Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Uciekinierka z San Benito – Chufo Llorens

21 marca 2019

Uciekinierka z San Benito – Chufo Llorens
Przełożyła Alicja Noworyta
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz , 2010 , 832 strony
Literatura hiszpańska

Przedsmak tego, co mnie czeka, poczułam, kiedy zobaczyłam napis na banderoli okalającej tę opasłą książkę:

 

 

A potem informację na tylnej okładce o jej duchu utrzymanym między innymi w tonie Katedry w Barcelonie Ildefonsa Falconesa, czytanej wieki temu, ale zapamiętanej przeze mnie jako dobrą powieść historyczno-przygodową. To mi wystarczyło, żeby na horyzoncie mojej wyobraźni zaczęła się wyłaniać siedemnastowieczna Hiszpania, a wraz z pierwszymi czytanymi zdaniami, mury klasztoru San Benito, a po naszemu Świętego Benedykta, gdzieś na prowincji, po której roznosił się dźwięk bijącego dzwonu. Coraz głośniejszy, wieszczący śmierć jego przeoryszy, by dokładnie taką samą sceną, jak szeroką klamrą jednego życia, zamknąć to przyjemnie obfite tomisko.

 

 

Ale to, co najważniejsze, działo się pomiędzy tymi wydarzeniami. A sądząc po grubości trzonu książki, czekało na mnie tysiące kilometrów przygód wywołanych, kuszonych, prowokowanych na własne i nie własne życzenie przez Catalinę, główną sprawczynię zawirowań, której życie zdeterminował jej osobisty, rodzony, żeby nie powiedzieć wprost – egoistyczny ojciec, już w momencie jej nieproszonego przyjścia na świat. Miała to nieszczęście urodzić się czwartą z kolei dziewczynką w rodzinie hidalgo (hiszpańskiego szlachcica) oczekującego męskiego dziedzica, który w zmowie z siostrą, ówczesną przeoryszą klasztoru Świętego Benedykta, zamienił noworodki. Córkę na chłopca akurat znajdującego się pod opieką sióstr zakonnych. A zrobił to tak sprytnie, pomysłowo i przebiegle, że tajemnica pochodzenia Cataliny długo musiała czekać na jej ujawnienie, pomimo posiadania wyraźnego znamienia dziedziczonego w rodzinie hidalgo. Pomocnego w identyfikacji tożsamości, ale jednocześnie szatańskiego znaku w postaci oka z trzema łzami wymienianego w księdze inkwizytorów, na nieszczęście dla niej, posiadanego również przez wysoko postawioną osobę w hierarchii kościelnej, mającej jeden cel – wziąć odwet i samemu wyjść z tego bez szwanku. Nic i nikt nie może stanąć mu na drodze po kapelusz kardynalski. Święta Inkwizycja za takimi osobami wysyłała bezwzględnych, bezlitosnych w swoim rzemiośle przedstawicieli Kościoła, niezmordowanie wyszukujących, oskarżających i demaskujących przyszłe ofiary stosów.
Nie był to jednak jedyny wątek tej powieści.
Intrygi, podejrzenia, pułapki, wspólnota interesów i wzajemnych uprzejmości, walka o wpływy, znajomości sięgające aż otoczenia króla dyktowane przez pragnienie władzy, chciwość dóbr materialnych i żądze cielesne plotły coraz gęściejszą, lepką od niskich pobudek, sieć wokół najbardziej niewinnej postaci, jaką była dorastająca w klasztorze i nieświadoma jej niewidzialnych nici Catalina. Coraz bardziej przez nią oplątywana, osaczana i doprowadzająca do splotu wydarzeń, wymuszających jej ucieczkę z klasztoru, w którym interesów więcej niż na dworze królewskim, by prosperować przy władzy, i więcej ambicji, by nosić bengala (buława), niż chęci do modłów i pokut, a w dalszej konsekwencji ucieczkę również przed Świętą Inkwizycją. Od tego momentu opowieść nabrała tempa, a moja uwaga skupiona dotychczas na polityce pokrętnej dyplomacji, w której królowała zasada, że zarówno na wojnie, jak i w czasach pokoju zawsze triumfuje ten, kto jest lepiej poinformowany, bo im więcej wiemy o drugiej osobie, tym mniej zaskoczy nas jej reakcja, została całkowicie pochłonięta przez losy nastoletniej uciekinierki, tułającej się po hiszpańskich bezdrożach i lasach, jeżdżącej z cygańskim taborem, pracującej jako paź w zamożnym domu, mieszkającej w madryckim przybytku uciech, występującej jako komediantka, by oczywiście między ucieczką a ukrywaniem się w męskim przebraniu, pokochać Diego miłością tak bolesną, że aż duszącą. A ponieważ w młodości seks ciągnie mocniej niż zaprzęg wołów, to jej siedemnaście lat uparcie domagało się swej porcji przeżyć wplątując ją w coraz bardziej niebezpieczne wydarzenia. Ale ukochany widział w niej niestety tylko dobrego druha, wyłącznie przyjaciela i przede wszystkim chłopca.
I cały ten ciężar na barkach młodziutkiej, samotnej dziewczyny z tropiącymi psami gończymi Świętej Inkwizycji zawsze o krok z tyłu!
I o ile tło społeczno-polityczne zostało odmalowane z ogromnym rozmachem, z dbałością o szczegóły wystroju wnętrz czy to domu szlacheckiego, klasztoru, teatru, burdelu czy karczmy, z dokładnymi szkicami strojów ludzi pochodzących z różnych warstw społecznych, z opisywaniem zwyczajów i obyczajów ówczesnych Hiszpanów włącznie z walkami byków i posiłkami zarówno na stole bogatego jak i biednego obywatela, o tyle koniec historii mocno mnie rozczarował. Nie wybaczę tego autorowi! Nie jestem w stanie przebaczyć zawodu jaki zrobił Catalinie i mnie. Do końca łudziłam się, że to jakiś żart, nieporozumienie, pomyłka! Przecież nie tak kończą się takie piękne historie! Jak było można po tylu latach cierpienia, uciekania, walki o tożsamość, wymykania się śmierci, życia będącego właściwie rozpaczliwą chęcią przetrwania pozostawić…
Ech, szkoda słów! I jeszcze te bijące dzwony na zakończenie, wieszczące śmierć.
Żal, no żal, że to TAKI koniec i że W OGÓLE koniec historii.
No żal…, ale książką rzucać nie będę. Mogłabym jej gabarytami kogoś przygnieść niechcąco i żal byłby jeszcze większy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *