Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Raszida – Marc Buhl

21 marca 2019

Raszida: czyli bieg do źródeł Nilu – Marc Buhl
Przełożyła Alicja Rosenau
Wydawnictwo Jeden Świat , 2006 , 214 stron
Literatura niemiecka

Zmęczyłam się psychicznie czytając tę powieść. Trzeba mieć niezłą kondycję, by wytrzymać tempo biegu narzucone przez Ernsta Mensena. Chłopca, a potem mężczyzny biegnącego odkąd pamięta, nieumiejącego utrzymać nieruchomo głowy i nóg niosących go przed siebie. To coś pchające go do przodu było silniejsze od niego. Właściwie nawet nie wiadomo dokąd. W biegu często tracił obrany kierunek, o którym marzył od dzieciństwa: źródło Nilu, przy którym czeka raj, jak mawiał jego zbyt wcześnie zmarły ojciec. W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, za czasów bohatera jeszcze legendarne, bo nieodkryte, nieoznaczone na mapach świata. Absorbowany biegiem dla pieniędzy niedających szczęścia, biegiem dla idei przynoszącej cierpienie, biegiem za miłością okazującą się zbyt wolną albo próbującą zakotwiczyć go w jednym miejscu, tracił młodość i siły. Biegł jednak dalej, by dotrzeć do celu w chęci dotarcia, dobicia do brzegu, ostatecznego zatrzymania się. Biegł by uciec od rzeczywistości i odnaleźć się w miejscu ukojenia, bo im więcej Mensen biegał, tym mnie bolał go świat.
Cieszę się, że nie biegnę , podziwiając i zachwycając się tym, co rozmazuje się życiowym sprinterom w ciągłym ruchu. Mając w sobie spokój i świadomość, że każdy bieg życia kończy się na krawędzi, za którą nie ma nic lub jest wielka niewiadoma, lub drugie życie. W zależności od światopoglądu zawodnika. Po co się więc spieszyć, skoro meta bliżej lub dalej czeka nieruchomo na wszystkich?
A może się mylę? Może bezruch, stagnacja to śmierć jak twierdził Mensen? Ale czy przed śmiercią można w ogóle uciec? Czy niepokój i przymus ruchu jaki posiadają w sobie niektórzy ludzie, to fiksacja w pogoni za szczęściem tak pojemnym, a zarazem indywidualnym w swoim rozumieniu?
Powieść-przypowieść, która w biegu stawia wiele pytań, nie troszcząc się o odpowiedzi. Musiałam sama je znaleźć. Nad niektórymi zastanawiam się nadal. Są takie, na które odpowiedzi być może nigdy nie znajdę. Ale wiem na pewno jedno: życie z człowiekiem-biegaczem wymaga od partnera ogromnej kondycji psychicznej i wyboru jednej z trzech dróg: dotrzymania tempa w biegu, pozostania w tyle lub stania się jego przystanią, w której zacumuje.
Każda z nich to ogromny wysiłek, praca, cierpienie i łzy we współistnieniu. Dlatego warto wiedzieć w jakim tempie się biegnie, po co, a przede wszystkim z kim, bo Jeśli nie pasujesz do towarzystwa, nie zmieniaj siebie. To jest zła droga. Zmień towarzystwo.

 

 

 

Ernst Mensen to norweski sportowiec specjalizujący się w maratonach, którego życie posłużyło autorowi do napisania książki na poły biograficznej, na poły filozoficznej.
Zdjęcie pochodzi z wolnych zasobów Wikipedii, a książkę wylosowałam w loterii zorganizowanej przez maiooffkę, której bardzo za nią dziękuję.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Przetrąceni – Helene Hegemann

Przetrąceni – Helene Hegemann
Przełożył Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo Świat Książki , 2011 , 223 strony
Literatura niemiecka

Szczęśliwy przypadek sprawił, a może umyślny los, że wiosenne wydanie katalogu książkowego przeglądałam z zaprzyjaźnioną nastolatką. W dziale literatury dla młodzieży postukała palcem w okładkę tej książki mówiąc, że siostra już ją dla niej zamówiła. Spojrzałam na krzykliwe hasła umieszczone nad nią:

 

 

Że siedemnastoletnia autorka już mnie nie dziwi, a nawet cieszy, ale porównanie do kultowej książki o nastoletnich narkomanach z Berlina, zaciekawiło mnie. Pamiętam jak kiedyś wyczekiwałam na kolejny numer tygodnika, w którym wspomnienia Christiane F. były drukowane w odcinkach. Wiek autorki i to porównanie sprawiło, że byłam przekonana o autobiograficznej formie tego przekazu.
Wszystko się zgadzało poza ostatnią frazą.
Opisane wydarzenia nie były oparte na autopsji autorki. Zanim przekonałam się, że cała fabuła to fikcja, musiałam przeczytać całą powieść, a właściwie ni to monolog, ni to rozmowę z matką przeplatane dziennikiem rejestrującym dni z życia szesnastoletniej berlinianki Mifti i jej zwierzeniami do wyimaginowanej przyjaciółki. Z tej różnorodnej formy opisu jej zachowań, postaw, myśli, rozterek – Czy życie na trzeźwo ma w ogóle jakiś sens?, potrzeb, nałogu, analizy przeszłości, chęci do życia tylko tu i teraz, wyłaniał się obraz zagubionej nastolatki. Widziałam w jej nonszalancji straumatyzowaną, hiperinteligentną osobę, która zboczyła z właściwej drogi i wydaje z siebie osławiony niemy krzyk o miłość/wzywa pomocy z krawędzi otchłani, a której matka narkomanka, schizofreniczka, neurotyczka, sadystka nie dała szansy dorosnąć, dojrzeć do samodzielnego życia. Skazała ją na wieczność trwania na etapie kijanki, z której nigdy nie miała przeobrazić się w postać dorosłą. W powieści tę rolę symbolu zatrzymanego procesu dojrzewania pełniła ambystoma w larwalnej formie aksolotla, której uśmiechnięty pyszczek nie bez powodu umieszczono na tytułowej okładce.
I wszystko w tej powieści było właśnie takie inteligentne, spostrzegawcze, mądre… genialne!
Zbyt genialne.
Coś mi nie pasowało. Nie dawało spokoju. Bo niby dlaczego tak gęsto pozaznaczałam papierowymi znacznikami zdania, które celnie trafiały w sedno, idealnie oddawały moje myśli, dokładnie ujmowały wnioski, na które pracowałam w pocie czoła dwa razy szesnaście lat? I która nastolatka powołuje się na Fiodora Dostojewskiego, będąc zauroczona jego twórczością, omijając szkołę z daleka? Jaką unikalną osobowością trzeba być, by posługiwać się takimi zdaniami w wieku nastu lat:

 

 

Wątpiłam i czytałam dalej będąc pod urokiem Mifti, zaczynając jednak powoli wierzyć i godzić się z tym, że mam przed sobą nastolatkę-geniusza, wyjątkowy talent. Aż do momentu, kiedy za ostatnią kartką powieści, ukazał mi się tytuł kolejnego rozdziału: Wykaz źródeł.
What?! – wymknęła mi się cicho zwyczajowa reakcja na całkowite zaskoczenie.
W beletrystyce? Źródła?
I wszystko się wyjaśniło! Wątpliwości ulotniły się niczym powietrze z balonika, a podejrzenia uprawomocniły. Miałam do czynienia z powieścią pozszywaną z tekstów zaczerpniętych z innych książek, prywatnej korespondencji, dialogów, piosenek, komentarzy w postaci cytatu dosłownego, zmodyfikowanego bądź pomysłu.
W pierwszym momencie, kierowana emocjami, poczułam się oszukana i rozczarowana, ale zaraz potem odezwał się głos rozsądku stawiający pytanie – a właściwie dlaczego nie? Czy pisarz piszący „z głowy” tak naprawdę opiera się tylko na swojej wyobraźni i wyłącznie własnych doświadczeniach? Musiałby żyć jako eremita w całkowitym odosobnieniu społecznym. „Tradycyjny” pisarz tworząc również czerpie z przeżyć innych, inspirowany rozmowami, dialogami, dyskusjami, wydarzeniami czy emocjami osób z otoczenia. Tyle, że one nie są zapisane i zawsze można je bezkarnie przeinaczyć, zmienić, przywłaszczyć, a potem spokojnie zapomnieć o źródłach inspiracji.
Autorka tej książki stworzyła patchwork ze słowa utrwalonego przez innych i znalezionego w Internecie. I jest w tym bardzo dobra. Żeby stworzyć estetycznie spójną powieść, pełną emocji, wrażenia autentyzmu, z przesłaniem (pokolenie nastolatków pełne jest przetrąconych dzieciaków o uśmiechniętych buziach aksolotlów) w oparciu o zasadę intertekstualności, trzeba do tego posiadać zdolności bardzo dobrego pisarza.
I gdybym ja miała porównać tę powieść do innej z tej tematyki, to widziałabym w niej młodszą siostrę Ślepych torów Irvine’a Welsha.
Jest równie obrzydliwa (to komplement), ekshibicjonistyczna co błyskotliwa.
Winna jestem również słowa najwyższego uznania dla tłumacza. To z czym się zetknął w swojej pracy nad przekładem tekstu z języka niemieckiego i ogrom trudności na jakie napotykał (żargon nastolatków, slang narkomanów, neologizmy, styl wypowiedzi, hiperwulgaryzmy) ilustruje ten krótki fragment:

 

 

A to tylko mały wycinek tekstu składającego się z wielu jemu podobnych fragmentów.
Kłaniam się czapką do ziemi.

 

Przetrąceni [Helene Hegemann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Pożeracz snów – Bettina Belitz

Pożeracz snów – Bettina Belitz
Przełożyła Alicja Rosenau
Wydawnictwo Znak Emotikon , 2011 , 510 stron
Trylogia ; Tom 1
Literatura niemiecka

Lubił siedzieć na szczycie ruin górujących nad okolicą, gdzieś w sercu gęsto porośniętego lasami Westerwaldu. Znał każdą duszę jej mieszkańców. Każdy ich sen. Pojawienie się nowej wywołało w nim głód i walkę z nim. Pragnął jej i jednocześnie nie chciał, z góry przewidując skutki przegranej walki samego z sobą. Robił wszystko, by ta młoda dusza trzymała się od niego z daleka. Zapewnił mnie o tym w prologu:

 

 

Ale Elisabeth, a raczej Ellie, jak nazywali ją najbliżsi, miała duszę siedemnastoletnią z jej wszystkimi zaletami, ale przede wszystkim przywarami. Upartą, kapryśną, rogatą, niepokorną, ciekawską, ale przede wszystkim samotną wśród otaczających ją ludzi i odgrywającą rolę, której nienawidziła. Do tego dochodziła frustracja z powodu przeprowadzki z Kolonii do Koziej Wólki, jak nazywała Kaulenfeld, swoje nowe miejsce zamieszkania na wsi. Tęskniła za przyjaciółmi pozostawionymi w mieście, miała oceaniczne poczucie krzywdy i żal o tę przymusową migrację, jako wielką niesprawiedliwość uczynioną jej przez rodziców. Postanowiła, że w nowej szkole chce przetrwać ostatni rok liceum, zdać maturę i opuścić to upiorne miejsce z drzewem dla wisielców, gęstymi lasami pełnymi pająków i bagien z tajemniczymi zjawami, by po maturze ostatecznie powiedzieć – Żegnaj Kozia Wólko! Dlatego, w ogólnym obrażeniu na rodzinę i złośliwy los, postanowiła sobie zdecydowanie – zero nowych przyjaciół czy znajomych, zero kontaktów towarzyskich, zero lubienia kogokolwiek i…. zero radości życia! Do tego jeszcze dobijały ją te sny, niepokojące, duszne, przedziwne, z istotami podobnymi do ludzi, jakby z innego wymiaru czasu i z innej epoki, przez które w dzień była jeszcze bardziej senna i zmęczona. I te głosy w głowie, pojawiające się nagle, proszące, rozkazujące, czegoś chcące od niej. Jednym zdaniem, uosabiała jedno, wielkie, zdezorientowane nieszczęście obrażone na cały świat.
O Matko Noc, jak mnie ta dziewczyna irytowała!!!
I o to autorce chodziło. Wprawiła mnie w dokładnie taki sam stan, w jakim była Ellie, a kiedy to osiągnęła, pozwoliła nam na zauważenie Jego. Tajemniczego Colina. Dwudziestoletniego leśniczego o wyglądzie jak baśniowe połączenie pirata, punka i stajennego. Do tego mieszkał w leśniczówce, posiadał kota, który zachowywał się , jakby rozumiał ludzką mowę, myślami panował nad koniem rodem z piekła i… żywił alergiczną niechęć do Ellie. A więc wszystko to, co niezbędne, żeby zainteresować się tajemniczym, z niewytłumaczalną dla niej samej siłą przyciągania, stroniącym od ludzi nieznajomym outsiderem. Ona ze swoimi postanowieniami przegrała. Pozostał więc tylko on, ukryty za murem z zasad i postanowień.
Zwłaszcza, że był jedyną osobą na tym odludziu, który zauważył jej osamotnienie, a w głębi dostrzegał jej prawdziwe, naturalne ja. W tej nowej rzeczywistości rozumiał ją tylko on. On jeden. Na drodze do pełni szczęścia stały jednak dwie przeszkody. Po pierwsze Colin jej nie chciał, a po drugie sprzeciwiał się tej znajomości ojciec. Na dodatek konfrontacja obu mężczyzn wywołała burzę emocjonalną zaangażowanych w konflikt, ujawniając skrywany przed Ellie sekret rodzinny, powiązany z tajemnicą Colina. Od tego momentu to ja zaczęłam walczyć z czasem o jeszcze jedną stronę, kolejną kartkę, z morzącą mnie sennością po północy, z ludźmi odrywającymi mnie od nabierającej tempa akcji, z obowiązkami odciągającymi mnie od coraz bardziej mrocznych snów, tajemnic, niewytłumaczalnych zdarzeń, zakazanej miłości, która nie miała prawa się wydarzyć, a o którą Ellie walczyła ze ślepym uporem do końca.
I tutaj po ludzku wściekłam się na autorkę za takie, a nie inne zakończenie tej historii. Ukojenie przyniosła mi dopiero informacja wyszukana na stronie autorki, że dalszy ciąg nastąpi, ponieważ to jest pierwszy tom trylogii. Hurraaa!
Odetchnęłam z głęboką ulgą!
Wbrew pozorom, ten paranormalny romans dla młodzieży niesie kilka ważnych przesłań. Najpierw autorka wykorzystała sprawdzony schemat miłości przeklętej, w której on nie może kochać, a ona bardzo tego pragnie, nie rozumiejąc jego oporu. Potem wypełniła go postaciami z wierzeń ludowych, na tyle prawdziwymi, że prawdopodobnymi. Zwłaszcza wieczorową porą. Następnie całość zanurzyła w onirycznym świecie i jego symbolice, czasami na pograniczu jawy i snu, by nic nie wydawało się oczywiste, pachniało TAJEMNICĄ i torowało drogę do podświadomości, którą tak celnie oddaje grafika na okładce książki. A wszystko po to, by sprytnie ukryć w nim prawdy rządzące rozwojem nastolatków, by mogli się z nimi utożsamić, a przez to zrozumieć najpierw siebie, zaakceptować własną inność i odkryć swoje pierwotne, wrażliwe ja, by potem móc się odnaleźć w każdej rzeczywistości, będąc wyposażonym w stały, sztywny, WŁASNY system wartości. Zawarła w tej powieści również przesłanie dla rodziców – buduj relacje z dziećmi na prawdzie, w przeciwnym wypadku dziecko poszuka jej u innych ludzi. Niekoniecznie dobrych z natury.
Świat jest pełen „pożeraczy snów”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Ty – Zoran Drvenkar

Ty: thriller – Zoran Drvenkar
Przełożył Bartłomiej Szymkowski
Wydawnictwo Telbit , 2011 , 576 stron
Literatura niemiecka

Nie ma we mnie większej buntowniczki, kiedy słyszę skrajną opinię z negatywnego bieguna w stosunku do moich jakże pozytywnych poglądów. A taką właśnie przywitał się ze mną narrator tej powieści mówiąc – Pragnienie harmonii nie przeszkadza nam w ciemnym zakątku duszy tęsknić za chaosem! To tak, jakby chciał mi wmówić, że tak naprawdę, głęboko we mnie tkwi morderca! Moja reakcja była natychmiastowa i jednoznaczna – Nie! Destrukcja nie leży w mojej naturze!
Jesteś pewna? – wyszeptał mi do ucha – To wracamy do przeszłości i zamieniamy ją w teraźniejszość, do początku tej historii w pewną listopadowa noc w 1995 roku. Po czym kazał mi być jednym z wielu stojących w korku, gdzieś na niemieckiej autostradzie i jednocześnie tym, który w poszukiwaniu otchłani we własnej duszy, wędrując od samochodu do samochodu, zabija 26 osób. Towarzysząca mi ciemność temu sprzyjała. A to był dopiero początek tej wędrówki. Drogi, na której stałam się Podróżnikiem, chociaż mogłam jeszcze zrezygnować. Mogłam nie podnieść rzuconej mi rękawicy. Jeszcze mogłam powtórzyć to swoje zdecydowane – Nie! Ale otchłań kusiła do wypatrywania w niej… siebie i kusił głos narratora – Wyobraź sobie…
I poddałam się.
Weszłam w życie, dosłownie, pięciu szesnastolatek mieszkających w Berlinie. Takich, o których dorośli mówią, że żądają wszystkiego, nie dając w zamian nic. Są płytcy jak kałuża na ulicy i patrzą na komórki tak, jakby były skomplikowanymi urządzeniami nawigacyjnymi, bez których nie wiedzą, dokąd teraz mają pójść. Ale mnie to wcale nie przeszkadzało, bo byłam każdą z nich. Paplą niepotrafiącą utrzymać żadnej tajemnicy, Capą nieprzewidywalną i najodważniejszą z nich, Tają morderczynią własnego ojca, Nessi będącą w ciąży i mądrą Rute. Znałam ich przeszłość, rodziny, przyjaciół i znajomych, powiązania rodzinne, każdą myśl i pragnienie. Podobała mi się ich nieobliczalność, buntowniczość, tumiwisizm, bezczelność i szaleństwo, skoro rzuciły wyzwanie najbardziej liczącemu się człowiekowi w berlińskim świecie przestępczym, kradnąc mu pięć kilogramów heroiny. A wszystko w imię lojalnej przyjaźni. Jedynej wartościowej więzi i rówieśniczej solidarności, dla której warto było ryzykować w tym pokręconym, zimnym świecie dorosłych. Dopóki nie pojawił się pierwszy trup.
Jednej z nich.
Wiedziałam już, że to początek końca zabawy, a dla mnie jest już za późno na wycofanie się. Otchłań podszyta ciekawością własnych granic wciągnęła mnie, a głos narratora szeptał z satysfakcją – Byłoby naprawdę miło, gdybyśmy mogli zakończyć w tym miejscu naszą historię. Jak jakiś serial, ostatni odcinek serialu, który ucina opowieść i nikt nie wie, co będzie dalej. Finał. I nie wiem jak to się stało, że niemalże wykrzyczałam – Nie! – o jakże innym teraz znaczeniu. Chciałam (!!!) nadal czuć jego zimny dotyk na karku, trzymający mnie w żelaznym uścisku i niepozwalający na odejście. Od tej pory to on przejął nade mną kontrolę zmuszając do udziału w grze, w której kłamstwo było jedynym czynnikiem wyznaczającym kierunek fabuły, a wcielanie się w kolejne postacie biorące w niej udział komplikowało moje sympatie i antypatie. Nie wiedziałam czyją wziąć stronę, skoro byłam tym, który ściga i tymi, które są ścigane, a stawką było życie każdego z bohaterów, których śmierć, w miarę upływu czasu, bezlitośnie i przypadkowo eliminowała z gry. Bo śmierć dla narratora była oczywistością, czego nie omieszkał rzucić mi tym razem otwarcie – Naucz się żyć z oczywistościami, bo śmierć jest teraz częścią twojego życia.
Zostałam sama ze swoimi demonami – ciemnością, otchłanią, chaosem i śmiercią. Narrator miał rację. Tkwiły we mnie głęboko, przyczajone, czekające na jeden sprzyjający moment, na jedno kontrowersyjne zdanie, na jedną piekielnie inteligentnie skonstruowaną historię… o mnie.
Na tę książkę.
Autor podstępnie ujawnił niezwykłą moc hipnotyzowania słowem, a przez to sterowania pragnieniami przekraczającymi bariery i łamiącymi wdrukowane, zdawałoby się na stałe, normy społeczne, czyniąc z czytelnika potencjalnego barbarzyńcę, kiedy tylko świat zdoła mu się wymknąć spod kontroli. Pod wpływem jego sugestii zdolnego do morderstwa, oszustwa, kłamstwa, kazirodztwa i zdrady przyjaciela, ojca czy brata. Nie odstraszał realizm opisywanych scen, niemalże fizycznie bolesnych i obrzydliwych. Nie odstraszała nawet zbliżająca się konfrontacja z własną, mroczną otchłanią w duszy. Im więcej autor dawał, tym większy potęgował głód na więcej wydarzeń i, paradoksalnie, na szybszy finał. Nawet jeśli miałby się okazać ostatecznym dla wszystkich bohaterów. Przy czym, by bardziej bolało rozstanie, przyzwyczajał do nich, zapoznawał z dzieciństwem mającym wpływ na ich postawy, z przeszłością warunkującą ich późniejsze zachowanie, dzięki którym można było każdego z nich zrozumieć i usprawiedliwić. Nawet mordercę.
To współczesna opowieść, tworząca mity na bazie wydarzeń o seryjnych mordercach, kiedy nasza świadomość nie potrafi już znieść chaosu współczesnego świata, którego kiedyś trzeba było szukać w opowiadanych ustnie podaniach, gdy świat jeszcze żył w harmonii. Autor twierdzi jednak, że ostatecznie nie ma to żadnego znaczenia, bo chaos tkwi w każdym człowieku i pożera dusze, które się do niego zbliżą. Zarówno grzeszne, jak i święte, nie oszczędza nikogo.
Nikt nie jest wyjątkiem.
Również ja.
Również TY…

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Moje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece. Można tam, w zorganizowanym przez portal konkursie trwającym do 3 listopada, wygrać tę książkę, odpowiadając na bardzo, bardzo proste pytanie. A druga okazja zdobycia tego thrillera trwa do 26 października w blogu Życiowa pasja bibliofila. Namawiam do udziału, bo warto!

 

 

Ten niemiecki trailer książki świetnie oddaje początek nadchodzącego koszmaru.

 

 

Na tylnej okładce książki przeczytałam, że pierwsza powieść tego autora Sorry, wydana w Polsce również przez wydawnictwo Telbit, została okrzyknięta przez portal Crimi-Couch „jednym z najlepszych niemieckojęzycznych thrillerów o międzynarodowym formacie”. Pozostaje mi tylko dodać – I bardzo słusznie!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Sprawczynie – Kathrin Kompisch

Sprawczynie – Kathrin Kompisch
Przełożyli Sławomir Kupisz , Natalia Badiyan-Siekierzycka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 412 stron
Literatura niemiecka

Kobiety wybrały Hitlera – to stwierdzenie niemieckiego historyka Joachima Festa, przytoczone w pierwszym rozdziale tej książki, dość długo było odrzucane przez niemieckie społeczeństwo oraz naukowców i badaczy historii III Rzeszy. Po wojnie zwyciężały stereotypy lansujące niemiecką kobietę jako całkowicie niezdolną do agresji, poddaną mężczyźnie i uzależnioną od struktury patriarchatu zarówno w sferze osobistej, jak i zawodowej, która była przede wszystkim panią domu, żoną i matką. Oficjalnie obowiązywał pogląd Trzech K – Kinder, Küche, Kirche (dzieci, kuchnia, kościół). Zbrodniarki wojenne klasyfikowano jako wyjątek potwierdzający regułę. Odosobnione, psychopatyczne przypadki, które tylko podkreślały żeńskie ofiary ideologii narodowosocjalistycznej oraz bojowniczki ruchu oporu. Pozostałe kobiety były młode, naiwne, nieświadome, zwabione i sterowane przez mężczyzn z SS. Takie podejście pozwoliło tysiącom kobiet uniknąć kary lub otrzymać ją łagodną, nieadekwatną do popełnionych czynów przeciwko ludzkości, współudział lub sprawstwo, tłumacząc się bezwolną rolą trybiku w maszynie wymyślonej i stworzonej przez mężczyzn. Co więcej, odnoszące sukcesy zawodowe , których kariery rozpoczęły się w czasach nazizmu, zostały uznane za reprezentantki kobiecego sprzeciwu wobec rzekomego ucisku w III Rzeszy i były stylizowane na rzekome bojowniczki ruchu oporu. To tylko dzięki więźniarkom z Ravensbrück, ofiarom eksperymentów medycznych prowadzonych przez lekarkę Hertę Oberheuser (z zasądzonych 20 lat pozbawienia wolności za zbrodnie wojenne, odbyła tylko 5) pozbawiono ją praw do wykonywania zawodu, a i to dopiero w 1960 roku. Takie przypadki były, niestety, normą. Niewielu z nich dosięgła taka kara, jak Jenny-Wandę Barkmann (wrażliwych przestrzegam przed drastycznością zdjęć), nadzorczynię w kobiecej części obozu w Stutthofie.
Autorka postanowiła udowodnić, że odosobniony pogląd Joachima Festa powinien być punktem wyjścia do zrozumienia całościowego obrazu zjawiska nazizmu w III Rzeszy. Zrobiła to bardzo dokładnie, szczegółowo, wręcz drobiazgowo, analizując wszystkie płaszczyzny (życie społeczne, polityka, gospodarka, prawo, opieka socjalna i medyczna) funkcjonowania państwa niemieckiego w latach 1933-1945. Umiejscowiła kobietę niemiecką w kontekście sojuszniczki w wysiłku wojennym, policjantki i urzędniczki administracji państwowej, opiekunki narodowej, pielęgniarki i lekarki w systemie opieki społecznej i służbie zdrowia, nadzorczyni w obozach koncentracyjnych i żon esesmanów, członkiń stowarzyszeń i partii nazistowskich, pokazując wszystkie środowiska kobiece, uwzględniając przy tym ich wiek, by wizerunkowi biernej ofiary przeciwstawić postawę czynnej sprawczyni, obecnej na różnych szczeblach nazistowskiego aparatu terroru. Kobiety świadomej i z własnej woli utrzymującej w ruchu machinę hitlerowskiego, nazistowskiego reżimu. Przyznaje przy tym, że jest to ciemniejsza strona historii niemieckiego społeczeństwa, do tej pory przemilczana, ale niezbędna, bo uzupełniająca obraz istoty ideologii nazizmu. I muszę przyznać jej rację, bo takie naświetlenie problemu, pomogło mi zrozumieć okrucieństwo Niemców wobec innych narodów.
Swoje rozważania rozpoczęła od historycznego rysu, pokazującego błędne rozumienie roli kobiety w III Rzeszy oraz od wyjaśnienia tytułowego pojęcia „sprawczynie”, którym objęła sympatyczki, świadkinie, kolaborantki, współsprawczynie, osoby świadomie czerpiące korzyści z pogwałcenia praw innych, jednostki charakteryzujące się bierną i obojętną postawą oraz donosicielki, by następnie przejść do analizy ich zachowań, postaw i działania. Każdy rozdział ilustrowała konkretnymi życiorysami kobiet, które osiągały wysokie szczeble w swojej karierze zawodowej, w strukturach społecznych lub partyjnych. Jednocześnie dowodząc, że na każdym etapie swojej działalności, kobiety posiadały świadomość charakteru wiodącej ideologii państwa, czynnie uczestniczyły w jej realizacji, mimo że w każdej chwili miały możliwość przeciwstawienia się, rezygnacji, oporu chociażby biernego, odmowy, sabotażu, bez poważniejszych konsekwencji prawnych ze strony aparatu władzy państwowej. Przytacza na to dowody takiego postępowania i losów jego bohaterek. Podaje przy tym konkretne dokumenty, zarządzenia, sięga do obszernych i bardzo dokładnych statystyk, a bibliografię tych źródeł umieszcza na końcu książki.
W kontekście tej publikacji, Lektor Bernharda Schlinka nabiera zupełnie innego wymiaru, odwrotnego do tego, który chciał uzyskać autor, opierając się na przesłaniach, które autorka tej książki skutecznie obalała, jedno po drugim. To przykład książki-manipulatorki, która emocjami może wpłynąć na osąd czytelnika i przesłonić prawdziwy obraz historii. Nie uległam mu, mimo że nie byłam wtedy świadoma prawdy obnażonej przez Kathrin Kompisch. Nie jestem w tym podejściu wyjątkowa. To tylko świadczy o zachowaniu zdrowego rozsądku, w przeciwieństwie do zindoktrynowanego umysłu niemieckiego społeczeństwa po wojnie, które nie dopuszczało myśli o niemieckiej kobiecie-agresorce. Nie mieli z tym problemu jednak Rosjanie napotykający podczas marszu na Berlin ośrodki eutanazji na terenie Niemiec. Wykonywali wyroki śmierci na sprawczyniach natychmiast.
Ale to, co mnie przeraziło najbardziej to fakt nie tyle eksterminacji innych narodów (bo ten był mi dobrze znany), ale oddanie kobiet w bezpośrednie lub pośrednie, czynne lub bierne mordowanie własnych rodaków poprzez wprowadzanie polityki rasowej (Lebensborn), idei eugeniki w polityce zdrowotnej, programu eutanazji (100 tysięcy ofiar) i systemu obozów koncentracyjnych dla jednostek aspołecznych, niepełnowartościowych i wrogich społeczeństwu, cudzoziemców, wrogich politycznie, przestępców, narkomanów, homoseksualistów, świadków Jehowy, prostytutek, włóczęgów, inwalidów ruchowych i upośledzonych umysłowo. Zawężenie nazistowskiej polityki do czystych rasowo i genetycznie sprawiło, że nie było rodziny, której by ona nie dotknęła w jakiś sposób, a mimo to przytłaczająca większość Niemców respektowała postanowienia rządu, poddając się jego zadaniom i sumiennie realizując jego zarządzenia. W tym kontekście ludobójstwo na innych narodach jest tylko konsekwentnie szerzej stosowaną polityką państwa narodowosocjalistycznego, którego idee powstały na długo przed wybuchem II wojny światowej, a których czynnymi i świadomymi realizatorkami były również kobiety. Od akuszerki zgłaszającej urodzenie kalekiego dziecka, donosicielki na sąsiadkę utrzymująca kontakty z nieczystym rasowo lub genetycznie mężczyzną, poprzez pracownicę biurową sporządzającą raport o masowych egzekucjach w Polsce, telegrafistkę obsługującą dalekopisy ślące wstrząsające informacje o sytuacji w Europie Wschodniej, aż do lekarek uczestniczących w doświadczeniach medycznych na ludziach czy pielęgniarki wstrzykującej dziecku zastrzyk z fenolem.
Wszystkie wiedziały czym jest nazizm i jakie są jego cele, a o ich oddaniu świadczą powojenne publikacje ich autorstwa broniące tej idei tak, jak Friederike Wieking. Była referentka Biura Policji Kryminalnej Rzeszy, która w 1958 roku wydała książkę broniącą instytucji obozów koncentracyjnych dla nieletnich, widząc w nich skuteczny ośrodek wychowawczy dla trudnej młodzieży.
Czyste szaleństwo i skutek unikania odpowiedzialności.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Zapłatą będzie śmierć – Inge Löhnig

Zapłatą będzie śmierć – Inge Löhnig
Przełożyła Agnieszka Hofmann
Wydawnictwo Initium , 2012 , 351 stron
Seria Kryminalna ; Cykl z Konstantinem Dühnfortem , tom 1
Literatura niemiecka

Agnes po tragicznej śmierci córki i męża wyprowadziła się na wieś. Ze skłonnością do depresji, nieczuła na potrzeby innych, w Mariaseeon położonym nad jeziorem szukała spokoju, zapomnienia, siły do przeżycia kolejnego dnia i własnego sposobu na uporanie się z traumą przeszłości. Nie przypuszczała, że takich ludzi jak ona, jest wokół więcej, a jedna z nich zakłóci jej spokój i plany już w pierwszym dniu przeprowadzki.
We wsi zaginął bowiem pięcioletni chłopiec.
Mimowolnie, za sprawą poszukujących sąsiadów i prowadzącego śledztwo komisarza policji kryminalnej z pobliskiego Monachium, Konstantina Dűhnforta, została zaangażowana w poszukiwanie chłopca. Z czasem stała się bardzo ważną, kluczową osobą dochodzenia, na którą zwrócił swoją uwagę porywacz, wpisujący ją na listę swoich ofiar.
Bo na porwaniu się nie skończyło. We wsi zaczęły ginąć kobiety sadystycznie karane zgodnie z procedurami inkwizycji.
Najbardziej fascynującym było to, że zagadkę morderstw, dzięki naprzemiennej narracji zewnętrznej, mogłam oglądać z wielu punktów widzenia – porywacza, ofiar i poszukujących. Każde z nich dostarczało mi charakterystycznych elementów, tropów lub cech wskazujących mordercę, które mogłam dopasowywać do tworzonego samodzielnie profilu, eliminować niepasujące szczegóły, w ciągłym typowaniu sprawcy spośród mieszkańców wsi. Widziałam zdarzenia oczami sprawcy i ich bardzo odmienną od pozostałych osób interpretację, czułam emocje nim kierujące, śledziłam logikę rozumowania, a jednocześnie umykały mi jego twarz i imię. Ta intrygująca zabawa ze mną w kotka i myszkę, kiedy miałam sprawcę na wyciągniecie ręki, a jednocześnie nie mogłam go ostatecznego i definitywnie rozszyfrować, była tym elementem, który pochłaniał moją uwagę do końca powieści. Zwłaszcza że mogła być nim każda osoba ze wsi.
A autorka nie ułatwiała mi zadania. Wprowadzała wiele wątków fałszywych, mylnych skojarzeń i podpowiedzi, tropów prowadzących w ślepe uliczki rozumowania, które po kolei odrzucałam jako nieprzydatne. Wiernie odtwarzała w tej wielości faktów i niepewności dowodów samo życie, które nie jest proste i klarowne tak, jak nie ma jednoznacznie złych i dobrych ludzi. Wykorzystała ciąg zbrodni jednego człowieka, by ukazać mechanizm radzenia sobie osoby dorosłej z traumą dzieciństwa. Dziecka, które skrzywdzone przez obcego dorosłego, nie znajdując pomocy wśród najbliższych, radzi sobie z problemem na swój sposób, zamieniając się powoli i niezauważalnie dla otoczenia, w psychopatę.
To powieść-ostrzeżenie przed przemilczaniem krzywd wyrządzanych dzieciom, które są jak bomby śmierci z opóźnionym zapłonem. Nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie i kogo skrzywdzi w następnej kolejności, albowiem zapłatą za grzech jest śmierć. Dla psychologa lub pedagoga błąd zaniechania, a dla człowieka wierzącego grzech. To dlatego biblijne słowa stały się jednocześnie tytułem tej powieści.
To pierwsza część cyklu z komisarzem Konstantinem Dűhnfortem (z wywiadu z autorką dowiedziałam się, że w planach jest już część szósta), a zarazem debiut literacki, o którym jej rodak i autor wielu cenionych thrillerów, napisał:

 

 

Podpisuję się pod tą opinią obiema rękami.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Rewolucja genderowa – Gabriele Kuby

Rewolucja genderowa: nowa ideologia seksualności – Gabriele Kuby
Przełożyli Marek Urban i Dorota Jankowska
Wydawnictwo Homo Dei , 2013 , 168 stron
Literatura niemiecka

Nareszcie tąpnęło!
Gender robi furorę! Rozstawia ludzi na lewo i prawo, trochę zostawiając pośrodku. Na moich oczach całkowita niewiedza na temat tego zjawiska społecznego zamieniła się w ciągu ostatnich kilku miesięcy na zaciekawienie, świadomość, że coś takiego jest i zalew memów. No i oczywiście na burzliwą dyskusję (czasami mam wrażenie, że wojnę) między tymi więcej wiedzącymi z każdej opcji.
Świadomie użyłam wyrażenia „zjawisko społeczne”, bo każde inne jednoznacznie sugeruje przynależność osoby go używającej do określonej opcji. Do tych opowiadających się za, więc posługujących się określeniem nauka, do tych przeciw używających określenia światopogląd lub do tych pośrodku używających najpowszechniejszego – gender. A ja chcę tego zaszufladkowania uniknąć, bo jestem na etapie badania i analizowania tego zjawiska. Odkąd o nim usłyszałam, a było to około dwóch lat temu, nadal poszukuję wiedzy na ten temat, sięgając po publikacje z każdego obozu. Przysłuchuję się debatom przedstawicieli różnych grup społecznych, próbując ogarnąć je całościowo. Wysłuchać racji każdej ze stron.
Zaczęłam od artykułów w czasopismach i broszur bo ich forma dostarczała mi wiedzy podstawowej i skondensowanej. Idealnie podanej osobie, która dopiero wchodzi w to zagadnienie. Dopiero z taką bazą wiedzy odważyłam się sięgnąć po formę rozbudowaną czyli książkę. Przypadek sprawił, w osobie mojej koleżanki z obozu przeciw, że zaczęłam od tej właśnie pozycji. Skrajnie prawicowej, jeśli mogę tak określić jej wydźwięk, w której autorka, ze wszystkich współczesnych filozofów polskich, powołuje się na sobie podobnego Ryszarda Legutkę, którego nie polubiłam za styl przekazu w Eseju o duszy polskiej. Autorki znanej z kontrowersyjnej publikacji Harry Potter – dobry czy zły?.
Miałam świadomość, że wkraczam do jaskini lwa!
Już pierwszy rozdział upewnił mnie, że przyjęta przeze mnie strategia zgłębiania zjawiska gender okazała się jak najbardziej słuszna. Autorka nie napisała pozycji propedeutycznej. Jeśli napomyka o pochodzeniu i znaczeniu pojęcia gender, to robi to skąpo i w połowie książki. Na początku wprowadza wręcz zamęt pojęciowy, używając nowego określenia, które nie ma oficjalnego odpowiednika w języku polskim – gender mainstreaming. Swoje przesłanie?, misję?, apel?, bo waham się nad jednoznacznym określeniem charakteru publikacji, kieruje do czytelnika poszukującego szerszej wiedzy o gender w kontekście religijnym, kulturowym i społecznym. Jego wpływie na społeczeństwo i jego skutkach w każdej dziedzinie życia. Jest przy tym bardzo subiektywna nie tylko światopoglądowo, pisząc ją z punktu widzenia katoliczki, ale i narodowościowo, ograniczając się tylko do Niemiec, narodu niemieckiego i niemieckiego Kościoła katolickiego. Pozornie książka napisana o społeczeństwie niemieckim w kontekście gender i dla Niemców, a ściślej – katolickiej ich części, ale jeśli się w nią zagłębić, to można ujrzeć jej profetyczny charakter w stosunku do Polski.
Czytając o sytuacji w Niemczech miałam silne przeświadczenie, że czytam o Polsce, która czeka mnie za kilka lat. A może nawet szybciej. W tym sensie warto było przeczytać tę pozycję, bo obraz, jaki ukazała autorka, w ogóle mi się nie spodobał. Apokaliptyczna wizja zdegradowanej rodziny, a właściwie jej unicestwienie, zastąpienie wartości moralnych skrajnym hedonizmem i konsumpcją w każdej dziedzinie życia, dyktatura mniejszości narzucająca swoje reguły większości, ideologia relatywizmu etycznego zastępująca dotychczasowe normy etyczne i narzucająca nowe pojęcie dobra i zła, walka o tolerancję zamieniona w rewolucję społeczną, ideologia seksualności promująca to, co zapoczątkowała rewolucja seksualna lat 60., a którą dobrze poznałam dzięki Latom sześćdziesiątym i Wspomnieniom bitniczki, rola Kościoła osłabiona na własne życzenie poprzez politykę ustępstw z buntem biskupów przeciwko papieżowi Pawłowi VI ( w Polsce nie do pomyślenia, przynajmniej dzisiaj) i zdanie, które mnie wprawiło w osłupienie, a które przeczytałam tym razem w wywiadzie z autorką Gender spełnia życzenie EngelsaWasz kraj miał Jana Pawła II, my mamy Benedykta, ale różnica pomiędzy naszymi krajami polega na tym, że wy kochaliście swojego papieża, a my naszego nienawidzimy.
Jednym zdaniem – to już nie rewolucja społeczna, ale Sodoma i Gomora, których całą kwintesencję oddaje Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie homofobii w Europie.
Można się przestraszyć, można przestać się dziwić emocjonalnemu, bezpardonowemu, odważnemu charakterowi tej pozycji i mieć wrażenie, że katolicka żona i matka trójki dzieci wzięła górę nad naukowcem-socjologiem i stworzyła nie rzeczową pozycję popularnonaukową, a apel albo manifest nawołujący Niemców do opamiętania się. Plusem jest to, że nie uprawia krytykanctwa, ale buduje konstruktywną krytykę, podsuwając konkretne programy naprawcze. Nie jest też tylko teoretykiem nawołującym pogubionych, bo aktywnie uczestniczy w walce o Kościół katolicki, rodzinę i wartości za nimi stojące, pisząc naglącą prośbę do biskupów niemieckich czy wezwanie do młodych uczestników kongresu Radość z wiary. Oba teksty zostały zawarte w suplemencie książki.
Podziwiałam tę kobietę widzącą dalej niż jej przywódcy duchowi, jej siłę słowa, jej aktywność w trosce o wartości moralne, o rodzinę, o przyszłość niemieckiego społeczeństwa. Byłam za nią całym sercem!
Ale nie rozumem.
Z dwóch powodów. Języka nienawiści, który raził mnie na prawie każdej stronie. Mówiła o miłości i o tej miłości napisała przepięknie w jednym z ostatnich rozdziałów, ale przy okazji szerzyła nienawiść do innych religii opierając się na sloganach, truizmach i uprzedzeniach. Stosowała przy tym metodę patrzenia jednym okiem i kija, zapominając, że ma dwa końce. Na dodatek tę wrogość traktowała wybiórczo. Tam, gdzie chodziło o wspólny cel dotychczasowego przeciwnika zamieniała w przyjaciela. To kierowanie się emocjami, własnymi interesami, instrumentalnym traktowaniem innych wyznań, momentami bardzo skrajnymi, widoczne też było w nierzeczowej argumentacji, będącej dla mnie drugim powodem sprzeciwu rozumowego. Moje zaufanie do autorki podważyło stosowanie argumentacji życzeniowej godnej nie socjologa, ale gospodyni domowej w stanie histerii. Nie do przyjęcia były dla mnie zdania typu – Zwierzę nie może ani kochać, ani gwałcić, nie może oddzielić zaspokojenia seksualnego od rozmnażania, a w efekcie od przeciwnych sobie płci. Cztery tezy, które po kolei wyrzucam do kosza. Zwierzęta potrafią kochać – wystarczy zapytać chociażby właścicieli psów. Zwierzęta potrafią gwałcić – wystarczy pooglądać przyrodnicze filmy dokumentalne, by być świadkiem takich zachowań. Zwierzęta potrafią się masturbować – wystarczy wpisać w wyszukiwarkę You Tube słowo „masturbacja” i dowolne zwierzę od delfina na szympansie skończywszy. Zwierzęta, tak jak ludzie, są również homoseksualne, mniej więcej w tym samym procencie. Autorka podaje 2%, ale spotykałam się w publikacjach i z większą liczbą. A to tylko jedno zdanie. Takich argumentów z kosza spotykałam więcej. Niektóre przeczące oficjalnej wiedzy na dany temat. Między innymi na temat AIDS.
Nie takim językiem należy mówić do ludzi.
I tutaj pozwolę sobie z tej irytacji, która towarzyszyła mi przez całą lekturę, na trochę złośliwości – jeśli przez wieki mniejszość seksualna słyszała takie argumenty, mówione takim językiem w kontekście religii miłości, to nie dziwię się, że w końcu powiedziała – Dosyć! Teraz my! I nie zadowoli nas już tylko tolerancja! Teraz robimy rewolucję społeczną, wprowadzamy relatywizm społeczny, co wyraził dobitnie w swoim wezwaniu homoseksualny burmistrz Berlina – Nie spoczniemy dopóty, dopóki nie osiągniemy wszystkiego. Autorka nie zauważyła, że istnieje coś takiego jak dyktatura większości, która z demokracją nie ma nic wspólnego. Ta ostatnia ma miejsce wtedy, gdy w dialogu większości i mniejszości uwzględnia się również postulaty tych ostatnich. Może wtedy homoseksualiści zadowoliliby się tolerancją i nie chcieli teraz brać wszystkiego.
Ale to żarty.
Generalnie cel słuszny, tylko próba jego osiągnięcia nieskuteczna i chybiona. Nieprzekonanych nie przekona, a wahających się odstraszy. Odstraszyła i mnie. Zastanawiam się teraz, czy sięgnąć po kolejną książkę tej autorki, w której wizję apokalipsy będzie rozciągać na cały świat. Bez zaglądania do środka domyślam się, kto będzie wrogiem nr 1.

   Czy dla równowagi sięgnąć po pozycję z drugiego obozu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Byłam sekretarką Hitlera – Christa Schroeder

Byłam sekretarką Hitlera: 12 lat u boku wodza – Christa Schroeder
Przełożyła Magdalena Ilgmann
Wydawnictwo Bellona , 2014 , 376 stron
Literatura niemiecka

Do dzisiaj na rynku wydawniczym pojawiło się wiele publikacji dokumentalnych opartych na źródłach historycznych lub wspomnieniach bliższych lub dalszych współpracowników Adolfa Hitlera. Ile w nich prawdy, a ile przeinaczeń, nadinterpretacji, domysłów uchodzących za niepodważalne fakty wiedziała między innymi Emilie Filippine Schroeder, bo tak naprawdę nazywa się autorka tych wspomnień.

 

Jedna z najbardziej zaufanych i najcenniejszych sekretarek przywódcy III Rzeszy, pracująca dla niego przez 12 lat od 1933 roku do jego samobójczej śmierci w berlińskim bunkrze w 1945 roku. Nie uciekła od szefa (tak go nazywała), jak donosiła prasa, ale została przez niego odesłana, jako najwartościowszy człowiek z jego otoczenia. Na bazie takich oddanych i lojalnych mu ludzi planował odzyskać w przyszłości władzę. Dla Christy opuszczenie środowiska Hitlera i wejście w realia jego zwycięzców okazało się twardym zderzeniem z zupełnie inną rzeczywistością. Kontrast między światem niemalże dworu, jaki zbudował wokół siebie Hitler i świat obozu dla internowanych, w którym przebywała po aresztowaniu, wprawił ją w szok. Jeszcze większym zaskoczeniem było spojrzenie na subiektywną, hermetyczną prawdę, w której żyła dotychczas i na prawdę obiektywną ujrzaną po denazyfikacji. Próbowała w obu odnaleźć przede wszystkim siebie, pisząc – Dzisiaj jestem przerażona tymi poglądami przejętymi tak bezmyślnie od Hitlera. W tym dążeniu do bezwzględnej prawdy nie godziła się również na zafałszowany obraz Hitlera. Nie chciała go jednak bronić. Nie godziła się tylko na zafałszowanie faktów, na powielanie kłamstw, na mnożenie się bezzasadnych sensacji podyktowanych w dużej mierze komercją.
Ta pozycja jest właśnie odpowiedzią, a momentami polemiką z autorami dotychczasowych publikacji na temat Hitlera. Również sprzeciwem wobec „rabusiów” jej myśli, gdy jej rzeczowe zapiski nie tylko zyskały na objętości, ale przekształciły się stylistycznie, osiągając poziom ilustrowanego czasopisma. Ale przede wszystkim jest rozrachunkiem z własnym sumieniem i wymuszeniem na mnie, czytelniku, odpowiedzi na pytanie będące ostatnim zdaniem wspomnień – Czy moja wina była tak wielka, jak kara, nie wiem do dzisiaj…
Po lekturze książki Sprawczynie Kathriny Kompisch, podchodzącej do tematu z punktu widzenia społecznego i wskazującej na zbiorową winę narodu niemieckiego za skutki polityki Hitlera, byłam przekonana o zasadności jej generalizacji. Że każdy Niemiec z osobna, chociażby poprzez bierność lub błąd zaniechania, ponosi winę. Po przeczytaniu wspomnień Christy ukazujących jednostkowy los, konkretny przypadek osoby nieświadomej istnienia świata poza „dworem” Hitlera, żyjącej w klatce, uzależnionej od decyzji i rozkazów przełożonego i tak naprawdę niemogącej odejść, a potem porzucić pracy, bo odcięcie od świata pozbawiające ją kontaktu z rzeczywistym życiem, odbierało jej poczucie bezpieczeństwa i odwagę w kontaktach z innymi ludźmi, nie pozwalało mi już na komfort generalizacji. Miałam wątpliwości w jednoznacznym odpowiedzeniu sobie na postawione przez nią pytanie.
Ja również nie wiem – mogłam jedynie za nią powtórzyć.
Wiedziałam natomiast i byłam pewna, że nie zburzy ona mojego dotychczasowego wizerunku Hitlera. Nawet jeśli prawda, o którą powalczyła w tej książce, mogła okazać się inna niż ukazywali ją autorzy dotychczasowych opracowań o Hitlerze. Po tych polemicznych wspomnieniach mogę śmiało powiedzieć, że dla mnie ma ona charakter uzupełniający wiedzę historyczną budowaną na dokumentach formalnych. Przestałam natomiast wierzyć bezgranicznie w pozycje biograficzne pisane na bazie wspomnień z drugiej ręki. Christa ożywiła dla mnie Hitlera, którego znałam dotychczas jako polityka i żołnierza. Wyposażyła go w emocje, prywatne myśli, charakterystyczne zachowania i powiedzenia, nawyki, upodobania kulinarne, zainteresowania i fakty intymne dotyczące zdrowia oraz sfery seksualnej. Pokazała mi jego nieoficjalną stronę osobowości z jej wadami i zaletami – fenomenalna pamięć do liczb, nazwisk, twarzy, zdarzeń i ich okoliczności, talent aktorski, dar przekonywania, zdolności plastyczne. Ale to wcale nie oznaczało, że ociepliła w moich oczach jego postać. Poprzez zdolność do kochania ludzi i zwierząt, wrażliwość artystycznej duszy na szeroko pojęte piękno i urodę, od czasu do czasu wychylał się tak dobrze znany mi człowiek, który dla Niemiec i narodu niemieckiego był gotów iść po trupach innych nacji. Zwolennik natury rządzącej się prawem walki, w wyniku której eliminuje się jednostki słabe i twierdzący z całą świadomością – Nic mnie to nie obchodzi, co powiedzą przyszłe pokolenia o metodach – powtarzał niejednokrotnie – które musiałem zastosować. (…) …postępować bezwzględnie – mawiał – obojętnie, ile miałoby to kosztować!
I tutaj wyłonił się niepostrzeżenie Hitler wielki patriota.
Ta część jego poglądów, która pomogła mi zrozumieć (ale nie usprawiedliwić!) jego bezkompromisowe, fanatyczne dążenie do celu – Wielkich Niemiec. Ale i, co najciekawsze, ukrócić spekulacje na temat jego zdrowia psychicznego. Fizycznego zresztą też. Christa jednoznacznie określa ich stan oraz przyczyny pogorszenia się tego ostatniego pod koniec wojny. Natomiast jedyną sferą życia Hitlera, która po wypowiedziach autorki, nabrała dla mnie zupełnie innego wymiaru, było jego życie intymne. Właściwie wszystkie informacje, które poznałam na temat kobiet Hitlera, łącznie z Ewą Braun,

 

mogę wyrzucić do kosza. Christa obala po kolei każdą plotkę, dementuje mity, wprowadzając zupełnie nowe fakty i nieznane informacje. To jedyna rzecz, która była dla mnie odkryciem nieznanego obszaru wiedzy o Hitlerze. Ale akurat ta prawda nie wpłynęła na mój ogólny obraz jako przywódcy państwa.
Tematyczne ułożenie wspomnień ujęte w spisie treści,

 

pozwoliło mi na wniknięcie na „dwór” Hitlera, na poczucie atmosfery tam panującej, procedurom postępowania i protokołom zachowania się, poznanie zasad funkcjonowania siatki układów i intryg między jego podwładnymi opętanych tylko jedną myślą, a mianowicie chęcią wyciągnięcia dla siebie jak największych korzyści i pokazania się w jak najlepszym świetle. Jednoczesne zachowanie chronologii czasowej tych wspomnień od momentu zatrudnienia do momentu jej odesłania, umożliwiło mi obserwowanie zmieniającego się nastroju wśród jego podwładnych, jak i samego szefa wraz ze zmieniającymi się okolicznościami polityczno-militarnymi. Wspomnienia uzupełniały liczne zdjęcia ilustrujące tekst, cenne przypisy i adnotacje, aneksy miedzy innymi z oryginalnymi zapiskami stenograficznymi autorki

 

oraz ciekawa przedmowa wydawcy niemieckiego o drodze upublicznienia wspomnień w formie książki zgodnie z życzeniem autorki – zrelacjonowanie przeżyć z tych lat spędzonych przy Hitlerze własnymi słowami oraz do wytropienia kłamstw i także w innych „działach”. (…) bez jakiejkolwiek pomocy historyków czy dziennikarzy.
Czy ufam jej słowom? – tego również nie wiem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: