Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Ostatnie dzieci bolera – Raúl Pérez Torres

21 marca 2019

Ostatnie dzieci bolera – Raúl Pérez Torres
Przełożyła Anna Stąpór
Wydawca Ambasada Republiki Ekwadoru w Polsce , 2011 , 96 stron
Literatura ekwadorska

Kiedy ta cieniutka książeczka wysunęła się z koperty na moją dłoń, miałam wrażenie, że trzymam w niej duże zdjęcie. Swoistą pocztówkę z dawnych lat, jeszcze z czasów biało-czarnej fotografii, lekko podkolorowanej, by nadać jej skradzione barwy przez ułomność techniki i niedostatek umysłu ówczesnego człowieka.
To była metaforyczna zapowiedź tego, co na mnie czekało w środku. Zdawałoby się – opowiadania o miłości, jak informował podtytuł. W moim domyśle o pięknym uczuciu. Tym jedynym, wzniosłym i wartym poświęcenia wszystkiego i każdego wyrzeczenia dla niego. Nawet nie dopuszczałam myśli, jakie to moje pojęcie jest smutne w swoim idealizmie i jak różnorodna może być jego postać. Właśnie miałam okazję przekonać się, że magiczny jest początek, reszta jest zawsze końcem. Wystarczyło przyjąć zaproszenie od głównych bohaterów poszczególnych opowiadań do baru błyszczącego nocą stalowym nożem niebezpieczeństwa, jakich wiele w zaułkach ekwadorskich miast i przy ulubionym lima dry, posłuchać intymnych zwierzeń brzemiennych od doświadczeń z kobietami. Sprzyjał nam półmrok, kolejny drink dolewany przez barmana, przepełniony umysł i serce domagające się wyżalenia i nostalgiczne bolero w tle, by wsłuchać się w opowieść Manolo o miłości zamieniającej serce w kamień ogarnięty żądzą zemsty (Wiek nieobecności), o miłości wiecznej, trwającej tak długo, jak nieskończoność chwili (Co ze mną będzie?), o miłości udawanej, sztucznej, karykaturalnej, kradzionej w przypadkowych motelach, sprowadzającej się do szybkiego seksu i tym samym zadającej kłam duchowemu wymiarowi opiewanemu w literaturze (Podaruj mi tę noc), o miłości narkotycznej, nałogowej, uzależniającej, boleśnie raniącej swoją ulotnością i nietrwałością, zmuszającej do ponownego odszukiwania jej w ciele kolejnej kobiety, która poniża i przekształca w zatwardziałego samotnika (Sto kobiet przewinęło się przez moje życie), o miłości spalającej pierwszym młodzieńczym uczuciem do kobiety dojrzałej, szukającej w niej tylko przygody (Tylko popioły znajdziesz), o miłości szantażowanej i wykorzystywanej do przestępstw (Kwiat azalii), o miłości zmuszającej do zbrodni (Pani jest winna) i wreszcie o tej miłości, którą moraliści nazywają perwersją, ja homoseksualną, a jedyna kobieta wśród moich męskich rozmówców, epifanią, spotkaniem, przywidzeniem, muśnięciem ekstazy (Macorina).
Jedna miłość, a tyle jej obrazów.
Za każdym razem inna, za każdym razem z nową, zaskakującą puentą, której ciężar zawarty w jednym, końcowym zdaniu równoważył całą opowieść i zawsze zaskakiwał. Czasami bardzo mocno, wywołując zdziwienie, a nawet szok, a czasami boleśnie, wywołując żal i współczucie. Każda z nich przypominała mi podkolorowaną fotografię, próbującą dorównać miłości opiewanej w sztuce i literaturze. A może na odwrót? Może sztuka, poezja i proza ubarwiają miłość, która nie może być idealna tak, jak nie jest idealny człowiek ją przeżywający i świat, w którym przyszło mu żyć? W każdej historii pozornie opiewana miłość, chora, skażona, z rysą na kryształowym obliczu, ułomna, zdradliwa, nietrwała była tylko jednym z objawów ulegającego degradacji świata i żyjących w nim ułomnych ludzi, mających w sobie coś w rodzaju tragicznego humoru życiowego, skupionego tylko na emocjach, na stanie ducha, na ironii, bez poczucia świadomości moralnej ani politycznej za to z nicością intelektualną. Ludzi karmiących się mitem kobiecego ciała, w którym rozsiana jest historia tego podłego świata, zapominający, że miłość nie jest stanem ducha, a stanem łaski. Łaski, której dostępują nieliczni, a reszta musi sobie ją podkolorować za pomocą sztuki i literatury. Stąd autor bardzo często powołuje się na znane obrazy, rzeźby, powieści, wiersze, utwory muzyczne, przywołując nazwiska ich twórców i potęgując przez to bolesny rozdźwięk między uczuciem przeżywanym przez niedoskonałego człowieka, a świadomością czym może być w stanie łaski. Podkreślając kontrast między miłością idealną a tą rzeczywistą, przeżywaną przez bohaterów opowiadań.
A wszystko opisane żywym, plastycznym językiem, tak gęstym od metafor i porównań, że musiałam zwalniać tempo czytania, by móc delektować się głębią ukrytego przesłania inteligentnie schowanego za parawanem kilku słów. Autor całą tą książką urzeczywistnił pogląd jednego z bohaterów, że metafora zawsze jest zatajeniem, począwszy od okładki, tytułów opowiadań, kolejnych mott wprowadzających do historii, na zawartej treści skończywszy.
A gdzieś w tle, na każdej stronie, wolno sączyły się, towarzyszące mi nieustannie, nostalgiczne dźwięki bolera śpiewane przez Lucho Gatica…

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 Lucho Gatica wspominany w książce, to dla mnie odkrycie muzyczne. Przesłuchałam wszystkie jego rozdzierające serce bolera, jakie udało mi się znaleźć w Internecie, które w większych dawkach mogą doprowadzić na skraj depresji. Tutaj umieściłam najbardziej znaną mi meksykańską piosenkę Bésame mucho (hiszp.: Całuj mnie mocno) w jego interpretacji.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *