, uczynkach i myślach. To wtedy zrozumiałeś dlaczego diabeł tak ciebie nienawidzi i niszczy twą duszę z taką zaciekłą zawziętością. I jak ludzkimi kieruje się w tej nienawiści motywami. Pamiętasz grozę tych słów podpartych świeżo uświadomioną sobie wiedzą, które wypowiadał patrząc Clay’owi prosto w oczy? Pamiętasz co jeszcze dodał? Że to historia o TOBIE!
Że od którego momentu!?
Nie naśladuj Clay’a w tym zadziwieniu. Od początku! Ale to też zrozumiałeś dopiero na końcu, kiedy Clay został sam na sam ze skończoną opowieścią i z upływającym czasem. A miał go niewiele. I twoje przerażenie, bo nie wiesz ile tobie go zostało. Czy zdążysz naprawić to, co bezmyślnie popsułeś, odbudować to, co beztrosko zburzyłeś, naprawić mosty tak lekkomyślnie spalone? Czy zdążysz powalczyć na tyle długo, by dorównać miłości Boga, jaką ciebie obdarza?
Że to niemożliwe?
Możliwe, przypomnij sobie jak diabeł narzekał na Hioba. Jak ten uparty człowiek psuł mu misternie ułożony plan. Trzeba tylko pamiętać o tym, czego dowiedziałeś się z tej powieści i przywołać emocje, jakie ona w tobie obudziła. Może nie w jedną noc i nie wszystko, ale na pewno zmieniła wiele.
Zaprzeczysz?

Tak też myślałam… Diabeł to bardzo dobry pomysł! Powiem więcej. Nie muszę go zapraszać. Jest wszędzie, nawet jeśli tego nie chcę.
I tak to sobie rozmawiałam z tym moim konserwatywnym alter ego w trakcie i długo jeszcze po przeczytaniu tej powieści, która pod postacią prostej historii przekazała w emocjonalny, niezwykle przystępny sposób podstawowe, a zarazem skomplikowane zagadnienie religijno-filozoficzne jakim jest walka dobra ze złem o duszę człowieka, która okazała się być daleka od tej powszechnie znanej, klasycznej.

 

 

 

A na tylnej stronie przeczytałam cudowną wiadomość! Będzie więcej materiału do rozmyślań, tym razem z punktu widzenia biblijnej Ewy. Na końcu książki umieszczony został fragment powieści Havah. Historia Ewy, która ukaże się w 2011 roku. Już zacieram ręce w niecierpliwym oczekiwaniu na kolejną porcję bardzo dobrej prozy. Mam nadzieję, że się nie zawiodę, bo Diabeł autobiografia wysoko postawił poprzeczkę.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Mechanizm serca – Mathias Malzieu

Mechanizm serca – Mathias Malzieu
Przełożyła Magdalena Krzyżosiak
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 166 stron
Literatura francuska

Lubię wyjmować ze skrzynki pocztowej katalog klubu książkowego, do którego należę od czasów starożytnych, czyli od 1994 roku i mam nawet złotą kartę czytelnika. Lubię moment, ten czas, kiedy siadam z filiżanką (tak, pijam w czymś bardzo niepraktycznym) herbaty i zaczynam przeglądać jego strony w poszukiwaniu tej jednej, jedynej, która mnie urzeknie okładką, zachęci opisem, obudzi szósty zmysł czytelnika-myśliwego. Dodam, że troszkę wymuszonej, bo przynajmniej jedną muszę kupić (takie są zasady klubu), ale za to średnio co drugi miesiąc systematycznie czytam kolejną nowość. Ale nie byle jaką, bo taką moją, tylko przeze mnie odkrytą. Specjalnie po to do księgarni się nie wybieram, bo daleko i dlatego bywam okazjonalnie, a Internet nie daje mi takiej przyjemności, bo z każdej strony atakuje mnie reklama sugerująca – Lubisz to! Chcesz mnie! Kup tę! Czasami mam ochotę na swoje dziewicze wybory. Takim właśnie moim odkryciem było Oczyszczenie Sofi Oksanen, które pozostało dla mnie najlepszą książką przeczytaną w ubiegłym roku. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby instynkt mnie zawiódł, aż do tego pierwszego razu, który kiedyś zawsze musi nastąpić…
Z przedostatniego katalogu wybrałam spośród innych właśnie tę książkę, uwiedziona przede wszystkim okładką, a potem mało widocznym napisem tuż nad nazwiskiem autora:

 

 

No i to serce w tytule. Jakżeż mogłam nie chcieć jej przeczytać?! A kiedy po otrzymaniu i odwinięciu z papieru, wzięłam ją do rąk, nie mogłam z kolei przestać jej dotykać. Doznanie uczucia aksamitnej gładkości dopełniło swego. Lubię ten przyjemny w dotyku rodzaj materiału okładkowego, wyjątkowo podkreślającego przestrzenność grafiki i wyrazistość kolorów, coraz częściej wykorzystywanego przez wydawców. Wiedzą czym jeszcze mnie można uwieść. Starają się i chwała im za to!
Zagłębiłam się więc w powieść z bardzo pozytywnym nastawieniem, z oczekiwaniem na obiecaną baśń.
I baśniowo się zaczyna…
W najzimniejszym dniu świata, jak mawiali starzy, w dziewiętnastowiecznym Edynburgu, pokrytym puchem śnieżnej bieli, przyszedł na świat chłopiec z uszkodzonym sercem. Miejscowa lekarka ludzi kalekich, potępionych i odrzuconych przez społeczeństwo, wszyła w klatkę piersiową chłopca mechanizm zegarowy, wspomagający bicie serca biologicznego. Od tej pory Jack, bo takie dano mu imię, nosił w sobie zegaroserce nakręcane kluczykiem. Delikatną i wrażliwą na wstrząsy hybrydę podtrzymującą płomień życia. Jego opiekunka Doktor Madeleine, by chronić delikatne wnętrze organizmu przed niebezpieczeństwem uszkodzenia bądź zniszczenia, umieściła nad jego łóżkiem taki napis, w którym podkreśliłam zakaz najstraszniejszy i najokrutniejszy:

 

 

To co wydarzyło się później, było złamaniem wszystkich wymienionych przykazań. Jak Jack nie mógł nie pokochać istoty jemu podobnej, bo kalekiej? Filigranowej, zwiewnej, delikatnej, o niebiańskim głosiku śpiewaczki, której podarował najcenniejszą rzecz jaką posiadał – klucz do swojego serca. W tym związku doświadczył wszystkiego, czym zmienna miłość obdarza każdego człowieka – pięknem radości, szczęścia, euforii, spełnienia, tęsknoty, pożądania, ale i bólem rozstania, rozpaczy, cierpienia, zazdrości, odrzucenia, niezrozumienia, nieszczęścia, nienawiści, depresji, a nawet samobójstwa. Przeżył całe spektrum uczuć, emocji, wrażeń i wynikających z nich zachowań miłości nastoletniej, tej romantycznej, ale i „chmurnej i durnej”, a potem miłości dojrzałej, doświadczonej, naznaczonej, człowieka dorosłego, bo, jak przestrzegała Medeleine, cała przyjemność i radość, które daje miłość, muszą któregoś dnia odbić się cierpieniem. A im mocniej się kocha, tym ból będzie silniejszy.
To również opowieść o miłości rodzicielskiej. Egoistycznej, zaborczej matki do przybranego syna, chcącej poprzez zakazy i nakazy, uchronić dziecko przed bezkompromisowym życiem i okrucieństwem ludzi, zatrzymując go przy sobie, uzależniając od siebie. W efekcie Jack został skrzywdzony przez wszystkich, w tym również przez najbliższych – porzucającą go matkę biologiczną, nadopiekuńczą matkę zastępczą, agresywnych rówieśników, nietolerancyjne społeczeństwo i wreszcie jego kapryśną ukochaną. Takiej dawki zniewolenia i odrzucenia może nie wytrzymać każdy mechanizm serca, nie tylko Jacka, gubiąc rytm pracy, grożąc zatrzymaniem, ale może też otoczyć się grubym pancerzem i stać się sercem Kuby Rozpruwacza, niezdolnym do miłości z żywymi, który radził Jackowi – Nie bój się chłopcze, szybko nauczysz się przerażać, żeby przetrwać!
Całość opowieści zaciekawia wielością symboliki, treści etycznej, filozoficznej, materiału do przemyślenia, zastanowienia się, przyłożenia do własnego mechanizmu serca, z sugestywnymi, przepięknymi opisami zdarzeń i postaci, które wykorzystując metafory, przenośnie, porównania, odwołania, obfitują w liczne perełki poetyckiej prozy. I tak mogłabym wymieniać dalej dobre strony tej powieści jeszcze długo, gdyby nie jedno ale…
Niczego nowego się nie dowiedziałam, bym mogła wypełnić puste przestrzenie mojej wiedzy. Żadnych odkryć nie dokonałam. Mitów nie obaliłam, ani nie potwierdziłam. A co najsmutniejsze dla mnie, tak pięknie podana historia, mnie nie wzruszyła! A powinna! Wszystkie znaki na okładce i w treści na to wskazywały. I nic! Zupełnie nic! Miałam wrażenie, że w tym tak precyzyjnie skonstruowanym mechanizmie, z idealnie wycyzelowanymi trybikami słów, zabrakło duszy, spajającej opowieść w całość i wprowadzającej w ruch emocje.
Po długim namyśle znalazłam dwa wyjaśnienia moich odczuć.
Pierwsze to znak, że życie stworzyło wokół mojego mechanizmu serca zbyt grubą skorupę i na tę książkę jest dla mnie już za późno, a drugie, że forma przerosła treść.
Chcę wierzyć w to pierwsze, bo wtedy mogłabym znaleźć idealnego odbiorcę tej baśni. Może nie dla dorosłych, ale dla starszej młodzieży. Dla niej takie opowieści są i odkrywcze, i wzruszające, i na pewno przeczytane nie za późno.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Dziewczyna, która pływała z delfinami – Sabina Berman

Dziewczyna, która pływała z delfinami – Sabina Berman
Przełożyła Małgorzata Moś
Wydawnictwo Znak , 2011 , 231 stron
Literatura meksykańska

Gdybym miała jeszcze raz czytać tę książkę, wzbogacona o mądrość po fakcie, powiedziałabym sobie – Zapomnij o tym napisie na książce!

 

 

Wyrzuć go razem z kontekstem całkowicie z głowy! Tytuł też wyrzuć! Potem stworzysz sobie własny. Wyczyść też całkowicie wyobraźnię z porównań i sugestii.
Sio! Precz z umysłu!
Ma zostać tylko twoja tabula rasa i Ja. To znaczy ona. Karen z autyzmem wysokofunkcjonującym. Panna Zdolna Inaczej, jak określali ją inni. Dziewczyna mówiąca o sobie Ja, bo to było pierwsze słowo, jakie nauczyła się wymawiać i jakim rozpoczęła proces myślenia na kilka lat po tym , gdy zaczęła istnieć. Jakim również rozpoczęła opowieść o sobie, swoją historię życia. Tak jak ona ją widziała, prosto, faktograficznie i bez fantazji, nadinterpretacji, sugestii, znienawidzonych metafor i eufemizmów oraz pokrętnej dyplomacji, zaciemniających i wypaczających widzenie otaczającej rzeczywistości. Piękno świata, którego nie dostrzegali standardowi ludzie, zamknięci w egoistycznej bańce samouwielbienia, w której widzi i słyszy się tylko to, co ludzkie, i w której tylko to, co ludzkie ma znaczenie, a wszystko inne to zaledwie krajobraz, towar albo pożywienie. Ślepi, nieczuli, skupieni tylko na własnych emocjach i potrzebach, uciekający w świat fantazji rozumianej jako filozofia, religia lub historie o rzeczach, które nie istnieją, by wyobrażać je sobie, mimo ich namacalnego współistnienia, obecności w rzeczywistości, przed oczami, na wyciągniecie ręki. Według niej to oni byli autystyczni. Ale Karen nie poprzestała tylko na tym wniosku i to ją odróżnia od morza narzekających ludzi na niski stan kondycji moralnej i duchowej ludzkości. Poszła dalej w swoich rozmyślaniach, wskazując przyczynę tego zjawiska wyobcowania i znieczulicy. Odważyła się sprzeciwić nie tylko werbalnie, ale i całym swoim życiem kartezjańskiej tezie – Myślę, więc jestem. Przeciwstawiając jej swoją – Jestem, więc myślę. Ale to jeszcze nie wszystko. Rzuciła wyzwanie dotychczasowemu porządkowi społecznemu, zbudowanemu na myśli Kartezjusza, której utrwalaniu sprzyja religia, stawiająca na szczycie piramidy ważności – człowieka, coraz bardziej zamykającego się na świat zewnętrzny, na inne istoty żyjące. Rzuciła też wyzwanie Bogu, koncentrującym się na człowieku i na tym co on robi lub czego nie robi, który stwarza świat i ciała niebieskie, a potem sam zamyka się w ludzkiej bańce.
Nawet nie wiem kiedy zaczęłam myśleć jak Karen, patrzeć jej oczami, stosować jej logikę, widzieć rzeczywistość bezpośrednio. To było bardzo niebezpieczne doświadczenie. Bo jak zgodzić się z poglądem, że Bogiem jest wszystko co nieznane, nienazwane, a to co znane po prostu jest, istnieje bez miejsca między nimi na cud? Jak nie przyznać jej racji, że Kościół utwierdza ludzkość w siedemnastowiecznych poglądach Kartezjusza, bazujących na podkreślaniu wyobcowujących różnic między człowiekiem a zwierzęciem, a odrzuca poglądy Karola Darwina podkreślające podobieństwa między gatunkami?
I dlaczego właściwie piszę o warstwie filozoficznej tej powieści, zamiast o trudnym dorastaniu Karen w tym normalnym dla mnie, a dla niej autystycznym świecie?
Bo ona sama uważała, że tym, co pomiędzy najistotniejszymi punktami w treści, nie warto zawracać sobie głowy. To tylko najmniej ważny wypełniacz, a jej życie jest takim wypełniaczem, nośnikiem, tłem, by móc zrozumieć to, co miała najważniejszego do przekazania. A co tak usilnie staram się przelać na papier, jakbym miała przed sobą co najmniej esej Leszka Kołakowskiego, a nie życie i poglądy autystycznej dziewczyny, która kończy szkołę, połowę studiów, prowadzi biznes w branży rybnej i stara się żyć, współodczuwając każdą istniejącą istotę ziemską.
Bzdurzy?
To jak wytłumaczyć konieczność organizowania kampanii na rzecz empatii dla zwierząt pod jakże wiele mówiącym hasłem – Zwierzęta są jak ludzie. Czują!? Kim się staliśmy, że musimy uczyć się dostrzegać cierpienie zwierząt? Przez kogo jesteśmy wychowywani, że nie jesteśmy w stanie dostrzec podobieństw? Jakimi treściami jesteśmy indoktrynowani, że współodczuwania nadal musimy się uczyć w XXI wieku? I najważniejsze pytanie – Kto jest odpowiedzialny za nasz autyzm?
Niezwykła filozoficzno-psychologiczna opowieść. Odkrywcza, rewolucyjna, wstrząsająca moimi dotychczasowymi poglądami, odważna, ukryta pod niepozorną okładką, której ciężar treści autorka podała w tak mistrzowsko lekkiej i przystępnej formie. Pod tytułem, który mógł wymyślić tylko człowiek standardowy z upodobaniem do eufemizmów i metafor.
I jeszcze jedno. Ten znaczek umieszczony na tytułowej okładce:

 

 

Niepozorny, ale ważny. Tak jak w powieści zabijano zwierzęta bezstresowo, bo człowiek musiał jeść, przyklejając na nich taki znaczek:

 

 

Tak tutaj ten znaczek zapewnia, że książka zabija dotychczasowe myślenie bezstresowo, po to by można było myśleć samodzielnie, bez Kartezjusza. Zmysłami i bez słów. Wystarczy całym ciałem przebywać w rzeczywistości.
Faktycznie, to nie boli.
Książkę wpisuję na listę najważniejszych powieści czytanych przeze mnie w tym roku.

 

Premiera 16 czerwca 2011 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Wedle reguły kreacji – Artur Boratczuk

Wedle reguły kreacji – Artur Boratczuk
Wydaje.pl , 2011 , 159 stron
Literatura polska

Lubię, gdy powieści mnie zaskakują. Czy to formą, czy też treścią. Myślę sobie potem o nich, układam, dopasowuję do mojej wiedzy i światopoglądu, by ostatecznie osiągnąć stan błogiego rezonansu.
Uwielbiam to uczucie współmyśli lub emocji!
Ale tym razem pomimo pierwszorzędnych, wyborowych, starannie dobranych składowych w postaci treści, języka i formy, nie mogłam poczuć tych przyjemnych wibracji.
Czułam wręcz frapujący mnie rozdźwięk.
Towarzyszył mi niczym kamień w bucie przez cały bieg czytelniczy. Chodziłam dwa dni po zakończeniu lektury tej książki, zajęta myśleniem – w czym tkwi mój problem z poznaną historią, moje niedopasowanie do niej? Bo z jednej strony powieść mnie pochłonęła, a z drugiej nie rozumiałam jej tak do końca, do dna, do ostatniego zdania i myśli w niej zawartej. A tego bardzo, bardzo nie lubię.
Wieczorem, kiedy najlepiej mi się analizuje, odkryłam przyczynę.
Czytałam hybrydę!
Swoiste połączenie stylu snucia fabuły piękną polszczyzną, jak w powieściach Wiesława Myśliwskiego, z filozoficznym esejem naukowym (nawet nie popularnonaukowym), jak spod pióra Władysława Tatarkiewicza w wersji dla wybranych kolegów po fachu. Obie warstwy ciekawie i logicznie napisane, a każda z osobna urzekająca (część beletrystyczna) i wzbudzająca niepokój (część filozoficzna).
Ta beletrystyczna, ogarniająca, otumaniająca i zawłaszczająca mój umysł tylko dla siebie, na kilka godzin, omamiła mnie już kilkoma pierwszymi zdaniami wprowadzającymi do wsi Fraudencja, gdzieś na terenie Polski, tuż po wojnie, w której urodził się główny bohater – Stanisław. A potem całkowicie pochłonęła moją uwagę, skupiając ją na śledzeniu pogmatwanych losów, swoistego krzyża życia dźwiganego na barkach przez człowieka obdarzonego umysłem naukowca. Myślami błądzącego po nieodgadnionych ścieżkach zamysłów Boga, który stworzył świat według Liczby, Miary i Wagi, by zbudować własną teorię wielkiej unifikacji. „Pięknego umysłu” zmuszonego borykać się z prozaicznymi problemami egzystencji. I nawet jeśli Stanisław omijał z daleka nieinteresujące go wydarzenia, rozgrywane gdzieś w tle opowieści lub pojawiające się w jego otoczeniu niczym meteoryty, to życie pamiętało o nim, siłą wplątując go bez jego zgody i aprobaty w sytuacje mające wpływ na jego teraźniejszość, przyszłość i życiorys w ogóle. Dodam – zawsze katastrofalny wpływ. Z czasem wydarzenia te, jak kula u nogi, ciągnęły się za nim złą sławą, uniemożliwiając mu empiryczne sprawdzenie zbudowanej przez siebie teorii stworzenia świata. I o ile byłam zachwyconym świadkiem niezwykle ciekawie opowiedzianej historii zmagań umysłu naukowca z niszczącą go szarą, a nawet złośliwą egzystencją, o tyle druga warstwa powieści, przedstawiająca i rozwijająca filozoficzną teorię reguły kreacji, mocno mnie zirytowała. Nie samą treścią, bo ma ona swoje naukowe podstawy (autor zaczerpnął ją z rozważań znajomego naukowca), ale niemożnością jej zrozumienia. Główną jej zasadę pojęłam w mig – Całość ma w sobie substancję na części, zaś części nie mają w sobie substancji na całość, ponieważ zawiera w sobie, wprawdzie specyficznie podaną, ale jedną z podstawowych zasad chemicznych. Moje problemy zaczynały się na szóstym zdaniu – Obiekt i tło są równorzędnymi przedmiotami fizyczno-logicznymi w ten sposób, że są związane ze sobą ciągłością substancjonalną, zaś zróżnicowane w następstwie bycia przejawami dwóch asymetrycznie lokacyjnych ciągów procesualnych, które początek biorą z całościowej asymetrii w sposobie istnienia Wszechświata. Nie pomogło czytanie po raz drugi, ani po raz nawet piąty, bo pod pojęciem „asymetrycznie lokacyjne ciągi procesualne” nie kryje się w moim umyśle żadna wiedza. Książkę z zakładką temu, kto mi je przetłumaczy na polski. A dwie temu, kto uzasadni ten język wtajemniczonych w książce beletrystycznej. A przecież można było pozostać przy zrozumiałym dla mnie poszukiwaniu świętego Graala, dającego moc zrozumienia myśli Boga. Proste nie tylko dla mnie, ale dla KAŻDEGO czytelnika. Bo chyba do takiego skierowana jest ta powieść?
To właśnie ta rozbieżność tekstu naukowego w powieści dla „milionów” odbiorców, dała mi poczucie dyskomfortu. Poczułam się tak, jakbym zjadła słodki pączek z nadzieniem ze słonych śledzi. Uwielbiam pączki i lubię śledzie, ale w takim połączeniu dały efekt… zaskoczenia.
Zupełnie taki, jaki przeżył Stanisław w końcowej scenie.
Bo może powieść jest napisana nomen omen wedle reguły kreacji? Jej różne składniki tworzą odmienną, ale spójną, jednorodną całość, a tylko moja człowiecza słabość nie jest w stanie zobaczyć i pojąć jej ostatecznego efektu?

Wedle reguły kreacji [Artur Boratczuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi: