Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Karta nr 99/2019

17 listopada 2019

Karta nr 99/2019

Wydawnictwo Ośrodek Karta

Kwartalnik

   Budowanie frontu narodowego przeciw innym jest zawsze objawem zakompleksionej małości.

   Tym zdecydowanym zdaniem redaktor naczelny kwartalnika Zbigniew Gluza zakończył wstęp do numeru, w którym tematem przewodnim była Czysta Polska. Również celnym, bo trafiającym w odwieczny problem, który zamiatany pod dywan, stale z niego wypełza ze zdwojoną siłą. W międzywojniu ten front skierowany był przeciwko Żydom. Nazywano go „rozwiązaniem kwestii żydowskiej” i podnoszono we wszystkich środowiskach społecznych od lewicy do prawicy, czego dowodem były przytaczane fragmenty artykułów, felietonów, przemówień, listów i interpelacji pisanych przez polityków, publicystów, księży i dzieci żydowskie. Łatwo było z nich wywnioskować nie tylko napiętą atmosferę między Polakami a Żydami, ale również powszechność tego pojęcia, które po II wojnie światowej nabrało zdecydowanie negatywnego wymiaru, wyrażane językiem radykalnym, brutalnym i nienawistnym. Wręcz charakterystycznym dla wielu ówczesnych polityków i publicystów.

Antysemityzm był dobrze zagnieżdżony w publicystyce II RP. Sączył jad nienawiści, jak wiadomo z historii, bardzo skutecznie. To przed jego skutkami przestrzega autor wstępu do numeru, zmuszając do zastanowienia się, czy w obliczu obecnie narastającego frontu narodowego, chcemy powtórki z historii.  Prawdziwi „my” – biali, polskojęzyczni katolicy (…) rasowo uzasadniony Polak, wynoszony na sztandary i błogosławiony, w praktyce społecznej okazał się potworem, gotowym bić kobiety, wyrzucać dzieci z wózków, obcinać starcom brody. Czy o taką Polskę, takich „my” nam chodzi również dzisiaj?

   Czy może nigdy więcej takiej „wielkości”?

   Kolejny artykuł Nielegalszczyzna to przypomnienie pierwotnego, niepodległościowego sensu głównych postulatów głoszonych przez Polską Partię Socjalistyczną. Nielegalną organizację polityczną załozoną w 1892 roku i działającą pierwotnie na terenie Królestwa Polskiego. Jej działalność wywrotową, sabotażową, zbrojną, terrorystyczną w walce z caratem przypomniał Marian Malinowski. Radomski działacz partii, a potem minister, poseł i senator II RP.

   Gęsiówka.

Znany obóz koncentracyjny na terenie Warszawy. Ileż radości wnieśli wyzwalający go żołnierze AK w Odbiciu Gęsiówki. Ileż śmierci również. Dla Żydów. Jeden z nich, więzień żydowski tak opisuje ich „wyzwalanie” – …zaczęli mordować żydowskich bojowników na barykadzie. Jeszcze długo krzyki zbrodniarzy – „Śmierć Żydom!” – mieszały się z okrzykami radości z przepędzenia Niemców.

   Trucizna antysemityzmu nadal działała.

   Kolejny artykuł Alpini wśród leśnych przypomniał o losach jeńców włoskich w niemieckich obozach. Jednym z nich był oficer Ezio Micheli, który we wspomnieniach opowiedział, jak po ucieczce z obozu trafił do polskich partyzantów. Był jednym z nielicznych, którym udało się dzięki temu przeżyć. Większość szczątków jego rodaków leży na włoskim cmentarzu na warszawskich Bielanach.

   Powrót wuja Stasia w relacji Kazimierza Orłosia opisywał przyjazd na stałe do kraju publicysty, politycznego emigranta i premiera rządu na uchodźstwie Stanisława Mackiewicza. Zmarnowanie jego Londoniszczem wielkich nadziei, wiązanych z przyjazdem „komunożercy”, środowisk twórczych na swobodniejsze pisanie dla milczących dotąd ludzi, wyraził dobitnie Stefan Kisielewski, domagając się raczej Warszawiszczy.

Czytając o początkach Maratonu Pokoju na przełomie lat 70. i 80. XX wieku w Przebiegu pokoju miałam wrażenie, że w niektórych tematach współczesnego sportu nic się nie zmieniło. Dawniej trenowało się i startowało w tym, co się miało czyli na przykład w takim „obuwiu sportowym”:

Obecnie nadal zdarza się, że trenuje się tam, gdzie można, czym można i jak można. O czym donoszą media uchylające kulisów sukcesów sportowych polskich zawodników.

   Na zakończenie pozytywny artykuł Odnowa monopolisty. Historia przechodzenia przedsiębiorstwa z gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej. O radościach, ale i zmarnowanych szansach oraz uczeniu się na błędach wspominał prezes ZWAR w Warszawie Jacek Faltynowicz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi: , , , ,

Poślij chociaż słowo – Orlando Figes

10 sierpnia 2019

Poślij chociaż słowo: opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu – Orlando Figes

Przełożył Władysław Jeżewski

Wydawnictwo Magnum , 2012 , 414 stron

Literatura angielska

   Taka miłość się nie zdarza.

    A jednak!

Przydarzyła się, wydarzyła się, istniała i trwała do śmierci Swietłany i Lwa w 2010 roku.

Mieli po osiemnaście lat, kiedy poznali się na studiach w Moskwie. Początek zauroczenia, fascynacji i zawiązywania się nici sympatii przerwała wojna i wyjazd Lwa na front w 1941 roku. Tam trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, gdzie pracował jako tłumacz. Po powrocie do ZSRR został oskarżony o zdradę ojczyzny i skazany na dziesięć lat łagru w Peczorze. Obóz opuścił 1954 roku.

   Razem 15 lat rozłąki ze Swietą!

   A mimo to ich miłość trwała. Nadal się kochali, by wziąć ślub w 1955 roku. Mieli wtedy oboje po trzydzieści osiem lat. Dzieje ich wyjątkowego uczucia w ekstremalnych czasach, które zamiast umierać, z każdym rokiem rozłąki rosło, umacniało się i pogłębiało, zawarte są w ponad półtora tysiącu listach. Ośmioletnią korespondencję rozpoczęła Swieta w 1946 roku, odrzucając propozycję ukochanego na ułożenie sobie życia bez niego, a zakończył Lew w 1954 roku tuż przed odzyskaniem wolności. Pisali do siebie drogą nielegalną przynajmniej dwa razy w tygodniu. Listy przemycane przez druty obozu, mimo braku cenzury, ale z ryzykiem wpadki, zawierały zaszyfrowane wiadomości, dwuznaczne zwroty, inicjały, przezwiska oraz aluzje literackie. Ich odczytanie autorowi opracowania zajęło dwa lata. Uzupełnił je dołączonymi do listów dokumentami – notatkami, dziennikami, fotografiami, dokumentami urzędowymi oraz wywiadami ze Swietą i Lewm, ich rodziną i współwięźniami. Sięgnął również do opracowań historycznych oraz archiwum peczorskiego obozu. Wykorzystał także własne obserwacje z pobytów w dzisiejszej Peczorze. Na podstawie tego największego, a przez to unikatowego zbioru prywatnej, kompletnej korespondencji związanej z historią Gułagu, przechowywanej w archiwum Stowarzyszenia Memoriał, autor odtworzył chronologię życia wyjątkowej pary połączonej miłością oraz historię walki o jej przetrwanie w czasach, w których w 999 przypadkach na tysiąc przyjęte zasady przyzwoitości prowadzą przeciętnego człowieka albo do głodu, albo do śmierci w walce o byt. W miejscu, w którym wszystkie niedostatki, wady i następstwa ludzkich uczynków przybierają ogromne rozmiary. (…) Nieżyczliwość zamienia się we wrogość, wrogość przybiera postać dzikiej nienawiści, małostkowość staje się podłością, a ta ostatnia przeobraża się w zbrodnię. W tym mroku Swieta i jej listy były dla Lwa światłem i całym światem.

Autorowi udało się przekazać atmosferę emocji w nich zawartych, mimo że oboje bardzo powściągliwie je okazywali, ale to właśnie w nich wyznali sobie miłość, zapewniali o jej stałości i pewności, ustalali wspólne, bliskie i dalekie cele w życiu, planowali przyszłość, mając świadomość jej ulotności i niepewności. Zorganizowali nawet pierwsze, nielegalne odwiedziny Swiety w łagrze, mając pełną świadomość ogromnego ryzyka. Zwłaszcza dla Swiety. Dziewczyna pracowała w instytucie o znaczeniu wojskowym, zajmując się badaniami objętymi tajemnicą państwową. Już sama korespondencja z więźniem, „wrogiem ludu”, a tym bardziej nielegalny kontakt, groziła utratą pracy i zesłaniem. A mimo to z walizką w ręku i plecakiem pokonała 4340 km, aby pobyć z Lwem przez zaledwie kilka godzin.

Po latach wspominała – Jak mogłam tam pojechać, tak bez zastanowienia, nie znając warunków i wszystkiego innego? Nie wiem. To była głupota, na pewno. Chyba jakiś diabeł we mnie wstąpił!

   A ja myślę, że to właśnie była miłość!

   Listy obojga mają również ogromną wartość dla historyków. Dostarczają bogatej wiedzy o kontrastach wynikających z życia w obozie i życia mieszkańców w powojennej Moskwie.

   Nadal jednak zastanawiam się nad cudem przetrwania miłości, która nie miała prawa przetrwać rozłąki, odległości, lat nieobecności, izolacji fizycznej, koszmaru obozu, depresji Swiety, braku realnych perspektyw, zagrożenia i nieuchronności śmierci przez 15 lat!

   Czy to jest właśnie dowód na potęgę i moc nadziei wbrew wszystkiemu i wszystkim?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Poślij chociaż słowo. Opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu [Orlando Figes]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , , ,

Krajobraz, który przeżył śmierć – Kornel Filipowicz

8 sierpnia 2019

Krajobraz, który przeżył śmierć – Kornel Filipowicz

Wydawnictwo Literackie , 1986 , 480 stron

Literatura polska

   …tak czy owak, pomrzemy, więc to jest tylko sprawa czasu, nic więcej.

   Czy, aby na pewno?

   Autor polemizuje w swoich opowiadaniach z zacytowanym poglądem jednej z bohaterek. Pokazuje, że owszem, śmierć jest jedna, ale jej forma, obraz i twarz objawia się bardzo różnorodnie. W tym zbiorze 34 opowiadań, wybranych przez wydawcę z dorobku prozatorskiego autora, przybiera postać masową, paradoksalnie niezbędną do pokazania cudu jednego życia pod zwałem rozstrzelanych ludzi. Śmierć zupełną wśród skazanych na nią, ale ze znaną datą egzekucji tylko jednego z nich. Wyzwalającą z cierpienia tortur przesłuchania. Rozliczającą miłość z przysięgi „na śmierć”, bo już nie „na życie”. Podobną do snu wysysającego duszę z ciała po morderczej pracy więźnia. Nieomawianą, by zachować nadzieję do ostatniego oddechu. Nieistniejącą dla odczłowieczonych numerów, bo zarezerwowaną tylko dla zwierząt. Miłosierną, kładącą dłoń na oczy, żebyśmy nie widzieli wszystkiego, i na serca, żebyśmy nie czuli zbyt wiele. Cichą, która była rozłożona na długie tygodnie i miesiące, przychodząca stopniowo z wyniszczeniem ciała, łagodnie znieczulająca świadomość i uśmierzająca niewolę. Po niej pozostawała tylko smuga burego dymu, jak po jesiennym ognisku. Transparentną, choć obecną, powszechną i powszednią w okresie wojny i okupacji, o której jeden z bohaterów czujący jej istotę, powiedział – …towarzyszyła nam wszędzie, szła obok nas, przysiadała się do nas i spała z nami na pryczy.

   Posiadającą jedną wspólną cechę – była egzaminem człowieka z życia.

   Przed swoim obliczem, na swoim progu, w swojej obecności ujawniała zalety i wady człowieka determinujące wybory, postępowanie i zachowanie bohaterów opowiadań. Ich historie toczyły się zawsze w sytuacjach skrajnych, ekstremalnych. Jedną z nich był obóz koncentracyjny. Autor, jako były więzień niemieckich lagrów Groβ-Rosen i Sachsenhausen, był wielokrotnie świadkiem takich egzaminów. Opisał je w swoich opowiadaniach, zastanawiając się nad kondycją moralną człowieka w sytuacji odwróconych zasad etycznych, w której to, co na wolności bywa tępione jako złe, tu zostało podniesione do normy obowiązującej. W której zabójstwo dotyczyło zwierzęcia, a nie człowieka, a zdrajcami okazywali się nie tylko ci, którzy wychodzili jej naprzeciw, ale również ci nieświadomi jej, bo nieświadomość honoru narodowego i solidarności narodowej już jest przestępstwem.

   „Śmiertelna” tematyka antologii jednak mnie nie przytłoczyła.

   Może sprawiła to jej drugoplanowa rola jako tła do wyeksponowania problemów ujętych w pytaniach, z których najważniejszym było – Dlaczego tak nierówno, niesprawiedliwie jest rozłożony na ludzi obowiązek reprezentowania człowieczeństwa? A może styl narracji? Dla mnie trochę przeintelektualizowany (w tym sensie bardziej przemawiają do mnie obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego), a przez to budujący dystans emocjonalny do grozy opowieści. Łagodzący ostrość ich naturalizmu, w których najważniejsze było zakończenie pozostawiające w zamyśleniu. W konieczności przeanalizowania przekazu treści i próby odpowiedzenia na postawione pytania. Trudne pytania o ocenę z człowieczeństwa w obliczu śmierci.

   Pytania ponadczasowe, bo nadal aktualne.        

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: , , , ,

Długi marsz – Sławomir Rawicz

21 marca 2019

Długi marsz – Sławomir Rawicz
Przekład anonimowy opracowany przez Leszka Rybickiego
Wydawnictwo Gord , 2007 , 272 strony
Seria Ekstremum
Literatura angielska

Mordercza, wręcz śmiertelna w skutkach ucieczka grupy więźniów, wśród nich Polaka i Amerykanina Smitha, z syberyjskiego, sowieckiego obozu 303 przez tajgę, wzdłuż jeziora Bajkał, przez wyżyny Mongolii, pustynię Gobi, góry Tybetu i Himalajów, aż do Indii. Roczną wędrówkę w latach 1941-42, ponad 6 tysięcy kilometrów, skrajny survival , bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, który przetrwało 4 mężczyzn. W tym główny bohater wspomnień.
Dosyć lakoniczna notatka jak na światowy bestseller wydany w 25 językach i we wstępie poprzedzony piętnastoma zachwytami autorytetów ze świata mediów. Ale nie mogę napisać więcej o bohaterstwie, poświęceniu, szlachetności i altruizmie, po przeczytaniu artykułu Z Sybiru do Hollywood Maxa Fuzowskiego w styczniowym wydaniu tygodnika Newsweek Polska.

 

Newsweek

 

 

Powieliłabym kłamstwo, bo cała opowieść, ponad podane przeze mnie na początku fakty, to fikcja nadbudowana przez autora książki piórem angielskiego dziennikarza Ronalda Downinga, a sam życiorys i historia ucieczki skradziona Witoldowi Glińskiemu.

 

Gliński

 

 

Oszustwo Sławomira Rawicza zdemaskowano przypadkowo, bez możliwości konfrontacji. Twórca powieści zmarł na kilka lat przed jego publicznym ujawnieniem przez dziennikarza radia BBC.
Niezależnie jednak od całego skandalu opowieść żyje nadal, inspirując podróżników i amatorów ekstremalnych wyzwań do przemierzania opisanego szlaku. Na przełomie kwietnia i maja 2010 roku ruszy wyprawa dwóch Polaków pod nazwą Long Walk Expedition.
Na bazie książki i wspomnień prawdziwego uczestnika ucieczki powstaje też film w reżyserii Petera Weir’a (Piknik pod wiszącą skałą , Stowarzyszenie Umarłych Poetów) z Colinem Farrellem.

 

Farrell

 

 

Nie dziwię się, bo historia jest wręcz wymarzona na potrzeby Hollywood, a jej siła przekazu nawet mnie, świadomej fikcyjności przygód, zaciskała obręcz wzruszenia na gardle, szkląc niebezpiecznie oczy.
Mimo wszystko, warto było, bo miejsca i szczegóły mogły się różnić, ale przeżycia, cierpienia, upokorzenia, strach – oraz sprawcy – to pozostawało niezmienne jak asekurancko pisze, wplatając to zdanie w swoją opowieść, Sławomir Rawicz.
Mam nadzieję, że wydawnictwo w kolejnych wydaniach umieści w książce informację o najnowszych doniesieniach. Byłoby to uczciwe wobec czytelnika.

 

Ciekawą recenzję na temat tej książki przeczytałam w brulion.be.el.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Co u pana słychać? – Krzysztof Kąkolewski

Co u pana słychać? – Krzysztof Kąkolewski
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 275 stron
Literatura polska

Bardzo stereotypowe pytanie w tytule. Powszechne, popularne, sloganowe, chciałoby się rzec nudne, na które z uśmiechem odpowiadam najczęściej: A dobrze, nie narzekam!
A gdyby je zadać hitlerowskim zbrodniarzom?
Tym wysokiej rangi, z najbliższego kręgu Hitlera, którzy nie brudząc osobiście krwią rąk, zamordowali miliony ludzi? Którzy zagrożeni karą śmierci uciekli przed wymiarem sprawiedliwości pod opiekę innych państw? Którzy dzięki zrabowanym pieniądzom i rozległym koneksjom, wykpili się śmiesznie niskimi wyrokami więzienia? Używali w swoich planach „języka czasu” urzeczywistniając kwestie: będziemy brodzić po kolana we krwi, a czaszki sięgną ponad dachy? Tworzyli mózg precyzyjnej machiny zrealizowania wizji science-non-fiction, jednej, niemieckiej Europy bez granic, z rasą panów na szczycie władzy i narodami niewolników, w hierarchii której Polacy na samym dole (…) umieliby liczyć, by pełny analfabetyzm nie przeszkadzał im w wykonywaniu pracy niewykwalifikowanych robotników? I wreszcie, żyjący w latach 70. wygodnie, bezpiecznie, w dobrobycie krajów zachodnich, w szczęściu rodzinnym jako szanowani adwokaci, wybitni naukowcy, wpływowi politycy?
Autor podjął się tego zadania 30 lat po wojnie, wbrew sprzeciwowi swojego pracodawcy, wbrew odradzającym mu tego głosom czy wręcz naciskom zaniechania źle widzianego ówcześnie tematu. W atmosferze agresywnych pytań i stwierdzeń: Czy nie uczłowieczy ich pan tą rozmową? i Nie potrafiłbym się powstrzymać, żeby nie przegryźć im gardeł.
No bez przesady, pomyślałam, przecież upłynęło masę lat, ci ludzie zostali osądzeni, są już starszymi, schorowanymi ludźmi. To już historia!
Po dwóch rozmowach chciałam również przegryźć im gardło…
Musiałam przerwać czytanie, ochłonąć, schować kły i pazury, stanąć za plecami prowadzącego wywiad, zaufać jego profesjonalizmowi, by móc czytać dalej. By tak jak on opanować emocje i móc dowiedzieć się tego po co przyszedł – odkopać prawdę o kosmicznych eksperymentach w Dachau. O pierwszym kosmonaucie świata, którego męczeństwo uwieczniono w najokrutniejszym sprawozdaniu w dziejach medycyny, a w którym odnotowano: Na polecenie próbuje wstać, mówi stereotypowo: „Nie, proszę.”
Stereotypowo…w tej komorze doświadczalnej, w warunkach uszkodzonego, rozhermetyzowanego statku kosmicznego:

 

 

 

Nazwisko zbrodniarza chronionego i żyjącego w USA okrzyknięto ojcem i twórcą podstawowych praw medycyny kosmicznej. Nazwisko „osoby doświadczalnej” nie jest znane. Wiadomo tylko, że był żydowskim sprzedawcą urodzonym 1.11.1908 roku i że umierając prosił… stereotypowo…
A to tylko jedna z wytropionych i ujawnionych tajemnic, jednego wywiadu, z jednym zbrodniarzem. W sumie bezpośrednich spotkań i rozmów, na 11 reportaży zawartych w tej książce, jest dziewięć. Wszystkie budzące we mnie bestię trudną do opanowania, do okiełznania, gotową trepanować im bez znieczulenia czaszki, upewniając się doświadczalnie, czy tam w ogóle cokolwiek jest, a jeśli tak, to czy rozwinęło się zgodnie z normami natury.
Takie emocje i to 65 lat po wojnie!
Głębokie ukłony autorowi za odwagę w czasach PRL i wielkie brawa dla wydawcy za wznowienie tych jedenastu reportaży. Współcześnie też trzeba mieć odwagę przypomnieć potędze politycznej i gospodarczej świata, że u podstaw sukcesów NASA leży cierpienie i śmierć więźniów w Dachau oraz nazistowska koncepcja i skrupulatna praca „miłośnika naukowej prawdy”, wziętego pod opiekuńcze skrzydła USA.

 

Książkę otrzymałam od portalu Czytadełko.

 


Z ogromną ciekawością wysłuchałam wywiadu z autorem jak trudno i niebezpiecznie było być w czasach komunizmu reportażystą, pod koniec którego wspomina również o książce „Co u pana słychać?”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Mój Auschwitz – Władysław Bartoszewski

Mój Auschwitz – Władysław Bartoszewski
Rozmowę przeprowadzili Piotr M. A. Cywiński i Marek Zając
Wydawnictwo Znak , 2010 , 247 stron
Literatura polska

Władysław Bartoszewski był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Józefa Oleksego w 1995 roku. To wszystko co wiedziałam o tym człowieku do pewnego czasu. Do momentu, w którym znana dziennikarka Katarzyna Kolenda-Zaleska zapytana o tę postać, z przejęciem zaczęła jednym tchem wymieniać zasługi, funkcje, osiągnięcia, dziedziny działalności, czyny, sukcesy oraz dokonania na rzecz międzyludzkiego porozumienia i pokojowego współistnienia, począwszy od czasów II wojny światowej, Polski socjalistycznej poprzez Solidarność, aż do czasów współczesnych. Przedstawiła przepiękną, bogatą kartę dokonań mogącą zapełnić życiorysy nie jednego człowieka, ale kilku. Nie tylko jej ogrom działań na rzecz drugiego człowieka wprawił mnie w zdumienie, ale również emocje jakie towarzyszyły obszernej wypowiedzi zapytanej. Bardzo mnie to zaciekawiło, zaintrygowało i zastanowiło: Kim jest ten człowiek i dlaczego ja o nim nic nie wiem? Zaczęłam szukać informacji, szperać w życiorysie, śledzić wywiady, reportaże, rozmowy z dziennikarzami, czytać publikowane książki i nawet nie wiem, w którym momencie ten starszy, bardzo żywotny i energiczny pan zajął wolne do tej pory miejsce współcześnie mi żyjącego autorytetu moralnego. Pomimo to, pozostało jednak pytanie, które nie dawało mi spokoju: Jak człowiek staje się Człowiekiem? Nie zadowalała mnie odpowiedź, że trzeba być przyzwoitym. Nie znajdowałam jej w dotychczasowej literaturze, publikacjach, wywiadach, zastanawiając się dlaczego, poza nielicznymi napomknieniami chociażby w „Wywiadzie rzece”, nie opowiedział do tej pory o koszmarnych 199 dniach pobytu w obozie Auschwitz w latach 1940-41 w wieku osiemnastu lat, oznaczony numerem 4427? Przypuszczałam, przeczuwałam, że ten okres życia miał ogromny wpływ, jeśli nie decydujący, na ukształtowanie się późniejszej postawy, dlatego z ogromnym podekscytowaniem i ulgą przyjęłam pojawienie się książki „Mój Auschwitz”, licząc po cichu na odrobinę ekshibicjonizmu emocjonalnego człowieka znanego mi z chłodnej logiki, twardych i mocnych argumentów oraz panowania nad emocjami.
Przeliczyłam się.
Władysław Bartoszewski w swoich wspomnieniach w formie wywiadu, prowadzonego przez Piotra M. A. Cywińskiego i Marka Zająca, pozostał sobą. Co wcale nie oznacza braku uczuć. Przechodząc przez traumę obozu koncentracyjnego nabawił się piętna syndromu poobozowego jak każdy, bał się tak jak inni współwięźniowie, drżał ze strachu, długo odruchowo kulił się w sobie na dźwięk podkutych butów, skojarzonych z biciem, walczył ze skrajnymi emocjami. Jednak wierny przesłaniu jakie wyniósł z obozu, a jakim obarczył go ratujący mu życie obozowy lekarz, przede wszystkim świadczył o obiektywnej prawdzie koszmaru tego miejsca. Dlatego mniej skupiał się na swoich odczuciach, a bardziej na faktach otaczającej go wówczas rzeczywistości: czasu, miejsca i ludzi. Jak sam mówił: ja w Auschwitz byłem nikim. Był przy tym rzeczowy, konkretny, nie ubarwiał, nie nadinterpretował, nie dodawał, ale i nie ujmował. Mówił wprost, że nie jest literatem, a cała działalność pisarska aż do dziś motywowana jest właśnie dawaniem świadectwa o ludziach, o sprawach, o faktach. W ocenach, w jakiś finalnych sformułowaniach kategorycznych, które się nasuwają, staram się natomiast być oględny. W tym zakresie powierza głos pisarzom operującym słowem emocjonalnym, które oddaje w adekwatny sposób czas, atmosferę, emocje, nastroje tamtego koszmaru i podaje tytuły: opowiadania „Apel” Jerzego Andrzejewskiego oraz dwóch broszur wydanych tuż po jego wyjściu z obozu. Pierwszej „Oświęcim. Pamiętnik więźnia” napisanej przez Halinę Krahelską zawierającą 80% jego własnych doświadczeń oraz „W piekle” Zofii Kossak. Wszystkie tytuły dołączone są do wywiadu razem z reprintem relacji O. Augustyna „Za drutami obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu”.

 

 

Dzięki temu miałam okazję przeczytać unikatowe opowieści i sprawozdania, niedostępne powszechnie przeciętnemu czytelnikowi.
Prowadzący wywiad przygotowali się do wydania tego swoistego, prywatnego, osobistego piekła jednego człowieka bardzo dokładnie, szczegółowo i wszechstronnie. To było widać w rodzaju zadawanych pytań, ich chronologii zgodnej z kolejnością wydarzeń w życiu rozmówcy i z etapami jego pobytu w obozie, dygresjach podsuwających skojarzenia, wtrąceniach wydobywających nowe fakty z pamięci, uzupełnieniach z literatury obozowej w postaci takich fragmentów:

 

 

Potrzebowałam tej książki, dopełniającej niezwykły życiorys nieprzeciętnego Człowieka, który w tej postaci pozostawia jednocześnie swoisty rodzaj testamentu dla następnych pokoleń: Ja już wypełniłem obowiązek, którym kiedyś obarczono mnie w Auschwitz, w obozowym szpitalu. Opowiedziałem, dałem świadectwo. Ostatni z nas obchodzą. Zostaną nasze historie. Dobrze by było, gdybyście wyciągnęli z nich wnioski.
Staram się.

 

Książka ilustrowana jest reprodukcjami rysunków wykonanych przez więźniów. Ten autorstwa Mieczysława Kościelniaka z 1946 roku przedstawia odwiedziny chorego.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

I boję się snów – Wanda Półtawska

I boję się snów – Wanda Półtawska
Wydawca Edycja Świętego Pawła , 2009 , 216 strony
Literatura polska

I bała się snów. Ciemności, która jak pajęczyna oplatała jej umysł wyłapując koszmary z przeszłości. Widziała wtedy w nich olbrzymiego pająka z kosmatymi nogami i twarzą chirurga Fischera, swojego kata, ciągnącego ją za prawą nogę, tę ropiejącą w gipsie, w głąb horroru, o którym nie chciała mówić, opowiadać i myśleć. Ale w naturze nic nie ginie, tym bardziej w psychice człowieka. Wyparte z pamięci, zepchnięte do podświadomości wyłaziły z umysłu, a w nich ona jak mucha, stale uciekająca przed pająkiem-oprawcą w czasie snu. Przy tym jaskrawość tych snów i jakaś olbrzymia plastyczność sprawiały, że nie można było odróżnić czy to sen, czy dalszy ciąg obozu. Więc nie chciała spać, nie mogła. Zaczęła cierpieć na bezsenność ciągnącą się tygodniami, dopóki jej dawna nauczycielka nie poradziła: Wiesz, a spróbuj to napisać. Może pomoże? I zaczęła pisać, tylko dla siebie, do szuflady. O eksperymentach medycznych prowadzonych na więźniarkach obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, o lęku przed utratą życia, cierpieniu bez znieczulenia na stole operacyjnym, bólu jątrzących się ran, gorączce walczącego ciała z infekcją, głodzie na granicy śmierci, ukrywaniu się w obozie i graniu w straszną grę w chowanego do wyzwolenia obozu, w której stawką było życie w ostatecznej likwidacji wszystkich „królików doświadczalnych”. Świadków tych zbrodniczych badań, które na całe życie pozostawiły blizny w psychice i na nogach tych kobiet.

 

 

 

Ale było coś, co mnie urzekło w koszmarze tych wspomnień. Niezwykły, jak na obozowe warunki, obraz przyjaźni między dwiema dziewczynami: autorką wspomnień Wandą i spotkaną w więzieniu Krysią. Bezinteresownej, bezgranicznej, siostrzanej i co ciekawe ratującej życie obu dziewczynom. To ona pomogła im trwać. Wzajemna troska mobilizowała do walki o przetrwanie. Odpowiedzialność jedna za drugą nie pozwalała zrezygnować z życia, poddać się beznadziei. Wyjątkowe, niezwykłe oddanie się drugiemu człowiekowi w morzu jednostkowego egoizmu w wyścigu ku życiu.
Krysia swoje wspomnienia umieściła w zbiorowym wydaniu przeżyć współwięźniarek w książce pod wspólnym tytułem „Ponad ludzką miarę” , którą czytałam bardzo dawno temu. Wanda swoje wspomnienia, spisane tuż po wojnie, wydała osobno w latach 60. Obie książki tworzą dopełniającą się całość wstrząsającego dokumentu doświadczeń klinicznych w zakażeniach oraz operacjach kostnych, mięśniowych i nerwowych na więźniarkach obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

 

 

Portret autorki wykonany 6.08.1943 roku w obozie przez współwięźniarkę Jadwigę Pietkiewiczową.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Wyspa Kanibali – Nicolas Werth

Wyspa Kanibali – Nicolas Werth
Przełożyła Marta Szafrańska-Brandt
Wydawnictwo Znak , 2011 , 292 strony
Literatura francuska

Trzynastoletnia Taissa, wiosną 1933 roku, wybrała się z rodziną na sezonowe obdzieranie kory z drzew. Miejsce wyprawy, niewielka wyspa Nazino na rzece Ob, było porośnięte topolami, które po okorowaniu spławiano rzeką. Mieszkający nad nią Ostiacy żyli z tej sezonowej pracy. Do wyspy w tym roku jednak nie dopłynęli.
Była zajęta.

 

Wikipedia

 

Na niewielkiej powierzchni skrawka ziemi o długości 3 km i szerokości 500-600 metrów, tłoczyło się ponad 6 tysięcy ludzi. Bez dachu nad głową i podstawowych rzeczy do przeżycia. Na wpół gołych, obdartych, wychudzonych, chorych, a przede wszystkim umierających z głodu. Wyspa przedstawiała widok STRASZLIWY, PRZERAŻAJĄCY – jak pisał w sprawozdaniu dowódca transportu ludności „niepożądanej” przesiedlanej na Syberię – wszędzie leżały trupy, ze sto ciał albo i więcej. Niektórzy słaniali się wołając: „Dajcie nam chleba!” Nadzór i władzę nad całością sprawowali gangsterzy i strażnicy – przy czym ci drudzy ”odróżniali się od pierwszych tylko tym, że nosili broń”, wprowadzając sadyzm, bezprawie, terror i doraźne egzekucje przypominające polowanie na zwierzęta. Zresztą przesiedleńcy przypominali stado szakali. Uwięzieni na wyspie, bez możliwości ucieczki, zaczęli zjadać siebie nawzajem. Trupom, jak donosiły późniejsze raporty badających je felczerów, brakowało serc, wątrób, płuc, mięśni. Kobietom zjadano nawet piersi.
Wśród tubylców mieszkających nad rzeką zaczęła krążyć nowa nazwa tego strasznego miejsca – Wyspa Kanibali. W dokumentach archiwalnych funkcjonowało jako Wyspa-Śmierć.
Po takiej dawce makabrycznych faktów opartych na raportach i sprawozdaniach nadzorujących akcję deportacyjną, jak i na wspomnieniach miejscowej ludności i samych zesłańców, pojawiło się w mojej głowie mnóstwo pytań. Nie o kondycję psychiczną samego człowieka, postawionego w ekstremalnej sytuacji prowadzącej do procesów decywilizacyjnych, zachowań atawistycznych i psychopatologicznych, bo na to pytanie dawno odpowiedzieli psycholodzy i socjolodzy, ale jak doszło do sytuacji, w której ci ludzie się znaleźli? Bez podstawowych środków do życia, a nawet przeżycia i bez opieki administracyjnej ze strony państwa? Identyczne pytania zadał sobie autor opisując ten tak makabryczny… epizod? Wypadek przy pracy? Łańcuch błędów i zaniedbań? Bezsilność systemu? Pomyłkę błędnych założeń w planach politycznych?
Odpowiedzi na te pytania nie były proste i jednoznaczne, jak pokazał autor, przyjmując rolę badacza archiwalnych źródeł historycznych, który krok po kroku prześledził podłoże polityczne, gospodarcze, społeczne i demograficzne, składające się na przyczynę zaistnienia „przypadku” Nazino. Jak się potem okazało, jednego z wielu, o którym wiadomo oficjalnie.
Jedno było pewne. Ten tragiczny, ekstremalny „przypadek” w historii rodzącego się Związku Radzieckiego obnażył utopijny charakter inżynieryjnej polityki społecznej w tworzeniu osiedli specjalnych, drugiego Gułagu dla „elementów zdeklasowanych i społecznie szkodliwych” na Syberii. Wysypiska śmieci dla kułaków, gospodarczych sabotażystów, kryminalistów, złodziei, spekulantów, żebraków, włóczęgów, kalek, chorych psychicznie, prostytutek, narkomanów, osób bez stałego miejsca zameldowania, ale i przypadkowych „towarzyszy socjalnie bliskich władzy radzieckiej”, niemających przy sobie, podczas zatrzymania, wymaganego wówczas paszportu. Określanej mianem Dzikiego Wschodu. Krainy „bandytyzmu” i bezprawia. Wypadki na Nazino, przyczyniły się również do zmiany polityki z osiedleńczej na… eksterminacyjną poprzez rozstrzelanie lub skazywanie do obozów pracy.
Jak historia pokazała, te 4 tysiące ludzi, które zginęło na wyspie Nazino, były w oczach przywódców bez znaczenia na drodze budowania socjalistycznej ojczyzny, ale mimo wszystko utrzymywane w tajemnicy. I tylko gdzieś, ktoś po cichu opowiadał o przerażających rzeczach dziejących się w głębi kraju. Tak jak Nina, uczennica z Moskwy, odnotowująca w swoim dzienniku – Dziwne rzeczy dzieją się w Rosji. Głód, kanibalizm… Ci którzy przybywają z prowincji, opowiadają niestworzone historie…
Rosja oficjalnie dowiedziała się o Nazino na początku lat 90. wraz z otwarciem archiwów regionalnych Nowosybirska i Tomska. Świat dowiaduje się o tym teraz, z tej niepozornej książki, której tytuł brzmi jak zapowiedź powieści-horroru. W odróżnieniu od fikcji, ten koszmar wydarzył się naprawdę.

 

 

Historia Nazino stała się motywem utworu hiszpańskiej grupy death metalowej Avulsed, którego tekst musiałam przeczytać literalnie, ponieważ z wersji śpiewanej wychwytywałam tylko jedno słowo – Nazino. W obawie przed utratą głosu, nie próbowałam karaoke, które mi zaproponowano.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: