Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Facebook Instagram YouTube Lubimy Czytać Pinterest

Gulasz z turula – Krzysztof Varga

21 marca 2019

Gulasz z turula – Krzysztof Varga
Wydawnictwo Czarne , 2008 , 109 stron
Seria Sulina
Literatura polska

Otrzymałam takie oto zaproszenie na wieczornicę inaugurującą Dni Książki Węgierskiej:

 

 

Z przyjemnością zaplanowałam w niej udział, ciesząc się nie tylko na wymienione w programie spotkania degustację tradycyjnych potraw węgierskich i koncert muzyki tego kraju, ale przede wszystkim na odczyt popularnonaukowy poświęcony współczesnej literaturze węgierskiej rodowitej Węgierki – Márii Dávid, lektorki z Zakładu Ugrofinistyki Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po takich spotkaniach zawsze wychodzę z notatkami zawierającymi nazwiska najważniejszych pisarzy, przy okazji ujednoliconych w poprawnej wymowie, których warto, należy lub powinnam przeczytać, od tych najstarszych po współcześnie piszących. Mam więc wiedzę, mam nazwiska oraz tytuły i nigdy nie zaczynam czytać powieści ze sporządzonej z takim pietyzmem listy. Na przekór autorytetom zaczynam przygodę z literaturą danego kraju od książki… polskiej, napisanej przez Polaka. Tak było z literaturą czeską i wprowadzającym mnie w mentalność Czechów Gottlandem Mariusza Szczygła, i tak też postąpiłam z literaturą węgierską, zaczynając od Gulaszu z turula Krzysztofa Vargi. Chociaż w trakcie czytania dowiedziałam się, że Polakiem jest tylko w połowie, ale za to tym ciekawiej było dla mnie. Nikt lepiej nie wie od syna dwóch narodów, jak o Węgrach opowiedzieć Polakowi. Autor uznał, że najlepiej poprzez jedzenie, bo Polak kocha jeść, a nawet przez żołądek do jego serca trafić można, zwłaszcza męskiej części narodu. Dlatego cała książka to jedzenie podane w tytule głównym, przewrotne nazwy dań w tytułach rozdziałów, a przede wszystkim obfite posiłki w samej treści eseju serwowane w budapeszteńskich restauracjach, barach, knajpkach, kawiarniach, winiarniach i tych przygotowywanych z sercem i miłością w węgierskich domach. Tam też jest najwięcej zup zawiesistych, gulaszy mięsnych, paprykarzy ostrych, tłustych smalców, kotletów wieprzowych z jedynej w swoim rodzaju węgierskiej świni i, chciałoby się dodać za Kabaretem OT.TO, i zasmażka!, i zasmażka! Po lekturze byłam najedzona, ba! – przejedzona! Oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa!
Przede wszystkim ciężkostrawnym smutkiem, podanym w sosie ironii, doprawionym lekkim przymrużeniem oka. Portretem kraju, w którym Stanisław Bareja miałby okazję do nagrania kilku kolejnych, słodko-gorzkich komedii. Przesiąknięty absurdem uznanym za normę i żalem jego obywateli, że nie może być inaczej. Historycznie niepogodzonym z ambicjami bycia znaczącym państwem na arenie międzynarodowej (jakie to mi bliskie!), bo dopóki Węgry znów nie będą wielkie, dopóty ludzie nie będą szczęśliwi, dlatego Węgier znajduje szczęście w swoim płaczu. Nostalgia jest jego towarzyszką dnia codziennego, a historia węgierskiej kultury to historia czynu samobójczego ze słynnym hymnem samobójców całego świata Szomorú Vasárnap, który przeżył nawet epizod zakazu jego grania w trosce o życie obywateli. Jednym zdaniem – na całej połaci Basenu Karpackiego, a szczególnie nad węgierską krainą, smog nostalgii, z którym walczy turul:

 

 

Ptak od dzioba po szpony fikcyjny, całkowicie wymyślony. Dziwne skrzyżowanie orła z gęsią uosabiające nadzieje, marzenia i kompleksy, a którego podobiznę można znaleźć wszędzie. Na pomnikach, kamienicach, tablicach, emblematach wojskowych, plecakach nacjonalistycznie zorientowanej młodzieży i na płaskich piersiach dziewczyny.
Z takich składników autorowi wyszedł przepyszny gulasz z turula. Obfity w fakty współczesne jak i te sięgające w głąb szeroko ujętej historii Węgier. Okraszony smakowitymi kąskami własnych ocen, spostrzeżeń, porównań, wspomnień z dzieciństwa i ciekawostek niedostępnych w poważnych książkach historycznych. Podlany ostrym sosem krytyki, złagodzonym odrobiną humoru. Podany na tacy sugestywnych opisów, w których wyczuwałam smak, zapach, łapiąc się na odruchowym wycieraniu tłustych palców o spodnie.
Po takim obfitym posiłku pozostał we mnie efekt… przejedzenia?
Absolutnie nie!
Mam ochotę teraz na danie główne, podane przez Márię Dávid w menu odczytu – Sándor Márai (Szandor Maroi), Imre Kertész (Imre Kertis), Gyula Krúdy (Giulo Krudi), Péter Esterházy (Piter Esterhazi), Péter Zilahy (Piter Zilahi), Ádám Bodor, o ile dobrze zanotowałam poprawną pisownię i wymowę. Mam chęć na wszystko!
Od czego zacząć?

 

Gulasz z turula [Krzysztof Varga]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Tutaj obejrzałam wykonanie hymnu samobójców w wersji węgierskiej w filmie Gloomy Sunday. Muszę przyznać, że robi piorunujące wrażenie w tej oprawie filmowej. Coś z tymi Węgrami jednak nas łączy, choć sami nie wiemy co.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *