
Autor zabrał mnie w miejsca, gdzie człowieczeństwo miesza się ze zwierzęceniem, a ludzki byt znaczy coś dopóty, dopóki tania materia ludzkiego mięsa może wykonywać jakąkolwiek użyteczną pracę. W jak najbardziej realny postapokaliptyczny świat po uzależnieniu od używek.
Z centrum jego upodlenia – dziećmi.
Były tam jako główni bohaterowie, ale częściej obecnością transparentną poprzez opisywane środowisko, w jakim przebywały. To jednak wystarczyło, by poznając ich historię rodzinną, poczuć gulę w gardle spowodowaną silnymi, skrajnymi emocjami.
Głównie bezsilnością i wściekłością.
Rosły i narastały w miarę poznawania dwudziestu obrazów z życia Polaków na marginesie marginesu społecznego. Niewidocznego w pełnym wymiarze dla przeciętnego człowieka. Ukrytego w murach i w głowach bohaterów.
Autor – kurator sądowy z wieloletnim doświadczeniem otworzył go tym reportażem społecznym niczym puszkę Pandory.
Jak sam zaznaczył we wstępie, opisał historie, jakie przytrafiły mu się w życiu zawodowym. Dlatego przedstawił je subiektywnie, podkreślając to również w podtytule – „z notatnika kuratora sądowego”, czyli spisywanych na żywo, odręcznie, bez ubarwień czy nadinterpretacji. Z miejsc, do których musiał zajrzeć – popegeerowskich wsi, brudnych dzielnic, starych kamienic, szop, ruder czy melin. Wejść do rzeczywistości alkoholików, uzależnionych, przemocowców, rozwodzących się i… niewolników, którzy dla bełta zrobiliby wszystko, bo i tak nie mieli wyboru, a jeśli wybierali to… samobójstwo.
Autor opowiadał o niej w skali 1:1.
Tak jak widział. Naturalne środowisko dzieci, gdzie melina, tani alkohol, libacje i popęd seksualny niehamowany już żadnymi lekami widziałam wręcz naturalistycznie. Autor nie oszczędzał obrzydliwych widoków i smrodu oglądanych tragedii ludzkich.
Wręcz przeciwnie.
Sytuacje i ludzi nazywał wprost, omijając poprawność językową oraz konwenanse. Stosował język potoczny, gdzie dosadne słowa jak: „patol”, „kurwa”, „dziwka” i „menel”, pozwalały dopiero poczuć smród zaszczanej pieluchy i brudnego ciała ludzkiego, lepkość niemytej poręczy w starej kamienicy i zarzyganej podłogi w melinie, a przede wszystkim usłyszeć krzyk dzieci skazanych na zmarnowane życie.
Jednak bez potępiania.
W miarę czytania byłam coraz bardziej odległa od oceniania kogokolwiek poza systemem „opieki”, bo za każdą osobą kryła się jej tragedia generująca kolejną w łańcuchu dziedziczenia losu skazanego na porażkę. Często kończącego się upośledzeniem dziecka. Autor już we wstępie napisał, że zawsze ciekawiło go, co sprawia, że ludzie staczają się na dno.
Jego relacje to wyjaśniały.
Najciekawsze były jednak wnioski, jakie same mi się nasuwały. Ujrzałam przyczyny nie tylko po stronie bohaterów, ale również naszego państwa. Autor, opisując ludzkie dramaty, pokazywał także status i możliwości działania kuratora sądowego w systemie opieki i sądownictwa.
Niskie i ograniczone.
Zarówno pod względem finansów, niekorzystnych procedur obowiązujących w pracy, a także systemowego gubienia istoty działań na rzecz sztywnych przepisów, podopiecznych z premedytacją wykorzystujących luki prawne na szkodę państwa i papierologii, gdzie pisanie, notatki, długopis, pióro, pieczątka, podpis – to najważniejsze rzeczy w całym skostniałym systemie. To dlatego na pytanie, jak wygląda praca kuratora, odpowiedział – Zajebiście.
To oczywiście sarkazm, za którym kryło się rozczarowanie.
Było go w tym reportażu bardzo dużo. Zamierzony czarny humor i absurd, pozwalał na budowanie koniecznego dystansu, by samemu pozostać stabilnym emocjonalnie i psychicznie. Stworzenie swoistego buforu, by móc wykonywać zawód, bo dobry kurator to taki, który leje wodę, znaczy ma łatwość pisania i potrafi z gówna bat ukręcić. Oczywiście robi to po to, by z notatek, sprawozdań i kart nadzoru wynikało, że pracuje najzajebiściej na świecie, a po prostu patola jest niereformowalna. Dla autora to była również forma zastanawiania się, gdzie w swoim życiu popełnił błąd, utknąwszy w zawodzie, w którym nie widział żadnej szansy na rozwój, pisząc – kariera polega na tym, że do usranej emerytury, jako dziad ze zniszczoną psychiką, będę łaził po podejrzanych chałupach i liczył bachory lub tłumaczył pijakom, że mają nie pić.
Autor na pytanie o sens wykonywania zawodu w tak niewydolnym według niego systemie odpowiedział całą swoją książką.
Uczynił z niej wrota do królestwa patologii, które rządzi się swoimi prawami. Książkę brutalną, ale szczerą do bólu, do której przed zajrzeniem trzeba odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie – Czy jesteś, czytelniku, gotowy na Polskę »C«, gdzie krzywdzone dziecko jest statystyką i problemem dla służb, a kolejny patol przestał wzbudzać już jakiekolwiek emocje?
Jeśli nie, tym bardziej zajrzyj za tę okładkę-drzwi.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Patożycie: z notatnika kuratora sądowego – Piotr Matysiak, Wydawnictwo RM, 2024, 222 stron, literatura polska.
Podcast z autorem.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Fakty reportaż wywiad
Dodaj komentarz