Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Wóda i bala – Grzegorz Żurek

21 marca 2019

Wóda i bala – Grzegorz Żurek
Wydawnictwo Oficynka , 2015 , 342 strony
Literatura polska

Zaciekawiło mnie to zdanie umieszczone na tylnej okładce tej książki. Lubię takie zagadki sugerujące odstępstwo od schematu, zwariowanie i zawirowanie w powieści. Chociaż to ostatnie pojęcie w zdaniu trochę nie pasuje do historii opowiedzianej przez głównego bohatera – Grześka. Trójjedynego autora, narratora, a zarazem bohatera – jak sam siebie przedstawiał. Dlatego pasuje tutaj określenie i opowieści, i powieści na poły konfesyjnej, i na poły autobiograficznej, i tego memuaru. Wprawiło mnie to troszkę w stan niepewności, jak do takiej hybrydy podejść? Łamało to moją zasadę nieoceniania autora, tylko jego dzieła.
Jakżeż ja miałam się odnieść do tego faktu?
Na początku z pewną nieśmiałością i grozą używania słowa „żul” wobec bohatera-autora, ale z drugiej strony, autor chyba wiedział, co robi i przygotował sobie odpowiedni pancerz ochronny. Zresztą nie wiem, czy nie skroił go sobie dużo wcześniej, zanim powstała książka. Bo życie go nie rozpieszczało.
Mam silne wrażenie, że na własne życzenie.
Bo Grześ uwielbiał swoje życie właśnie takie, jakie prowadził, a cała opowieść była jego pochwałą w koszulce powieści konfesyjno-autobiograficznej. W swoim życiu kochał dwie rzeczy – wódę i balę. Pierwsza rujnowała mu życie i prowadziła prosto do miejsca przy osiedlowym śmietniku, spod którego ewakuował go przyjaciel Sylwek. Mężczyzna z „barwną” przeszłością, w której mieściły się: neonazizm, niedoszłe zabójstwo, kryminał, patologiczny seksoholizm, pedofilia, samobójstwo i honor. Z czego, paradoksalnie, to ostatnie było najbardziej zabójcze dla Sylwestra. Z kolei druga rzecz, którą Grześ kochał najbardziej czyli bala, dla odmiany i równowagi, dawała mu sens tego życia. Dzięki piłce nożnej dokądś przynależał, utożsamiał się, angażował emocjonalnie i łączył duchowo. Krótko mówiąc – Lechia to był styl życia i stan umysłu.
Pił i grał. Grał i pił.
Obie rzeczy ze sobą nie kolidowały. Z gry wykluczyła go dopiero kontuzja, zostawiając go sam na sam z wódą. Ze studenta, a potem nauczyciela, pozostała patologia: bezrobocie, alkoholizm, brak meldunku w stałym miejscu pobytu, zęby już delikatnie nadpsute, cera nie ta, charakterystyczna dykcja, odpowiednio spaczona wizja rzeczywistości.
Życie żula, któremu diabeł każe pić wódkę!
Nie wiem – przepraszać czy nie przpraszać za to podsumowanie osoby bohatera-autora, ale upiększyć niczego tutaj nie mogę. Tak było napisane – czarne na białym. I zresztą po coś to było, a i ja po coś o tym napisałam. Nie żeby wywołać obrzydzenie, niechęć czy chęć potępienia, bo jeśli nawet symptomy tego się pojawiły, to zakończenie powieści jest skierowane ostrzem właśnie w takich „zdrowych społecznie”, oceniających innych i układających życie innym. Ale zanim o tym napiszę, jedno zdanie z westchnieniem na osłodę goryczy treści – ale, jak to jest napisane!
„Crossing” i „over” użyte w blurbie to za mało, by oddać styl przekazu, który nie pozwalał na porzucenie książki. Bohaterowie byli mieszkańcami Mysłowic, stąd w tytule „bala”, a nie piłka nożna. Nie wiedziałam, że to jaskółka tego, co czeka mnie w środku. A tam piękna gwara śląska, kolokwializmy, mniej piękne, ale potrzebne bardzo wulgaryzmy i język człowieka wykształconego, niebojącego się między dosadną „łacinę” wrzucać słowa z górnych półek – aczkolwiek, defenestracja, mizerabilizm – tworząc fascynującą mieszankę nowomowy, dzięki której gładko przełykałam gorzko-słono-pieprzne życie Grześka z dajmonionem. Zawsze to lepiej brzmi i wygląda, a i tak jakoś człowiekowi raźniej ze świadomością, że przez życie idzie z dajmonionem, a nie pierdolcem. – jak mawiał. Szłam więc przez to życie z Grzesiem i jego dajmonionem jak przez teatr, poezję i prozę w jednym. Bo i pojawiały się dialogi z podziałem na role i prawdziwym chórem niczym w greckim teatrze, któremu było bliżej do tragedii życia niż do dramatu. I poezja w chwili ku temu odpowiedniej z cytowaniem wierszy poetów. Ale najwięcej było prozy w tym życiu, a raczej prozy życia w sensie filozoficznym. Podanej w narracji zewnętrznej, jak i w monologu wewnętrznym, wyróżnionym kursywą, ignorującym całkowicie interpunkcję. I to dla właśnie takiej narracji bez trzymanki mogłabym tak leżeć z Grzesiem i jego pier… to znaczy – dajmonionem pod tym osiedlowym śmietnikiem, słuchając z dużą dozą sarkazmu i ironii, inteligentnej obrony życia dokładnie takiego. Dla tych chwil polegiwania przy śmietniku z gatunku tych, które się w szaty wieczności dla zmyły przystrajają i podczas właśnie takich momentów wiecznotrwałych powstają warunki sprzyjające wszelkiej metafizyce, w związku z czym dokonywać się mogą przeróżne konwersje, przemiany wewnętrzne, transcendencje, epifanie i duchowe metamorfozy. Momenty, w których wiemy na pewno, czego chcemy od życia.
Prawa do kochania wódy i bali!
Na złość, przekór i wbrew woli wszystkim tym próbującym prostować, wygładzać, naprowadzać, porządkować rzeczywistość, by wszystko zaczęło wreszcie funkcjonować jak należy. Kosztem prawa do wolności wyboru przez Grzesia. Bo Grzesia apetyt na życie w zupełności zaspokajała sama potencjalna możliwość. I w tym sensie to nie jest powieść, ale manifestacja pochwały każdego życia.
Nawet żula z pier… to znaczy z dajmonionem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *