Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz

21 marca 2019

Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz
Wydawnictwo Znak , 2014 , 269 stron
Literatura polska

Stylem przekazu autora zachwyciłam się jakiś czas temu, czytając zbiór opowiadań Żydówek nie obsługujemy. To było to, czego szukałam – krytyczny głos młodego pokolenia, z którym mogłam się utożsamić. Natychmiast dodałam go do listy „młodych gniewnych”, jak ją nazywałam nieformalnie. A potem, i tutaj biję się w piersi, zapomniałam o autorze, a może w zalewie nowości nie natknęłam się na jego nazwisko? A zdążył wydać w tym czasie ho, ho, a może więcej tytułów. Dlatego po ten najnowszy sięgnęłam z ogromną chęcią, ale i niepewnością, czy odnajdę go takim, jakim zapamiętałam? Czy czas nie stępił jego zmysłu obserwacji i pazura sarkazmu?
Już pierwsze zdania przekonały mnie, że będzie dobrze!
Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam i na co się nastawiłam. A nawet więcej! Ale o tej niespodziance napiszę na końcu, bo nie ona jest najważniejsza w tej opowieści, chociaż odgrywa rolę ją inicjującą. Historię Emila Śledziennika, około czterdziestoletniego pisarza, permanentnego hipochondryka odkąd sięgał pamięcią, którego przy życiu trzymały choroby leczone na własną rękę do momentu pojawienia się konieczności leczenia operacyjnego. Tego sam sobie zrobić nie mógł. Emil musiał pójść do szpitala. A nie ma nic piękniejszego niż hipochondryk w miejscu przeznaczonym tylko dla chorych. Przytargał do niego cały swój bagaż życiowy zapakowany, poukładany i posegregowany w walizki tworzące Mont Everest jego osobistego, indywidualnego losu. Ale tkwiło w nich coś jeszcze, coś, co razem z obietnicami kolejnych podróży, stanowi „walizkową duszę przemieszczeń”. Leżąc w sali chorych z nadmiaru czasu idealnego do rozmyślań, dawaj wyciągać, wykładać, wywlekać po kolei ich zawartość. Historie, wydarzenia, losy i wspomnienia w nich ukryte z okresu dzieciństwa, dorastania i dorosłości. Swój monolog konfesyjny, swoisty rachunek sumienia rozliczający z dotychczasowym życiem, kierował do kobiety swojego życia. Cudownej kapłanki, galaktycznego piecyka, jaśniejącej latarenki, kocicy iskrowłosej, napoleonki heroinowej, której nadawane nazwy brzmiały niczym litania odmawiana na kolanach w głębokim pokłonie. Był dla niej wszystkim i niczym. Ale jednocześnie do tej przeszłości skrupulatnie dodawał wydarzenia szpitalne, pakując je do walizki teraźniejszości, bo choroba – chorobą, stolec – stolcem, nieważne, rzadki czy zwarty, ale w gruncie rzeczy chodzi o życie, które samo w sobie boli najbardziej. Ono jest największym wyzwaniem… Te swoje obserwacje wyszeptywał, wybłagiwał i wykrzykiwał do kobiety w poddańczo-proszalno-pokornym uwielbieniu, bawiąc mnie i rozśmieszając inteligentnym humorem, celnym absurdem, smutnym sarkazmem, bolesną ironią, przerażającą groteską i wprawiając w dobry nastrój, aż do sceny przypominającej chocholi taniec z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Chciało mi się zakrzyknąć do tego upiornego korowodu pacjentów, personelu medycznego i pracowników obsługi parafrazą znanego cytatu – Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno dren!
I w tym momencie powiało grozą!
Bo w tym momencie zauważyłam, że przeglądam walizkę przypominającą puszkę Pandory z wadami polskiego społeczeństwa. Autor nie zostawił suchej nitki na narodzie. Dostało się wszystkim w ogóle i w pojedynkę, z odwołaniami do znanych wydarzeń politycznych (Smoleńsk), społecznych (samotność), kulturalnych i religijnych. Brał pod lupę każdą przywarę i bez znieczulenia dyplomatycznego oraz łagodzących eufemizmów, w ostrych słowach skalpela stawiał diagnozę – Nie ma nic bardziej groteskowego niż najebany naród, bełkocący coś o abstynencji. Przypominamy pijaka, który zapomniał, że dał sobie wszyć esperal, i teraz gorzko tego żałuje. I w ten dosłowny i metaforyczny sposób, po kolei, przebierał boleśnie po narodowym kręgosłupie wypaczonych wartości, dźgając krytyką w te najbardziej wystające kręgi. A ponieważ czynił to z humorem noir wywoływał uśmiech przez łzy, ukazując dwie Polski. Jej starą odmianę, boleściwą, męczeńską, kaleką o wampirycznych skłonnościach na wózku inwalidzkim, o której się mówi – A fuj Polska!, be Polska, be!, niedobra, zacofana, kłótliwa. I ta druga Polska Polaków dookreślonych kresowością i katolicyzmem, których świat należy nadal do XX wieku i którzy sami przybrali formę istnienia archaiczną, migotliwą i przetrwalnikową, po to, by tylko użalać się i zrzędzić. To ich typowym przedstawicielem był Emil Śledziennik mówiący – O nie! Ja nie użalam się, ja zrzędzę. Zrzędzę bezczelnie, zrzędzę rozpustnie i jest mi z tym dobrze! W zrzędzeniu znajduje siły, by trwać.
Po takich spostrzeżeniach wniosek nasuwał się sam – przyszły obraz Polski należy do najmłodszego pokolenia, wolnego od męczeństwa jednej i marazmu drugiej. I tutaj narrator nie jest optymistą, bo jaka ona będzie, skoro młodzi upodobali sobie rzeczywistość wirtualną, która jest bardziej rzeczywista niż świat zewnętrzny, a logowanie się w Internecie po dzienną porcję żeru niczym wrona na wysypisku globalnej wioski, wydziobująca kąski skarlałych słów, cybernetyczne plewy nieistotności, by zaśmiecać umysł megabajtami fotek, krótkich anonsów, memów i leadów, masochistycznie łykając placebo pustych znaczeń?
Wieje grozą ponownie i jeszcze bardziej!
Czuję, że w dużej mierze powieść została zainicjowana własną biografią. Wiele w niej wątków biograficznych wspólnych dla pokolenia autora, w tym i moich, które wydarzyły się naprawdę – czas komuny i przemian ustrojowych, które ukształtowały pokolenie autora na podobieństwo Emila Śledziennika. Przejrzałam się w krzywym zwierciadle powieści i nie spodobał mi się odbity w nim wizerunek. A najsmutniejsze w nim było to, że przyznaję rację autorowi, że dokładnie tak jest i wreszcie, że jest moim głosem. Wtóruję mu ile sił w strunach, chociaż z bólem w sercu – jesteśmy pokoleniem życiowych hipochondryków! To ostatnie powinnam napisać dużymi litrami, ale krzyczeć nie będę, chociaż… dlaczego nie?
JESTEŚMY POKOLENIEM ŻYCIOWYCH HIPOCHONDRYKÓW!
Mieli Polacy epoki Młodej Polski swojego Wyspiańskiego, mamy i my, współcześni, swojego Sieniewicza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Walizki hipochondryka [Mariusz Sieniewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Mimo że autor dramatów nie pisze, jak Stanisław Wyspiański, to jego proza jest przenoszona na deski teatru nagminnie. Tej najnowszej jego powieści wróżę podobny los, widząc w roli głównego bohatera, Artura Barcisia.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *