Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Brak złudzeń – Marcin Pietraszek

21 marca 2019

Brak złudzeń – Marcin Pietraszek
Wydawnictwo COMM , 2010 , 175 stron
Literatura polska

To niesamowite, jak ta książka rozbudowała, ujęła w słowa i podsumowała myśl dojrzewającą we mnie od dawna. Zwłaszcza w sytuacjach czyjejś śmierci. Nie bez powodu jej umowna premiera miała miejsce 1 listopada, w dniu zadumy i refleksji nad życiem i końcem ludzkiej egzystencji. Wiele razy obserwowałam skrajnie rozpaczających po stracie matki, syna, żony czy przyjaciela. Popadających po tej traumie w stan depresji, uzależnienia od alkoholu czy wyrzekających się wiary w Boga. Obrażeni, winiący, mający pretensje i żal właściwie do kogo i o co? Przecież wiedzieli, że śmierć to jedyny pewny i nieunikniony stan. Przecież uczyli się na lekcjach religii różnych wyznań, że śmierć jest bliższa ciału niż koszula. Więc skąd to całkowite zaskoczenie? Skąd te skrajne reakcje, często łamiące psychikę i światopogląd rozpaczającego? Co jest tego przyczyną?
Ta powieść jest odpowiedzią na te pytania. Powieść , w którą musiałam wchodzić powoli, często irytując się przerostem wiedzy naukowej, przebijającej się momentami w sposób sztuczny przez fabułę. Łapiąc się na kojarzeniu teorii psychologicznych i rozsmakowując się w przytaczanych danych, z hukiem lądowałam w smutnym życiu bohaterów, przypominając sobie gwałtowanie, że to opowieść, a nie esej. Historia z gorzkimi odpowiedziami na zadane sobie wcześniej pytania, odzierająca ze złudzeń, na którą nie każdy będzie miał ochotę. Nie każdy będzie miał odwagę zagłębić się w mroczny, ale PRAWDZIWY świat dwóch mężczyzn, których spotkanie po latach rozpoczyna bezlitosne obnażanie człowieczego istnienia z kolorowego papierka.
Zygmunt nomen omen Frońd, psychoterapeuta, który właśnie stracił licencję na wykonywanie zawodu i Walenty, były pacjent rozpoczynający nowe życie po kuracji z nadzieją na szczęśliwe. Ich wzajemna opowieść o swoich losach, a potem dalsze dzieje, są ilustracją poglądów jakie przekazuje ta powieść, nie bez powodu umieszczająca kreślone wydarzenia w środowisku psychoterapeutów i ich pacjentów. Poglądów trudnych, bo wypartych z podświadomości wielu ludzi, a może nawet w ogóle nieświadomych, że żyją w epoce NEO-egzystencjalnej – epoce, w której ludzka egzystencja opiera się na Narcyzmie, Egocentryzmie i Onanizmie, tworząc wokół siebie świat blichtru, ułudy, pozorów wiecznego życia w permanentnym szczęściu i powodzeniu, dający poczucie bezpieczeństwa i zapomnienia o nieuchronności śmierci. Świat bajki dopominający się pochwał, sprawiedliwości, zadośćuczynienia wszystkim krzywdom i niepowodzeniom, przyjmujący postawę roszczeniową, konsumpcyjną, szczodrze obdarzający łaską błogiego zapomnienia, że jedyną sprawiedliwą jest śmierć, a sama bajka ułudą. Świat hura-optymizmu, w którym prym wiodą atrakcyjni, wyłącznie pozytywnie nastawieni, kreatorzy fikcji, karmiący się nadzieją, wypierający skutecznie z jego obszaru nieprzystających i niedopasowanych – brzydkich, kalekich, samotnych, chorych, o odmiennych poglądach. W ostateczności ani jedni, ani drudzy nie są szczęśliwi. Pierwsi w zderzeniu z realnym życiem od którego uciekali, drudzy z niemożności dopasowania się do obowiązujących, lukrowanych norm. Zwycięzcami zostają tylko ostrożni, sceptyczni, czujni realiści, dla których przygotowanie na twarde lądowanie może być ratunkiem, podczas gdy oczekiwanie miękkiego może zabić. I zabija. Psychicznie i fizycznie.
Optymizm nie popłaca czyniąc z ludzi łatwe ofiary , nadzieja to złudzenia, które zawsze, prędzej lub później, pryskają, a pesymizm daje szanse na przetrwanie nawet w najtrudniejszych warunkach.
Odważna teza i bardzo niepopularna. Jest jak kij włożony w mrowisko ludzkiej społeczności, zbudowane z takim oddaniem i pietyzmem, by chronić w jego wnętrzu witalność życia, a tym samym poczucie bezpieczeństwa.
Nie mam odwagi o tym mówić głośno, będąc świadomą ewentualnej agresji ze strony uświadamianych osób. Każdy kocha wnętrze swojej bańki mydlanej i nienawidzi osób ze szpilkami. Tym bardziej podziwiam autora za odwagę, by o tym pisać. Dlatego prorokuję książce losy podobne do Przebudzenia Anthoniego de Mello – rzucanie o ścianę w bezsilnej wściekłości, gdy czytający zacznie dostrzegać prawdziwe życie i nie zgadzać się na jego istnienie.
Oczywiście, do czasu.
I jeszcze jedno.
Wbrew pozorom książka nie jest depresyjna. Tak mogą odebrać ją osoby, dla których umiar, złoty środek, punkt odniesienia dawno stracili z oczu. I to z obu stron biegunów spojrzenia na życie – optymizmu i pesymizmu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *