Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Trzynasta opowieść – Diane Setterfield

21 marca 2019

Trzynasta opowieść – Diane Setterfield
Przełożyła Barbara Przybyłowska
Wydawnictwo Amber , 2006 , 342 strony
Literatura angielska

W tej książce było wszystko co lubię: format B5 w twardej oprawie, trochę mniejszy od A4, ale większy od zeszytu, sprawiający, że otwierałam księgę, a nie książkę; główna bohaterka Margaret, miłośniczka słowa drukowanego; snuta historia pełna tajemnic i atmosfery powieści z XIX wieku; nawiązania do takiej klasyki literatury pięknej jak „Wichrowe Wzgórza” czy „Dziwne losy Jane Eyre”.
Dzięki temu przeżyłam z Margaret fascynującą przygodę. Dałyśmy się namówić, z racji jej zajęcia, do napisania biografii Vidy Winter, najpopularniejszej, najbardziej poczytnej pisarki, która w każdym wywiadzie podawała inną historię swojego życia. Wśród ludzi krążyły setki wersji jej życiorysu, ale żadna nie była prawdziwa, bo kierowała nią jedna zasada: Dobre zmyślenie zawsze bardziej olśniewa niż odłamek prawdy.
Początkowo byłyśmy sceptycznie nastawione do propozycji tej apodyktycznej, ekscentrycznej i tajemniczej kobiety. Nie ufałyśmy jej, mając wrażenie, że po skończeniu pisania Margaret, a mojego czytania tej biografii, okaże się tak samo nieprawdziwa jak wiele podawanych przedtem. Jednak w miarę upływu czasu wpadłyśmy obie w pułapkę magii słów pisarki. Uwiodła nas. Trzeba przyznać, że miała do tego talent. Na kolejne spotkanie z opowiadającą zrobiłam sobie tak jak Margaret, zamiast herbaty, kakao. Od tej chwili piłyśmy je wspólnie będąc poirytowane, kiedy Vida Winter przerywała opowieść w najciekawszym momencie albo czynił to dzwonek mojego telefonu. Wtedy Margaret udawała się na miejsce opisywanych zdarzeń szukając potwierdzenia ich prawdziwości na miejscu, w obecnych ruinach spalonego domu jej dzieciństwa, dawnej posiadłości rodu Angelfieldów, a ja wynurzałam się z pomiędzy kartek do świata ludzi realnych, próbując ogarnąć rzeczywistość.
Z tą książką tak nie mogło być!
Przeznaczyłam na jej dokończenie, na ostatnie kilkadziesiąt stron, jeden wieczór. Tylko dla mnie i Margaret, bez przerywników, bez niespodziewanych, rozpraszających uwagę gości, bez gubienia wątków, bez obawy przeoczenia szczegółów, bo wszystkie okazywały się ważne, miały znaczenie. Te dawno zaczęte i nieśmiało zarysowane wątki okazywały się strategiczne. Zachowania bohaterów, wypowiadane słowa czy przedmioty należące do nich stanowiły klucze do rozwiązywania zagadek, by wszystkie drobne historie stały się jedną. O godzinie 22 opowieść zatoczyła koło. Jeszcze ostatni łyk kakao i ostatnia myśl przed zaśnięciem: to jak tak naprawdę nazywała się Vida Winter?

 

Kakao

 

Tę powieść czytałam popijając kakao. Nie wytrzymywałam, kiedy Margaret albo o nim wspominała, albo szperała za nim po szafkach, albo je zaczynała robić, albo już popijała z kubka. Nie miałam wyjścia, musiałam sobie również je przygotowywać, żeby potem nie chodziło za mną przez cały dzień.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *