Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Karta nr 99/2019

17 listopada 2019

Karta nr 99/2019

Wydawnictwo Ośrodek Karta

Kwartalnik

   Budowanie frontu narodowego przeciw innym jest zawsze objawem zakompleksionej małości.

   Tym zdecydowanym zdaniem redaktor naczelny kwartalnika Zbigniew Gluza zakończył wstęp do numeru, w którym tematem przewodnim była Czysta Polska. Również celnym, bo trafiającym w odwieczny problem, który zamiatany pod dywan, stale z niego wypełza ze zdwojoną siłą. W międzywojniu ten front skierowany był przeciwko Żydom. Nazywano go „rozwiązaniem kwestii żydowskiej” i podnoszono we wszystkich środowiskach społecznych od lewicy do prawicy, czego dowodem były przytaczane fragmenty artykułów, felietonów, przemówień, listów i interpelacji pisanych przez polityków, publicystów, księży i dzieci żydowskie. Łatwo było z nich wywnioskować nie tylko napiętą atmosferę między Polakami a Żydami, ale również powszechność tego pojęcia, które po II wojnie światowej nabrało zdecydowanie negatywnego wymiaru, wyrażane językiem radykalnym, brutalnym i nienawistnym. Wręcz charakterystycznym dla wielu ówczesnych polityków i publicystów.

Antysemityzm był dobrze zagnieżdżony w publicystyce II RP. Sączył jad nienawiści, jak wiadomo z historii, bardzo skutecznie. To przed jego skutkami przestrzega autor wstępu do numeru, zmuszając do zastanowienia się, czy w obliczu obecnie narastającego frontu narodowego, chcemy powtórki z historii.  Prawdziwi „my” – biali, polskojęzyczni katolicy (…) rasowo uzasadniony Polak, wynoszony na sztandary i błogosławiony, w praktyce społecznej okazał się potworem, gotowym bić kobiety, wyrzucać dzieci z wózków, obcinać starcom brody. Czy o taką Polskę, takich „my” nam chodzi również dzisiaj?

   Czy może nigdy więcej takiej „wielkości”?

   Kolejny artykuł Nielegalszczyzna to przypomnienie pierwotnego, niepodległościowego sensu głównych postulatów głoszonych przez Polską Partię Socjalistyczną. Nielegalną organizację polityczną załozoną w 1892 roku i działającą pierwotnie na terenie Królestwa Polskiego. Jej działalność wywrotową, sabotażową, zbrojną, terrorystyczną w walce z caratem przypomniał Marian Malinowski. Radomski działacz partii, a potem minister, poseł i senator II RP.

   Gęsiówka.

Znany obóz koncentracyjny na terenie Warszawy. Ileż radości wnieśli wyzwalający go żołnierze AK w Odbiciu Gęsiówki. Ileż śmierci również. Dla Żydów. Jeden z nich, więzień żydowski tak opisuje ich „wyzwalanie” – …zaczęli mordować żydowskich bojowników na barykadzie. Jeszcze długo krzyki zbrodniarzy – „Śmierć Żydom!” – mieszały się z okrzykami radości z przepędzenia Niemców.

   Trucizna antysemityzmu nadal działała.

   Kolejny artykuł Alpini wśród leśnych przypomniał o losach jeńców włoskich w niemieckich obozach. Jednym z nich był oficer Ezio Micheli, który we wspomnieniach opowiedział, jak po ucieczce z obozu trafił do polskich partyzantów. Był jednym z nielicznych, którym udało się dzięki temu przeżyć. Większość szczątków jego rodaków leży na włoskim cmentarzu na warszawskich Bielanach.

   Powrót wuja Stasia w relacji Kazimierza Orłosia opisywał przyjazd na stałe do kraju publicysty, politycznego emigranta i premiera rządu na uchodźstwie Stanisława Mackiewicza. Zmarnowanie jego Londoniszczem wielkich nadziei, wiązanych z przyjazdem „komunożercy”, środowisk twórczych na swobodniejsze pisanie dla milczących dotąd ludzi, wyraził dobitnie Stefan Kisielewski, domagając się raczej Warszawiszczy.

Czytając o początkach Maratonu Pokoju na przełomie lat 70. i 80. XX wieku w Przebiegu pokoju miałam wrażenie, że w niektórych tematach współczesnego sportu nic się nie zmieniło. Dawniej trenowało się i startowało w tym, co się miało czyli na przykład w takim „obuwiu sportowym”:

Obecnie nadal zdarza się, że trenuje się tam, gdzie można, czym można i jak można. O czym donoszą media uchylające kulisów sukcesów sportowych polskich zawodników.

   Na zakończenie pozytywny artykuł Odnowa monopolisty. Historia przechodzenia przedsiębiorstwa z gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej. O radościach, ale i zmarnowanych szansach oraz uczeniu się na błędach wspominał prezes ZWAR w Warszawie Jacek Faltynowicz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi: , , , ,

Mela Muter – Karolina Prewęcka

16 listopada 2019

Mela Muter: gorączka życia – Karolina Prewęcka

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 326 stron

Literatura polska

   Jedna z największych polskich malarek XX wieku.

   To zdanie przeczytałam na tylnej okładce. Dla mnie zaskakujące. Nie jestem znawczynią sztuki, tylko odbiorcą, który chętnie ją pochłania w różnej formie i okolicznościach. Byłam zdziwiona, że do tej pory nie natknęłam się na jej nazwisko. Miałam jeszcze nadzieję, że umknęło mi ono, ale znam jej jakiś obraz. Zaczęłam przeglądać internetową galerię jej twórczości w Muzeum Uniwersyteckim Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

   Nic z tego!

   Mela Muter, a właściwie Maria Melania Mutermilch z domu Klingsland stała się dla mnie odkryciem. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, ponieważ malarka, jako młodziutka mężatka i matka niespełna rocznego syna, wyjechała z kraju w 1901 roku do Paryża. Powracała do niego, by przede wszystkim odwiedzić rodzinę. To we Francji zdobywała szlify, galerie i sławę, jako „przedstawicielka École de Paris”. Za jej czasów uznawana za Rosjankę, czemu zdecydowanie się przeciwstawiała. Obecnie we Francji wzmiankowana najczęściej jako „artystka francuska polskiego pochodzenia”, czego nie ma komu prostować. To okup za niezależność, którą ceniła sobie ponad wszystko. Malowała to, co chciała, jak i kiedy chciała. W swoim stylu, który nie zmieniał się. Nie ulegał modom.

   Po latach odkrywa się ją dla Polaków na nowo.

   Chociażby dzięki takiej niezwykłej biografii, bo podanej w ekscytujący sposób. Jej autorka oparła pomysł na myśli, że „w każdym swoim dziele Muter opowiada o sobie, o swoim stanie wewnętrznym”. W nich uwalniała i zawierała swoje emocje, a tym samym dramatyczne losy kobiety-artystki. Potrzebowała gorączki życia, by tworzyć, a ono jej nie skąpiło. To dlatego autorka biografię artystki ujęła modułowo w języku przypominającym reporterski – szybki, syntetyczny, precyzyjny, z przewaga krótkich zdań, bez ozdób w postaci środków stylistycznych. To nie jej słowa miały mnie poruszyć. To twórczość artystki miała do mnie przemówić. Głównym reprezentantem poszczególnych rozdziałów był obraz, rzadziej fotografia. Tematycznie skupiające wokół siebie pozostałą twórczość, wydarzenia z jej życia, zdarzenia w środowisku artystycznym i okoliczności historyczne, które były katalizatorem ostatecznego, artystycznego efektu.

   I tutaj kolejne zaskoczenie!

Jeden z początkowych rozdziałów poprzedzał portret młodego mężczyzny. Nie rozpoznałam w nim Leopolda Staffa. Jej wielką miłość. On i pośmiertna maska znanej samobójczyni w tle opowiadała całą historię ich wieloletniego romansu. A potem następne obrazy lub zdjęcia w roli zapowiadających kolejny etap życia artystki.

Pejzaż pokazujący kierunki i miejsca jej podróży.

Kobiety z dziećmi mówiące wiele o jej tragicznym macierzyństwie. Portrety znanych i nieznanych, bliskich i obcych, pokazujące osoby, które ją otaczały.

Martwa natura wypełniona emocjami, a nawet uczłowieczana jako ekspresja i impresja w jednym.

Mela Muter, Dachy w Ondarroa, (1913), Kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich, fot. Piotr Jamski.

Mnie najbardziej urzekły widoki miast. Budynków i uliczek oddających nie tylko ich urok, ale przede wszystkim bajkowość i tajemnicę ukrytą w zaułkach. Jej zauroczenie, którym mnie wypełniała.

   Efekt?

   Znam Melę Muter i jej życie nie z przekazu, ale z jej sztuki. Wystarczy mi spojrzeć na jej obrazy i grafiki, by zaczęły do mnie mówić. Opowiadać o kobiecie niezależnej, dla której sztuka była ponad wszystkim i wszystko, a życie było potrzebne do jej tworzenia. Pamięć o niej można było wymazywać i ignorować w biografiach ludzi, z którymi była bardzo blisko – Leopolda Staffa czy Rainera Marii Rilkego.

   Jej sztuki już nie.

   Sztuka daje temu opór. I przetrwa. Tego pragnęła najbardziej. – z przekonaniem podsumowała autorka życie artystki.

   Ma rację i ją udowodniła w dobrze przemyślanej formie biografii i pięknie wydanej książce!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żałuje bardzo, że jutro mnie tam nie będzie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , ,

Sieci widma – Leszek Herman

11 listopada 2019

Sieci widma – Leszek Herman

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 608 stron

Literatura polska

   Jak dobrze, że przeczytałam tę powieść po podróży promem!

   Co nie zmienia faktu, że nabrałam obaw przed kolejnym rejsem. Naprawdę będę miała z tym problem. A zaczynało się bardzo lajtowo. Wręcz zanosiło się na powieść obyczajową. Nieznajomość poprzednich powieści autora, okazała się w moim przypadku korzystną. Bez nastawienia na powieść kryminalną, miałam więcej zaskoczeń i niespodzianek, ponieważ tutaj przyjęła trochę odmienną wersję w porównaniu z poprzednimi książkami autora, o czym dowiedziałam się z rozmowy z Joanną Skoneczną nagraną w Radio Szczecin. Motyw zbrodni nie był w nim najważniejszy, a samo dochodzenie – nieprofesjonalne i tylko jako jeden z licznych wątków. To dlatego powieść ewoluowała początkowo z obyczajowej, z czasem w thriller, a potem w sensację i dopiero tutaj mogłam dodać – z wątkiem kryminalnym. Trzysta ostatnich stron pochłonęłam za jednym razem i nie wyszłam spod koca, dopóki nie dotarłam do ostatniej kropki. Co drugi rozdział opatrywałam komentarzem o uduszeniu narratora, który sadystycznie urywał akcję w najciekawszym i najbardziej emocjonującym momencie. Gdyby koc miał duszę, byłby już trupem.

   Na szczęście nadal mamy się dobrze!

   Autor zastosował znany schemat powieści, który bardzo lubi, a do czego przyznał się w posłowiu. Wykorzystał go, by opowiedzieć własną wersję losów grupy złożonej z przypadkowych ludzi, którzy spotykają się w jednym miejscu, a czas, nieprzewidziane wydarzenia i okoliczności łączą ich ze sobą w bardzo skomplikowany, brutalny i pokrętny sposób.

   Takim miejscem w tej powieści był prom płynący ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad. Spotkały się na nim osoby zupełnie przypadkowe – starsze małżeństwo Edwarda i Anny płynące w odwiedziny do córki, paczka szóstki młodych ludzi lubiących się zabawić, skłócone małżeństwo Mariusza i Urszuli z sześcioletnim synem Kacprem oraz samotna, atrakcyjna Alex. Każda postać inna. Z odmiennym podejściem do życia i na innym jego etapie. Z problemami przyniesionymi na prom niczym dodatkowy bagaż a zarazem balast. Z różnymi planami i innymi celami podróży. Mieszanka cech tak różniących się pasażerów oraz członków załogi jedną noc zamieniła ją w psychiczny koszmar. W piekło powiązanych ze sobą wydarzeń, które każdy próbował na swój sposób wyjaśnić, rozwiązać lub z nich wydostać się. Dynamikę nagłych zdarzeń dodatkowo potęgowała sytuacja na lądzie rozegrana kilka dni wcześniej przed dramatyczną nocą na morzu, mającą decydujący wpływ na losy promu i jego pasażerów. W Szczecinie, do którego narrator przenosił mnie naprzemiennie, główną bohaterką była Paulina. Redaktorka szczecińskiej gazety. Tragizm położenia wszystkich postaci podsycały historie zatopionych promów, faktycznie mających miejsce w przeszłości, beztrosko opowiadane sobie przez młodych ludzi. Na dodatek akcja rozgrywała się na dwóch poziomach. Indywidualnym, psychologicznym i ogólnym, społecznym.

   Stąd dwa przesłania tej powieści.

   Jedno odnoszące się do jednostki i jej psychiki ujęte w przytoczonym cytacie z Myśli Blase’a Pascala w roli motta – Serce ma swoje racje, których rozum nie zna. Tłumaczyło ono motywy i stany psychiczne bohaterów, wyznaczające ich wybory i postępowanie, a przez to kierunki rozwoju wydarzeń. Drugie odnoszące się do wartości uniwersalnych, społecznych w dwojakim znaczeniu – dosłownym i metaforycznym. To odniesienie dosłowne ujęte w tytule było przyczyną i katalizatorem wszystkich nieszczęść, jakie przydarzyły się każdemu bohaterowi na morzu i lądzie. Sieci widma nazywane niekiedy zjawami. W rzeczywistości zgubione lub porzucone sieci rybackie, włoki, przywłoki, drygi, pławnice i worki, dryfując pod powierzchnią wody są  całkowicie niewidoczne, nadal łowiąc śmieci, zwierzęta, ludzi i statki. Z czasem stają się trującą, ekologiczną bombą, którą zjadamy z  mięsem ryb. Grozę sieci widm autor przeniósł na toksyczne związki i relacje międzyludzkie tworzące „śmiertelną” dla psychiki człowieka pułapkę bez wyjścia.

   Psychiczną matnię.

   Jednak żeby nie było zbyt mrocznie i poważnie, autor wplótł kilka przyjemności lekko obniżających amplitudę grozy. Jedną z nich były doznania estetyczne w postaci opisów szczecińskich budynków, które widziane oczami architekta (to zawód autora) ukazywały mi się w odmiennym, bardziej ciekawym wizerunku. Gmach Wojewódzkiej Komendy Policji przybierał postać zamczyska z baśni braci Grimm, a korytarze promu filmowy labiryntu hotelowy prosto z „Lśnienia” Stephena Kinga. Drugą przyjemność czerpałam z humoru sytuacyjnego, w którym królowała emerytowana nauczycielka matematyki, Anna. Wścibska, pouczająca, namolna i irytująca, ale za każdym razem wywołująca uśmiech na mojej twarzy. Zaczęłam ją wprost uwielbiać. Ten zabieg był potrzebny o tyle, by nie bać się wejść na prom, ale na tyle utrzymujący powagę, by nie przejść obojętnie obok trzeciego przesłania, które od razu zauważy każdy czytelnik mieszkający na morzem.

   To wymiar ekologiczny tej powieści.

   Może przez autora niezamierzony, ale dla mnie, żyjącej nad Bałtykiem i czynnie uczestniczącej w oczyszczaniu jej plaż w ramach akcji WWF, o czym pisałam przy okazji książki Ryby wybrane, widoczny i bardzo ważny. Sieci widma to bardzo poważny problem nie tylko ludzi morza, ale nas wszystkich, bo rzadziej lub częściej jemy ryby i frutti di mare.

   Ostatecznie wszyscy wpadamy w sieci widma w każdym znaczeniu tego wyrażenia.

Sieci widma [Leszek Herman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj trochę więcej o widmowych sieciach i projekcie „Czysty Bałtyk”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: ,

Dwór na wulkanie – Janina Konarska

9 listopada 2019

Dwór na wulkanie: dziennik ziemianki z przełomu epok 1895-1920 – Janina Konarska

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 408 stron + 14 stron  zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska

Literatura polska

   Czy jeszcze i ten rok spędzimy na wulkanie?

   To pytanie autorka dziennika zapisała 1 stycznia 1919 roku. Podsumowała nim burzliwe okoliczności wieloletniego życia, jakie przypadło jej w majątku Kluczewsko w Kieleckiem.

Miejscu wymarzonym przez jeszcze nastoletnią panienkę z tak zwanego dobrego domu rodziny Fuldów. Mając dwanaście lat, zaczęła pisać „spowiednik”, jak go sama nazwała, w którym zamierzała zapisywać najbardziej emocjonujące dla niej chwile. To w nim chciała „się wynurzyć” ze wszystkimi uczuciami. Jednak wydawca ujął w tym wydaniu zapisy już piętnastolatki od 11.03.1985 roku do ostatniego wpisu 14.08.1920 roku.

   Jak widać, w ciekawych czasach żyła.

   Przytrafiło się jej to, czego najgorszemu wrogowi nie życzy się. Spojrzenie autorki w roli obserwatorki przełomu wieków, jako dziewczynki, poddanej w zaborze rosyjskim, a potem dojrzałej kobiety, obywatelki II RP, były o tyle ciekawe, że jej zapisy dojrzewały wraz z wiekiem. Początkowe, skoncentrowane na przyjęciach, balach, miłostkach, flirtach, zamążpójściu, krążyły tematycznie głównie wokół jej osobistych spraw.

   To też było bardzo ciekawe!

   Mogłam dowiedzieć się u źródła, jak wyglądało życie panny przygotowywanej do zamążpójścia, wymagania społeczne i rodziców wobec niej, jej troski, problemy, radości, ale i życie codzienne. Przekonałam się przy okazji, że autorka nie była typową panną z towarzystwa wyższej sfery społecznej Radomia, w którym dorastała. Dostrzegała bezsensowność i bezcelowość życia, którego treścią była liczba wizyt, które ma oddać lub przyjąć, nowe suknie, oryginalny kapelusz i tym podobne głupstwa. Przyznając, że była trochę rozpieszczoną jedynaczką i to jest też bardzo przyjemne, a w oczach znajomych – egzaltowaną, to jednak gnębiła ją myśl, że za mało miała poważnych zajęć, a stąd i poważnych myśli. W okresie dojrzewania pojawił się wręcz buntowniczy wpis – Jestem przecież coraz starsza, coraz więcej czuję się człowiekiem, który chce i ma prawo żyć, a nie wegetować. Co ciekawe, w odróżnieniu od swoich rówieśniczek, pragnęła wyjść za mąż na wieś, którą szczególnie ukochała.

   Jej marzenia spełniły się!

   Jednak upragnione, stabilne, rodzinne życie, po wyjściu za mąż za ziemianina Maksymiliana Konarskiego i zamieszkaniu w majątku Kluczewsko na Kielecczyźnie, było nieustannym wirem wydarzeń niesionych przez niespokojne czasy zmian dotychczasowych układów sił politycznych trzech zaborców. Kluczewsko stało się miejscem, przez które przebiegały trasy przemarszu wojsk rosyjskich i niemieckich często przesuwającego się frontu I wojny światowej. Stacjonujących, kwaterujących, okradających, rekwirujących żywność i niszczących dwór, zabudowania, hodowlę oraz uprawy. Autorka potrafiła jednak na tę stale zmieniającą się sytuację spojrzeć z ogromnym dystansem, trafnie wnioskując i racjonalnie ją podsumowując. Nie poddawała się emocjom lub ocenom kotłującym się wokół niej. Konstatowała doniesienia z nagminnym określeniem „prawdopodobnie” takimi zdaniami – Przypuszczam, że dopiero późniejsi historycy oświetlą należycie i zrozumieją obecne nasze dzieje. My – współcześni – nie możemy dość obiektywnie brać i brak nam odpowiedniej perspektywy. To właśnie w takich zapisach na gorąco, bez komentarzy, odzwierciedlała chaos tamtych dni i zagubienie ówczesnego człowieka. Również trudność zorientowania się w pożytecznych kierunkach zmian dla zwykłego człowieka i Polaka. Także dla tych, którzy te kierunki polityki wyznaczali. W jak piekielnych bólach rodziła się niepodległa Polska. Ile emocji temu towarzyszyło. Jak niemożliwie trudny był to czas.

   Dla wszystkich!

   A mimo to autorka pokazała codzienne życie w tej niepewności i destrukcji. Rodzenie kolejnych dzieci, ich wychowywanie, działalność społeczną i polityczną swoją i męża, opiekę nad pracującymi we dworze i chłopami żyjącymi we wsi, śluby, pogrzeby, choroby, wzajemne odwiedziny w pobliskich majątkach, sianie, zbiory i dożynki, a przede wszystkim troskę i ochronę rodziny oraz jej bytu na przekór destrukcyjnym i wymagającym poświecenia czasom. Z egzaltowanej dziewczyny na wydaniu wyrosła dojrzała kobieta, matka i żona skupiona zarówno na rodzinie, jak i, na mających wpływ na jej losy, zmianach społeczno-politycznych. Z romantyczki stała się twardo stąpającą po ziemi realistką broniącą przede wszystkim wartości rodzinnych.

Widać to było wyraźnie zwłaszcza w kontekście oceny mezaliansu popełnionego przez jej przyjaciółkę Wandę, której nie mogła wybaczyć porzucenia rodziny dla uczuciowych mrzonek.

   Tego bardzo osobistego zapisu zawierającego fakty historyczne nie można brać dosłownie. Dlatego wydawca opatrzył go korygującymi błędy przypisami oraz posłowiem prof. Andrzeja Chojnowskiego, który umieścił je we współcześnie znanym kontekście historycznym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Podcast – Ciekawa rozmowa o książce w radiu RDC.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: ,

Listy do A. – Anna Sakowicz

3 listopada 2019

Listy do A.: Mieszka z nami Alzheimer – Anna Sakowicz

Zilustrowała Ewa Beniak-Haremska

Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 144 strony

Seria Latawiec

Literatura polska

   W pokoju babci Anielki zamieszkał Pan A.!

   Wprowadził się bez uprzedzenia, zaproszenia i pozwolenia. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zabierał jej ukochanej babci pamięć i słowa. Na dodatek namawiał do dziwnych, złych zachowań, które wywoływały w domu zamieszanie, smutek i łzy u mamy i dziadka. Irytujące było to, że Pan A. sprytnie ukrywał się. Był niewidzialny, więc Anielka postanowiła pisać do niego listy tak długo, aż się od nich wyprowadzi i zostawi jej babcię taką, jaką była dawniej.

   Listy są wzruszające!

   Urealnione szatą graficzną naśladującą zeszytową kartkę w kratkę. Pokazują trudne wydarzenia, które dotknęły nie tylko dziewczynkę, ale całą jej rodzinę, oczami dziecka.

Anielka, uczennica początkowej klasy szkoły podstawowej, nie potrafi wymówić słowa „Alzheimer”, a tym bardziej zapamiętać to trudne pojęcie. Używa więc skrótu „Pan A.” uosabiającego chorobę.

Poprzez listy pozostawiane pod drzwiami pokoju babci i rozmowy tłumaczące jej istotę z mamą, nastoletnią siostrą i dziadkiem, powoli oswaja się z nią, chociaż nadal nie lubi.

Daje wyraz temu w listach, w których również wspomina piękne chwile przeżyte na wsi u dziadków. Przytacza powiedzenia babci, opisuje wspólne zabawy i razem wykonywane czynności. To pamięć dobra przeszłego, jakiego doznała od babci, skłania ją do przebywania z chorą, rozmawiania z nią, spacerowania czy układania puzzli.

   Autorka wybrała jedną z metod radzenia sobie z traumą, jaką zalecają psychologowie – pisanie listów. Podpowiada w ten sposób dziecku (ale i dorosłym), jak radzić sobie w sytuacjach trudnych. Jak przygotować dziecko na chorobę w rodzinie. To dzięki nim może poukładać sobie swój wzburzony świat emocjonalny, wypisując go z siebie. Przenieść złość na chorobę, a nie na bliskich lub siebie. Oswoić się z odchodzeniem ukochanej osoby. Pozwolić powoli pożegnać się z nią w swoim tempie przyswajania niechcianych, bolesnych informacji. I najważniejsze – zamienić poczucie bezradności na moc sprawczą i poczucie działania, jaką dają postanowienia. Anielka chciała zostać lekarzem, by móc wyleczyć babcię.

   To emocjonalna, mądrze przekazana, w ciekawej szacie graficznej, nie tylko książka dla dzieci, ale również dla dorosłych. Podpowiadająca, jak postępować i rozmawiać z dziećmi, gdy w domu pojawi się choroba Alzheimera.

   Nie tylko ona.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla dzieci

Tagi: , ,

Institor – Adam Lard

1 listopada 2019

Institor: Kto pierwszy podpali stos… – Adam Lard

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2017 , 592 strony

Literatura polska

   Wydawałoby się, że to powieść tylko historyczna.

   Oto jedna z ważniejszych osób Kościoła katolickiego z przełomu średniowiecza i renesansu. Niemiecki dominikanin, inkwizytor, który przyjął zlatynizowaną wersję swojego nazwiska – Institor. Człowiek, który sam decydował, kto jest, a kto nie jest heretykiem, który sam sądził i skazywał. Wielki i sławny Heinrich Kramer, przed którym papieże uchylali drzwi, gdy tego żądał, a inni z ulgą zamykali, gdy opuszczał domostwa, kościoły i pałace, nie znajdując win ani dowodów oskarżenia.

Przede wszystkim jednak współautor dzieła, które wydawane jest do dzisiaj, a w Internecie można przeczytać w oryginale jego zdygitalizowaną wersjęMalleus maleficarum czyli  Młot na czarownice. Również główny bohater części historycznej opowieści, który postanowił prowadzić dziennik ukazujący jego pełne oblicze.

Oprócz myśli i cytatów, zaczerpniętych prosto z autorskiej księgi i otwierających zapisy datowane cyframi rzymskimi, na temat tego, którego imienia nie chciał wymieniać, tak było mu wstrętne, sporo miejsca poświęcał kobiecie.  Istocie pośredniej, której przystoi jedynie szata żałobna. Błąd natury posiadający jedynie zdolności rozrodcze i przeznaczony głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn. W swoim jednoznacznym osądzie posiłkował się poglądami chrześcijańskich myślicieli i świętych – Augustyna, Tomasza z Akwinu czy Jana Chryzostoma.

   W dwóch słowach – diabeł wcielony!

   Dlatego postanowił poświecić żywot swój wypaleniu ogniem zła pośród ludzi. Dziennik jednak ukazywał również nieoficjalną sylwetkę człowieka uwikłanego w sytuacje, które wielkością grzechu i herezją znacznie przewyższały skazywane „czarownice”. Institor toczył dwie wojny – oficjalną w imieniu Kościoła katolickiego i prywatną przeciwko kobietom, z których jedna podstępnie śmiała mu się podobać i „pozwolić” zgwałcić.

   Można też odebrać tę powieść jako kryminalno-sensacyjną.

   Ten charakter nadawała druga warstwa opowiadana naprzemiennie z historyczną, której akcja toczyła się we współczesnym Lyonie. Jej główny bohater Jan, przyjechał z Czech, by napisać książkę o Institorze. W trakcie poszukiwań źródeł wiedzy i dziennika inkwizytora  został uwikłany w ciąg wydarzeń, których sens zaczął mu umykać, a jego poszukiwanie z czasem doprowadziło go do absurdu. Mogłam jedynie domyślać się, że ostatecznie do obłędu.

   Obłędu wojny, której obaj byli symbolami.

   Zarówno Institor jako prowadzący ją z „wrogami” Kościoła katolickiego (nawet nie wiary jako takiej), jak i Jan jako jej ofiary. Autor w warstwę fabuły współczesnej wpisał dramat wzorowany na greckim, w całości dołączony do powieści, pokazujący wojnę jako absurd gry zaciemniający rzeczywistego naszego wroga.

   Nas samych.

   Nasze idee, religie i ideologie tworzone z nicości wyobraźni, a nie nauki, to tylko zniewalające narzędzia do osiągania własnych, osobistych, instytucjonalnych, społecznych czy politycznych celów.

Stosy dosłowne, których ryciny ilustrowały tekst w książce, i te metaforyczne to tylko opresyjne metody utwierdzania posiadanej władzy i rozszerzania jej na nowe obszary działalności człowieka. Natomiast walka prowadzona za ich pomocą to cicha, pełzająca, transparentna wojna prowadzona przez wieki, która pochłonęła i nadal pochłania miliardy istnień ludzkich. Niewinnych! Przewyższająca swoim żniwem wszystkie wojny militarne razem wzięte z zarazami i ludobójstwem włącznie. I nie mam tutaj na myśli tylko unicestwienia fizycznego, ale dużo bardziej dotkliwe, bo umysłowe. Jej efektem jest bezwolne, bezrefleksyjne, bezrozumne myślenie magiczne.

   Komuniści mieli inną nazwę – opium dla ludu.

   Czy my, ludzie współcześni, wierzący, nadal jesteśmy na haju zabobonów, jak za czasów średniowiecza? Nadal pozawalamy sobą kierować i siebie zastraszać przez współczesnych inkwizytorów? Nadal polujemy na „czarownice”? Czy Biblia to młot na nie? I najważniejsze pytanie zadane w podtytule – kto pierwszy podpali stos? Na te pytania każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Uprzedzam jednak, że nie będzie łatwo, ponieważ argumenty, które przytacza autor ustami swoich bohaterów są bardzo mocne.

   Posiadają siłę burzenia podstaw wiary w Boga.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Institor [Adam Lard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Malleus Maleficarum z 1496 roku, inkunabuł współczesny Institorowi.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: , , ,

Byłem gorylem Gomułki i Gierka – Stanisław Sątowicz

24 października 2019

Byłem gorylem Gomułki i Gierka – Stanisław Sątowicz

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 206 stron

Literatura polska

   Wiedzieć, co działo się w bliskim otoczeniu pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w tamtych czasach, to było coś!

   Musiałam na to czekać kilka dekad, ale ciekawość nie zmalała. Nabrała jedynie innego wymiaru. Bardziej historycznego niż plotkarskiego. Tak się złożyło, że autor dużo ode mnie starszy, był również, potocznie rzecz ujmując, ochroniarzem Władysława Gomułki. Obserwował PRL z bliska, z najbliższego bliska, takiego, że już bliżej się nie da. Formalnie był oficerem Biura Ochrony Rządu w latach 1961-1976. Byłby pewnie dłużej, gdyby nie choroba dyskwalifikującą go w tym zawodzie. W tym okresie miał styczność z wieloma znaczącymi ówcześnie osobami. Również z zagranicy. W kilku rozdziałach podzielił się swoimi wspomnieniami, rysując sylwetki najważniejszych decydentów w PRL, ich sposób zarządzania, styl bycia, codzienne nawyki, dialogi, zabawne zdarzenia, ale też i te poważniejsze jak zamachy. Przybliżył charakter swojej pracy, która nie była wolna od nadużyć ze strony przełożonych, którym na przykład wyprowadzał psy na spacer.

   Miałam wrażenie, że wspomnienia ilustrowane licznymi zdjęciami i pisane prostym językiem człowieka nienawykłego przelewać myśli na papier, były zaledwie cząstką posiadanej wiedzy, z którą zechciał podzielić się. Wystarczyło to jednak, abym mogła nieoficjalnie „zobaczyć” osoby znane mi tylko z cenzurowanych doniesień informacyjnych lub niepotwierdzonych z drugiej ręki, bo przecież mediów społecznościowych w latach mojej młodości nie było. Bardzo różniące się między sobą.

   I tu uwaga!

   Zdaniem autora – Różni byli. Każdego z nich jednak, niestety intelektualnie też, stawiam wyżej niż współcześnie rządzących Polską. Bardzo szczere i odważne zdanie. Jeśli jednak wczytać się w notę od autora, można poznać uzasadnienie tej opinii – żal.

   Ogromne poczucie krzywdy!

   Wyrządzonej mu osobiście przez współcześnie rządzących poprzez ustawę obniżającą emerytury funkcjonariuszom organów bezpieczeństwa. Za fasadą ciekawostek historycznych krył się, według mnie, inny cel tej publikacji. Autor określił go tak – Nie chcę być uważany za malkontenta i mizantropa. Jednak niedawne wydarzenia, polityczne decyzje, spowodowały, że poczułem się zwolniony z obowiązku. Tego, co mi nakazywał milczenie na temat pracy. Moje państwo potraktowało mnie i tysiące innych, jakbyśmy byli oprawcami, wobec których należy zmienić główną zasadę państwa prawa. Dlatego opublikował swoje wspomnienia, by pokazać niesprawiedliwość, która go spotkała, ale ze świadomością, że nie każdemu lektura tej książki przypadnie do gustu.

   Ja miałam mieszane uczucia.

   Z jednej strony rozumiem, że autor chciał po prostu żyć, awansować z bardzo niskiego pułapu drabiny społecznej do poziomu godnego, w którym będzie mieszkał w nowym, wygodnym, dużym mieszkaniu i nie martwił się o talony na buty czy pralkę, jak zdecydowana większość w socjalistycznej Polsce. Z drugiej strony są ci, którzy tego egoizmu życia lepiej tu i teraz wyzbyli się, walcząc z komuną i ponosząc najwyższą cenę – życie. Ci pierwsi, podobni autorowi, otrzymali nie tylko emerytury, ale i życie wśród najbliższych. Ci drudzy do dzisiaj nie mają nawet grobu. Jedynym usprawiedliwieniem wyboru hedonistycznego życia (nawet jeśli nie było się katem) może być to, że autor nie pochodził z domu, w którym przekazywano z pokolenia na pokolenie wychowanie w tradycji niepodległościowej i nie spotkał na swojej drodze nikogo, kto mógłby mu to uświadomić. To człowiek, któremu żyło się dobrze w PRL-u, do czego otwarcie przyznaje się i zawsze będzie wspominał go z sentymentem i nostalgią, jako kraj uczciwy w swojej nieuczciwości.

   Cóż za eufemizm!

   Pomijając wymiar moralny tych wspomnień, do których oceny nie mam prawa, traktuję tę publikację przede wszystkim, jako cenne źródło informacji bezpośredniego świadka tamtych czasów, bo, i tu przyznaję rację autorowi, też są warte opisu, czasem pierwszego, z pewnością oryginalnego, takiego „prosto od krowy”.

   Gdybym mieszkała trochę bliżej, poszłabym na spotkanie z autorem, żeby zadać mu jedno kluczowe pytanie, nawiązujące do jego rozgoryczonej myśli – Nadstawiałem kiedyś, i to trwało kilkanaście lat, własny tyłek, żeby strzec kluczowych dygnitarzy  Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

   Pytanie – Czy nie słuszniej i rozsądniej było nadstawiać własny tyłek dla sprawy obalenia komunizmu w PRL?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Akan – Paweł Goźliński

20 października 2019

Akan: powieść o Bronisławie Piłsudskim – Paweł Goźliński

Wydawnictwo Agora , 2019 , 664 strony

Literatura polska

   Jak potraktowała Piłsudskiego Polska? Po łajdacku. Gorzej nie mogła.

   Te gorzkie słowa podsumowujące stan wiedzy Polaków na temat Bronisława Piłsudskiego, starszego brata wielbionego dla odmiany przez rodaków, Józefa, wypowiedział niebezpodstawnie znawca jego etnograficznej działalności prof. Alferd F. Majewicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w filmie dokumentalnym Orzeł i Chryzantema. Japonia potraktowała go po cesarsku, stawiając pomnik i umieszczając go w podręczniku szkolnym. Rosja powołała instytut jego imienia, wydając permanentnie literaturę podmiotu i przedmiotu oraz bezkarnie przywłaszczając go sobie jako Rosjanina. W Polsce, poza wąskim gronem badaczy i kilkoma znaczkami oraz monetami, nie doczekał się adekwatnego uznania do zasług, jakie pozostawił ludzkości.

   Właściwie w ogóle jest nieznany.

   Wpisywałam się w tę niewiedzę. Bliższy był mi kolejny, młodszy brat Piłsudski – Jan, którego sylwetka przewijała się w Dziennikach Michała Römera. Dlatego ta powieść była dla mnie niczym objawienie.

   I to jakie!

   Życiorys Bronisława Piłsudskiego to gotowy materiał na film i książkę. Przy jego tragizmie, nietaktem byłoby powiedzieć – przygodowo-sensacyjno-romantyczny. Trudno mi użyć jednak innych określeń, które oddawałyby precyzyjniej jego wymiar. Dostrzegł to również autor. Wykorzystał informacje z różnych źródeł – dzienników, publikacji i artykułów napisanych przez Bronisława, korespondencję, wspomnienia świadków jemu współczesnych, opracowania naukowe i stworzył nie powieść o jednym z najbardziej zapomnianych Polaków, jak sugeruje podtytuł, bo to byłoby mocno okaleczające i nieadekwatne określenie, ale powieść, którą delektowałam się przez kilka wieczorów.

Jej narratorem zewnętrznym, który czasami oddawał głos Bronisławowi w pierwszej osobie, był bezimienny mężczyzna, rozpoczynający i zamykający snutą historię, tworząc klamrę spinającą ten okrutny i przepiękny świat przeszły. Nazwisko pierwowzoru tej postaci autor podaje w posłowiu, ale nie podam go tutaj tak, jak nie rozszyfruję tytułowego słowa akan pochodzącego z języka Ajnów. Nie chcę odbierać przyjemności samodzielnego odkrywania znaczeń ukrytych w tej opowieści innym czytelnikom. Zwłaszcza że jej tajemniczość nadaje smaku odczytywania, a sam narrator zostaje mimowolnie uwikłany w życie Bronisława. Daleka od linearności opowieść przyjęła formę rozdziałów-modułów opatrzonych tytułem-imieniem osób powiązanych i znaczących dla obu bohaterów fabuły. Pod nimi widniały cezury czasowe datujące opisywane wydarzenia, niezachowujące jednak chronologii. Pozornie wyrwane z linii życia obu, ostatecznie tworzyły jeden, spójny i pełny obraz losów człowieka, który przez przypadek zamieszany w zamach na cara trafił do obozu na wyspie Sachalin, której mapkę znalazłam na okładkowej wyklejce.

Wyrok śmierci, zamieniony na piętnaście lat zesłania, tak naprawdę zamienił się w osiemnaście lat wygnania, ale i kilkanaście lat pionierskich, rzetelnych, bogatych w materiały i jedynych badań etnograficznych nad ludem Ajnów i ich „uśmiechniętych” kobiet. Nikt i nigdy nie zrobi tego ponownie, jak podkreślił prof. A.F. Majewicz, bo tych ludzi już nie ma.

   W tej opowieści zaskoczyło mnie to, że autor z rozproszonego po świecie morza suchych faktów i informacji dokonał zmartwychwstania pięknej choć surowej rzeczywistości dawno umarłej, przepojonej przede wszystkim emocjami i wrażeniami zmysłowymi wzmacnianymi przez ludowe przekazy i metafory. Trudno było mi uwierzyć, że ta książka to efekt fascynacji (bo kto przekopuje się przez góry materiału w większości w języku rosyjskim oraz angielskim i udaje się za nimi w świat!?), a nie przekazu osobistego, bezpośrednio wchodzącego w świat intymny duszy i myśli. Do powstania takiej opowieści potrzebna jest nie tylko wiedza, zaciekawienie i dobry warsztat pisarski, ale przede wszystkim wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, by z jego pułapu móc empatycznie emocje nie tylko zrekonstruować, ale i przekazać dalej.

   Czułam je tutaj wszystkie!

   Ból, rozpacz, żal, nadzieję, miłość, nienawiść, bezradność, zachwyt, tęsknotę – całe spektrum. Ale także ich skutki działania, gdzie śmierć rodziła życie, a życie przywoływało śmierć. Łzy bólu i cierpienia rozstania mieszały się ze szczęściem połączenia. Krew mogła zwiastować radość wyzwolenia, ale i początek nieszczęścia. Złudzenie zastępowano faktem, a to ostatnie okazywało się ułudą.

   To świat totalnie odmiennego spojrzenia na życie.

   Czułam go, widziałam, słyszałam i przeżywałam. Każdy ruch i gest niósł ze sobą informację wplecioną w obraz tego, co działo się dookoła. Otoczenie, przedmioty, ubiór, jedzenie, pejzaże i sama natura żywo przypominały te, które odbierałam bezpośrednio od katorżników ze wspomnieniowej literatury łagrowej. Język i dialogi z wtrącanymi słowami z języków Ajnów i Rosjan tylko potęgowały to poczucie bycia tam i wtedy. Autor uchwycił i gorączkę rozpolitykowanych spiskowców, dom rodzinny Piłsudskich w Zułowie, dzieciństwo i młodość braci Ziuka i Bronisia, dramat zabójczych warunków zesłańców na Sachalinie, których brutalność podsumował jeden z bohaterów – Ta wyspa cała jest bluźnierstwem. Jeśli stworzył ją jakiś Bóg, to strach się do niego modlić. Również tajemnicę obyczajów i mitologii Ajnów oraz wewnętrzny świat głównych bohaterów rzuconych w wir wydarzeń historycznych, które wymuszały na nich bolesne wybory, decyzje i zachowania, gdzie altruizm często brał górę nad potrzebami i pragnieniami osobistymi. Świat brutalnego, bezwzględnego, głodnego, chorobliwego życia, za którym snuł się smród fizjologii ludzkiego ciała, odór gnijącego mięsa i wymiocin, ale i zapach wiatru znad morza, zauroczenia innością i najpiękniejszy – wolności! Rzeczywistość, w której seks, poród, umieranie były takimi samymi czynnościami, jak oddychanie i jedzenie. A w to wszystko dodatkowo wpleciony wątek osobisty narratora i Bolesława, który śledziłam od początku niczym zagadkę, cierpliwie czekając na jego wyjaśnienie.

   Tragiczne, niestety.

   Jestem przepełniona tą opowieścią. Tkwi we mnie niczym drzazga niepozwalająca o sobie zapomnieć do tego stopnia, że musiałam wiedzieć więcej, niż odkryła przede mną powieść i tych parę zdań wyjaśnienia autora w posłowiu. W efekcie poznałam losy potomków Bronisława żyjących w Japonii. Zastanawiam się kiedy i który z reżyserów poczuje to samo, co autor i stworzy ekranizację powieści. Myślę, że nawet w kilku odcinkach.

   Czekam z niecierpliwością.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

AKAN. Powieść o Bronisławie Piłsudskim [Paweł Goźliński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj zobaczyłam miejsca, ludzi i Bronisława oczami jego wnuka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,