
Powieść lustro, w którym przejrzy się cała Polska.
To zdanie umieszczone na okładce tytułowej stało się prawdą.
Przerażającą prawdą!
Najpierw grozę wywołał wypadek. Krzyczący tragedią już na samym początku, w prologu, w pierwszym zdaniu – Ukazała się informacja o katastrofie drogowej, w której zginęło ni mniej, ni więcej, tylko czterdziestu czterech pielgrzymów jadących do sanktuarium Matki Boskiej w Bardzie Śląskim. Potem pojawiła się makabryczna scena śmierci rodzącej Esterki Roku Pańskiego 1884, ale w tym samym wspomnianym Bardzie. Następnie charakterystyki bohaterów wprawiających w rezonans poznawczy od śmiechu do przerażenia.
Różnorodne w swoim spektrum.
Małżeństwo z ciężarną córką z „muslimem”. Kolekcjoner relikwii niedopałków papierosów po Janie Popiełuszce. Dwudziestopięciolatek z nerwicą natręctw i ultrakatolicką babką. Potomek polskiego huzara malujący Żydów z pieniążkiem. Matka z synem mówiącym w języku Ducha Świętego. Kibic warszawskiej Legii z dziewczyną Sandrą. Buddystka szukająca zemsty na swoim homoseksualnym chłopaku. Siostra Małgorzata z bulimią, w nieustannym kontakcie z Jezusem przewodnicząca pielgrzymce. Biskup robiący przekręt za przekrętem. Kierowca autobusu i fan Freddiego Mercury’ego.
I kilku innych.
Wszyscy charakterystyczni i przerysowani w swoich czynach, światopoglądach i zachowaniach. Osób składających się na pełny zestaw przywar narodowych. Wspólnie jadących ze swoimi sekretami i głęboko ukrywanymi tajemnicami, a przede wszystkim z prośbami do Matki Boskiej Bardzkiej.
Niedowiezionymi.
Nie tylko dlatego, że początek zdradzał przyczynę, ale również dlatego, że druga część opowieści rozgrywana w dwudziestu kolejnych rundach, jak autorka nazwała rozdziały, zmieniła kolej rzeczy, rzutując na ich wspólną przyszłość. Tym samym na realizację, a właściwie brak realizacji wspólnego celu.
Tak musiało się stać.
Koktajl zdarzeń, stworzony przez tak różne i różnorodne osobowości w jednym autobusie, musiał skończyć się katastrofą. To oczywiście metafora społeczeństwa.
Nas Polaków.
W kraju-autobusie przesiąkniętym tak jadowitą trucizną nienawiści, że uśmiercającą nie tylko siebie nawzajem, ale również przyszłość. Autorka opisaną sytuację porównuje do bardo – przejściowego stanu między śmiercią a kolejnymi narodzinami według buddyzmu, a według chrześcijan zaś może i całą wieczność. Stąd tytuł powieści – miasta rzeczywiście istniejącego na Śląsku, ale i w Wielkopolskiem, Świętokrzyskiem, a także każdego innego w kraju. Niosący ze sobą metaforyczne przesłanie.
Filozoficzne.
Wizja rodaków tonących w mroku ignorancji, urządzając sobie, jak na Polaków przystało, prawdziwe piekło za życia. Egzystencji w stanie zawieszenia, w którym nic nie mogli z tej nienawiści żreć, płodzić, zabijać, nawzajem zjadać się obrzucać się gównem i błotem. Nie mogły torturować bliźniego. Nie mogły już dłużej być Polakami z tego wszystkiego. Takimi, którym autorka dziękuje, bo przez to, jacy są, pomogli jej stworzyć tę oto śmieszno-smutną opowieść. Dla mnie przerażającą, bo nadal aktualną mimo upływu lat od jej wydania w 2018 roku. Nadal jesteśmy w stanie bardo, nadal pielgrzymujemy do miejsc świętych i nadal giniemy w ich trakcie. Fikcja powieściowa? Przerażająca jest realność tej powieści.
Faktycznie niczym lustro.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Bardo – Agnieszka Szpila, Wydawnictwo W.A.B., 2018, 270 stron, literatura polska.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa
Dodaj komentarz