Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Facebook Instagram YouTube Lubimy Czytać Pinterest

Prostowanie węża – Bartłomiej Butlewski

21 marca 2019

Prostowanie węża: powieść obyczajowa (tylko dla dorosłych) – Bartłomiej Butlewski
Wydawca Stowarzyszenie BOSIP , 2010 , 743 strony
Literatura polska

Onegdaj (że użyję ulubionego słowa narratora o czym napiszę później) postulowałam w otwartym liście do Jacka Dehnela o niemarnowanie talentu na opowiadania i napisanie powieści obyczajowej na miarę panoramy. Prośba została spełniona, w zupełności i aż nadto, piórem Bartłomieja Butlewskiego, ale obwarowana zasiekami umyślnie utrudniającymi mi dostęp do jej treści. Najpierw kontrastowymi, krzykliwymi barwami, które w świecie zwierząt często pełnią rolę zniechęcającą i ostrzegającą przed niebezpieczeństwem. Potem czerwoną kropą w prawym, górnym rogu okładki z napisem „dozwolone od lat osiemnastu”. Następnie zniechęcającym listem od autora umieszczonym na końcu książki, a pełniącym rolę sita, na którego dnie ma zostać wyselekcjonowany czytelnik intelektualnie dojrzały i koniecznie myślący. Również nieśmiały, obok tak niewinnego określenia „obyczajowa”, dopisek w nawiasach „tylko dla dorosłych”. By zakończyć te zasieki zaporową ceną siedemdziesięciu złotych bez jednego grosza. Pokonałam je wszystkie, przyznając wręcz, że podziałały na mnie jak płachta na byka. Im trudniej tym ciekawiej. Nie przejęłam się także uwagą, że powieść obfituje w mnóstwo słów niezrozumiałych dla przeciętnego czytelnika. W obyczajowej? A jakież w niej mogą być niezrozumiałe pojęcia? Przecież to nie książka popularnonaukowa! Co może być w niej trudnego do zrozumienia, że autor nakazuje mi zaopatrzyć się w aż słowniki?
No może! Już po kilkudziesięciu stronach zaopatrzyłam się w dwa: języka polskiego oraz wyrazów obcych i trudnych.
Powieść zaczyna się sceną rozstania dwojga kochanków tuż po akcie miłosnym. Smutną, przepełnioną tęsknotą i rozpaczą mężczyzny za wychodzącą z mieszkania kobietą. Dobry pretekst, by zaciekawić mnie kim oni są, co się stało i dlaczego?

 

 

 

Chciałam poznać całą tę wyżej pokazaną rodzinę, do której oboje należeli i związane z nią towarzysko lub zawodowo osoby. Wydarzenia będące ich udziałem, doprowadzające do początkowej sceny, relacje oficjalne między nimi, wzajemne wyobrażenia o sobie tak bardzo odbiegające od tych skrywanych, osobistych, strzeżone tajemnice rodzinne, analizowane poglądy na wszystko co niesie ze sobą życie społeczne. Zarówno te dotyczące zagadnień szeroko dyskutowanych jak eutanazja, edukacja, wychowanie seksualne, demokracja, prawa konstytucyjne niepełnosprawnych, jak i te drobne, irytujące na co dzień: wyższość konwenansów nad normami moralnymi czy przydrożne krzyże i ołtarzyki budowane w miejscu wypadku. A wszystko opowiedziane głosem narratora-intelektualisty, dodatkowo ponadprzeciętnie elokwentnego z manierą oratorską. Budujący zdania długie, wielokrotnie złożone na kilka wersów. Z upodobaniem do zwrotów sprzed wieku typu: dyscypuł, atoli, acz, naonczas, wszelako czy wonczas. Do tego z licznymi wtrąceniami z języków obcych jak ergo, clou, de facto, ad hoc, passe partout czy bodyguard. I jakby tego było mało, ze słowami, które poza środowiskiem naukowym nie mają prawa bytu w języku kolokwialnym: sedacja, prokrastynacja, ekspiracja, egeria czy eutrofia. A to tylko kilka skromnych przykładów. I co ciekawe. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Nawet, jeśli musiałam posiłkować się którymś słownikiem. Ten piękny, napuszony język musiał taki być. Odzwierciedlał tę pożądaną przez społeczeństwo powierzchnię życia opisywanej rodziny. Pokazywał gładki, słodki lukier w okrągłych, uczonych słowach, pod którym kryła się warstwa spodnia. Ciemna strona życia, z kroplą dziegciu (a nawet łyżką) w tej beczce miodu. Wręcz tak mroczną, że jestem zmuszona wprowadzić wzorem autora, cenzurę moich wrażeń w postaci znaczka z okładki.

 

 

 

Drugie życie rodziny, które miało decydujący wpływ na jej dzieje i trwałość, toczyło się za zamkniętymi drzwiami i to niekoniecznie w sypialni, a które mogłam zobaczyć przez dziurkę od klucza ewentualnie spoza zasłaniających mi widok krzaków. Że podglądałam? Posłużę się argumentem narratora: kto bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem! Wpadki ciążowe, łapanie męża na dziecko czy posiadanie kochanka to już właściwie norma i tym akurat narrator mnie nie zaskoczył. Ale wiwisekcja życia seksualnego bez zahamowań każdego z bohaterów, gdzie rozważania na inny temat stawały się dygresjami, a nie kanwą powieści, trochę mnie zaskoczyła. A właściwie odwaga pisania o tym i to w ogromnym zbliżeniu, bez cenzury. Miałam wrażenie, że rodziną głównie kieruje jedna z największych namiętności człowieka jaką jest seks, niekoniecznie w połączeniu z miłością, która staje się wiodącym bohaterem jej życia, ważniejszym czasami od tego ostatniego. Wcielającej zasadę każdy z każdym (w dowolnym miejscu na łodzi, w kuchni, w ogrodzie, w pracy) i że nic co ludzkie nie jest im obce: oral, petting, anal, fellatio, pissing, soft sadomaso, gwałt, biseksualizm a nawet pedofilia i kazirodztwo. Boga nie ma, jest seks, a HIV gratis! Tylko, że o tym ostatnim narrator nie wspomniał. Nie mógł. Tak, jak nie zawracali sobie tym głowy opisywani przez niego bohaterowie.
Zmienia się również język opowiadającego, który gubi słowa tudzież czy ponderabilia na rzecz cipy, pipki, dziwki, rui czy pieprzenia się. A ponieważ słowa z dziedzin nauki pozostały, to byłam trochę zdziwiona, że na taką ilość spermy tryskającej, połykanej, rozmazywanej, marnowanej w grzechu Onana na co średnio trzeciej stronie, narrator nie użył tak pięknego wyrazu jak ejakulacja. A przecież, aż się o to prosiło.

Koniec cenzury.

Jednym słowem dulszczyzna XXI wieku. Życie rodziny, której grzechy i błędy zaniechania, skrzętnie skrywane, pozostawione bez rozwiązania, a nawet dziedziczone, ujawniają się w postaci czynów karalnych dopiero w sali sądowej. W której młodzież uprawia seks dla przeżycia wrażeń, przygody, towarzystwa, zabicia czasu, a również z uprzejmości i zwyczajnej sympatii. Wnikliwe studium procesów społecznych, emocjonalnych i psychicznych, podbudowanych, jak sam autor pisze, długimi latami głębokich studiów nad naturą ludzką jako sądowy biegły i mediator. Obraz współczesnej rodziny, który mnie poruszył, zaniepokoił i wywołał mnóstwo pytań, a jednocześnie sfrustrował odcięciem się autora od nich myślą: Jeśli nie zrozumiałeś do końca, co autor miał na myśli lub jakie były jego intencje, to odstąp od bezpośredniego zadawania mu tego rodzaju znanych ze szkół sakramentalnych pytań, a przeczytaj po prostu niniejszą powieść raz jeszcze, a potem jeszcze raz i jeszcze… Zachęcam. To książka wielokrotnego użytku…
I jeszcze jedno. Na tylnej okładce wydawca umieścił napis CIEKAWA KSIĄŻKA. Absolutnie to określenie do niej nie pasuje. Jest nijakie w stosunku do treści, zbyt letnie. Użyłabym terminu oryginalna, bulwersująca, obrazoburcza, a przede wszystkim OBNAŻAJĄCA KSIĄŻKA nasze społeczeństwo, współczesną rodzinę, instytucję małżeństwa i na końcu samego człowieka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *