
Zjem te naleśniki, nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Jay nie chciał sprawić przykrości żonie Mary, która specjalnie wstała w środku nocy, by mógł pojechać do chorego ojca, nie czując głodu. Jej mąż nie wiedział, że pomyślał w ten sposób w złą godzinę.
Z nagłego wyjazdu nie wrócił już żywy.
Nikt nie był na to przygotowany. Ani Mary, ani jego sześcioletni syn Rufus i młodsza córka Catherine, jak również jego szwagier, ciotka, rodzice i dziadkowie. Jak zauważyła ciotka Hanna – Nie sądzę, żeby się można było przygotować na coś takiego. Po prostu trzeba przez to przejść.
Ostatnie zdanie było kluczem do opowieści o rodzinie Folletów.
Autor porzucił powszechny w literaturze schemat przeżywania rodzinnej żałoby po pogrzebie. Ciężar uwagi przeniósł na moment od otrzymania wiadomości o śmierci Jaya do jego pochówku, poprzedzając go scenami tuż przed tym wydarzeniem.
Te kilka dni rozciągniętych na godziny uczynił czasem szczególnym.
Etapem, w którym dzięki narracji zewnętrznej, mogłam przyjrzeć się poszczególnym osobom z rodziny Jaya i ujrzeć przewyższającą szlachetnością nawet Świętą Rodzinę utworzoną przez uwaga!, oszukaną matkę Mary, nieszczerego syna Rufusa i śmiertelnie dotkniętą córką Catherine. Takie dychotomiczne i sprzeczne ze sobą obrazy umożliwiła mi wielość spojrzeń bohaterów powieści. Nakładających się na siebie niczym wielowarstwowa kalka tworząca kolejny, jeden obraz, a mimo to za każdym razem różny, ale i prawdziwy. Również ich osobowości, charaktery, reakcje, postawy, ale i myśli w kluczowych momentach przekazywania i otrzymywania informacji związanych nie tylko ze śmiercią Jaya, ale i analizą wypadku, któremu uległ.
Świat dorosłych radzących sobie z traumatyczną sytuacją autor zderzył ze światem dzieci.
W ich niewinnym, nieskażonym i ufnym sposobie myślenia, próbującym na miarę swojego niedojrzałego wieku zracjonalizować obserwowane wydarzenia, pokazywał przede wszystkim zagubienie i potrzebę bezpieczeństwa. Zwłaszcza w przypadku Catherine, która wiedziała tylko, że działo się coś bardzo złego, a ona nikogo nie obchodziła i nikt nie zwracał na nią uwagi ani nie powiedział jej, co to właściwie jest, ani jej nie pomagał, ani jej nie kochał.
Autor podkreślał przy tym solidarność rodziny.
Wsparcie, pomoc, a przede wszystkim wzajemne zaspokajanie potrzeby rozmowy i wymiany refleksji, by razem zrozumieć, co zaszło, ale i obłaskawić śmierć. Przegadać ją, żeby poczuć, że śmierć została w jakiś sposób oswojona, że człowiek zdołał ją uchwycić i nazwać.
Umieranie, które również rodzinę dzieliło.
Bliscy Jaya różnili się w wierze w Boga. Mary była mu całkowicie oddana, przybierając postawę – Bądź wola Twoja. Ojciec Joel deklarował agnostycyzm, mówiąc – Uważam, że istnieje równie mało dowodów na to, że Boga nie ma, jak i na to, że jest. Szwagier Andrew odkrywał, że beznamiętne piękno wiosennej nocy pochłania go równie silnie jak sama śmierć. Największym problemem w ich zderzeniu z odchodzeniem okazał się nieochrzczony Jay. Paradoksalnie wyłączony z dyskusji i rozważań na ten temat przez nadal żyjących.
Ta różnorodność postaw i poglądów bohaterów pobudzała do rozważań na fundamentalne tematy: śmierci, Boga, wiary, religii i grzechu.
Autor świadomie wybrał najtrudniejszy moment w życiu rodziny Jaya, wiedząc z autopsji, że nic tak nie zmusza do refleksji w pędzie życia, jak „jedna chwila napięcia, bo pojawiło się coś, co mogło być niebezpieczne, i rzeczywiście było”. Coś, co usuwało grunt spod nóg i zabierało poczucie egzystencjalnego balansu.
Niespodzianie zachwiało światem żałobników.
Ludzi żyjących we wszechświecie, bo milczące gwiazdy suną dalej, a Ziemia nadal się kręci. Autor refleksyjną, powolną, empatyczną, poruszającą i emocjonalną powieścią nadał sloganowi – wszyscy musimy kiedyś odejść – bolesny, namacalny wymiar cierpienia, jaki niesie śmierć bliskiej osoby. Nadał próbie zracjonalizowania niemożliwego, oswojenia przemijania, poszukiwania sensu w życiu i w wierze, wymiar ponadczasowy. Na bohaterów swojej lirycznej historii wybrał rodzinę przeciętną jakich wiele na świecie, z którą łatwo się utożsamić. Mieszkającą gdzieś w amerykańskim Knoxville w 1915 roku, ale równie dobrze w Polsce dzisiejszej. W dzielnicy zamieszkałej głównie przez niższe warstwy klasy średniej. Z uporządkowanym rytmem dnia, w który autor celowo wprowadził czytelnika już od pierwszej strony. Roztoczył nostalgiczną scenę malowniczego wieczoru, w którym ojcowie odgrywali rolę niepodważalnej głowy rodziny troszczącej się o bliskich i dom. Tak zwyczajnej i tak codziennej, że aż niezmiennie stałej. Dokładnie to poczucie złudnej trwałości chciał utwierdzić i umocnić w czytelniku autor, by w momencie jego zburzenia poczuł dokładnie ten sam wstrząs i dysonans poznawczy, jakie odczuła rodzina Jaya.
Również sam autor.
Wczesna śmierć ojca, który zginął w wypadku samochodowym, odcisnęła wyraźne piętno na jego życiu i późniejszej twórczości – przeczytałam na okładkowym skrzydełku. W tej powieści szczególnie, pisząc już w pierwszych słowach prologu – Mówimy teraz o letnich wieczorach Knoxville w stanie Tennessee, w czasie, gdy tam żyłem, tak świetnie ukrywając się przed samym sobą pod postacią dziecka.
Za tę książkę wydaną pośmiertnie autor otrzymał w 1958 roku Nagrodę Pulitzera.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa
Dodaj komentarz