Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Przeżyłam Oświęcim – Krystyna Żywulska

30 grudnia 2019

Przeżyłam Oświęcim – Krystyna Żywulska

Wydawnictwo Książka i Wiedza , 1958 , 340 stron , wydanie 3

Literatura polska

   Uświadomiłam sobie rzeczowo: „Jestem w obozie. Tu jest Oświęcim. Vernichtungslager – stąd nie ma powrotu”.

   Po takim wniosku automatycznie przestawia się pryzmat patrzenia. Zmienia się ocena sytuacji, w której dialog między więźniarkami przestaje razić absurdem:

– No cóż, przecież nie na śmierć.

– Myślisz?… tak, nie na śmierć, ale na męczarnię, a to gorsze.

Tę przemianę autorka (właściwie Zofia Landau) ujęła w scenie tatuowania numeru – Od tej chwili przestałam być człowiekiem. Przestałam odczuwać, pamiętać. Umarła wolność, mama, przyjaciele, domy, drzewa. Nie miałam już nazwiska, adresu. Byłam Häftling nr 55908. I w tej minucie za każdym ukłuciem odpadał jakiś okres życia, a zaczynało się otępienie, w którym miałam żyć… jako numer. I jako numer rozpoczęła je w przeświadczeniu, że ono tu się musi skończyć, że to tylko sprawa kolejności. Wśród wszy, szczurów, chorób, głodu, sadystów, trupów, krematoryjnego dymu, tortur, bicia, powszechnej śmierci i z brakiem umiejętności płaczu. Jak sama napisała – Przyzwyczaiłam się do widoku paczek gnijących wśród setek głodnych, przyzwyczaiłam się do smrodu durchfalu, do łysych, świerzbowatych, nagich ludzi-zwierząt. Przyzwyczaiłam się nawet do szczurów, które zadomowiły się i stały się tak bezczelne, że właziły na trzecie piętro prycz i odgryzały trupom kawały ciała.

   A jednak!

   Gdzieś w głębi zachowała w sobie człowieczeństwo. Budziło się w niej w rzadkich sytuacjach, do których w obozie nie można było się przyzwyczaić. Które pojawiały się tak sporadycznie, że nie miały możliwości spowszednieć. Rozczulała ją zwykła ludzka dobroć. Dokładnie o tym również wspominali więźniowie łagrów w Niezarekwirowanych. Moralność spoza drutów objawiała się również w zderzeniu z absurdem – lekarz zabijający ludzi, karetka z Czerwonym Krzyżem uśmiercająca więźniów, kolejka żywych trupów do krematorium, seks w latrynie w obecności defekujących i w smrodzie kału oraz wiele, wiele innych.

   Autorka przeżyła jako jedna z ośmiu kobiet z transportu z Pawiaka liczącego 800 osób, który dotarł do Oświęcimia w sierpniu  1943 roku. Do stycznia 1945 roku przeszła taką samą drogę męki, jak pozostali – ciężka praca, choroby, by trafić do biura ewidencji więźniów. Tych przybywających i tych nanoszonych na listy śmierci. Charakter pracy w pobliżu krematorium umożliwił jej obserwację mechanizmu zagłady, który porównywała do dobrze prosperującego przedsiębiorstwa na masową skalę – Była to jakaś fantastycznie zorganizowana grabież wszystkiego, co mogło w jakikolwiek sposób przydać się do dźwigania potężnej machiny wojennej. Grabież złota, brylantów, odzieży, naczyń, obuwia, futer, walizek, grabież pracy ludzkiej do ostatniego tchu, grabież zębów, włosów, grabież całego ciała ludzkiego.

   Była bardzo dobrą obserwatorką.

   Swoje położenie traktowała, jako „szkołę”, w której nigdzie nie widzi się tak dobrze nagiego człowieka. Dosłownie i w przenośni. Widziała nie tylko nagie stosy trupów, ale również nagą duszę zarówno wśród Niemców, kapo, jak i więźniów. Od tych, co som z gówna zrobione poprzez złamanych chorobą psychiczną aż do tych nielicznych, dzielących się okruchem chleba. Zauważała wymowne, niemalże symboliczne szczegóły głęboko zapadające w pamięć – dziecko ssące palec trupa, śnieg do picia wygarniany spomiędzy nieboszczyków, nierealność zdjęcia z wolności czy zabawy w palenie Żydów przez cygańskie dzieci i… miłość.

   Tak, była miłość w obozie.

   Tak, jak I była miłość w getcie opisana przez Marka Edelmana. Autorka równiez ją dostrzegała wokół siebie, przejawianą w najróżniejszych konfiguracjach obozowej drabiny społecznej, zakazaną lub dozwoloną w obozowym burdelu. Czuła jej atmosferę naładowaną erotyzmem. Właśnie dlatego, że nie było wolno, właśnie dlatego, że wokoło panowała wszechwładnie śmierć, na przekór wszystkiemu, wbrew rozsądkowi, bez zastanowienia, bez przewidywań – ludzie padali sobie w ramiona, sprzęgali się ze sobą na krótką, króciutką chwilę, żeby zachłysnąć się życiem, żeby zaczerpnąć rozkoszy, póki jeszcze można, póki jeszcze trwają, bo za minutę może być za późno. Bo ci tam, tak blisko, już cuchną, już się dopalają.

   Wstrząsające?

   Autorka z góry założyła, że kto tego nie przeżył, nie zrozumie, tak jak nie odczuje naszej udręki mimo najwierniejszej relacji. A jednak następne pokolenia czytają. Próbują poznać, zrozumieć, przeanalizować skoro od pierwszego wydania w 1946 roku pojawiły się kolejne, systematycznie wznawiane, a w latach 1949-1965 ustanowiono ją lekturą szkolną. Współczesne wydania to wersje wolne od cenzury, wzbogacone zdjęciami. W moim księgozbiorze posiadam stareńkie i zaczytane wydanie trzecie z 1958 roku.

   Może ludzie nie pojmą mimo najszczerszych chęci, ale jedno jest pewne – docenią to, co posiadają. Nie rzeczy wielkie, ale te, o których pisała autorka – Szczęściem będzie dla ciebie fakt, że masz czyste ciało, szczęściem będzie, jeśli będziesz mogła się najeść, szczęściem będzie las, tramwaj, spacer w jakimś mieście. Te wspomnienia przywracają środek ciężkości życia we współczesnym świecie i w tym sensie są ponadczasowe.

   Jestem szczęściarą.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , , ,

Emisariusz Niepodległości – Michał Sokolnicki

28 grudnia 2019

Emisariusz Niepodległości: wspomnienia z lat 1896-1919 – Michał Sokolnicki

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 392 strony + 12 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska

Literatura polska

   Co osiągnąłby Józef Piłsudski bez wspierających go ludzi?

   Gdyby nie jeden z najważniejszych czynników decydujących o powodzeniu realizacji planów politycznych Naczelnika. Gdyby nie osoby bezgranicznie oddane jemu i jego idei. Lojalni od początku do końca.

   Jednym z nich był autor tych wspomnień.

   Jak sam napisał – Wzrastałem na wsi w atmosferze patriotycznej tradycji szlacheckiej. Matka przepoiła mnie uwielbieniem dla wierszy polskich, głuchą nienawiścią do wroga i gorzką pamięcią przegranej. (…) Zatem , jeszcze w latach młodzieńczych, w wieku jazdy konnej i gry w krykieta, lekcji tańca i wycieczek łódkami po stawach, byłem już gotowym materiałem na spiskowca. To wystarczyło, żeby widzieć w Rosji okupanta i dawać temu wyraz od najmłodszych lat szkolnych, co przysparzało mu niemało kłopotów w trakcie edukacji. Ostatecznie został historykiem. To szerokie spojrzenie zawodowe na procesy historyczne obdarowało go zdolnością analizowania faktów, wyciągania wniosków i patrzenia w przyszłość. Jasno widział siebie i Polskę na tle Europy u progu zmian niesionych przez 1914 rok, odnotowując podczas pobytu w Berlinie – …oto jestem niewolnik zagubiony w tym potężnym mieście, wgnieciony kołami przez znienawidzoną przemoc, wyzuty z praw, jakie ma każdy szary przechodzeń, lekceważony i mijany przez siły, władające światem: tymczasem ja jeden właśnie, wśród wszystkich tutaj naokoło, wiem i niosę w sobie pewność, rozumiem zwężające się kręgi losów, czuję, co jutro przynosi i znam wyroki ruchu i zmiany, wyroki wszechmocy boskiej, nieznającej zastoju i spokoju.

   W wieku dwudziestu kilku lat posiadał pewność wizji.

   Szukał jedynie drogi realizacji swoich przekonań. Znalazł ją wśród ludzi reprezentujących socjalizm niepodległościowy nie przez partię i nie przez jej arkana, nie na drodze programu czy pism, ale na tej bezpośredniej trudnej ścieżce od człowieka do człowieka, by dotrzeć ostatecznie do Józefa Piłsudskiego, stając się jego jednym z najbardziej zaufanych współtwórców Niepodległej. W swoich wspomnieniach z lat 1896-1919, ułożonych chronologicznie na podstawie listów, fragmentów książki Sprawa armii polskiej oraz zapisów w dzienniku, pokazał nie tylko realizację swoich idei, planów i marzeń na drodze ku wolnemu krajowi. Nie tylko odpowiedział na nurtujące mnie pytanie, na czym dokładnie polegała praca konspiratora, gdy napotykałam w ogólnych opracowaniach historycznych enigmatyczne wyrażenia – działał jako dyplomata, wysłannik czy kurier. Również pokazał pracę polityczną i logistykę działań obozu piłsudczyków. Trud nieustannego zdobywania sojuszników. Zabiegania o wsparcie finansowe, a nawet ich przemocowe pozyskiwanie. Ewolucję idei oscylującej między myślą socjalistyczną a niepodległościową, rozsadzającą jednomyślność Polskiej Partii Socjalistycznej od wewnątrz i dzielącą ją na dwie frakcje – bierną, ideową i czynną, bojówkową. Pięknie także oddawał charakterystykę ludzi, z którymi współpracował, uchwycając to, co można zaobserwować tylko podczas spotkania twarzą w twarz. Potrafił oddać istotę człowieka, łącząc wygląd z cechami charakteru, które go budowały, które w nim się uwidoczniały. Wywarł na mnie od pierwszej chwili szczególny urok – czymś, co biło z jego uduchowionej twarzy, a więcej jeszcze ze smutno-tęsknych i figlarno-ciekawych oczu. Oczy te, spod wysoko sklepionego czoła i w górę rozchodzących się brwi, wyglądały na skośne i patrzyły na ludzi, jak gdyby z góry coś odpychając, a jednocześnie wiecznie czegoś oczekując. – tak barwnie widział i odbierał Stefana Żeromskiego.  Dzięki umiejętności uważnego i wnikliwego obserwatora mogłam przyjrzeć się znanym osobom ze świata ówczesnej kultury i polityki od nieformalnej strony, jakże pięknie uzupełniając ich encyklopedyczny obraz. Kto znał takiego J. Piłsudskiego – Bawiła mnie i uderzała ciągłymi niespodziankami ta umysłowość, tak różna swoją metodą od mojej, tak jak bawił mnie i pociągał zupełnie odmienny od psychiki koroniarzy charakter Litwina: trochę rubaszny, a jednak w każdym calu pański, dobroduszny i serdeczny, ale zarazem nieufny i skryty, pełen zagadkowych zamyśleń i tajonych w sobie mocy, uzewnętrzniający się zawsze tylko częściowo. I te oczy z niepokojącymi błyskami drapieżnego ptaka.

   Jego wspomnienia to również obraz Polski.

   Stan świadomości Polaków, a raczej ich zniewolenia i bojaźni przed nowym, niepewnym, dla wielu nawet obcym ze swoją ideą niepodległościową. Nie odnotował hurra optymizmu w społeczeństwie, jaki dzisiaj, nam, współczesnym, kojarzy się hasło „niepodległość”. Wystarczy prześledzić zapiski na temat wkraczania Legionów Polskich do polskich miejscowości i wsi.

Kielce, sierpień 1914. Przemarsz I Kompanii Kadrowej. Fot. NAC

Ani jednego pozdrowienia dla nas, jadących w czapkach mundurowych ze srebrnymi orłami; ani jednego zaciekawionego spojrzenia; ani zapytań na postojach. (…) Rozterka obejmowała ten kraj, obraz jałowych i biednych stron, któreż mu przyszli budzić, a ona nie życzyła sobie wcale przebudzenia. Autor potrafił na ten stan spojrzeć obiektywnie, tłumacząc przyczyny. Nie tylko ideowe, ogólne i indywidualne, ale również społeczne i gospodarcze, z jakimi borykał się wyzwalający się naród. Choroby, głód, indoktrynacja zaborców, zniszczenia wojenne – uchwycił dokładnie to, o czym czytałam w relacjach świadków zebranych w Polskim wirze I wojny. Potwierdził tym samym moje przekonanie, w jakich piekielnych bólach rodziła się Polska. Jak ogromny wysiłek intelektualny i psychiczny nałożył na swoje barki Józef Piłsudski nie tylko w walkę o niezawisłość, ale również o świadomość Polaków. Według autora – o przerobienie ich bezwładnych dusz stanowiących ogromną większość polskiego społeczeństwa. W tych wspomnieniach widać to, jak pod mikroskopem. Tę inercję, ten brak cywilnej odwagi, to niepojmowanie, że wojna zadecyduje o wszystkim, to szukanie różnych protekcji i chwianie się wśród rozmaitych możniejszych czynników z nadzieją, że ktoś w końcu nam w czymś pomoże lub za nas coś zrobi, to wreszcie jednoczesne stawianie przed sobą wykluczających się wzajem celów, równoczesne śmiałe łamanie traktatów i podstępne na nich z powrotem opieranie się. Czytając wspomnienia autora zastanawiałam się nad jednym.

   Skąd w tym człowieku brała się taka pewność słusznej drogi pod prąd?

   Nie tyle wiara w samego J. Piłsudskiego, ile w ideę niepodległości? Nigdy w nią nie zwątpił. Najwyżej dawał wyraz irytacji – Kiedyż mnie wybawisz , Boże, od fałszywych ludzi? Od tego uśmiechu zgniłka na twarzy mojego rodaka, od tej bezmyślnej czerni kłótliwej, skąpej i głodnej zysku? Wiecznież będzie kultura w swym wyniku ostatnim spasieniem i pieniężną pychą? Zawsze znajdywał wyjście z beznadziejnej sytuacji. Na zgliszczach budował nowe lub szukał kolejnego gruntu do budowy od podstaw. Czasami działał na wyrost, przejawiając inicjatywę w ratowaniu niemożliwego do uratowania.

   A przy tym nic nie tracił ze swojej szlachetności i przyzwoitości.

   Zawsze wierny sobie. Przede wszystkim sobie. Może dzięki zalecie, którą on poczytywał za wadę – Moim nieszczęściem w polityce jest, że za wiele rozumiem i na skutek tego widzę zawsze rację podwójną – swoją i czyjąś – i czasem, przez zbytek rozumienia, nie idę ani jedną, ani drugą, lecz pośrednią. Konsekwentnie realizował myśl Zbigniewa Herberta – „idź wyprostowany wśród tych co na kolanach” – z Przesłania Pana Cogito. Może Książę Poetów, tworząc je, miał na myśli, obok Gilgamesza, Hektora, Rolanda, również takich ludzi, jak Michał Sokolnicki?

   Piękna, wyjątkowa i nietuzinkowa postać!

   To właśnie takim niezłomnym osobowościom, mniej znanym przeciętnemu Polakowi, a przecież budującym spiżową bazę działań Józefa Piłsudskiego, zawdzięczamy wolną Polskę.

Wiedeń, grudzień 1914. W środku Józef Piłsudski, obok Michał Sokolnicki. Stoją od lewej: Hipolit Śliwiński i Walery Sławek. Fot. Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie/OK

   Pamiętajmy o tych ludziach stojących za, obok lub w tle wielkich nazwisk.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Niezarekwirowane – Anna Artemjewa, Jelena Raczewa

23 grudnia 2019

Niezarekwirowane: historie ludzi, którzy przeżyli to, czego boimy się najbardziej – Anna Artemjewa , Jelena Raczewa

Przełożył Marcin Szczyciński

Wydawnictwo Ośrodek Karta , Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia , 2019 , 280 stron

Literatura rosyjska

   Niezarekwirowane przedmioty, ale dla mnie przede wszystkim wspomnienia.

   Myśli zachowane. Okruchy nieodebranego doświadczenia wdrukowane w pamięć. Te, które zapadły głęboko, ale nie na tyle spektakularne, by umieścić je w osobnej opowieści o łagrze ukazującej jego monumentalny mechanizm działania na miarę Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna. Jakie znaczenie miałby indywidualizm i wynikające z niego szczegóły dla historii powszechnej?

   Dla autorek tego swoistego lapidarium – miały ogromne.

   Od ośmiu lat zbierały materiały tych mikrohistorii dla rosyjskiego pisma Nowa Gazeta, by ostatecznie stworzyć ich antologię. Odwiedzały byłych zesłańców skazanych, czy poprzez wyrok, czy poprzez rozkaz, na rolę więźnia, lekarza, pielęgniarki lub strażnika.

47 osób w wieku od 80 do 100 lat, które u schyłku życia swoją spowiedź potraktowało niczym testament z przesłaniem dla współczesnego człowieka. Również jako próbę zrozumienia koszmaru z ich udziałem i odnalezienia jego sensu. Bolały przywoływane ponownie obrazy. Jednak nie te, które pokazywały upodlenie czlowieka zjadającego brud ze stołu czy wygrzebującego ziarna kaszy z kału. Nie powszechną śmierć, choroby i tortury oraz równie skuteczne w unicestwianiu, jak one, poczucie bezsensu. To było w odwróconym, obozowym systemie moralnym normalne. Wzruszało to, co było bardzo rzadkie, wręcz nieistniejące, a przez to bezcenne – gest wyrażający współczucie. To te sceny wypełniały oczy łzami, zabierały głos i przerywały rozmowę.

   Każdy z tych bohaterów przemycił na wolność jeden niezarekwirowany przedmiot.

   Dla jednego była to walizka widoczna na okładce. Dla innego nóż, zdjęcie, tenisówki, rysunek, sukienka, biustonosz, wiersze, broszka, kombinerki, kubek i wiele, wiele innych, powszednich rzeczy, dźwigających ze sobą, jak ich właściciele, bagaż pamięci. Różnej.

W swej niepozorności zwiastujące nadzieję, wdzięczność, miłość i siłę przetrwania, jak chociażby ikona.

Inne, jak pas strażnika – śmierć.

Mnie najbardziej wzruszyła w swej wymowie graficznej i jednocześnie zmroziła kontrastowym zestawieniem ukrytych emocji ręcznie wykonana kartka z noworocznymi życzeniami.

   Symbol nadziei w piekle.

   Każde wspomnienie poprzedzono współczesnym zdjęciem rozmówcy, uzupełnione o fotografię z lat niewoli.

U dołu, by wyimkom z przeszłości nadać szerszy kontekst biograficzny, umieszczono linię życia z najważniejszymi lub znaczącymi datami. Tekst gęsto ilustrowany małymi i dużymi zdjęciami z półkredowymi kartkami i trzonem książki umieszczonym w twardej oprawie, sprawiał wrażenie albumu.

    Czytając wypowiedzi ofiar i katów miałam przeświadczenie, że ci ostatni nie mówili prawdy. Ich chłodny dystans bagatelizujący przeszłość łagrową, usprawiedliwianie własnych zachowań, wypieranie się czynów, zrzucanie winy na więźniów lub system, a nawet wychwalanie go, były nie tylko inne od więźniów, ale i tych, które poznałam w dzienniku Iwana Czistiakowa Strażnik GUŁagu.Jak dać wiarę zapewnieniom, że jak służyłem, to nigdy do nikogo nie strzelaliśmy. Z głodu też nikt nie umierał. (…) I żeby więźniom ręce wykręcali, bili ich albo katowali… Nie, niczego takiego nie było. A już na pewno my, strażnicy, żeśmy jadali gorzej niż więźniowie. Z wyraźnym przykazaniem – Proszę sobie zapamiętać: od roku 1917 aż do naszych dni nie było w miejscach pozbawienia wolności okresu bardziej humanitarnego, obiektywnego i sprawiedliwego niż ten, kiedy ja pracowałem.

   Było mi ich po ludzku żal.

   Oni również byli ofiarami stalinizmu. Poddani tak silnej indoktrynacji, że w XXI wieku nadal bali się złamać podpisany zakaz mówienia. A może bywa tak, że dla własnego dobra, zapominasz, o czym tak się boisz powiedzieć? Dlatego nie autorek rolą było, jak zastrzegały, i nie moją, ich oceniać.

   Wszystkie opowieści były tak samo ważne. Tworzyły wspólny obraz trudnej przeszłości Rosji bez względu na to, po której stronie drutów stał rozmówca. Represje podzieliły pokolenie naszych dziadków drutem kolczastym, a wspólna była atmosfera niewoli, poczucie własnej słabości, a także bieda, głód i strach.

   Przede wszystkim to chciały zachować dla przyszłych pokoleń autorki.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Farma Heidy – Steinunn Sigurdardótter

22 grudnia 2019

Farma Heidy: owce, islandzka wieś i naprawianie świata – Steinunn Sigurdardótter

Przełożył Jacek Godek

Wydawnictwo Literatura Kobieca , 2019 , 316 stron

Literatura islandzka

   Tyle jej zawdzięczam!

   Za drugie tyle jestem jej winna ogromne podziękowanie. Nie zdawałam sobie sprawy, że nadal oddycham czystym powietrzem nad Bałtykiem nie tylko dzięki znanym organizacjom proekologicznym, ale również niepozornym ludziom. Nie mogę napisać, że nieznanym, bo Heiđa Ásgeirsdóttír była modelką.

Autorce reportażu, kiedy pierwszy raz ją zobaczyła, jawiła się niczym mieszanka wyciągniętego elfa i walkirii. 181 centymetrów wzrostu, szczupła, blond włosy, zapewniały super warunki do wybiegów modowych w Nowym Jorku i dostatniego życia. Jednak przeszkodą w podążaniu tą drogą było silne przekonanie, że to wszystko było płaskie i bezcelowe, miłość do do miejsca, w którym się wychowała i farma z owcami przejęta od rodziców w wieku 23 lat. Własne gospodarstwo Ljótarstađir w Islandii na granicy nadającego się do zamieszkania świata, w którym panuje jasność.

   Tę „jasność” miała zgasić woda.

   Na najżyźniejszych pastwiskach Heiđy koncern energetyczny zaplanował budowę ogromnej tamy i zalew o powierzchni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. Jej walka z gigantem biznesowym uczyniła z niej osobę znaną w swoim środowisku i w parlamencie, do którego ostatecznie trafiła, zastrzegając – Wyjaśnijmy jedno: nigdy nie weszłabym w lokalną politykę, gdybym nie była zmuszona bronić swoich i nie tylko swoich racji. Całej naszej gminy, mojej ziemi, a właściwie całej Ziemi. Wygrana z kolosem biznesowym, wywalczona z ogromnym wysiłkiem fizycznym i psychicznym, była spektakularna i nieoceniona dla środowiska naturalnego. Zwłaszcza że działalność ta miała charakter społeczny i wolontaryjny upychany między morderczą pracę farmera.

   Była przede wszystkim hodowcą kilkutysięcznego stada owiec.

   Roboty nieludzko wymagającej, jak sama ją oceniła. Autorka, pisarka islandzka, postanowiła, zafascynowana niezwykłą kobietą, napisać o niej reportaż. Pokazać w nim walkę nie tylko z koncernem, ale z naturą, żywiołem (w cieniu czynnego wulkanu) i samą sobą (nieśmiałość, nawracające depresja, samotność, awersja do wystąpień publicznych). Poznawałam jej dzieciństwo, dorastanie i szukanie własnej drogi z ogromną ciekawością. Autorka starała się, zbierając materiały (rozmowy, twórczość poetycka, wystąpienia na konferencjach i zjazdach krasomówczych) o tej nietuzinkowej kobiecie, usunąć się w cień, by autor był niewidzialny, a czytelnik odnosił wrażenie, że słucha Heiđy. Z zachowaniem jej rytmu życia wyznaczanego przez pory roku ujęte w cztery rozdziały oraz unikalnego stylu wysławiania się Heiđy (mieszanina języka współczesnego ze staromodnym). Autorka chciała pokazać ludziom na całym świecie z dala od Islandii, jak wygląda islandzki temperament i jak tu się żyje. Z kolei Heiđa chciała, by usłyszano o jej samotnej walce. Ja otrzymałam obraz człowieka, który wciela w życie hasła z plakatów, które podobno są tylko sloganami:

Trwaj przy tym, co słuszne, nawet jeśli jesteś sam.

   Przyglądając się jej piekielnym zmaganiom, do pokonywania których czerpała siły z miłości do miejsca jej życia, szukałam odpowiedzi na jedno pytanie – co ją taką stawiającą dobro innych nad własny egoizm ukształtowało? Nasuwała mi się tylko jedna odpowiedź.

   Wychowanie.

   Surowe, ale z miłością. Wymagające, ale wspierające. Brutalne, ale bezpieczne. Ubogie, ale zaspokajające podstawowe potrzeby. Odważne, ale w szacunku do otoczenia i pokorze wobec natury. Bez wielu szkodliwych norm kulturowych, jak seksizm, którego doświadczyła dopiero w szkole. Jej reakcja na podział ról na typowo męskie i kobiece była bezcenna. Może właśnie dlatego uroda kobiecego ciała nie była dla niej wartością, na której chciałaby zbudować swoją przyszłość. Z czasem zorientowałam się, że zaczęłam myśleć o niej nie jak o kobiecie, ale jak o człowieku. Twardym na przekór depresji. Kochającym farmę, dla której podjęła walkę z Goliatem. Wrażliwym, ale potrafiącym zabić owcę, gdy jest taka konieczność. Wymagającym przede wszystkim od siebie, a dopiero potem od innych. Heroicznym w swoim słabym człowieczeństwie. Broniącym wartości, które inni zamieniają na pieniądze. Świadomym swej tymczasowości, mówiącym – Nie chciałabym, żeby moja mama albo tata, babcia albo dziadek sprzedali choćby piędź ziemi i kupili szminkę albo farmala. My, ludzie, jesteśmy śmiertelni, ziemia żyje dalej, przyjdą nowi ludzie, nowe owce, nowe ptaki i tak dalej, a ziemią z rzekami, jeziorami, roślinnością i nieużytkami będzie trwać…

   Stała się dla mnie współczesną bohaterką!

   Tak jak dla Islandczyków przede mną, bardzo różniących się. Młode kobiety – od studentek po gospodynie wiejskie – widziały w niej inspirację, podziwiały Heiđę za to, że bierze sprawy w swoje ręce. Mężczyźni widzieli w niej swoją utalentowaną córkę i byli z niej dumni. Rolnicy z lubością czytali o swoim życiu. Mieszczuchów zainteresowało życie w odludnym gospodarstwie. Należałam do tej ostatniej grupy, a dostałam motywujący przykład życia w zgodzie z sobą i w zgodzie z naturą.

    Upragniony balans współczesnego człowieka.

    Receptę na jego osiągnięcie. Niełatwą do zrealizowania, ale wykonalną, jeśli zrozumie się jedno – Ziemia nie należy do mnie. To ja do niej należę. Być własnością całej tej ziemi to kolosalna odpowiedzialność. Obrona ziemi przed sępami wymaga ogromnego wysiłku. Jeśli jeszcze raz usłyszę, że mały, jeden, samotny człowiek nic nie może, to podsunę ten tytuł.

   Heiđa wyrzuci wszystkie usprawiedliwiające niemoc argumenty z powrotem do kosza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

   Heiđa na swojej ukochanej farmie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: ,

Sielski zakątek – Barbara Sośnica-Czekała

21 grudnia 2019

Sielski zakątek – Barbara Sośnica-Czekała

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 320 stron

Literatura polska

   Oj, przewrotna to historia!

   Właściwie wszystko w niej opiera się na pozorności i nieoczekiwanym zbiegu okoliczności, by móc zakończyć się piękną katastrofą.

   Katastrofą dla bohaterów.

   W przewrotnie sielskim zakątku na obrzeżach miasta, w domu odziedziczonym po tajemniczej krewnej, zamieszkała Asia z mężem i malutkim dzieckiem. Mąż, wyjeżdżający do pracy w innym kraju, namówił jej przyjaciółkę Alinę do zamieszkania razem z jego żoną. Dla bezpieczeństwa jego rodziny, a przede wszystkim własnego spokoju ducha. Intuicyjnie i nieświadomie uczynił dobrze, nie podejrzewając, że jego obawy były uzasadnione. Dziewczyny nie przyznały się, że od jakiegoś czasu wokół domu krąży wielbiciel Asi. Amator cudzych żon przewrotnie nie był ich fanem, a mężczyzną coraz natrętniej i nachalniej próbującym dostać się do środka budynku. Ponieważ Alina niezmiennie twierdziła, że menele, podobnie jak nieszczęścia, chodzą parami, więc wokół „sielskiego zakątka” wkrótce zaroiło się od podejrzanych typów. Alina, odważna dziewczyna, zamiast poddać się panice, coraz bardziej intrygujące i niby przypadkowe zdarzenia (czyli znowu przewrotnie!) podsumowała z filozoficznym dystansem – Historia sielskiego zakątka stawała się coraz bardziej frapująca, a ja miałam coraz większą ochotę poznać wszystkie jego tajemnice. Dziewczyny zabrały się ochoczo do dzieła.

   Z korzyścią dla mnie!

   Dla urody tej opowieści. Asia z Aliną przeżywały lęki, strachy, a nawet uszczerbki na zdrowiu i ciele, a ja, dzięki ich uporowi i ciekawości, mogłam dobrze się bawić. Wątki przygodowo-sensacyjno-kryminalne tonęły w morzu dobrego humoru. Wnikał on w dialogi. Łączył w ciągi zaskakujących zdarzeń. Obfitował w gagi sytuacyjne. Mnożył absurdy wywołujące uśmiech na twarzy, a czasami głośny śmiech.

   Warstwa rozrywkowa to największy atut tej powieści.

   Jednak pod nią kryło się drugie dno, które odsłoniło się po rozwikłaniu zagadki rodzinnej. Tajemnicy, która była siłą napędową dynamiki fabuły.

   To przeszłość.

   Sekret rodzinny Asi będący udziałem (a może nadal jest?) wielu polskich rodzin, które przeżyły drugą wojnę światową i zostały uwikłane w wielką historię narodów polskiego i niemieckiego. Autorce wśród śmiechu i dobrej zabawy (znowu przewrotnie!) udało się zachować nutę refleksji nad ważnością rodzinnych historii, nad wartością więzi jej członków i nad dziedzictwem przekazywanym nie tylko w formie materialnej, ale i duchowej.

   To książka dla tych, którzy kochają twórczość Joanny Chmielewskiej i powieści (Czy ten rudy kot to pies, Zacisze 13, Zacisze 13: powrót, Natalii 5) Olgi Rudnickiej.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller, Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: ,

Miłość z lupanaru – Michał Römer

15 grudnia 2019

Miłość z lupanaru: dziennik intymny wileńskiego adwokata – Michał Römer ; wybrała Agnieszka Knyt

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 360 stron

Literatura polska

   Jedyna, romantyczna, zakazana i tragiczna!

   Tak określiłabym to szaleństwo uczuć z udziałem Michała Römera i Anny Wolberg. Według autora dziennika – Dzika i pierwotna jak głód, wielka i idealna, subtelna i szlachetna”.

   Miłość jak bajka, którą napisało życie.

   Dokładnie takiego czarownego pojęcia użył Michał Römer – Tak, królewną z bajki była, a bajką tą jest życie moje. Dla świata prostytutką poznaną w lunaparze. W wileńskim domu publicznym, do którego od czasu do czasu lubił gościnnie zachodzić Michał, gdy duch słabnie, raptem rozszaleje ciało, a z kryjówek wypełzają najniższe instynkty użycia, podłej lubieżności, która plwa na wszystko, co jest w człowieku harmonią, i chce się upić, chce żeru, chce splugawienia się. Dziewczyna przykuła jego uwagę kontrastem, gdy wśród kobiet lubieżnych, kobiet do wzięcia była jedna czysta i nieskalana, nietknięta, naiwna, wstydliwa. Anna miała 20 lat i właśnie trafiła do domu publicznego wyrzucona z domu rodzinnego. Jej młodość, uroda, cnotliwość, skromność i świeżość zauroczyły Michała, budząc ku sobie ostrą bolesną tęsknotę, budziła – czarodziejka – z najgłębszych tajników duszy jakieś sny nieziszczone i nieziszczalne, subtelne gdzieś het promyki wczesnych marzeń młodości, jakieś przeczucia rozkoszne a smętne, bo strawione świadomością brudu.

   Postanowił ją uratować!

   Zorganizował wykupienie i wyrwanie Anny z rąk „opiekunki”, a potem znalazł pracę i mieszkanie. Jednak z czasem, w trakcie tych zbawczych działań, zaczęło rodzić się między nimi uczucie tworzące namiętny związek zamieniający się powoli w duchowy. Pełnym wzlotów i upadków, rozstań, zerwań i powrotów, naprzemiennych zachwytów, wielbień, uniesień, tęsknot, wyznań, zapewnień, planów i pewności, a z drugiej strony niepewności, wątpliwości i brutalnych realiów wymuszających podporządkowanie się sztywnym normom społecznym i jeszcze sztywniejszym konwenansom.

   Taka miłość nie miała prawa i szans zaistnieć!

   Anna była córką kowala i robotnicy. Chłopką z pochodzenia. Łotewką nieznającą języka polskiego. Jedenaście lat starszy Michał, z zawodu adwokat, ziemianin, należał do arystokracji. Mezalians, który popełnił nigdy nie znalazłby akceptacji w jego rodzinie i środowisku. Nawet, gdyby zgodnie z planem, miał zalegalizować związek po śmierci rodziców.

   Życie brutalnie rozcięło ten węzeł gordyjski za niego.

   Anna zachorowała na gruźlicę i zmarła. Jednak tak głęboko zapisała się w sercu i pamięci Michała, że nikt nigdy nie zajął jej miejsca. Mimo że pojawiały się w jego dalszym życiu inne kobiety, a w późniejszym okresie nawet żona. Nigdy też nie żałował tych trzech, wyjątkowych lat z Anninką, jak nazywał ją z łotewska. Zawsze podkreślał, że otrzymał dar wyjątkowy – miłość pełną cudów i z cudów utkaną, a uratowanie Anny z piekła rozpusty za najbardziej wartościowe w całym życiu. Przedłożył ten fakt nad swoje znaczące dokonania zawodowe, społeczne i polityczne. Zwłaszcza te ostatnie okazały się dla Anny najbardziej konkurencyjne. To z ich powodu Anna umierała bez obecności ukochanego, a on nie mógł sobie tego wybaczyć, chociaż zdawał sobie sprawę ze spełnienia jednej z najcięższych ofiar w życiu w straszliwej rozterce sumienia.

   Losy ukochanej Annineczki, jak spieszczał jej imię Michał, autor ujął w pierwszym tomie Dzienników, jednak marginalnie potraktowane i rozproszone pomiędzy wpisami komentującymi wszechstronnie prowadzoną działalność człowieka aktywnego we wszystkich sferach życia, rozmywały intensywność przeżywanego uczucia. Dopiero wyłuskanie, uzupełnienie o wpisy nieujęte w dzienniku i potraktowanie go monotematycznie przywróciło mu wyrazistość, burzliwość, żarliwość i podkreśliło wyjątkowość. Historia zyskała na spoistości rozwoju uczucia, ale i ewolucji rozkwitu osobowości kochanków. Anna szlachetniała, rozwijając swój intelekt i duchowość przy Michale. Miał w niej wierną kochającą towarzyszkę, taki piękny dar miłości, prześliczny krystaliczny charakter, niezwykle głęboką i szlachetną duszę ludzką, wrażliwą i subtelną, a pełną poczucia sprawiedliwości i prawdy. Z kolei autor spełniał swoje marzenia o jedności i niepodzielności serc, dusz i umysłów z kobietą. Pragnień których nie spełnił w pierwszym małżeństwie z Reginą, trwającym zaledwie kilka miesięcy, zapewniając – Dopiero tu, w Annie, zdobyłem pełnię tę wielkiej miłości, które dwoje ludzi oddaje sobie wzajemnie w zespół całkowity, mieszając w sposób cudowny dwie indywidualności. To spełnianie się szczęścia obojga w związku, tym bardziej bolało, gdy Anna odeszła.

   A wraz z nią obumarła część Michała.

   Pozostała świadomość istnienia problemu tragicznego położenia kobiet w społeczeństwie. Wstydliwa przeszłość Anny, według niego, była typowa dla wielu dziewcząt z niższych warstw społecznych. Los i jej dzieje – powszednie; tragedia jej nie jest ostatecznie o wiele głębsza niż tragedie setek i tysięcy takich dziewcząt. – zauważał. W ich obronie napisał artykuł Prawa kobiety do czasopisma „Kurier Krajowy”. Zwrócił uwagę na nieudolność i niewydolność Towarzystwa Ochrony Kobiet, które zajmuje się nie tyle ratowaniem kobiet tak zwanych upadłych, ile raczej stręczeniem pracy dla dziewcząt i kobiet „uczciwych” w celu zapobieżenia ich upadkowi. Deklarował otwarcie się na związek swobodny, który jest daleki od rozpusty, o wiele dalszy niż powszechnie tolerowane małżeństwo z interesu. Krytykował hipokryzję własnego środowiska – Być u Szumana, kupować dziewki, rzucać się w wyuzdanej rozpuście, lupanary zwiedzać – to się toleruje i ostatecznie, byle cicho, uchodzi. Ale ci sami, którzy na to pozwalają sobie i innym, będą się gorszyli i potępiali, gdy się kocha uczciwie i prosto, i jawnie dziewczynę, którą się z tej ohydy ich zabaw rozpustnych wyrwało. Potępia mężczyzn korzystających z domów publicznych, samemu czując winę wobec Anny, bo okazał się też względem niej świnią.

   A jednak!

   Z rozbrajającą uczciwością, co jakiś czas, odnotowuje swój sromotny upadek, kiedy dzika żądza orgii, która się zawsze jak wicher z jakichś szumowin ducha w chwilach upadku podnosi, człowiek wtedy rzuca się do kałuży zepsucia, spadla się doszczętnie, rwie swoją duszę w szmaty i jak ścierkę włóczy po brudzie. Szał mętów i namiętności robi zawieruchę i żywiołowo człowiekiem miota.

   Ależ pięknie ujęte w słowach samobiczowanie!

   Szczerość, z jaką autor analizuje swoje uczucia, emocje i sprzeczne z nakazem rozumu zachowania, pozwoliła mi na prześledzenie toku rozumowania i wewnętrznej walki między moralnością a zniewalającym go libido. Męskiego kochania jednej kobiety ponad życie, a jednocześnie zdradzania jej z innymi.

   Coś, co nam kobietom, było, jest i zawsze będzie trudno pojąć.

   Autor pokusił się nawet o próbę wyjaśnienia tej dychotomii od strony psychicznej. Muszę przyznać, że psycholog nie miałby wiele do dodania. To tylko potwierdziło moje zdanie o niepospolitości, wszechstronności, otwartości i bystrości umysłu Michała oraz elokwencji w przekładaniu myśli na zdania. Również mężczyzny, który umiał mówić i pisać o uczuciach. O miłości łączącej znane historie z Pretty women i Love story o tyle ciekawszej, że prawdziwej. Krótkiej jak bajka i brutalnej jak życie.

Dlatego więc – bajka skończona i skończone życie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna, Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Siła empatii – Helen Riess, Liz Neporent

8 grudnia 2019

Siła empatii: 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje – Helen Riess  wraz z Liz Neporent

Przełożyła Marta Komorowska

Wydawnictwo Samo Sedno , 2019 , 236 stron

Literatura amerykańska

   Zwrot w psychologii!

   Chociaż byliby i tacy, którzy powiedzieliby więcej – rewolucja! Zwłaszcza że wyniki badań autorki dr Helen Riess, psychiatry i profesor Harvard Medical School w USA, mogą być remedium na problemy współczesnego świata. Profesor kliniczny i psychiatra Daniel J. Segiel mówi wręcz – Dar dla ludzkości, który pojawił się w samą porę. Pierwszym krokiem w przecieraniu szlaków niewiedzy to udowodnione przez autorkę założenie, że empatii można nauczyć się. To coś nowego, ponieważ do tej pory sądzono, że rodzimy się z określonym poziomem empatii,  którego nie da się podnieść. Kolejni uznają, że empatii należy nauczyć się w dzieciństwie. A jeszcze inni stanowczo oświadczają, że empatii nie da się nauczyć.

   Da się! – twierdzi autorka.

   I ma na to niezbite dowody w postaci wyników wieloletnich badań prowadzonych wśród personelu ochrony zdrowia. Drugi krok to szkolenia ludzi w zawodach, w których empatia jest wskazana jako ważny czynnik podnoszący efekty pracy – lekarze, pielęgniarki, pedagodzy, politycy czy liderzy grup. W tym celu opracowała siedem zasad tworzących narzędzie pod nazwą:

   E.M.P.A.T.H.Y. ®

   To chroniony prawnie akronim z ukrytymi w nim siedmioma kluczami, które autorka odkryła podczas badań i dopracowała podczas szkoleń. Można je stosować zarówno w życiu prywatnym i intymnym, jak i w pracy zawodowej. Również w działalności społecznej – w polityce i biznesie.

   Mnie najbardziej zaciekawiła edukacja.

   Autorka poświęca korelacji jej z empatią osobny rozdział. Podaje krok po kroku zastosowanie zasad, które wypróbowałam w kontaktach z moją młodzieżą. Jestem zachwycona rezultatami i jednocześnie zaskoczona prostotą korzystania z nich. Wystarczy zapamiętać i trzymać się procedury stosowania kluczy, a młody człowiek otwiera się, jak dobrze naoliwiony zamek i chłonie, jak sucha gąbka. W ogólnym sensie można ich stosowanie i efekty sprowadzić do fundamentalnej w pedagogice myśli Janusza Korczaka – widzieć w dziecku człowieka. Autorka pokazuje, jak to zrobić i daje ku temu praktyczne narzędzie. Pomaga przejść najtrudniejszą drogę – od przekonania do działania. Nie ma sensu pisać, na czym ono polega, ponieważ jej publikacja nie jest poradnikiem, dlatego więcej pożytku i przyjemności odkrywania nowego w psychologii przyniesie osobista lektura teorii autorki popartej przykładami z własnej praktyki zawodowej.

   Autorka nie ogranicza się tylko do analizy swojej teorii.

   Obala mity pokutujące w nauce. Chociażby ten mówiący o pojawianiu się empatii w wieku 8-9 lat. Dokładnie tego mnie uczono na zajęciach z psychologii rozwojowej dziecka. Autorka poprawia ten błąd mówiąc, że empatia pojawia się już u dziecka rocznego (sic!). Ta wiedza ma kolosalne znaczenie dla rodziców i pedagogów wychowujących dzieci i młodzież. Kolejny mit obaliła w rozwoju czytelniczym mającym ogromne znaczenie w edukacji czytelniczej. Do tej książki myślałam, że nieważne, co czyta się. Ważne, że w ogóle czyta się. Mój minimalizm wynikał z niskiego poziomu czytelnictwa Polaków i przekonania, że każde słowo czytane jest zbawienne dla rozwoju człowieka.

   Okazuje się, że nic bardziej mylnego.

   Autorka ustaliła, że rodzaj wybieranej literatury, czyli sposób opowiadania historii, ma wpływ na rozwój konkretnej inteligencji. Na inteligencję emocjonalną poprzez rozwój empatii ma wpływ w najbardziej znaczącym stopniu beletrystyka. W powieściach sensacyjnych i przygodowych ma to miejsce w znacznie mniejszym stopniu. W przypadku osób, które zapoznawały się z literaturą popularną (…) lub nie czytały nic, liczba punktów zdobytych w skali empatii nie rosła. W tym kontekście popularność literatury popularnej (przez niektórych zwanej kobiecą) nie powinna cieszyć. To wiele tłumaczy, dlaczego oczytany człowiek może mieć wysoki stopień inteligencji intelektualnej, ale bardzo niski społecznej czy emocjonalnej. Niektórzy takie osoby określają mianem „inteligentny cham”. W analogiczny sposób autorka tłumaczy wiele innych zjawisk społecznych i kulturowych. Tych negatywnych jak: rasizm, psychopatia, nacjonalizm, manipulacje polityczne i wiele innych. W tych ostatnich posłużyła się analizą braku empatii i jej nadużywania podczas wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku zakończone zwycięstwem Donalda Trumpa. Również zjawisk pozytywnych jak odwaga, altruizm czy szlachetne zachowania. To po tych ostatnich poznajemy ludzi z wysokim stopniem empatii, a które uwielbiamy sobie stawiać za wzór. Niestety, częściej tylko stawiać. Zwraca również uwagę na negatywny wpływ rozwoju technologii w kształtowaniu empatii – rozwój lub częściej zanik, co ostatecznie przekłada się na coraz słabszą kondycję psychiczną społeczeństwa.

   Posuwa się nawet do postawienia alarmującej prognozy.

   Stanowczo twierdzi – Jedno jest pewne: bez rozszerzenia empatii na wszystkich ludzi cywilizacja w obecnym kształcie nie przetrwa. I podaje remedium.

   Sztuka i literatura.

   Te dziedziny kształtujące kompetencje miękkie, które są systemowo i konsekwentnie w edukacji polskiej spychane na margines lub pomijane zupełnie. Właściwie tę część książki przykryję kirem braku komentarza, bo musiałabym zacząć ciężko grzeszyć.

   I najważniejsze!

   Zanim zaczniemy zmieniać świat i obdarzać go empatią, musimy zacząć od siebie. Autorka mówi wprost – musisz wejść we własne buty i spojrzeć na siebie ze współczującej perspektywy. Tylko praktykowanie empatii wobec samych siebie i innych opartej na siedmiu kluczach daje nadzieję na ukształtowanie życzliwszego społeczeństwa, dyskursu pełnego szacunku i zrozumienia oraz bardziej ludzkiego świata.

   Wystarczy sięgnąć po te siedem kluczy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Becoming: dziennik – Michelle Obama

7 grudnia 2019

Becoming: dziennik motywacyjny, który pozwoli ci odnaleźć swój głos – Michelle Obama

Przełożył Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora , 2019 , 206 stron

Literatura amerykańska

   Jak zwykle!

   Michelle Obama zaangażowana na maksa. Zdążyła mnie do tego przyzwyczaić przez lata kadencji jako prezydentowa USA. Jeśli coś robiła, to solidnie, przemyślanie i z myślą o najsłabszych.

   Tak jest również z autobiografią Becoming.

   O stawaniu się jako ewolucji, ciągłemu zmierzaniu ku własnej, lepszej naturze. O budzeniu się z marazmu. O wzmacnianiu wiary we własne siły. Nie pozostawiła jednak swoich przebudzonych czytelniczek samym sobie. Miała świadomość, że nie każda z nich będzie miała odwagę rzucić się w wir życia, by zmieniając siebie, zmieniać rzeczywistość wokół na lepsze.

   Postanowiła tym kobietom pomóc.

   Ponownie wyciągnęła dłoń w postaci kolejnej publikacji. Bardzo ciekawej pod względem formy. To interaktywny przewodnik w postaci dziennika. We wstępie do niego przyznała się do jednej rzeczy – Z perspektywy lat żałuję, że nie poświęciłam więcej czasu na zapisywanie swoich myśli i uczuć. Dzisiaj wie, że nie musimy wszystkiego pamiętać, ale to, co pamiętamy, jest cenne.

   Dziennik ma być tą pamięcią.

   Tym przerażonym, że nie podołają, nie potrafią, nie mają o czym i nie poradzą sobie, podsuwa kilka motywujących zachęt – Nie musisz pisać wierszem, ani czekać na olśnienie, które trafi cię jak grom z jasnego nieba. Nie musisz pisać codziennie i z pewnością nie musi temu towarzyszyć poczucie, że masz do powiedzenia coś szczególnie ważnego. Wystarczy, że opiszesz jakąś zwykłą rzecz, taką jak chrobot skrobaczki na szybie samochodu w mroźny poranek. To dlatego miejsca na wpisanie dat pozostawia puste, a pod nimi widnieją inicjujące pytania.

Ich tematyka jest przebogata i różnorodna, od tych dotyczących rzeczy pozornie błahych, jak ulubiona muzyka czy ubiór, po te ważne społecznie, do udziału w których zachęca. Mnie najbardziej podobały się pytania dotyczące dzieciństwa i przeszłości. Zmuszające do wspomnień i refleksji, by uświadomić sobie, co lub kto mnie ukształtował taką, jaką jestem dzisiaj. Wszystkie są po to, by przeanalizować siebie, zastanowić się nad sobą, swoim położeniem i dotychczasowym działaniem lub jego brakiem, nad swoimi możliwościami, które mają moc stawania się.

   Zmotywują do zmiany i usłyszenia siebie.

   Od czasu do czasu między strony dziennika wkładała własne myśli motywujące.

Kierując czytelniczką, stale nawiązuje dialog. Jeśli wymaga odpowiedzi lub innej reakcji, rewanżuje się przykładem z własnego życia. Dzięki temu tworzy intymną relację, ukazując obraz samej siebie – kobiety zwykłej, która ma swoją playlistę, ulubione smaki i sukienki, ale i poglądy. Nierzadko wahania i pytania bez odpowiedzi.

Mnie najbardziej zaciekawiło wyznanie czytelnicze.

Dzięki Czytaj jak profesor, wiem dlaczego Pieśni Salomonowe, rekomendowana pozycja przez Thomasa C. Fostera jako „musisz przeczytać”, tak bardzo ją zachwyciła i rozpoczęła piękny proces rozwoju czytelniczego.

   Propozycja prowadzenia dziennika w takiej formie ma jeszcze jeden cel.

   Zachowanie tych aspektów własnego „ja”, o których z biegiem lat zapomina się. Ten dziennik pomoże je przypomnieć i ocenić z zupełnie innej perspektywy.

   Zapamiętać także osobiste, przeszłe historie.

   Ważne, mimo upływu czasu, zawarte w nich emocje, myśli i przeżycia. Pisanie pozwoli ci lepiej przeżywać różne wydarzenia, rozumieć świat, rozwijać się – oraz pamiętać. – zapewnia Michelle. Według niej to prawdopodobnie najważniejsza część procesu stawania się.

   Dziennik w pięknej, ascetycznej, pastelowej oprawie graficznej, z tasiemką do przekładania kartek, można łatwo spersonalizować, usuwając banderolę i wpisując imię oraz nazwisko na przygotowanej do tego, pierwszej stronie. Wydawca zadbał również o to, by cały aparat informacyjny książki dyskretnie umieścić na ostatniej kartce trzonu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: ,