Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

I była miłość w getcie – Marek Edelman

21 marca 2019

I była miłość w getcie – Marek Edelman
Wydawnictwo Świat Książki , 2009, 195 stron
Literatura polska

    I była miłość w getcie…
    Oczywiście, że była. Nie miałam żadnych wątpliwości. Byłam tego pewna. Czytałam mnóstwo opisów jej obecności w różnorodnych postaciach, w różnych sytuacjach. Choćby Adiny Blady-Szwajger. Skąd więc u autora wspomnień ta chęć, wręcz wewnętrzny przymus zaakcentowania jej poprzez tę książkę? To pytanie nie dawało mi spokoju. Wsłuchując się w migawki pamięci, przyglądając się strzępom wspomnień, które były bardziej mówione niż pisane, bardziej opowiadane i tak też zapisane z zachowaniem mowy potocznej przez słuchającą go Paulę Sawicką, przyglądałam się tej miłości widzianej, postrzeganej i odbieranej przez narratora bardzo subiektywnie i osobiście. Wyławiał ją z morza zła, nie mogąc całkowicie jej oddzielić, odciąć. Była takim samym elementem ludzkiej egzystencji, jak potrzeba życia, jedzenia, bezpieczeństwa. Wczytując się w obrazy miłości zachłannej, z nagła ogarniającej ludzi, pozwalającej przeżyć otaczający ich koszmar, pokonać wszechobecny lęk, widziałam jak stawała się dla jednych tarczą, dla innych motywem działania, chęci przeżycia, ale i trudnych wyborów między własnymi dziećmi a ukochanym, między ukochanym a własną matką, miedzy życiem swoim a swojego dziecka. Była motorem działania w imieniu dobra, słusznie moralnego wyboru. Pozwalała człowiekowi być nim nadal wbrew panującemu wokół zezwierzęceniu.
    Ale dlaczego o tym szczególnie pisać?
    Dlaczego autor musiał o tym opowiedzieć, chociaż nawrót wspomnień był bardzo bolesny, pomimo braku jakiejkolwiek wzmianki o miłości własnej? Dlaczego przywoływał obrazy o śmierci najbliższych, o zagrożeniu własnego życia, stałej niepewności jutra? Dlaczego wyławiał wspomnienia, które pomimo upływu lat, nadal miały moc koszmarów wczorajszego dnia, które, gdy już nie wytrzymywał ich ciężaru i natłoku, przerywał krótkim: Już dosyć. No, już. Dosyć.? Po co więc ponowne cierpienie? Czy tylko po to, by je z siebie wyrzucić, bo jak sam mówił: Do teraz trzymałem to w brzuchu? Odpowiedź znalazłam na końcu książki w pytaniach autora: Dlaczego nikt nie pyta, czy w getcie była miłość? Dlaczego nikogo to nie interesuje? (…) To ona pozwalała trwać. A on jest już ostatni, który znał tych ludzi z imienia i nazwiska, a pewnie nigdy nikt ich już nie wspomni. Trzeba, żeby został po nich jakiś ślad.
    Dla tych, którzy przyszli po nich.
    Dla młodego pokolenia, żyjącego w demokracji, w której w imię swobód demokratycznych na ulicach miast odbywają się parady nienawiści i nietolerancji. Dla tych, którzy zatracili pierwotne pojęcie miłości myląc je z miłością własną. Dla tych, którzy czując ją boją się jej manifestacji. Dla tych, którzy są odpowiedzialni za wychowanie młodych ludzi i uczenie w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Bo nienawiść dużo łatwiej wzbudzić, niż skłonić do miłości. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia. By poświęcenie tych wszystkich ludzi przywołanych przez autora nie zmarnowało się. By ktoś kiedyś mógł napisać o obecnych pokoleniach współczesnego świata: i była miłość wśród ludzi…

Tutaj wysłuchałam rozmowy Filipa Łobodzińskiego z Markiem Edelmanem na temat tej książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *