Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Orfeusz – Richard Powers

21 marca 2019

Orfeusz – Richard Powers
Przełożyła Urszula Gardner
Wydawnictwo Imprint , 2014 , 405 strony
Literatura amerykańska

Tę książkę czytałam i słyszałam!
Już sama jej konstrukcja fabuły przypominała utwór muzyczny na dwa głosy. Narratora zewnętrznego, którego tok opowieści przeplatały krótkie myśli, niczym interwały, narratora pierwszoosobowego.

 

Oba opowiadały rzeczywistość poprzez muzykę wypełniającą każdą stronę po brzegi, przelewającą się nutami pasaży z kartki na kartkę (dosłownie i w przenośni), które długo jeszcze wybrzmiewały po ostatnim akordzie słów.

 

Była muzyczną opowieścią życia głównego bohatera Petera Elsa. Współczesnego Orfeusza z pensylwańskiego miasta uniwersyteckiego gdzieś w USA. Emerytowanego muzykologa, który w swojej pasji, zatraceniu, uwielbieniu i bezgranicznej wyobraźni muzycznej pojął ideę wartą wcielenia w życie. Dosłownego wklejenia sekwencji muzycznej w genom żywej komórki. Miał ku temu wiedzę, bo jego drugą pasją była chemia, która wraz z muzyką były odnalezionymi po latach bliźniaczkami: mieszaniny i modulacje, harmonia spektralna i harmonijna spektroskopia. Budowa długich łańcuchów polimerów przypominała mu złożone wariacje Antona Weberna. W domowym laboratorium pracował w tajemnicy nad urzeczywistnieniem swojego pomysłu. Nie widział potrzeby informowania o tym kogokolwiek. Komórki bakterii, które wykorzystywał do doświadczeń, były powszechnie występującymi w środowisku, a jego eksperymenty dużo mniej groźne niż te wykonywane w laboratoriach rządowych. Nie dostrzegał niczego niebezpiecznego i groźnego w swoich działaniach biotechnologicznych.
Innego zdania były amerykańskie Połączone Siły do Zadań Zapewnienia Bezpieczeństwa.
Przypadkowo odkryte laboratorium przez ich agentów stało się głównym zarzewiem bioterroryzmu, który wywołał medialną nagonkę i panikę wśród Amerykanów. Peter Els nie zauważył, że żyje w rzeczywistości, w której zagrożenie terroryzmem wyznaczało priorytety państwa. Był przekonany, że agencja federalna w minionych sześciu latach nie miała do czynienia z żadnym prawdziwym zagrożeniem. Uwzięła się więc na emeryta z domowym laboratorium.
Artystę o ponadprzeciętnej wrażliwości na dźwięki dopadły twarde realia życia społecznego.
Swoją ucieczkę przed ścigającymi go agentami wykorzystał do retrospekcji. Do wędrówki w osobistą przeszłość, do odtworzenia meandrów własnego losu, który przeplatany z teraźniejszością był najciekawszą dla mnie warstwą tej historii. To świat, w którym bezsprzecznie królowały dźwięki. To poprzez ich wibracje, układy, tonacje, które słyszał wokół siebie i poprzez utwory własne, które z nich komponował, ukazywał wewnętrzny świat współczesnego Orfeusza. Jego myśli, język, postrzeganie otoczenia i ludzi, sposób przekładania obrazów na nuty, przypadkowych dźwięków w melodię, porozumiewania się z córką za pomocą muzyki, a nawet zakochanie się pod wpływem murmuranda nuconego przez jego przyszłą żonę. Ale to także opowieść o niemożności pogodzenia dwóch ról – muzyka i męża. Jednoczesnego realizowania się poprzez pasję i pełnienia roli ojca. O dramatycznym rozdarciu między powołaniem nadającemu sens życia a zobowiązaniami, który chciał pogodzić rozwiązaniem genetycznym. Dziedziczność muzyczna miała być antidotum na rutynę i głuchotę ludzkości.
Należałam do osób głuchych.
Jakżeż dobrze opisywały moje podejście do opowieści Petera te zdania – W przeciętnym arcydziele widziała mniej więcej tyle samo, ile pierwszy lepszy człowiek w kupie zmokniętego kartonu. Nie chciała jednak przejść w niebyt głucha na to, co tylu ludziom nadawało sens życia. Starałam się usłyszeć, co Peter miał mi do powiedzenia, a on dokładał wszelkich starań, bym usłyszała to, co on. Od głosu kobiety wypowiadającej „Kto tam?” jako dwie akcentowane ósemki i jedna ćwierćnuta; opadająca kwinta, a po nie seksta w górę po muzykę, która unosi się na niebie kłębami chmur, a piosenki rozpierzchają się wśród gałązek krzywej strzechy. Był moim przewodnikiem po dziełach wielkich kompozytorów, których odsłuchiwałam w realu, czytając jednocześnie jego opisy dotyczące ich fabuły, niesionych emocji, intencji autora, pojawiających się po kolei instrumentów i ich roli oraz kompozycji. Tak samo przedstawiał mi swoje utwory. Doceniałam jego wirtuozerię słów. A potrzeba jej koniecznie, by głuchemu przekazać piękno dźwięku i odkryć przed nim urodę i tajemnice tego świata. Ale czasami, kiedy Peter zapominał o tym i zaczynał używać terminologii fachowej, gubiłam się. Po takich zdaniach – Greckie stopy metryczne: amfimakr i antybakch. Hinduskie tale. Rytmy palindromiczne brzmiące tak samo, niezależnie od tego, czy się je gra od początku do końca, czy na wspak. Urywany synkopowany rytm Strawińskiego. Średniowieczna izorytmia, czyli zataczające wielkie koła schematy metryczne. – słyszałam… ciszę. Niestety, do pełnego odbioru piękna tej opowieści, trzeba mieć przynajmniej podstawową wiedzę muzyczną. I w tym sensie historia współczesnego Orfeusza, jakich wokół mnie jest wielu, nadal pozostaje dla mnie w jakiejś mierze hermetyczną. Z żalem muszę przyznać, że ludzie muzyki (szczęśliwcy!), usłyszą w tej książce dużo więcej niż ja, dalsze niesłychane melodie, tematy schowane prostopadle w innych solówkach bądź też zakopane niczym niejasne hasła krzyżówkowe i ukrywające klucz do ich rozszyfrowania w następnych, mających dopiero powstać podpowiedziach.
Pocieszam się jednym – Peter też nie był idealny, bo czytanie mu nie szło. Els był stworzony do słuchania muzyki. Może słuchanie muzyki mi nie idzie, ale za to jestem stworzona do czytania.
Mój świat otwierają i tworzą słowa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Orfeusz [Richard Powers]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *