
„Młodości! Ty nad poziomy wylatuj…”
Słowa Mickiewiczowskiego manifestu zawartego w Odzie do młodości, namawiającego młode pokolenie do zmieniania świata, bardzo pasowały do okresu przemiany ustrojowej Polski z komunistycznej na demokratyczną. Do idealnego momentu, by skonfrontować ideę z rzeczywistością. Romantyzm z realizmem przez studentów historii, których sprawcza moc przynależna młodości przypadała na lata 1988-1993. Na ciekawe czasy, w których Imperium Zła ze Wschodu upadło, a oni – między Bugiem a Odrą – lizali rany po »socjalizmie z ludzką twarzą«, »władzy ludowej« i »drugim etapie reformy gospodarczej«.
Mieli Nadzieję.
Na słowo i prawdę bez cenzury i na nowe rozumienie przyszłości. Jednak w miarę upływu czasu entuzjazm głównego bohatera Jacka i skupionych wokół niego kolegów, słabł. Każdy kolejny zaliczany przez chłopców rok przynosił ze sobą liczne rozczarowania procesem budowania niepodległej Polski mocno ograniczonego przez polityków do walki na teczki, oskarżanie o to, kto był agentem. Ich wybory i postawy z szerokiego spojrzenia na polityczno-gospodarczą sytuację nowego kraju, zaczęły powoli zawężać się do granic własnej egzystencji coraz bardziej skupionej na zapewnieniu sobie przynajmniej godziwych warunków materialnych w dalszym życiu.
Ból i frustrację zapijając alkoholem.
Znieczulaczem, po którym „takie widzi świata koło, jakie tępemi zakreśla oczy” – chociaż Adam Mickiewicz miał na myśli starość, to otępienie starcze jednak jest bliskie upojeniu. Hamulcem przemian, w których komuniści suchą nogą przeszli na drugą stronę rzeki, w której utonęli najsłabsi, ich ofiary.
Temu obrazowi z perspektywy trzystu lat przyglądała się ich rówieśniczka Nadieżda.
Akademiczka Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego z Instytutu Historycznego badająca drogi Polaków do niepodległości. Jej naprzemienna relacja była futurystycznym kontrastem dla Polski z przeszłości. Jej codzienność porównywana do życia rówieśników okresu przemiany ustrojowej miała pokazać skutki ówcześnie podejmowanych decyzji, wyborów, działań i obieranych postaw, ale przede wszystkim największego błędu popełnionego przez Polaków – braku lustracji.
Nierozliczenia katów z tysięcy ofiar.
Wnioski płynące z ostatnich scen wizji z przyszłości miały przerażać. Być przestrogą dla czytelników z teraźniejszości śledzących obie następujące po sobie rzeczywistości studentów historii i Nadieżdy. Przypomnieć tym, którzy przeżyli młodość w Polsce wyzwalającej się z zależności sowieckiej, że nie posłuchali ani Adama Mickiewicza, ani nawet samego papieża Jana Pawła II przemawiającego do rozumu – Jest rzeczą bardzo ważną, ażeby przekroczyć próg nadziei, nie zatrzymywać się przed nim, ale pozwolić się prowadzić. I może dlatego, że do rozumu, więc nieporywającego do ruszenia bryły „z posad świata”. Czego efektem był postkomunizm pełen Centaurów, Hydr i Gorgon z odrastającymi głowami węży sączącymi jad silnie dzielący polskie społeczeństwo do dzisiaj.
Z kolei dla młodych czytelników retrospekcyjna warstwa powieści miała przybliżyć tamte siermiężne czasy, by mogli zrozumieć postawy i wybory swoich rodziców i dziadków w trudzie budowania nowego na „czerwonych złogach”, ale najpierw poczuć Polskę szarą, rozkradaną przez byłych komunistów, oficerów tajnych służb i zwykłych esbeków, którzy przeistoczyli się w pionierów wolnego rynku.
Autor wykorzystał do tego dwa języki uniwersalne.
Pierwszy na poziomie psychiki zrozumiały dla każdego. Pokonujący wszelkie granice, podziały, bariery i niedostatki wiedzy lub rozumu – język emocji. Nadieżda badała przeszłość za pomocą właśnie emocji, które wysnuwała niczym nitki z kłębka historii. Ich siła przekazu była tak ogromna, że całkowicie zmieniła jej los, ale ten wątek pozostawiam do odkrywania kolejnym czytelnikom. To uczucia okazały się artefaktem pałeczki w ponadczasowej sztafecie walki o niepodległość polskiego narodu. W nieustannej i fundamentalnej potrzebie wyższej każdego człowieka – życia w prawdzie. Autor w tych rozważaniach wplatanych w dialogi i myśli bohaterów poszedł dalej. Ku ontologicznym zastanowieniu się nad toksycznością zła symbolizowanego przez wojnę jako taką i ludzi ją wywołujących. Osób, dla których świata będzie mało, a nawet Kosmosu, by „pożreć” je dla władzy niczym Hitler globus na jednym z satyrycznych rysunków.
Drugim językiem wykorzystanym przez autora, ale na poziomie biologicznym, była woń.
W jej pełnym spektrum od zapachu do odoru. Charakterystyczna dla konkretnych miejsc warunkujących skojarzenia i przywołujących wspomnienia z niepamięci niczym Proustowska magdalenka albo iskra rozświetlająca ciemne zakamarki pamięci. A gdzieś wśród tych rozważań przewijał się coraz widoczniejszy kolejny, tym razem niepozorny, ale ważny temat. Pragnienie jednostki do życia w ojczyźnie, która tak naprawdę ogranicza się do miejsca urodzenia i dorastania. Do małej ojczyzny, która wszystkich powieściowych bohaterów połączyła miłością do Warszawy.
Ponadczasową i ponad wszystkimi podziałami.
A wszystko to misternie ułożone w dobrze przemyślanej, wielowarstwowej konstrukcji powieści, w której każdy element miał intencjonalne miejsce i określoną funkcję, by finalnie lekko potoczyła się opowieść jak w dobrze naoliwionym mechanizmie, który wypluł fiszkę myślową brzemienną emocjami i wspomnieniami sporządzoną przez Nadieżdę.
Tę książkę dla Milenialsów i starszych, a świstoklik dla Gen Z i młodszych.
Walory tej powieści dostrzegła i doceniła kapituła, która nominowała książkę do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza w 2026 roku popularyzującej polską kulturę, historię i tradycję poprzez wyróżnianie pisarzy łamiących schematy myślowe w niezależnym poszukiwaniu prawdy.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Powieść historyczna, Powieść społeczno-obyczajowa
Dodaj komentarz