Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Syn – Philipp Meyer

21 marca 2019

Syn – Philipp Meyer
Przełożyła Jędrzej Polak
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2016 , 607 stron
Literatura amerykańska


   Przepiękna saga amerykańskiego rodu McCulloughów!

   Opowiedziana naprzemiennie głosami przedstawicieli trzech pokoleń.

   Pierwszy należał do Pułkownika Eliego. Protoplasty rodu, który w setną rocznicę swoich urodzin postanowił nagrać własne wspomnienia obejmujące okres od 1849 do 1939 roku. Dla mnie najciekawsze i najbardziej trzymające w napięciu, bo zaczynające się dramatyczną, krwawą i brutalną sceną napaści Komanczów na rancho rodziny Eliego. Wówczas trzynastoletniego chłopca, który trafia do Indian w niewolę. Jego matka i siostra zostały zgwałcone i rozczłonkowane, a brat zabity. Był tej makabry widzem. Trzyletnia niewola, a potem ponowna próba odnalezienia się w świecie białych, była niezwykłym czasem dojrzewania nastolatka i polem doświadczalnym w budowaniu systemu wartości, a dla mnie okazją do poznania historii i kultury ówczesnych Indian od wewnątrz. Forma sprawozdawcza narracji została dobrana specjalnie po to, by w tle snutej opowieści o losach chłopca mogłam jak najwięcej dowiedzieć się o trudnych stosunkach białych i Indian, w których treść przybierająca momentami formę informacji encyklopedycznej, nie raziła. Doświadczenia przeżyte wśród Komanczów, a potem białych, doprowadziły Pułkownika do jednego wniosku – życie sławnych i bogatych nie różni się specjalnie od życia Komanczów: robi się, co chce i przed nikim się nie odpowiada. Uczynił więc wszystko, by stworzyć swoją akrokrację. Krainę z tysiącami akrów własnej ziemi zarządzaną na zasadach wyniesionych z plemienia Komanczów. Swoje imperium przekazał synowi, Peterowi.

   Peter to drugi głos narracji.

   Czarna owca w rodzinie. Mężczyzna, który nie popierał postępowania ojca i jego polityki eliminacji sąsiadów na drodze krwawej walki. Nie tylko szukał rozwiązania problemu poprzez dialog, ale pokochał córkę wroga. Peter swoje wspomnienia zapisywał na bieżąco w dzienniku obejmującym lata 1915-1917. Dzień po dniu wyjaśniał swoją postawę, przedstawiał argumenty i powody postępowania odmiennego od ojca, który zawsze stosował dwie, podstawowe zasady – Nie okradaj McCulloughów – znajda cię i zabiją; nie szkaluj McCulloughanów – zginiesz. To również opowieść, w której, na tle wewnętrznych konfliktów rodzinnych, rozgrywały się brutalne sceny z pogranicza Teksasu z Meksykiem, ukazujące krwawe zasiedlanie i zagarnianie terenów. Ziemi, na której obowiązywało prawo silniejszego, mówiące – skoro Garcia zdobył tę ziemię w taki sam sposób: przepędzając z niej Indian. My musieliśmy zrobić to samo. A kiedyś ktoś inny zrobi to nam. Musiała więc lać się krew i musiały płonąć rancha, według jego ojca.

   Trzecim głosem narracji była córka Petera i prawnuczka Pułkownika – Jeannie.

   Nie zabrała głosu bezpośrednio, ponieważ zleciła napisanie kroniki rancza historykowi. Mając świadomość przemijania ludzi, wyznawanych przez nich wartości i prezentowanych postaw, postanowiła spisać historię rodu od czasów pradziadka Pułkownika do jej śmierci. Jej historia miała charakter retrospekcyjny, bo zaczęła się współcześnie – w 2012 roku. W momencie jej śmierci. Opowieść Jeannie podsumowywała i łączyła wszystkie wątki opowieści swoich poprzedników, tłumacząc i wyjaśniając zdarzenia, rodzinne sekrety, tajemnice pogrzebane razem ze zwłokami zabitych. Była głosem zbuntowanej kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn, niegodzącej się na ograniczenia tylko do roli żony i matki. To również opowieść o Teksasie, który z pastwisk pełnym bydła, ranczerów i kowbojów, zamieniał się powoli w pola naftowe. O ludziach, którzy w gorączce roponośnego złota, zaczęli zapominać o honorze i dumie.

   Powieść obala wiele mitów stworzonych przez literaturę i filmy o Dzikim Zachodzie. Nie było w niej szlachetności bliźniego, ale szlachetność egoistyczna rodu i plemienia okupiona potem, łzami, bólem, cierpieniem, krwią i odorem moczu oddawanego ze strachu lub defekacji tuż przed śmiercią. To był świat, w którym najlepszym prezentem dla syna była kamizelka ze skalpów ludzkich. Autor nie oszczędzał mnie również w dokładnym pokazywaniu szczegółów opisywanych zdarzeń. Jeśli to była panorama pejzażu, to była zachwycająca, a jeśli skalpowanie człowieka, to z dokładnymi liniami cięcia na czaszce, a potem oczyszczania i wyprawiania jej skóry. Takie szczegóły patroszenia, wybebeszania, rozczłonkowywania, dekapitacji, łamania kości, zadawania ran lub ich czyszczenia towarzyszyły mi w każdej z trzech narracji. Przemijanie i śmierć były cichymi, transparentnymi  bohaterkami tej sagi, czyniąc z nich najważniejsze przesłanie powieści, które autor ubrał w takie słowa – Ziemia była spragniona. Tkwiło w niej wciąż coś prymitywnego. Na ranczu znajdowali groty Paleoindian z Clovis i Folsom, a kiedy Jezus wspinał się na Kalwarię, tu Mogollonowie rozwalali sobie łby kamiennymi siekierami. Kiedy nadeszli Hiszpanie, byli już Suma, Jumano, Manso, La Junta, Concho i Chisos, i Toboso, Ocana i Cacaxtle, Coahuiltecanowie, Comecrudowie… ale czy to oni wybili Mogollonów, czy od nich pochodzili, nikt tego nie wiedział. Ich wszystkich zabili Apacze. Których z kolei wytrzebili, przynajmniej w Teksasie, Komancze. Których z kolei wybili Amerykanie.

   Czym zatem jest jedno, kruche życie człowieka na tle tych odwiecznych rzezi?

   I tutaj przypomniał mi się cytat przytoczony przez Andrzeja Mellera w Czołem, nie ma hien, który świetnie podsumowuje tę powieść – „Ludzie mówią, że to czas mija. Czas mówi, że to ludzie mijają”. W tej powieści mijali boleśnie, przepięknie i ze swoiście pojmowanym honorem, napełniając rzeki krwią, ziemię trupami, a kieszenie pieniędzmi.

   Ale czy o to w życiu chodzi?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzacymi z książki.

Filmowy potencjał powieści dostrzegli filmowcy i na jej podstawie stworzyli serial.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *