Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Florenckie lato – Judith Lennox

21 marca 2019

Florenckie lato – Judith Lennox
Przełożyła Bożena Kucharek
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2011 , 592 strony
Literatura angielska

Nie mogę sobie przypomnieć kto, kiedy i w jakich okolicznościach wypowiedział to zdanie – Czasami wielka miłość zaczyna się od zwykłego romansu. W zamierzeniu miało pocieszyć osobę, do której było skierowane, a mnie uderzyła jego dwuznaczność. Owszem, dawało nadzieję i otwierało furtkę do nowych obszarów jej poszukiwań, ale jednocześnie było ważną przestrogą. Wszystko zależało od tego, czy adresat jej poszukiwał, czy unikał.
I właśnie w takiej dwoistości rozumienia jego sensu, ta przypadkowo usłyszana rada, idealnie oddaje treść tej powieści, bo przesłanie jest zupełnie, ale to zupełnie inne. Jakie? – napiszę w zakończeniu, bo i ja dowiedziałam się o nim na końcu.
Tymczasem wrócę do początku pełnego romansów nawiązywanych przez Tess. Wziętą modelkę, niezależną finansowo młodą kobietę z powodzeniem spełniającą swoje marzenia i życiowe cele, wychowaną w beztroskim środowisku malarzy i poetów, spędzającą wolny czas wśród londyńskiej bohemy artystycznych kręgów, zdeklarowanego wroga instytucji małżeńskiej, która według niej wymagała kompromisów i poświęceń, a te nigdy jej nie interesowały, czerpiącą z życia pełnymi garściami i cieszącą się swobodą moralną, na jaką przeciętna angielska dziewczyna, nie mogła sobie pozwolić bez narażenia się na ostracyzm u schyłku lat trzydziestych XX wieku. Tess mogła pozwolić sobie na życie chwilą.
Do czasu.
Do momentu poznania Milo, żonatego pisarza, który miał być kolejnym kochankiem spotykanym mniej więcej raz w miesiącu, kiedy Milo przyjedzie do Londynu. Z czasem to niewinne zauroczenie (o którym można przeczytać w tym fragmencie) i kilka upojnych godzin spędzanych wieczorem we dwoje, zamieniło się w zakochanie, a potem w miłość. Do tego momentu wydawało mi się, że czytam klasyczny romans, w którym jest wielkie uczucie łączące kochanków, potem walka o nie z przeciwnościami losu, by na końcu żyć razem długo i szczęśliwie. W tej powieści była tylko i wyłącznie miłość niszczona, o którą żadne z bohaterów nie walczyło, nie zabiegało o bycie razem i którą ostatecznie zabiła skrzecząca rzeczywistość. Pozostały po niej bardzo bolesne skutki mające wpływ nie tylko na życie i przyszłość kochanków, ale i na osoby postronne – żonę Mila, Rebeccę i siostrę Tessy, Freddie. To właśnie te trzy kobiety i ich zawiłe, przepojone smutkiem losy, stały się kanwą dalszej opowieści, która zaczęła bardziej przypominać powieść obyczajową z angielskim, surowym społeczeństwem klasy średniej i arystokracji, na tle II wojny światowej, niż klasyczny romans. Nie było więc w niej napięcia erotycznego, drżenia serc, wyczekiwania spotkań i niecierpliwego oczekiwania spełnienia fizycznego. Była za to żałoba po uczuciu, które umarło, żal za grzechy, których się dopuściło, rozczarowanie osobą, która zawiodła zaufanie oraz poszukiwanie zadośćuczynienia i wybaczenia za popełnione błędy w jego imieniu.
Ilość nagromadzonego żalu i smutku, spowolniło tempo mojego czytania. Z trudem dźwigałam ich ciężar tak samo, jak Tessa szukająca w ucieczce zapomnienia i ukojenia, jak Rebecca próbująca odzyskać zawiedzione zaufanie i doznać wybaczenia i jak Freddie, rozpaczliwie pożądająca miłości. A kiedy doczytałam ostatnie zdanie, ogarniając umysłem całą tę historię trzech, w różny sposób, nieszczęśliwych kobiet, ujrzałam coś niesamowitego. Przesłanie, o którym wcześniej wspominałam.
Obraz wielkiej nieobecnej – Miłości!
Była na każdej stronie tej opowieści!
Kapryśna, nieuchwytna, zmienna, nietrwała, krucha, więziona w klatce małżeństwa, ciesząca się wolnością romansu, przychodząca i odchodząca w wybranym przez siebie i wygodnym dla siebie czasie, pojawiająca się nagle, z hukiem, znikąd i znikająca powoli, cicho, donikąd, nietrafiająca nigdy w czas, trwająca niewidocznie latami na wyciągniecie dłoni i podsuwająca swojego sobowtóra, namiastkę, substytut i własną ułudę, obdarzająca szczodrze optymizmem i euforią, ale i niewiarą w swoje istnienie, mamiąca ludzi szczęściem, by pogrążać ich ostatecznie w bagnie zwątpienia i rozczarowania.
Autorka nie pozostawiła mi żadnego złudzenia, żadnej wątpliwości dotyczącej prawdziwej natury miłości, dla której żyje, o której marzy i za którą podąża prawie każdy człowiek na świecie, pozwalając jej na zdominowanie swojej ścieżki życia. Mam wrażenie, że na tle swoich licznych romansów (a jest ich w Polsce wydanych sporo), chciała napisać nareszcie powieść o jej determinującej roli w życiu człowieka i o drugim, mniej ciekawym obliczu. Tym, którego nie szuka się w powieściach, bo jest go pod dostatkiem w otaczającej rzeczywistości.
To było bolesne spotkanie, odzierające mnie ze złudzenia jej wieczności i piękna, pozostawiające mi żałosny wybór między kochać i cierpieć a nie kochać w ogóle.
Tylko czy miłość na to pozwoli, bo jak powiedziała Tessa – Tego się nie wybiera. To po prostu się dzieje.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *