Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Przeżyłam Oświęcim – Krystyna Żywulska

30 grudnia 2019

Przeżyłam Oświęcim – Krystyna Żywulska

Wydawnictwo Książka i Wiedza , 1958 , 340 stron , wydanie 3

Literatura polska

   Uświadomiłam sobie rzeczowo: „Jestem w obozie. Tu jest Oświęcim. Vernichtungslager – stąd nie ma powrotu”.

   Po takim wniosku automatycznie przestawia się pryzmat patrzenia. Zmienia się ocena sytuacji, w której dialog między więźniarkami przestaje razić absurdem:

– No cóż, przecież nie na śmierć.

– Myślisz?… tak, nie na śmierć, ale na męczarnię, a to gorsze.

Tę przemianę autorka (właściwie Zofia Landau) ujęła w scenie tatuowania numeru – Od tej chwili przestałam być człowiekiem. Przestałam odczuwać, pamiętać. Umarła wolność, mama, przyjaciele, domy, drzewa. Nie miałam już nazwiska, adresu. Byłam Häftling nr 55908. I w tej minucie za każdym ukłuciem odpadał jakiś okres życia, a zaczynało się otępienie, w którym miałam żyć… jako numer. I jako numer rozpoczęła je w przeświadczeniu, że ono tu się musi skończyć, że to tylko sprawa kolejności. Wśród wszy, szczurów, chorób, głodu, sadystów, trupów, krematoryjnego dymu, tortur, bicia, powszechnej śmierci i z brakiem umiejętności płaczu. Jak sama napisała – Przyzwyczaiłam się do widoku paczek gnijących wśród setek głodnych, przyzwyczaiłam się do smrodu durchfalu, do łysych, świerzbowatych, nagich ludzi-zwierząt. Przyzwyczaiłam się nawet do szczurów, które zadomowiły się i stały się tak bezczelne, że właziły na trzecie piętro prycz i odgryzały trupom kawały ciała.

   A jednak!

   Gdzieś w głębi zachowała w sobie człowieczeństwo. Budziło się w niej w rzadkich sytuacjach, do których w obozie nie można było się przyzwyczaić. Które pojawiały się tak sporadycznie, że nie miały możliwości spowszednieć. Rozczulała ją zwykła ludzka dobroć. Dokładnie o tym również wspominali więźniowie łagrów w Niezarekwirowanych. Moralność spoza drutów objawiała się również w zderzeniu z absurdem – lekarz zabijający ludzi, karetka z Czerwonym Krzyżem uśmiercająca więźniów, kolejka żywych trupów do krematorium, seks w latrynie w obecności defekujących i w smrodzie kału oraz wiele, wiele innych.

   Autorka przeżyła jako jedna z ośmiu kobiet z transportu z Pawiaka liczącego 800 osób, który dotarł do Oświęcimia w sierpniu  1943 roku. Do stycznia 1945 roku przeszła taką samą drogę męki, jak pozostali – ciężka praca, choroby, by trafić do biura ewidencji więźniów. Tych przybywających i tych nanoszonych na listy śmierci. Charakter pracy w pobliżu krematorium umożliwił jej obserwację mechanizmu zagłady, który porównywała do dobrze prosperującego przedsiębiorstwa na masową skalę – Była to jakaś fantastycznie zorganizowana grabież wszystkiego, co mogło w jakikolwiek sposób przydać się do dźwigania potężnej machiny wojennej. Grabież złota, brylantów, odzieży, naczyń, obuwia, futer, walizek, grabież pracy ludzkiej do ostatniego tchu, grabież zębów, włosów, grabież całego ciała ludzkiego.

   Była bardzo dobrą obserwatorką.

   Swoje położenie traktowała, jako „szkołę”, w której nigdzie nie widzi się tak dobrze nagiego człowieka. Dosłownie i w przenośni. Widziała nie tylko nagie stosy trupów, ale również nagą duszę zarówno wśród Niemców, kapo, jak i więźniów. Od tych, co som z gówna zrobione poprzez złamanych chorobą psychiczną aż do tych nielicznych, dzielących się okruchem chleba. Zauważała wymowne, niemalże symboliczne szczegóły głęboko zapadające w pamięć – dziecko ssące palec trupa, śnieg do picia wygarniany spomiędzy nieboszczyków, nierealność zdjęcia z wolności czy zabawy w palenie Żydów przez cygańskie dzieci i… miłość.

   Tak, była miłość w obozie.

   Tak, jak I była miłość w getcie opisana przez Marka Edelmana. Autorka równiez ją dostrzegała wokół siebie, przejawianą w najróżniejszych konfiguracjach obozowej drabiny społecznej, zakazaną lub dozwoloną w obozowym burdelu. Czuła jej atmosferę naładowaną erotyzmem. Właśnie dlatego, że nie było wolno, właśnie dlatego, że wokoło panowała wszechwładnie śmierć, na przekór wszystkiemu, wbrew rozsądkowi, bez zastanowienia, bez przewidywań – ludzie padali sobie w ramiona, sprzęgali się ze sobą na krótką, króciutką chwilę, żeby zachłysnąć się życiem, żeby zaczerpnąć rozkoszy, póki jeszcze można, póki jeszcze trwają, bo za minutę może być za późno. Bo ci tam, tak blisko, już cuchną, już się dopalają.

   Wstrząsające?

   Autorka z góry założyła, że kto tego nie przeżył, nie zrozumie, tak jak nie odczuje naszej udręki mimo najwierniejszej relacji. A jednak następne pokolenia czytają. Próbują poznać, zrozumieć, przeanalizować skoro od pierwszego wydania w 1946 roku pojawiły się kolejne, systematycznie wznawiane, a w latach 1949-1965 ustanowiono ją lekturą szkolną. Współczesne wydania to wersje wolne od cenzury, wzbogacone zdjęciami. W moim księgozbiorze posiadam stareńkie i zaczytane wydanie trzecie z 1958 roku.

   Może ludzie nie pojmą mimo najszczerszych chęci, ale jedno jest pewne – docenią to, co posiadają. Nie rzeczy wielkie, ale te, o których pisała autorka – Szczęściem będzie dla ciebie fakt, że masz czyste ciało, szczęściem będzie, jeśli będziesz mogła się najeść, szczęściem będzie las, tramwaj, spacer w jakimś mieście. Te wspomnienia przywracają środek ciężkości życia we współczesnym świecie i w tym sensie są ponadczasowe.

   Jestem szczęściarą.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , , ,

Płuczki – Paweł Piotr Reszka

1 grudnia 2019

Płuczki: poszukiwacze żydowskiego złota – Paweł Piotr Reszka

Wydawnictwo Agora , 2019 , 240 stron

Literatura polska

   Jest złoto, to trzeba wykopać, bo jak ja nie wykopię, to wykopie ktoś inny.

   Bardzo logiczna myśl. Jednak robi się ona bardziej pokrętna, gdy poszerzymy ją o miejsca tego kopania – tereny byłych niemieckich obozów koncentracyjnych w Bełżcu i Sobiborze. Wtedy nasuwają się wątpliwości i pytania o moralną stronę tych działań. Autor rozmawiając o masowym rozkopywaniu terenów obozowych z uczestnikami, świadkami i ich potomkami, szukał odpowiedzi na kilka pytań. Jak to możliwe, że nie wiąże grzebania w kościach ze znieważeniem? Jak można trzymać w dłoni, nad grobem kawałek metalu z ludzkiej szczęki i nie łączyć go z człowiekiem?

   Próbował połączyć bieguny wyraźnego dysonansu między czynem a przekonaniem.

   Prawie wszyscy rozmówcy podkreślali swoją religijność. Niemalże każdą wypowiedź kończyli zapewnieniami, że tu w ogóle są ludzie religijni, że jestem osobą wierzącą, mój mąż był chrześcijaninem, księdza przyjmowaliśmy, dzieci chrzciliśmy i że ja nie wierzę w to, żeby Pan Bóg karał za to, że ktoś poszedł na getto, znalazł złota, kupił dzieciom chleba czy jakieś kiełbasy. Nie wierzę.

   I ci „wierzący” chrześcijanie szli na miejsce pochówku i bezcześcili zwłoki ludzkie.

   Stworzyli wręcz system wykopek, wykorzystując do tego celu specjalne narzędzia – rafy (sita do przesiewania kości) i miejsca – płuczki do wypłukiwania złota ze szczątków ludzkich. Oszczędzę makabrycznych widoków, które autor opisał dosyć szczegółowo. Nie będę epatować grozą i obrzydzeniem, które bardzo obciążały mnie emocjonalnie, bo chciałabym się skupić bardziej na poszukiwaniu przyczyn albo źródła zagubienia człowieczeństwa w tym procederze.

   Pozornie sumienia w nim nie było.

   Wczytując się jednak uważnie w wypowiedzi rozmówców, wiele z nich wskazywało na to, że bardzo dobrze odróżniali zło od dobra. To ostatnie tłumili chęcią zysku dyktowaną chciwością, przykrywając go całunem racjonalizacji, by pogrzebać prawdę. Autorowi udało się te elementy świetnie wyłapać.

   To był między innymi kryptojęzyk.

   Pomagał im ukryć prawdziwą naturę rzeczy. Pełen eufemizmów pozwalał działanie niemoralne obrócić w działania neutralne. Grzebanie w spalonych szczątkach ludzkich to było „przeszukiwanie żużlu”. Pokłady spalonych ciał to obiecujące „warstwy złotonośne”. Rozdrabnianie łopatą zwłok nazywali „cięciem rąbanki”, a ludzi bezczeszczących miejsce pochówku – „kopaczami”, „górnikami”, „poszukiwaczami” albo „tchórzami”, za którymi snuł się odór rozkopanych mogił. Iluzję odmiennie pojmowanej uczciwości podtrzymywali zasadą nieposzukiwania złota w niedzielę, bo w święto, jak można? Wątpliwości, że może to grzech, rozwiewali zapewnieniami, że jak one już były martwe, a tu bida była, to nie jest grzech”. Tę „bidę” też skrupulatnie wykorzystywali w roli tarczy przed tymi, którzy mówili wprost – Chodzili tam z chęci zysku, chęci wzbogacenia się, a nie z biedy. Takiego wielkiego głodu na wsi nie było. I faktycznie, przyznawali się, na co przeznaczali te pieniądze – alkohol, ubrania, doraźne przyjemności, wesele, remont lub budowa domu. Aurę „krwawego pieniądza” neutralizowali wymianą na ten pochodzący z uczciwie zarobionego. Wiarę w fatum podążającym za zrabowanym złotem odpokutowywali nieszczęściami nawiedzającymi wieś, przyjmując je jako karę za winy. Własne uczynki wybielali usprawiedliwieniami, że to kopanie, to i tak nie pomogło ani nie zaszkodziło temu umarłemu. Nic złego nikt nie robił. To, com znalazł, to by i tak przepadło. Stosowali także kontrastujące stopniowanie ciężaru uczynku, bo w ziemi znajdziesz albo tak gdzieś, to co innego. Ale całe trupy przewracać?! A poza tym to wina Niemców, którzy spowodowali zezwierzęcenie Polaków i urzędników, którzy nie postawili tabliczki zakazującej kopania.

   Smród poczucia winy i świadomości tego, że postępowali źle, ciągnął się z kartki na kartkę tak samo, jak odór rozkopywanych grobów.

   Reportaż autora to kolejny etap w odkrywaniu niechlubnej przeszłości Polaków w dążeniu do prawdy. Świadomość tego już jest, o czym świadczą słowa archeologa pracującego na terenie obozu Sobibór – każdy naród, społeczeństwo ma swoje jasne i ciemne karty. Nie można udawać, że jest się tylko ofiarą. Dokładnie o to chodziło Janowi Tomaszowi Grossowi, kiedy opublikował Strach. Reportaż autora już nie musi przedzierać się przez falę nienawiści, jaką zebrał J. T. Gross. Mógł skupić się na analizie samego zjawiska procederu. Przy okazji rozwikłał niejasną historię zdjęcia i manipulacje komunistów przy nim, które zainspirowało J. T. Grossa do napisania Złotych żniw pokazujących „płuczki” w Treblince.

   Reportaż autora przede wszystkim przywraca człowieczeństwo zamordowanym Żydom.

   To dlatego rozpoczyna go od swoistych wypominek zmarłych, nadając im imiona i nazwiska, a terenowi pochówku status cmentarza. Czyni to, co powinno zaistnieć od początku. Po to, by nie powtórzyło się w przyszłości. Wiem, brzmi jak truizm, ale rozglądając się wokół, mam wrażenie, że podwójna moralność nadal dobrze prosperuje, tyle że w innych sferach życia społecznego i człowieczego. To temat wbrew pozorom nadal aktualny. Wręcz ponadczasowy.

Smutne, jak cienka jest warstwa człowieczego gorsetu moralności.               

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zachęcam do wysłuchania spotkania z autorem książki, które poprowadził Mariusz Szczygieł.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , , ,

Karta nr 99/2019

17 listopada 2019

Karta nr 99/2019

Wydawnictwo Ośrodek Karta

Kwartalnik

   Budowanie frontu narodowego przeciw innym jest zawsze objawem zakompleksionej małości.

   Tym zdecydowanym zdaniem redaktor naczelny kwartalnika Zbigniew Gluza zakończył wstęp do numeru, w którym tematem przewodnim była Czysta Polska. Również celnym, bo trafiającym w odwieczny problem, który zamiatany pod dywan, stale z niego wypełza ze zdwojoną siłą. W międzywojniu ten front skierowany był przeciwko Żydom. Nazywano go „rozwiązaniem kwestii żydowskiej” i podnoszono we wszystkich środowiskach społecznych od lewicy do prawicy, czego dowodem były przytaczane fragmenty artykułów, felietonów, przemówień, listów i interpelacji pisanych przez polityków, publicystów, księży i dzieci żydowskie. Łatwo było z nich wywnioskować nie tylko napiętą atmosferę między Polakami a Żydami, ale również powszechność tego pojęcia, które po II wojnie światowej nabrało zdecydowanie negatywnego wymiaru, wyrażane językiem radykalnym, brutalnym i nienawistnym. Wręcz charakterystycznym dla wielu ówczesnych polityków i publicystów.

Antysemityzm był dobrze zagnieżdżony w publicystyce II RP. Sączył jad nienawiści, jak wiadomo z historii, bardzo skutecznie. To przed jego skutkami przestrzega autor wstępu do numeru, zmuszając do zastanowienia się, czy w obliczu obecnie narastającego frontu narodowego, chcemy powtórki z historii.  Prawdziwi „my” – biali, polskojęzyczni katolicy (…) rasowo uzasadniony Polak, wynoszony na sztandary i błogosławiony, w praktyce społecznej okazał się potworem, gotowym bić kobiety, wyrzucać dzieci z wózków, obcinać starcom brody. Czy o taką Polskę, takich „my” nam chodzi również dzisiaj?

   Czy może nigdy więcej takiej „wielkości”?

   Kolejny artykuł Nielegalszczyzna to przypomnienie pierwotnego, niepodległościowego sensu głównych postulatów głoszonych przez Polską Partię Socjalistyczną. Nielegalną organizację polityczną załozoną w 1892 roku i działającą pierwotnie na terenie Królestwa Polskiego. Jej działalność wywrotową, sabotażową, zbrojną, terrorystyczną w walce z caratem przypomniał Marian Malinowski. Radomski działacz partii, a potem minister, poseł i senator II RP.

   Gęsiówka.

Znany obóz koncentracyjny na terenie Warszawy. Ileż radości wnieśli wyzwalający go żołnierze AK w Odbiciu Gęsiówki. Ileż śmierci również. Dla Żydów. Jeden z nich, więzień żydowski tak opisuje ich „wyzwalanie” – …zaczęli mordować żydowskich bojowników na barykadzie. Jeszcze długo krzyki zbrodniarzy – „Śmierć Żydom!” – mieszały się z okrzykami radości z przepędzenia Niemców.

   Trucizna antysemityzmu nadal działała.

   Kolejny artykuł Alpini wśród leśnych przypomniał o losach jeńców włoskich w niemieckich obozach. Jednym z nich był oficer Ezio Micheli, który we wspomnieniach opowiedział, jak po ucieczce z obozu trafił do polskich partyzantów. Był jednym z nielicznych, którym udało się dzięki temu przeżyć. Większość szczątków jego rodaków leży na włoskim cmentarzu na warszawskich Bielanach.

   Powrót wuja Stasia w relacji Kazimierza Orłosia opisywał przyjazd na stałe do kraju publicysty, politycznego emigranta i premiera rządu na uchodźstwie Stanisława Mackiewicza. Zmarnowanie jego Londoniszczem wielkich nadziei, wiązanych z przyjazdem „komunożercy”, środowisk twórczych na swobodniejsze pisanie dla milczących dotąd ludzi, wyraził dobitnie Stefan Kisielewski, domagając się raczej Warszawiszczy.

Czytając o początkach Maratonu Pokoju na przełomie lat 70. i 80. XX wieku w Przebiegu pokoju miałam wrażenie, że w niektórych tematach współczesnego sportu nic się nie zmieniło. Dawniej trenowało się i startowało w tym, co się miało czyli na przykład w takim „obuwiu sportowym”:

Obecnie nadal zdarza się, że trenuje się tam, gdzie można, czym można i jak można. O czym donoszą media uchylające kulisów sukcesów sportowych polskich zawodników.

   Na zakończenie pozytywny artykuł Odnowa monopolisty. Historia przechodzenia przedsiębiorstwa z gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej. O radościach, ale i zmarnowanych szansach oraz uczeniu się na błędach wspominał prezes ZWAR w Warszawie Jacek Faltynowicz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi: , , , ,

Roztrzaskane życie – Stephanie Kallos

8 września 2019

Roztrzaskane życie – Stephanie Kallos

Przełożyła Anna Dobrzańska-Gadowska

Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 480 stron

Literatura amerykańska

   Apoteoza zniszczonego życia?

   Tak odebrałam tę powieść, która to, co w naszym życiu rozbite, zdemolowane, zrujnowane, pozostawiające bolesne rany i blizny, wynosi  na piedestał. Każe nawet zmówić dziękczynną modlitwę nad ruiną, następnie uhonorować to miejsce, a na końcu zbudować tam kapliczkę.

   W kilku słowach – być za to zło wdzięcznym!

   Tak jak główna bohaterka Margaret. Siedemdziesięciopięcioletnia właścicielka bezcennej kolekcji porcelany zajmującej rezydencję Hughesów na pięciu tysiącach metrach kwadratowych. Samotne życie starszej kobiety od wielu lat upływało na odkurzaniu kruchego zbioru do momentu usłyszenia lekarskiej diagnozy, stwierdzającej u niej nowotwór mózgu. Kobieta doszła do wniosku, że zgromadzone eksponaty muszą umrzeć wraz  z nią. W tym celu sprowadziła do rezydencji lokatorów równie psychicznie poranionych i szalonych, jak Margaret, skoro zgodzili się pomóc właścicielce w tłuczeniu kolekcji. Z trzech możliwości wykorzystania skorup – wyrzucenia, schowania, sklejenia – wybrali tę ostatnią. Z kawałków porcelany zaczęli tworzyć mozaiki obrazujące konkretną ideę tematyczną.  

   Metafory życia.

   W ten obrazowy sposób autorka próbowała przekazać budujące i terapeutyczne przesłanie powieści – Potłuczeni, jesteśmy warci znacznie więcej…. Posiadamy niepowtarzalny materiał składający się z resztek żalu, bólu, zawodu, rozczarowania, odłamków spojrzeń, cienkich jak włosy pęknięć, drzazg słów i kolców zdarzeń oraz z wielu, wielu innych negatywnych emocji. Cenny budulec niezbędny do konstruowania nowych związków międzyludzkich. Do rozłożonego w czasie cudu tworzenia cierpliwie budowanego z fragmentów negatywnych doświadczenia. Zamiast izolować się za grubym murem przedmiotów chroniącym dół, do którego wrzucamy ostre kawałki przeszłości, odkurzając je i celebrując cierpienie, namawia do budowania nowych relacji, jako formy zemsty. Do brania odwetu na tych, którzy pogardliwie kręcili głowami, kiedy coś nam się nie udało, podnosili na nas rękę w gniewie, wymyślali nam od idiotów, nieudaczników, głupków, porzucali wykorzystanych lub wykluczali jako gorszych. Do tworzenia mozaiki nowego życia ze starych, odrzuconych, zniszczonych, osieroconych kawałków, które jest sztuką wymagającą tego, czego najczęściej nam brakuje – cierpliwości, czasu lub precyzji. Jeśli jednak je znajdziemy tak, jak uczynili to bohaterowie powieści, stworzymy coś niepowtarzalnego i bardziej wartościowego niż przedmioty materialne, którymi otaczamy się, a ostatecznie chowamy za nimi. To dlatego „mozaiki” niektórych ludzi zapierają dech w piersiach, angażując intelekt w znacznie większym stopniu niż Mona Lisa czy Kaplica Sykstyńska.

   Jesteśmy warci tego cudu, pomimo roztrzaskanego życia!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: , , ,

Krajobraz, który przeżył śmierć – Kornel Filipowicz

8 sierpnia 2019

Krajobraz, który przeżył śmierć – Kornel Filipowicz

Wydawnictwo Literackie , 1986 , 480 stron

Literatura polska

   …tak czy owak, pomrzemy, więc to jest tylko sprawa czasu, nic więcej.

   Czy, aby na pewno?

   Autor polemizuje w swoich opowiadaniach z zacytowanym poglądem jednej z bohaterek. Pokazuje, że owszem, śmierć jest jedna, ale jej forma, obraz i twarz objawia się bardzo różnorodnie. W tym zbiorze 34 opowiadań, wybranych przez wydawcę z dorobku prozatorskiego autora, przybiera postać masową, paradoksalnie niezbędną do pokazania cudu jednego życia pod zwałem rozstrzelanych ludzi. Śmierć zupełną wśród skazanych na nią, ale ze znaną datą egzekucji tylko jednego z nich. Wyzwalającą z cierpienia tortur przesłuchania. Rozliczającą miłość z przysięgi „na śmierć”, bo już nie „na życie”. Podobną do snu wysysającego duszę z ciała po morderczej pracy więźnia. Nieomawianą, by zachować nadzieję do ostatniego oddechu. Nieistniejącą dla odczłowieczonych numerów, bo zarezerwowaną tylko dla zwierząt. Miłosierną, kładącą dłoń na oczy, żebyśmy nie widzieli wszystkiego, i na serca, żebyśmy nie czuli zbyt wiele. Cichą, która była rozłożona na długie tygodnie i miesiące, przychodząca stopniowo z wyniszczeniem ciała, łagodnie znieczulająca świadomość i uśmierzająca niewolę. Po niej pozostawała tylko smuga burego dymu, jak po jesiennym ognisku. Transparentną, choć obecną, powszechną i powszednią w okresie wojny i okupacji, o której jeden z bohaterów czujący jej istotę, powiedział – …towarzyszyła nam wszędzie, szła obok nas, przysiadała się do nas i spała z nami na pryczy.

   Posiadającą jedną wspólną cechę – była egzaminem człowieka z życia.

   Przed swoim obliczem, na swoim progu, w swojej obecności ujawniała zalety i wady człowieka determinujące wybory, postępowanie i zachowanie bohaterów opowiadań. Ich historie toczyły się zawsze w sytuacjach skrajnych, ekstremalnych. Jedną z nich był obóz koncentracyjny. Autor, jako były więzień niemieckich lagrów Groβ-Rosen i Sachsenhausen, był wielokrotnie świadkiem takich egzaminów. Opisał je w swoich opowiadaniach, zastanawiając się nad kondycją moralną człowieka w sytuacji odwróconych zasad etycznych, w której to, co na wolności bywa tępione jako złe, tu zostało podniesione do normy obowiązującej. W której zabójstwo dotyczyło zwierzęcia, a nie człowieka, a zdrajcami okazywali się nie tylko ci, którzy wychodzili jej naprzeciw, ale również ci nieświadomi jej, bo nieświadomość honoru narodowego i solidarności narodowej już jest przestępstwem.

   „Śmiertelna” tematyka antologii jednak mnie nie przytłoczyła.

   Może sprawiła to jej drugoplanowa rola jako tła do wyeksponowania problemów ujętych w pytaniach, z których najważniejszym było – Dlaczego tak nierówno, niesprawiedliwie jest rozłożony na ludzi obowiązek reprezentowania człowieczeństwa? A może styl narracji? Dla mnie trochę przeintelektualizowany (w tym sensie bardziej przemawiają do mnie obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego), a przez to budujący dystans emocjonalny do grozy opowieści. Łagodzący ostrość ich naturalizmu, w których najważniejsze było zakończenie pozostawiające w zamyśleniu. W konieczności przeanalizowania przekazu treści i próby odpowiedzenia na postawione pytania. Trudne pytania o ocenę z człowieczeństwa w obliczu śmierci.

   Pytania ponadczasowe, bo nadal aktualne.        

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: , , , ,