Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Facebook Instagram YouTube Lubimy Czytać Pinterest

Czerwona Zima – Cameron Sullivan

12 lipca 2026

Jak mógłbym zapomnieć? Antoine’a, rękawiczkę oraz krew?

   Niepozorna rzecz znaleziona na strychu przywołała wspomnienia sprzed dwóch dekad. Krwawe obrazy Czerwonej Zimy i bezgranicznej miłości do mężczyzny. Dla Sebastiana bardzo bolesne… Dla mnie fascynujące! Poczułam jak ten przedmiot z mrocznej przeszłości, wciągnął mnie w wir opowieści wraz z pierwszym słowem, którą nie tylko oglądałam oczami wyobraźni, ale czułam zmysłami i przeżyłam emocjonalnie.

   Świat przerażający, a jednocześnie ekscytujący!

   Przetoczył się przeze mnie niczym rozpędzona kula śnieżna zdarzeń, wątków, bohaterów, a przede wszystkim emocji. Porwał mnie, uziemił i nie spuścił z łańcucha uwagi aż do ostatniej strony. Potem chciałam więcej i będzie, o czym zapewnił autor w podziękowaniach – Tych, którzy znaleźli w niej przyjaciół, pragnę poinformować: Sebastian, Sarmodel i Livia przeżyli znacznie więcej przygód i mam nadzieję, że zechcecie zapoznać się z kolejną.

   Teraz, na spokojnie, mogę przyjrzeć się bliżej, czemu zawdzięczam tę magiczną i mroczną, ale pouczającą etycznie przygodę.

   Wędrówki dosłownej do francuskiego Gévaudan w celu pojmania Bestii terroryzującej w jej okolicach wieśniaków i podróżnych. Również wędrówki moralnej po decyzjach podejmowanych w piekielnie trudnych wyborach. Na początek przyjrzałam się konstrukcji opowieści.

   Autor zastosował opowieść szkatułkową.

   Wraz z każdą stroną schodziłam w głąb historii głównych bohaterów Sebastiana, Antoine’a, Sarmodela i Livii po schodach z liter, osiągając poziom drugi, a potem trzeci opowieści. Na dodatek autor wplatał w nią uzupełniające wersje innych postaci, dopełniając obraz widziany z odmiennej perspektywy. Ich naprzemienność, pleciona niczym warkocz z dobieranymi wątkami, inicjowała tempo akcji i nagłe jej zwroty, a ostatecznie nieustanne przyśpieszanie dynamiki powieści.

   Potęgowała ją również trzypoziomowa narracja.

   Głównego bohatera Sebastiana nieznającego swojej tożsamości, chociaż nosił tytuł profesora Grave’a z Larnaki. W oczach innych uchodził za lekarza, szanowanego uczonego, jubilera, przedsiębiorcę pogrzebowego, a przede wszystkim sławnego czarnoksiężnika i potężnego maga łowiącego potwory. W moich – niezwykłego erudyty, który natłok myśli, obrazów i dygresji musiał umieszczać w przypisach.

   Drugim narratorem był jego towarzysz mentalny.

   Duch o wielu imionach sprowadzonych do jednego – Sarmodel. Jak sam go określił Sebastian – gość przyjaciel ojciec kochanek demon. To ostatnie miano pasowało do niego najbardziej.

   I wreszcie nadnarrator powieści ujmujący całość osiemnastowiecznych dziejów z perspektywy obecnego czasu w klamrę przedmowy z jednej strony i posłowia z drugiej. W dwa koła ratunkowe wynoszące mnie niczym szczypce z zanurzenia w oceanie emocji na powierzchnię do świata rzeczywistego.

   Samą fabułę można określić jako przygodę pełną magii.

   Jednak to tylko jej fasada z bohaterem pomagającym innym w ujarzmianiu demonów i w złapaniu krwiożerczej Bestii. Pościg za nią i próba jej unieszkodliwienia to opowieść fantasy w czasie przeszłym i teraźniejszym, w której magia mieszała się z realiami, marzeniami sennymi, wizjami, a świat rzeczywisty z wyobrażonym. Bohaterowie wyposażeni w moce nadprzyrodzone i artefakty czarów próbowali osiągać własne cele, wykorzystując ku temu słabości ludzkie. Autor gęsto wypełnił nimi powieść, czerpiąc z historii powszechnej, mitologii, demonologii i religii monoteistycznych. Bogactwo i różnorodność tej mieszanki nasuwały jeden wniosek – to paleta pochodząca z jednego, pierwotnego źródła wierzeń, gdzie bóg wojny kiedyś miał jedno imię, a obecnie kilka – Mars, Ares, Ojciec Rzymu, Avstamet czy wódz z Olimpu.

   Jednak to nadal ten sam Duch Wojny.

   Ta dosłowna warstwa przygodowa pełniła bardzo ważną funkcję nośnika, jak na fantasy, czyli baśń dla dorosłych, przystało. Budowała baśniową metaforę realnej warstwy ukrytej pod jej spodem. Świata odczytywanego na nowo. Tłumaczonego z języka baśni na język psychologii życia. Gdzie Sebastian uosabiał człowieka nieustannie toczącego wewnętrzną walkę między dobrem a złem, między tym, co pragnął i pożądał a tym, co powinien i czego od niego wymagał system moralny. Człowieka nieustannie poszukującego prawdy i celu swojej egzystencji.

   Jego towarzysz mentalny Sarmodel symbolizował podświadomość  pełną pierwotnych instynktów i traum nieustannie kontrolowaną przez ego i superego gospodarza, by „demony” nie wydostały się poza kruchą warstwę cywilizacji, czyli sztywny gorset norm społecznych i uznanych wartości humanistycznych.

   Z kolei poszczególni bohaterowie uosabiali największe namiętności ludzkości – seks, władzę i pieniądze, a ich postępowanie – mechanizmy manipulacji inicjowane w społeczeństwie. Również zachodzące w nich procesy psychiczne zmieniające ludzi w potwory opętane przez żądzę, chciwość czy pożądanie. Ich makabryczną orgię autor idealnie zobrazował w kulminacyjnej scenie walki poprzez groteskę.

   Takich środków wyrazu było więcej.

   Kontrast, ironia, sarkazm, absurd, a zwłaszcza humor noir nieustannie budowały mroczność wydarzeń, tworząc jednocześnie asekuracyjny bufor chroniący moją wytrzymałość emocjonalną poddaną pod nieustanną presję dryfowania w oceanie skrajnych emocji bólu, cierpienia, męki, krwi, łez i niespełnionej miłości przekraczającej granice życia i śmierci. W walce, w której nie było żadnych reguł ani zakazów, a przeciwnicy oślepiali, okaleczali się nawzajem i zadawali wszelkie rany bez litości fizycznie, mentalnie i emocjonalnie.

   A wszystko po to, by obrazowo ukazać prawdziwe oblicze władzy.

   To ona grała główną, choć niewidzialną rolę przezroczystej bohaterki tej powieści pod postacią Bestii. Przyglądając się jej przeobrażeniom, mechanizmom zarażania, procesami pożerania i czynnikami podtrzymującymi jej istnienie, można było abstrakcję zamienić na realne obrazy niewidoczne na co dzień. Potrzeba było dokładnie takiej metafory, by zwizualizować sobie, jak mówi po łacinie, paszczę ma ogromną jak niebo, a kiedy do niej zaglądam, widzę setki ludzi, każdy pożera swego poprzednika jak kiełbasę; wieśniacy i mieszczanie, aż po biskupa i króla, który zjada ich wszystkich.

   Autor umieścił to zjawisko przemocy w imię władzy w kontekście społecznym.

   Zwrócił tym samym uwagę na ukrytą rolę, jaką odgrywają w nim politycy, rządzący, biznesmeni i kler, podkreślając, że te najbardziej niebezpieczne i najbardziej skuteczne wcale nie wyglądają potwornie. Przybierają różne postacie. Obserwują. Ukrywają prawdziwą naturę, póki nie są gotowe do ataku. Uwypuklił przez to sposoby manipulacji każącej widzieć Bestię nie tam, gdzie faktycznie się znajduje, wzniecając i podsycając po cichu w ludziach najniższe instynkty. Tym samym odciągając wzrok od osób, które naprawdę z nią walczą.

   Zwłaszcza gdy te osoby są tylko ludźmi, a w ferworze walki o dobro uwolniony głód zamienia się w szaleństwo zaciemniające rozum.

   I jeszcze jedna cicha bohaterka.

   Niepozorna, bo widoczna tylko w homoseksualnym wątku romantycznym. Jednak potężna. Jawiąca się jako remedium na całe zło świata tego – miłość. Wierna i lojalna do końca, przy której wszystko inne zamienia się w sypki piasek. Jedyna odtrutka na Bestię. Bajka? Autor w ostatnim zdaniu prosi – Rozejrzyjcie się dookoła. Duch Wojny w dzisiejszych czasach odżywia się znakomicie, prawda?

   Dopiero teraz powiało grozą…

Czerwona Zima – Cameron Sullivan, przełożył Piotr Kuś, Wydawnictwo Rebis, 2026, 512 stron, literatura australijska.

Rozmowa z autorem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *