
Mój bracie i moja siostro, oto przybyliśmy na Kalimnos.
Powitanie wypowiedziane z estymą przez przyjaciela „brata i siostry”, czyli autorki i jej męża George’a, brzmiało niczym obietnica życia na ziemi wymarzonej.
Spełnienie wizji syreniego śpiewu.
Według pisarskiej pary Australijczyków, która miała dość życia w Londynie, dość cywilizacji, asfaltu i telewizji, dość pustki, której nie umieli zapełnić sukcesem materialnym, dość życia przypominającego egzystencjalną klatkę, w której pręty są już tak blisko i jest ich tak wiele, że niczego za nimi nie widzisz, nie pamiętasz, jak wygląda niebo, i nie wiesz, czy na świecie pozostał jeszcze ktoś wolny, miało być czynną odpowiedzią na nawołujący głos. Na greckiej wyspie mieli odzyskać utraconą wolność i odnaleźć swoje zagubione początki. Również warunki konieczne do napisania wspólnej powieści Poławiacze gąbek oraz osobnej przez autorkę. Kalimnos oferował historię niezwykłą i tragiczną – według Polly Samson, autorki wstępu do powieści, wskazującej drugą przyczynę przeprowadzki literackiej pary.
Jakkolwiek by nie było, konsekwencją tej decyzji była ta książka.
Czuła opowieść o śródziemnomorskiej wyspie i jej mieszkańcach w latach 1954-1956. Napisana z zachwytem i zauroczeniem narratorki. Z zachłyśnięciem się wszystkim, co nowe, inne, ciekawe, odmienne i różne, osoby penetrującej nieznany interior. Z uważnością obserwatorki przelewającej na papier wszystko, czego doświadczała, zauważała, przeżywała jako świadek lub uczestnik wydarzeń. Budowała obraz wyspy, której czternastotysięczna populacja polegała na zaledwie garstce odważnych mężczyzn, którzy ryzykowali życie, łowiąc gąbki u wybrzeży Afryki przez siedem miesięcy każdego roku. Miejsca, gdzie radość i smutek są skalibrowane według gór, wiatru i wiecznego rytmu morza. Tego ostatniego w roli niekwestionowanej kochanki mężczyzn.
Tworzyła przy tym również obraz interakcji z ludźmi, których starała się zrozumieć poprzez poznanie stojącej za nimi historii i wplatanego w niego losu każdego z nich. Z wyrozumiałością tłumaczącą ich postępowanie, wybory i poglądy nie zawsze wpisujące się w dotychczas znane jej zasady i normy społeczne. Przedkładającej zawiązywane przyjaźnie i znajomości sąsiedzkie swojej rodziny nad uwierające różnice, dostrzegając w tym największą korzyść dla swoich dwojga dzieci – siedmioletniego Martina i pięcioletniej Shane, dla których pokojem dziecięcym stał się świat.
Niczym wytrawny etnograf, drobiazgowo i z wyczuciem odtwarzała obrzędy, zwyczaje, wiarę, przesądy, obyczaje, ukazując całość piękna tworzonej kultury przez wyspiarzy, ale i dostrzegając w niej mroczne, atawistyczne prądy nieustannie wirujące w ich codziennym życiu. W patriarchalnym systemie, w którym kobieta była niewolnicą gatunku, a jednocześnie gorgoną pochodzącą prosto od mitycznych, straszliwych sióstr Meduzy – Steno i Euralie.
Od czasu do czasu pozwalając sobie na odrobinę humoru wynikającego z różnic kulturowych.
To w tych intymnych szczelinach uwidaczniała własny wątek migrantki. Pisarki, żony, matki próbującej zrealizować cel, dla którego przybyła na wyspę przy jednoczesnym wtapianiu się w kalimnoskie środowisko. W otoczenie nie tylko ludzi, ale również krajobrazu, natury i historii, mając świadomość ich przemijania. Nie była malarką, czego bardzo żałowała, widząc oszałamiające piękno wokół siebie, ale miała dar malowania słowem. Jej poetycki przekaz bogaty w porównania, metafory, synonimy i literackie środki wyrazu, kreślił bajeczne, immersyjne wręcz widoki przepojone miłością, radością i szczęściem ich doznawania, oddając niemalże ich zapachy, kolory, smaki i dźwięki. Sceny, w których gama niebieskości rozciąga się od najlżejszego rozjaśnienia czystej bieli prześcieradła, ufarbowanego w lekkiej niebieskiej płukance, do gęstej, nasyconej ultramaryny. Wariacje na temat tego jednego koloru wydają się nieskończone, a w połączeniu z subtelnymi różnicami faktur ściennych, kształtów, poziomów i niszczącego wpływu słońca, niebieskość tworzy czasami fantastyczne złudzenia optyczne. Wzmacniane przez minigalerię ilustracji Grzegorza Polańskiego.
Razem tworzyły rzeczywistość, w której chciałoby się zaistnieć.
Autorka do tego stopnia była nastawiona pozytywnie do pobytu na wymarzonej wyspie, że nie chciała skupiać się na czasie mniej urodziwym i przyjaznym. Jej okres zimy, czyli dwóch, najcięższych miesięcy na wyspie, naszpikowane napięciami, grozą, wielkimi emocjami, bolesnymi niedolami, ujęła w kilkudziesięciu zdaniach, zamykając ten rozdział w osobnej przegródce pamięci.
Radość, zachwyt i szczęście wyraźnie dominowały w opowieści o życiu na Kalimnosie.
W przeciwieństwie do życia na kolejnej greckiej wyspie Hydrze, na którą przeprowadziła się z rodziną w 1957 roku. Równie pięknie, sensytywnie opisanej w Obierz mi lotos, ale już bez tego bezkrytycznego podejścia nuworysza, dla którego z czasem to, co niezwykłe stało się powszednie. Obie powieści tworzą nierozerwalną dylogię, którą polecam czytać w odwrotności do ukazywania się części na polskim rynku wydawniczym, a w zgodzie z chronologią ich powstawania. Można wtedy śledzić ewolucję stanu psychicznego autorki, a zarazem narratorki opowieści, w miarę upływu emigracyjnego okresu. Od obiecującego syreniego śpiewu po lotos. Od marzeń po brutalizm egzystencji, w której lotosu nie podziwia się ze względu na kwiaty, ale zjada jego kłącza, by przeżyć.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Śpiew syreny – Charmian Clift, przełożyła Anna Gralak, Wydawnictwo 77 Press, 2025, 280 stron, ilustracje, literatura polska.
Kalimnos współcześnie, czyli 70 lat później.
Autorka: Maria Akida
Kategorie: Podróżnicze, Powieść społeczno-obyczajowa
Dodaj komentarz