Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Facebook Instagram YouTube Lubimy Czytać Pinterest

Kąkol – Zośka Papużanka

4 czerwca 2021

Pierwszy dzień wakacji zadziwiał nas swoją rozlazłością…

   To jedno z pierwszych zdań wprowadzających do powieści otworzyło mi z impetem drzwi do moich cudownych wspomnień z dziecięcych czasów spędzanych u dziadków na wsi. Zupełnie, ale nie do końca tak zupełnie, jak głównej bohaterki, a jednocześnie narratorki opowieści.  Jedenastolatki o imieniu z fantazyjnym zawijasem w środku, która wraz z rodzicami i młodszym rodzeństwem zwanym Trutniami, wyjeżdżała co roku do domku na wsi. Tam wraz z dziadkiem Antonim, babcią Marysią, ciotką Irminą i jej mężem Szwagrem oraz ich synkiem Dziubaskiem, a także ciotką Jadwigą i jej mężem wujaszkiem Wanią, spędzali wspólnie całe lato. Jak podsumowała swoją rodzinę narratorka – Związały nas konwenanse, przysięgi kościelne i urzędowe oraz pępowiny.

   Nie tylko!

   Przede wszystkim uczucia i emocje wzajemnych sympatii i niechęci. Czasami wręcz nienawiści, czyniąc z tej powieści gorzko-słodkie drzewo genealogiczne wzajemnych kontaktów i uzależnień międzyludzkich obejmujących całą wieś. Autorka oczami dziecka opowiadającego o powinowactwach, wżenieniach, pokrewieństwach i wiejskich autsajderach ukazała trudne relacje rodzinne i skomplikowane sąsiedzkie niczym meandry ścieżek prowadzących przez wieś, łąki i pola pełne konfliktów, sporów, ale i wzajemnej życzliwości oraz troski. Nie do końca rozumiane przez dziecko. Bardziej czujące i odczytujące je poszlakowo, dla którego dziadek Antoni był niczym Bóg, który spojrzał i zobaczył, że było dobre. I powiedział, to ma tak stać, a to wiedziało, że stać ma, i stało. I który powiedział również do tego dziecka – Jesteś zła. – powiedział. – Pozwalam ci tu być, bo zło musi istnieć na świecie, żeby rosło dobro. Ale jesteś zła, z gruntu zła. Zła od korzenia. Jesteś złym dzieckiem.

   I stała się Kąkolem.

   Nie rozumiała dlaczego, a ja się domyślałam, odczytując jej spostrzeżenia w ostracystycznym traktowaniu jej matki, która w rodzinnym zbożu ją zasiała, bo tak powiedział Dziadek-Bóg, który z czasem zdegradował się do roli Pierwszego Człowieka, ale nadal z wiernym gronem wyznawców bez bodaj jednego Niewiernego Tomasza wśród nich. Jak sama stoicko podsumowała – Z filozoficznego punktu widzenia byliśmy tworem doskonałym. I byli, i trwali konstrukcją mniej lub bardziej pożywno-trujących zależności w beczce miodu z dziegciem, które musiała przetrwać lipiec i sierpień w niewielkim powierzchniowo domku. A łatwo nie było, bo każda z postaci była charakterystyczna i odmienna w swoim światopoglądzie, priorytetach, stylu życia, postawach, ocenie innych, zachowaniu, manierach, ubiorze, a nawet w sposobie mówienia. W oczach narratorki tworzyli swoistą menażerię ludzką w komedii odgrywanej w teatrze życia. Jej akty, didaskalia i dialogi przepuszczane przez pryzmat ironii nabierały w efekcie mocy absurdu i niedorzeczności wywołujących na mojej twarzy nieustanny uśmiech. Przymus przebywania razem tak silnych i ekstrawaganckich, ale zhierarchizowanych osobowości, połączony z dystansującym humorem ich obserwatorki, skrzył się niczym robaczki świętojańskie wieczorową porą, łagodząc piętno kąkolu i budząc we mnie wyrozumiałość i niepojętą tkliwość dla ich niedoskonałości. Nawet wobec bezwzględnego terrorysty rodzinnego Dziadka Antoniego.

   Ten zabawnie zdeformowany obraz rodziny nie przesłonił mi uroku wsi.

   Dokładnie taką ją pamiętałam, zakochując się w szczegółowych, finezyjnych i kunsztownych opisach uważnej, empatycznej i czułej obserwatorki, gdzie chłopy od jajek mieszkały w domu pod lasem, po ser szło się do Kukułkowej, maliny zbierało u Słowikowej, a czereśnie u pana Mirka. Gdzie przyjaźń z wioskową dzieciarnią pielęgnowało się ponad wszystkimi podziałami dorosłych. Gdzie zdania – Pszenica była zbita jak bochen chleba, żyto pochylało na wietrze wąsy, długie czułki pasikoników, a ja szłam przez zboże i wybierałam z niego klejnoty chabrów, maków, rumianków i kąkolu. – były o mnie i żywcem wyjęte z moich wspomnień. Gdzie staw, malinowy chruśniak, łąka i pobliski las zaczynało się kochać w miarę upływu lat coraz większą miłością nostalgiczną, a wspomnienia zaczynały nabierać mocy bajek prosto z Krainy Baśni, w której babcia Marysia zasypiała, jak śpiąca królewna, stara śpiąca królewna na Kapitolu, pójście do pijaków pod lasem zmieniała się wyprawę po kwiat paproci, a napar ze świetlika urastał do rangi magicznego ziela przywracającego wzrok niewidomemu. Świat baśni, mitologi i historii biblijnych przenikał obraz wsi realnej do tego stopnia, że nie było wiadomo, co było pierwsze – baśń czy życie i kto od kogo uczył się cierpliwości w dążeniu do celu lub innych morałów obficie płynących ze zdarzeń. To dzięki temu spojrzeniu mogłam zapomnieć o piętnie kąkolu nadanym w ostrych, przerażających słowach Dziadka Antoniego, bo kiedy się leży nisko, tak nisko, że liście babki są większe od ciebie, kiedy się nie widzi własnych dłoni i stóp, ma się nad sobą tylko niebieską kołdrę ze złotym guzikiem słońca, można, trzeba zapomnieć, skąd się przyszło i po co. Również dzięki przyjaciółce Bejatce. Córce wiejskiego ogrodnika-przedsiębiorcy.

   Spoza kotary magicznego postrzegania świata wychylała się także ohydna twarz historii.

   Nierozumianej przez dziecko, ale dostrzeganej w leśnym grobie Niemca, bo gdzieżby po wojnie miano by Niemca chować na cmentarzu! W wujaszku Wanii, który w Sachsenhausen chyba nie miał przyjaciół, a obco brzmiącego słowa nie powinno się powtarzać. W Gąsowskim, który chodził do karczmy Arona, co go Gąsowski zabił, mówił, że nie zabił, ale zabił, wszyscy to wiedzieli.

   To kolejne kąkole zakwitające w zbożu tej powieści.

   Zalała mnie emocjami ta barwna opowieść o wsi z czasów PRL-u pełna kąkoli trochę nostalgiczna, trochę poważna, trochę baśniowa, a trochę prześmiewcza opowiadana przez dorosłą kobietę już wiedzącą i już rozumiejącą, ale z zachowaniem perspektywy dziecięcej. Uruchomiła lawinę dawnych, ale nadal żywych obrazów. Delektowałam się nimi, nieśpiesznie wczytując się w plastyczne opisy i chłonąc je niczym Vermeer wywołany do sztalugi – I jeśli jest wśród nas jakiś Vermeer, to stanie jak urzeczony i będzie patrzył na stare, kościste ręce pani Słowikowej, na białą strużkę, która przelewa się z błękitnego wiadra do naszej zielonej bańki na mleko, na światło, które wpada przez okno, przebijając białe przesłony, zawieszone między drzewami w sadzie jak gotowe pod obraz płótno. I stałam urzeczona i dałabym sobie głowę uciąć, że czułam przy tym ciepło przeżuwających krów i zapach tego mleka.

    Język narracji mnie urzekał i czarował!

   Tak odmienny od użytego w powieści Przez, a jednocześnie tak charakterystyczny dla autorki. Był podatny pod jej piórem niczym posłuszne nici wprawnej hafciarki, z rozmysłem i intencją dobierającej kolory, ich grubość i ścieg (czytaj środki stylistyczne) do miejsca akcji, charakteryzowanych postaci, emocji i czasu, z których powstał misternie wyhaftowany obraz tak szczegółowy i tak impresjonistyczny dla mnie, że wzruszenie towarzyszyło mi od pierwszej litery do ostatniej kropki. Autorka wprawnie śmigała igłą po tym płótnie, płynnie przechodząc z realiów do baśni, z teraźniejszości do przeszłości, w której prababka Karolina łączyła pokolenia schodami pozostałymi po starym domu i z dzieciństwa do dorosłości schodami współczesnego domu letniego. Miałam wrażenie, że przeczytałam współczesną baśń ze wszystkimi jej przynależnymi cechami, z których najważniejszy był morał. Jeden z wielu przeze mnie odczytanych, a ujęty w ostatnich zdaniach – Kąkol już się po polu nie sieje. Nie ma go. Zatruł się herbicydami. Wydawał się taki groźny, a łatwo go było zabić. Zboże jest zdrowe i jednokolorowe, herbicydy pilnują, żeby nie siały się żadne maki, kąkole i rumianki. Nikt do takiego jednokolorowego zboża nie wchodzi, nikt, bo nie ma po co. Czego tam szukać. Wianki robi się ze sztucznych kwiatów, nie schną, ani nie więdną, nie trzeba po nich sprzątać, mogą się najwyżej przykurzyć.

   Jaki morał z tej bajki?

   Myślę, że każdy znajdzie w niej inny. Tak jak każdy z nas ma swoją osobistą baśń z kąkolem w zanadrzu wspomnień. 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kąkol – Zośka Papużanka, Wydawnictwo Marginesy, 2021, 320 stron, literatura polska.

Wywiad z autorką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Brak kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *