Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Władca równin – Javier Yanes

21 marca 2019

Władca równin – Javier Yanes
Przełożył Andrzej Flisek
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2010 , 694 strony
Literatura hiszpańska

Okładka kusząca. Niemal hipnotyzująca odcieniami płynnego złota, pomarańczy i brązu zachodzącego słońca, ciepłem gasnącego światła, przestrzenią krajobrazu pozwalającą sięgnąć wzrokiem hen, daleko poza drzewo na pierwszym planie. Chciałam tam być, pragnęłam poznać historię ukrytą za wiele obiecującymi zdaniami, umieszczonymi na okładce:

 

 

I znalazłam się tam. Wylądowałam z Curro Mencia, narratorem opowieści, w Afryce, w stolicy Kenii Nairobii, w hotelu Serena. Tym samym, w którym kiedyś nocowałam oczekując na samolot do Polski, a z którego zachowała mi się jego firmowa widokówka:

 

 

Rozmarzyłam się w oczekiwaniu na więcej, na rozwój wypadków, na rozwinięcie zdania rozpoczynającego opowieść – Dziadek opowiadał mi historie z Afryki, niemal jak na bajkę z magicznym początkiem – za siedmioma górami, za siedmioma lasami…
By nagle, bez żadnego uprzedzenia, zostać przeniesioną do Lux Domini, posiadłości rodzinnej Curro w Hiszpanii. Ej, a gdzie Afryka?! – pomyślałam zdezorientowana.
Curro jednak uparcie zaczął opowiadać o dziejach swojej rodziny. Ale ja chcę o Afryce! – też byłam uparta.
O historii małżeństwa jego pradziadków. Ciekawe, ale kiedy będzie o Afryce? – myślałam swoje, ale już ciszej.
O romansie jego dziadków i okolicznościach przyjścia na świat jego ojca. Interesujące i co było dalej? – pytałam w duchu zaintrygowana.
O szczęśliwym dzieciństwie spędzonym w domu babci Uke u stóp Canto del Pico. A opowiadał o tym tak barwnie i z humorem, że zupełnie zapomniałam o początkowych, afrykańskich obietnicach. Zatopiłam się z przyjemnością w burzliwych, tragicznych, a przede wszystkim tajemniczych dziejach rodziny Curro, ciesząc się, że przede mną jeszcze kilkaset stron, by znowu nagle, bez uprzedzenia przenieść mnie do:

 

 

 

Nie, nie, to nie Nowy Jork i jego drapacze chmur. To ponownie Nairobi. Wróciłam tu znowu, kiedy zdążyło tak bardzo spodobać mi się w Europie. Do miejsca, o którym daaawno zapomniałam, poznając losy rodu Mencia. Dopiero teraz zrozumiałam, że abym mogła tutaj zawitać, musiałam dokładnie poznać bohaterów z przeszłości, jeszcze przed wyprawą na afrykański kontynent. Nieokreślonego miejsca pobytu najbardziej nieodgadnionej postaci snutej historii – dziadka Hamisha. Dodam, osoby przez nas (zdążyła się zebrać spora grupa śledcza: stary przyjaciel dziadka, prostytutka, kenijski dziennikarz, Curro i ja!) poszukiwanej i będącej jedynym kluczem do wielu zagadek rodzinnych. Poza tym, że mieszkał w Kenii, nie wiedzieliśmy nic, nawet tego, czy w ogóle jeszcze żył. Od tego momentu saga rodzinna zamieniła się w przygodę detektywistyczną, ale bez trupa. Przynajmniej taką wszyscy mieliśmy nadzieję. Podróż po rozległych, kenijskich przestrzeniach w poszukiwaniu śladów naprowadzających, informacji ukierunkowujących, tropów podpowiadających była też okazją do poznania białych Kenijczyków od kilku pokoleń, potomków europejskich osadników z czasów kolonialnych. Do przyjrzenia się historii walk bratobójczych w okresie przemian i obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej mierzącej się z problemami świata współczesnego. Kenii równie pięknej, co niebezpiecznej. Wywołującej tyle namiętności, zgorzeli miłości, puchlin rozkoszy, pieszczot bólu i uścisków śmierci. Zakochani, kłusownicy, politycy, nimfomanki, prostytutki, tubylcy i dzieci żebrzące o cukierki. Byli tam wszyscy, odgrywając za czarną zasłoną kenijskiej nocy swoje operetki, dramaty i tragedie.
I wszystko to jest w tej opowieści.
Opisane językiem, do którego specyfiki przyzwyczajałam się powoli, a którego zawiłości w przekazie, częste, obszerne, ale potrzebne dygresje, bogactwo porównań, metafor i przenośni, barokową ornamentykę, krasomówstwo narratora doceniłam w dwójnasób po doczytaniu ostatniego, wieńczącego zdania, kończącego opowieść i spinającego całość niczym klamrą – Dziadek opowiadał mi historie z Afryki.
Za każdym razem, kiedy czytam to zdanie, w moim sercu pojawia się ciepło i słodycz przelewającego się złocistego miodu z okładki, a pod powiekami, niczym powidok, widzę setki pejzaży przeżytych zdarzeń z sylwetkami poznanych postaci na horyzoncie. Bo w gruncie rzeczy to opowieść o więzach rodzinnych i miłości je spajającej, którą warto pielęgnować, a jeśli się zgubi, szukać nawet na końcu świata.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *