Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat

21 marca 2019

Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2016 , 480 stron
Literatura polska

Jedenaście tysięcy dziewic doczekało się kontynuacji!
Można czytać obie powieści oddzielnie, bo każda ma inne przesłanie, czas i wymiar psychologiczny, w którym się toczy. Jednak obie składają się na jeden, pełny obraz pokoleń Polaków, a właściwie gdańskich kobiet. Pierwsza część mówiła o przyczynach trudów ich wręcz cierpiętniczego życia. Druga skupiła się na ich skutkach.
Na polskich Madonnach.
Nie tych znanych z kościołów, do których zaglądałam z bohaterkami w chwilach trudnych, ciężkich i beznadziejnych z prośbą o pocieszenie i nadzieję na lżejszą przyszłość, obdarzających niemym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i obietnicą lepszego żywota, ale tych żyjących, realnych z piętnem bycia kobietą przekazanym przez matki, babki i prababki.
Z odziedziczonym fatum.
Wszystkie bohaterki, a jest ich sporo, dlatego nie skupiam się na jednej, ale też i nie wymieniam wszystkich imiennie, zmagają się z nim. Dźwigają brzemię przeszłości pokoleń własnych rodzin, próbując na przekór losowi odnaleźć swoje miejsce, ale przede wszystkim siebie. Niekoniecznie zgodnie z rolą, jaką wyznaczyło im społeczeństwo. Często wbrew nakazom i normom przez nie ustanawianym. Szarpią się z nim na swój sposób i na miarę własnych możliwości. Od zachowań spontanicznych po dobrze zaplanowane działania. A mimo to nie znajdują recepty na szczęście, miłość i przynajmniej dobre życie, które z uporem i na przekór zapętla się jeszcze bardziej, zasupłując kobiety w sytuacje skrajne i bez wyjścia. W beznadziejne pułapki problemów dokładające kilogramów do już dźwiganego ciężaru.
To dlatego ta powieść bardzo obciąża emocjonalnie.
Nie ma tu radosnych wieści, a jeśli są, to w parze z tragedią. Chwile ulgi i pocieszenia można znaleźć tylko u stóp gipsowej Madonny w zaciszu gdańskiego kościoła, dającej nadzieję i siłę do dalszej walki z sobą, ludźmi, rzeczywistością i z fatum. Jednak nie na tyle przytłaczającym, by mnie zniechęcić do brnięcia w to gęste, pochłaniające magnum skrajnych i silnych uczuć przeżywanych przez bohaterki. Musiałam poczuć ich ciężar, by poznać boleśnie splątaną historię losów pięciu rodzin skupiającą się w kamienicy przy ulicy Polanki. Jej mieszkańców. Samotnych popaprańców – jak określił to jeden z bohaterów.
I nie są one proste!
Rodzin z różną przeszłością i różnorodnym pochodzeniem. Zwłaszcza skłóconych Baumannów i Wichurów, z których jedna z rynsztoka, przaśna, prostacka, taka, co nie dba o wygląd, ma zęby czarne od papierosów, a dzieci traktuje jak małych niewolników – i druga jak ze starego portretu albo rodzinnej fotografii w sepii, hołdująca mieszczańskim tradycjom, zapatrzona w przeszłość, dość nieufna wobec obcych, tych inaczej pachnących i niestarannie wymawiających poszczególne głoski. To ten kontrast i to skomplikowanie ich koligacji skutecznie kusiło mnie do wzięcia na siebie ciężaru tej opowieści. Odkrywania tajemnic i niedopowiedzeń rozdział po rozdziale. Demaskowania sekretów skrytych w sobie bohaterów. Wyławiania wplątanych wątków z przeszłości mających wpływ na rozwój wydarzeń teraźniejszych. Splatania nici losów, początkowo wydawałoby się niepowiązanych ze sobą, w jeden tworzący pełny obraz „familijny” wszystkich rodzin. I wreszcie możliwość samodzielnego jego odtwarzania z własnych domysłów i wniosków oraz odkryć powiązań, koneksji czy relacji. Włącznie z wątkiem kryminalnym. To była też przyjemność czerpana z dynamicznego stylu narracji. Rozproszonego i różnorodnego. Od narratora zewnętrznego po narrację w pierwszej osobie. Od opowieści z dialogami po wewnętrzny monolog.
Aż do momentu kulminacyjnego.
Rozwiązującego wszystkich skrępowanych ze sobą losem, niczym liną, bohaterów (włącznie z mężczyznami) i wyjaśniającego wszystko to, co dotychczas niezrozumiałe. Zdawałoby się, przynoszącego jasność sytuacji kobiecych bohaterek. Ale to tylko pozory. Gdzieś we mnie kołatała się myśl, abym nie dała się im zwieść. Fatum nadal ciąży. Ujrzałam jednak również światełko w tym tunelu mroku. Wprawdzie genów nie da się wymienić, ale fatum można „odczarować”. Dołożyć starań, by marzenia małej dziewczynki Ani, a dziś dorosłej kobiety Anny, że kiedyś zostanie matką-Madonną, spełnią się. Że będzie tą matką, jakiej samej nie miała. Łagodną – a nie ostrą, nerwową i gniewną. Spokojną, a nie targaną wiecznym niepokojem i żalem. Wyrozumiałą i cierpliwą, a nie nieposkromioną złośnicą. Ile z nas, kobiet, to sobie obiecywało tak, jak Anna? Czas powalczyć o te marzenia. Czas przerwać łańcuch fatum i passę cierpienia. Bycie polską Madonną nie musi oznaczać tylko bólu, poświęcenia, rozczarowania i wyrzeczenia. Stać nas na bycie spełnioną polską Madonną.
To najważniejsza myśl, jaką pozostawiła we mnie ta opowieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Madonny z ulicy Polanki [Joanna Marat]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Zwiastun książki świetnie wprowadza w klimat powieści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *