
Dla jednych były to »Ziemie Odzyskane«. Dla innych »Ziemie Utracone« albo »Ziemie Zabrane«.
Wałbrzych bardzo dobrze wpisywał się w te określenia, w zależności od tego, kto ich używał. Miasto bardzo bliskie autorce, bo z niego pochodzi, więc dobrze jej znane.
Na pewno?
Może dobrze znane z historii, z topografii, życia powszedniego, ale czy ze znajomości jego mieszkańców? Ludzi zamieszkujących go w wyniku zawirowań II wojny światowej. Żyjących w tyglu narodowościowym pod warstwą narzuconej jednorodnej polskości. Autorka, niczym uważna i dociekliwa archeolożka, delikatnie, empatycznie, z szacunkiem, powoli usuwała tę oficjalną warstwę, obnażając bolesne losy, tragiczne dzieje i tkliwe myśli mieszkańców Wałbrzycha.
Kluczem do zrozumienia tego zjawiska uczyniła trzy kobiety.
Reprezentantki trzech pokoleń Niemek – babci Liny, jej córki Ruth i wnuczki Anny, które rodziły się, żyły, dorastały, uczyły się, pracowały, kochały i zawierały przyjaźnie w Polsce. Kobiet, które pomimo życia w Wałbrzychu od pokoleń, czuły na swój sposób każda, że nie jest u siebie.
Ich dramatyczne losy tworzyły pierwszą warstwę opowieści.
O sposobach radzenia sobie ze zmieniającą się wokół nich rzeczywistością od II wojny światowej do dziś oraz o dziedzictwie traumy i jej skutkach psychicznych na tle tożsamościowym. O dziedzictwie bez dziedzictwa. O byciu więźniem wgniatającego w ziemię i niepozwalającego swobodnie oddychać ustroju i diabolicznej urawniłowki. I o nieustannym płaczu wewnętrznym za korzeniami. To one stanowiły główny wątek tego reportażu społeczno-historycznego.
Mocno zakotwiczonego w historii Wałbrzycha.
Miasta granicznego, które po drugiej wojnie światowej decyzją wielkich tego świata znalazło się po przeciwnej stronie polsko-niemieckiej granicy. Działaniem wiru wielkiej historii, który w ludzkim i kulturowym tyglu miasta wymieszał mieszkańców, a który autorka porównała do wieży Babel budowanej po wojnie przez „Autochtonów”, „Francuzów”, „Westfalczyków”, Zabużan, Ukraińców, Łemków, Romów, Greków i Żydów. Mniejszości etnicznych nieformalnie sprzeciwiających się polityce jednorodności narodowościowej narzuconej przez komunistyczny rząd polski, którym autorka poświęciła osobne rozdziały. Również prowadzonej polityce z główną dyrektywą tabuizacji pochodzenia i wiedzy o przeszłości na rzecz – byliśmy »stąd« – jak wspomina z własnego doświadczenia autorka. Po wschodniej stronie granicy na Nysie Łużyckiej ani mru mru o Lwowie, Wilnie czy Stanisławowie. Po zachodniej – ani mru mru o Breslau, Waldenburgu czy Stettinie. […] Tabu. Należało żyć »do przodu«. W amnezji.
Aż do czasu przywracania pamięci.
Wyzwolenia spod klosza, pod którym brakowało tlenu do oddychania pełną piersią, bo nieustannie starali się być niewidoczni, nie afiszować się ze swoim językiem i żyć tak, by nie rzucać się w oczy. Nie tylko w Wałbrzychu, ale na całych „Ziemiach Odzyskanych”, gdzie krzepka, solidnie zbudowana tożsamość częściej okazuje się być kulą u nogi niż parą skrzydeł – jak zauważył Zygmunt Bauman w przytoczonym cytacie-motcie do rozdziału Korzenie. Niedotlenienia trwającego do oficjalnego momentu politycznego pojednania podczas mszy w Krzyżowej w 1989 roku między Tadeuszem Mazowieckim a Helmutem Kohlem.
Temu procesowi odwilży i ocieplenia autorka przyjrzała się w kilku ostatnich rozdziałach.
Wydawałoby się, że to reportaż dla wąskiego grona odbiorców zainteresowanych historią Wałbrzycha. Jednak jego temat otwiera go na wszystkich Polaków i Niemców, a szerzej – wszystkich doświadczonych przesiedlenia i wykorzenienia. Spadkobierców dziedzictwa smutku sięgającego najmłodszych pokoleń.
Bo są w nim wspólny los utraty i uniwersalne emocje.
Dzięki tej opowieści mogłam poczuć, przez co przeszli i z czym zmagali się moi dziadkowie przeniesieni aż spod Tarnopola na „Ziemie Odzyskane”. Zrozumieć, dlaczego w szkole miałam koleżanki Ukrainki, sąsiadka mamy była ewangeliczką, znajoma Żydówką, a zęby w dzieciństwie leczył mi Greg. A w tej naturalnej dla mnie różnorodności – ja, Polka, wnuczka przesiedleńców, którzy wbrew własnej woli zostali kolonizatorami, wbrew własnej woli stali się narzędziem masowych wypędzeń ludzi, którzy mieszkali tu od pokoleń.
A wszystkie te wydarzenia i fakty oparte na bogatym wyborze źródeł.
Dostępnych nie tylko w bibliotekach i archiwach, ale pozyskiwanych przez autorkę także z rozmów z bohaterami publikacji. Ich obszerną bibliografię umieściła na końcu książki wraz z wykazem licznych fotografii. Chwil z przeszłości zatrzymanych w kadrze ilustrujących tekst. Dodatkowo wzbogacony odniesieniami do literatury polskiej i powszechnej podejmującej poruszaną tematykę. Czasami umieszczanej jako motto do poszczególnych rozdziałów. Wśród literackich nawiązań wymieniła rewelacyjną powieść Piotra Adamczyka Dom tęsknot.
Polecam obie, pięknie uzupełniające się pozycje.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Niedotlenienie: Opowieść o naszych niemieckich babkach – Marta Hożewska, Wydawnictwo Znak Literanova, 2027, 448 stron, ilustracje, literatura polska.
Powojenny film propagujący „odzyskanie ziem piastowskich”.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Fakty reportaż wywiad
Dodaj komentarz