
Skończyłem z przytupem. A było zupełnie nieźle.
Tak rozpoczął swój dziennik kapitan żeglugi wielkiej, opisując spektakularny upadek swojej kariery zawodowej, która runęła wraz z frachtowcem z głośnym pluskiem w czarną otchłań Biskaju, osiągając dno na głębokości piętnastu tysięcy stóp.
A wszystko zaczęło się 7 października 2006 roku.
Wraz z wypłynięciem w kolejną podróż liniowcem M/V Laura. W trakcie rejsu niespodziewanie zarząd nad statkiem przejęła jedna z wchodzących na rynek morski korporacji, która zaczęła wraz z jej szefową dyktować warunki określające, co było najlepsze dla kapitana i dwudziestoosobowej załogi. Konflikt stron narastał wprost proporcjonalnie do przepływanych mil, by zakończyć się wzięciem spraw w kapitańskie ręce. Między narastającym wrzeniem załogi a spektakularnym „zmartwychwstaniem” kapitana przeżyłam Przygodę. Tak, pisaną dużą literą.
Bynajmniej romantyczną.
Już podtytuł tej marynistycznej opowieści, a właściwie intymnego dziennika Andrzeja Kawy, sugerował, że będzie to opowieść o złym morzu, bo może ten zawód jest romantyczny i piękny, ale jedynie z perspektywy kosza na plaży w Kołobrzegu. Pokazany oczami pięćdziesięciopięcioletniego wilka morskiego z silną, odporną na kołysanie i impregnowaną solą morską mentalność oceaniczną z etosem wolności w tle. Kapitana i jego przybranej rodziny złożonej z marineros stanowiących garstkę przypadkowych ludzi kilku narodowości, kultur i języków, rządzących się nieformalnymi zasadami i wewnętrznym kodeksem morskim wpisującym się w ekstrawagancki, oceaniczny kanon bycia. Drużynę wiarusów z dwiema kobietami na pokładzie, dla której znane dotychczas pływanie po morzach zakończyło się wraz z nastaniem zasad i procedur narzuconych przez korporację.
To zderzenie wartości z systemem nastawionym na wyzysk okazał się dominującym wątkiem fabuły.
Nie tylko, by pokazać, jak bezduszne nowe zabijało stary porządek rzeczy, ale by podkreślić upadek wartości, jakim były przyjaźń, lojalność, zaufanie, a przede wszystkim wolność marineros. Zniewolenie kapitana i załogi poprzez bezwzględne egzekwowanie procedur dalekich od realiów życia na morzu, dostarczało tak dużo absurdów, że można było dobrze się bawić do ostatniej strony. Ten czarny humor, cięte riposty i sarkazm kapitana budowały konieczny dystans wobec brutalnych realiów rejsu i życia na statku.
Dalekich od sentymentalizmu i poetyckości.
Opowieść bezlitośnie je z nich odzierała, ukazując prozę morskiego życia – samotność, brak poczucia bezpieczeństwa, lęk przed morderczym żywiołem wody, świadomość kruchości istnienia, niepewność sytuacji w nowych miejscach, morderstwa na statkach, prostytucja, choroby, korupcja, piractwo, porwania, presja przełożonych, biurokracja, pasażerowie na gapę i wiele innych zjawisk opisywanych lub sygnalizowanych w fabule.
Ich gęstość czyniła opowieść przebogatą narracyjnie.
Forma dziennika dodatkowo zagęszczała przekaz, czyniąc go przeciekawym, zaskakującym tematyką i dynamiczną akcją. Przekazanym pięknym językiem erudyty i bajarza żonglującego słowami, metaforami, porównaniami, odniesieniami i skojarzeniami. Człowieka morza, który zawarł w niej wątki autobiograficzne.
Z pasją tworząc Przygodę.
Ujętą w klamrę sensacyjnego thrillera, sugerującą scenę początku i wyjaśniającą koniec powieści. Tę dychotomię widać było również w opisach zjawisk i zdarzeń. Z jednej strony kapitan oddawał ciszę, monotonię i pozorny spokój na morzu, rozpoczynając wpisy powtarzającym się zdaniem wymieniającym datę, stan pogody, stopień bezpieczeństwa statku i morale załogi. Z drugiej kończył odliczaniem dni do enigmatycznego „zmartwychwstania”, które podnosiło ciekawość jego istoty. Notatki zawierające relacje ze zdarzeń i wydarzeń, kierunku kursu, przeszłości własnej i jego marineros z punktu widzenia kapitana uzupełniane były formalnymi wpisami z dziennika okrętowego pozbawionego emocji i refleksji. Razem budowały przygodę pełną niebezpieczeństw, napięcia, stresu i chłodnego dystansu, a narastający rozdźwięk między korporacyjnymi wymaganiami a dotychczasowym stylem dowodzenia statkiem podnosił coraz silniejsze napięcie rozładowywane alkoholem, seksem i zabawą. Melanż zapachów dalekich miejsc, woń suszonego anyżu, kurkumy i pakistańskich przypraw, smrodu potu, rozkładających się ryb, insektów, morza wydzielającego siarkowodór, nieustannych dźwięków portowych i wody oraz świateł dnia i nocy, tworzył naturalne tło wydarzeń zawsze niosących ponure wieści od przełożonych.
Informacje, których wagę mógł odciążyć tylko sarkazm.
Również alkohol, sen i reminiscencje w przeszłość. I tylko czasami, w wyjątkowych, nielicznych chwilach, można było dostrzec coś więcej niż przytłaczającą rzeczywistość. Zjawiska i fatamorgany, których urok narrator oddawał metaforami. Zdawałoby się pięknymi porównaniami, by zrozumieć emocje bohaterów, ale i one okazywały się mocno „przyziemne”.
A mimo to…
Lubiłam tam być, bo „jedno nie ulega wątpliwości: nie można nasycić się rytuałem wędrowania z miejsca na miejsce i magią samej Ziemi – kluczowym elementem łańcucha pokarmowego podróży pożerającym duszę wędrowca – z niebem, światłem, powietrzem i wodą bezkresnych oceanów, częścią hydrosfery”. Ciągnęło mnie na morze, do tych ludzi. Na swój sposób szlachetnych, przyzwoitych wyznawców starych reguł i wartości w myśl zasady rządzącej marineros – dotrą tam, gdzie nie chcieliby dopłynąć, zobaczą coś, czego nigdy nie chcieliby zobaczyć, i tylko czasami, niezwykle rzadko dane im będzie ujrzeć w nagrodę stado kolibrów buszujących w koronie drzewa kampeszowego. Wystarczająca rekompensata za dominujące i depresyjne: mroczność, fałsz, zdradę, zło i biorące górę pierwotne instynkty człowiecze.
W jakiejś mierze rozumiałam tę prawdę morskiego życia.
Dalekiego od ciepłych i bezpiecznych mieszkań lądowych szczurów w Europie. Życia surowego innych ludzi w świecie przypominającym survival, by przetrwać. Uczącego pokory i nieoceniania postępowania innych. To dlatego w tej opowieści autor powołał do życia liczną plejadę bohaterów różnego pochodzenia, profesji, narodowości, wyznania, światopoglądu, warunków życia, by w tej ludzkiej menażerii postaw i zachowań można było dostrzec człowieczeństwo. Mimo wszystko.
To, czego bronił kapitan na statku.
To, które musiał uratować, „zmartwychwstając”. Nie bez poniesienia wysokich kosztów. I, mimo że to opowieść o marineros, to można tę walkę przenieść również na ląd. Zmieni się wszystko oprócz wartości, za które warto zapłacić najwyższą cenę.
Jednak na własnych warunkach.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Marineros: opowieść o morzu złym – Adam Natason, Wydawnictwo Novae Res, 2026, 494 stron, literatura polska.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Kryminał sensacja thriller
Dodaj komentarz