Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Green Witch – Arin Murphy-Hiscock

2 sierpnia 2019

Green Witch: magia ziół, kwiatów, olejków eterycznych i innych darów matki natury – Arin Murphy-Hiscock

Przełożyła Karolina Bochenek

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 260 stron

Literatura kanadyjska

   Uległam nurtowi powrotu do natury.

   Ta publikacja odurzająca zapachem kwiatów i ziół była kolejną z wielu mówiących, jak żyć zdrowiej w świecie technologii. Trochę obawiałam się jej z powodu sugerowanej magii w podtytule. Jednak chęć sięgnięcia po wiedzę wykorzystującą dobra natury wymienione w dalszej części podtytułu, przeważyła. Zanim dotarłam do interesujących mnie informacji, autorka zapoznała mnie z naturą „zielonej czarownicy”. Jej ścieżką, którą nazwałabym raczej stylem życia w zgodzie z energią natury i jej żywiołami – ziemią, powietrzem, wodą i ogniem. Pokazała mi, jak znaleźć w sobie moc „magii”, którą posiadają wszyscy ludzie, by móc nawiązać kontakt z energią wokół i odnaleźć z nią równowagę i  harmonię. Wprawdzie zdecydowanie odrzuciła w swoich przekazach magię w powszechnym znaczeniu, czyli zorganizowaną, z rytuałami, obrzędami i zasadami, pisząc – w tej książce termin „czarownictwo” odnosi się do pracy z naturalnymi energiami w celu osiągnięcia pożądanych rezultatów bez konkretnego kontekstu religijnego, to jednak napotykałam elementy praktyk bardzo przypominających kult animistyczny, tyle że zamiast duszy wszystko dookoła posiadało energię, do ujarzmiania której służyły proponowane zaklęcia, obrzędy, modlitwy, ołtarzyki, święte miejsca, a nawet… miotła czarownicy. Na szczęście nie do latania, tylko do zamiatania energii.

   To podstawowe kompendium wiedzy na temat zielonej magii.

   Autorka, ceniona w Kanadzie propagatorka i nauczycielka naturalnych metod dbania o zdrowie, stworzyła przewodnik dla początkujących „zielonych czarownic” na podstawie własnego doświadczenia, przekazując osobiste skojarzenia i te wyniesione z tradycji oraz książek innych autorów, których bogatą bibliografię umieściła na końcu publikacji. Odkryła przede mną moc, siłę i atrybuty otaczających mnie drzew, kamieni, kwiatów i ziół. Pokazała, jak przyrządzić w prosty i bezpieczny sposób kadzidła, perfumy, olejki, herbaty, napary, olejki do kąpieli, eliksiry, poduszki na sen i balsamy, z których przepis na jeden z nich został umieszczony na okładkowym skrzydełku.

Jak widać, jego magiczność kryje się w energetycznej sile oddziaływania, a kluczem są przypisane mu korzyści, jakie ma przynieść. Omówiła także krok po kroku założenie i uprawianie ogrodu, również na balkonie, ponieważ autorka utrzymywała, że „zieloną czarownicą” może być każdy, także mężczyzna, w każdym miejscu zamieszkania. Również w mieście czy w bloku.

   Mnie najbardziej zainteresowała kuchnia „zielonej czarownicy”.

   Znalazłam w niej mnóstwo przepisów komponowanych według „mocy” warzyw, ziół, owoców i kwiatów. Rozdział o kandyzowaniu tych ostatnich zafascynował mnie. Natomiast do działania zainspirował mnie rozdział o koktajlach owocowych do tego stopnia, że spróbowałam zrobić jeden z nich – mleczny. Niestety nie znalazłam informacji o „mocach”, jakie przekazuje czerwona porzeczka w dołączonym aneksie Magiczne właściwości obiektów naturalnych, ale, bazując na moich przekazach ludowych, na pewno wzmocnienie i odporność.

Jak widać użyłam kefiru i mleka bez laktozy, bo nie toleruję jej. Nie dodałam do niego również cukru, bo lubię kwaśne, a po książce Słodziutki biografia cukru zaczęłam go traktować, jak truciznę.

   Wiedza, którą przekazała mi autorka, pozostawiła we mnie przekonanie, że „magia” to działanie i oddziaływanie energii natury, jak w systemie naczyń połączonych, którego człowiek jest tylko jednym z elementów. Że wszystko jest magiczne, gdyż jest cudowne i niepodważalne – każdy oddech, krok czy nawet zamieszanie zupy. Każde działanie to akt magiczny. Magia to samo życie.

   Tylko od nas zależy, czy będzie ono przesycone energią pozytywną, czy negatywną.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Green Witch. Magia ziół, kwiatów, olejków eterycznych i innych darów matki natury [Arin Murphy-Hiscock]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: ,

Ulice Bangkoku – Christopher G. Moore

21 marca 2019

Ulice Bangkoku – Christopher G. Moore
Przełożył Andrzej Leszczyński
Wydawnictwo Świat Książki , 2013 , 621 stron
Seria Granice Zła
Literatura kanadyjska

Moim błędem w podejściu do tej powieści było odgórne przekonanie, że to typowy kryminał.
Może dlatego, że tak się zaczął. Od postaci najważniejszej zaraz obok mordercy czyli od śledczego. W tym wypadku był nim detektyw Calvino. Półkrwi Włoch, który przejął się opinią Tajów, że każdy faranga czyli cudzoziemiec, jest kreatywny. Ta wzięta sobie do serca kreatywność ostatecznie doprowadziła do bardzo niebezpiecznej sytuacji, zmuszającej go do natychmiastowego opuszczenia Bangkoku. Przymusowy urlop miał spędzić w hotelu innego miasta, ale okazało się, że Calvino nie tylko tropi nieszczęścia innych, ale nieszczęścia lubią podążać również za nim. A dokładnie morderstwo dziewczyny, które spadło mu z nieba czyli z balkonu umieszczonego nad jego apartamentem. Miejscowa policja głównego podejrzanego ujrzała w osobie… detektywa, który wyjątkowy pech, jaki go spotkał, wytłumaczył sobie jednym zdaniem – jemu nieszczęścia po prostu przytrafiają się częściej niż pozostałym.
To niespodziewane dla mnie zabójstwo, ale nie dla podejrzanego, dało mi nadzieję, że Calvino wcieli się w profesjonalnego tropiciela, napędzającego tempo akcji. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w oczekiwaniu na nie, najpierw musiałam poznać szereg bohaterów, których końca nie było widać i którzy ze sprawą nie mieli (przynajmniej tak wydawało mi się na początku) nic wspólnego. Tylko, że ja o tym nie wiedziałam i uznałam, że autor zawraca mi głowę jakimiś ludźmi, których ja niekoniecznie chcę znać łącznie z ich przeszłością (skomplikowanie zagmatwaną) i perypetiami rodzinnymi, a samo śledztwo zaczęło się więc rozszczepiać na kilka różnych niezależnych wątków, z których żaden nie pasował do pozostałych.
A muszę dodać, że byłam już w połowie książki!
A tu nic! Ani minimalnych sukcesów w śledztwie, ani jakiejś akcji, ani konstruktywnego dochodzenia, nie wspominając już o jakichkolwiek podejrzeniach. Wszystko w rozsypce i poszatkowane niczym kapusta do kiszenia. Zaczynałam przyznawać rację wkurzonemu zleceniodawcy, że Calvino to samozwańczy detektyw prowadzący samozwańczą agencję i fuszerujący kolejne sprawy. Zaczęłam się nawet trochę nudzić historiami przytaczanymi z przeszłości, niepokoić ilością nowych osób pojawiających się na kolejnych stronach tej powieści, kiedy zaczęło mi w myślach uporczywie migotać jedno pytanie.
O czym ja właściwie czytam?!
Byłam już po połowie książki, a śledztwo nie ruszyło z miejsca, detektyw gdzieś znikał i się pojawiał, wokół mnie krążyło mnóstwo innych bohaterów i gdyby nie ciekawie ukazany Bangkok, mój zapał czytelniczy sięgnąłby zera. I w tym momencie mnie olśniło! Spojrzałam na tytuł i byłam pewna odpowiedzi. No przecież! Głównym bohaterem było miasto, które potraktowałam jako tylko tło wydarzeń. Niesłusznie, bo to ono ze swoimi mieszkańcami Tajami i farangami tak naprawdę było całą historią tej powieści, a pierwsze morderstwo tylko pretekstem do ukazania przekrojowego spektrum życia w Bangkoku. Wystającą nitką, za którą, jeśli pociągnąć, zaczyna się pruć misternie utkana sieć zależności ludzkich. Rodzinnych, osobistych i zawodowych w wymiarze formalnym, a przede wszystkim nieformalnym. Bo na pozór to wielkie miasto pełne gwaru i muzyki barowej, zatłoczonych autami ulic, handlarzy z wózkami sprzedających pieczone insekty, krętych uliczek z barami, po których chodzenie w marynarce przypominało ciężką pracę fizyczną wewnątrz przenośnej sauny – jak mawiał Calviono – miało swoje drugie oblicze. Mroczną stronę, w której granice zła dyktowane przez władzę, seks i pieniądze, wyznaczała również, a może przede wszystkim, zemsta. Ta, od której zależała reputacja domagającego się wendety. Często graniczącej z obsesją. To ona była siłą napędową rozwijającej się fabuły i jej głównych wątków. Dopiero, kiedy zrozumiałam ten zamysł autora, wtedy zmieniłam swoje nastawienie z wybiórczego potraktowania morderstwa, na panoramę miasta, w którym to morderstwa były jednymi z wielu zjawisk społecznych toczących, niczym robaki, Bangkok od wewnątrz. W znanym turystom mieście, ukryty w innym wymiarze wszechświata, leży inny, jeszcze dziwniejszy Bangkok, do którego wstęp farangom jest wzbroniony i do którego nawet większość Tajów boi się zaglądać.
To ta warstwa społeczna stanowi o wartości tej powieści.
Autor, Kanadyjczyk od lat mieszkający w Tajlandii, pod postacią trochę nietypowego kryminału, ukazał niewidoczne, trudno dostępne, mroczne, niebezpieczne, nielegalne życie Bangkoku. Miasta rządzonego przez gangi, pełne porachunków mafijnych, korupcji, zależności władz formalnych od świata przestępczego i odwrotnie, prostytucji, handlu dziećmi, najemnych morderców, zorganizowanego żebractwa, przenikających się rzeczywistości ludzi pieniędzy i dzielnic biedy, moralnego brudu w otoczce, komplikujących złożoność tych zjawisk, tradycji, obyczajów i zwyczajów. Świata, w którym myślenie człowieka obcego, z zewnątrz, prowadzi zawsze prosto na cmentarz.
Tak bardzo różny od pokazywanego w folderach turystycznych.
Warto o tym pamiętać zaglądając nie tylko do Bangkoku, ale do każdego innego miasta pod dowolną szerokością geograficzną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Tutaj obejrzałam sobie Bangkok oczami turystów i przy okazji dowiedziałam się, dlaczego nazywany jest Miastem Kanałów lub Wenecją Wschodu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Zapach cedru – Ann-Marie MacDonald

Zapach cedru – Ann-Marie MacDonald
Przełożył Jan Kraśko
Wydawnictwo Świat Książki , 2009 , 558 stron
Literatura kanadyjska

Cedrowa skrzynia.
Schowana na strychu może czynić je miejscem magicznym przywołującym przeszłe czasy. Przyłóż ucho do muszli. Usłyszysz szum Morza Śródziemnego. Otwórz skrzynię. Poczujesz zapach Starego Kraju. Jej właścicielka, Materia, często to robiła. Wkładała głowę do środka i znowu czuła ciemny eliksir ojczystego języka, dłonie matki pachnące pietruszką i cynamonem… Niepozorna skrzynia kryła w sobie nie tylko wspomnienia. Była skarbnicą i pamięcią rzeczy cennych, ale i tych, przypominających tragiczne chwile z życia członków rodziny Piperów – bagnet z I wojny światowej, książki, sukienkę chrzcielną czy zdjęcia. Na tych ostatnich można zobaczyć wszystkich właścicieli materialnych skrawków przeszłości. Górnicze miasteczko na urwistym klifie sterczącym nad wąskimi, kamienistymi plażami, w którym żyli, gdzieś na jednej z kanadyjskich wysp, w najdalej wysuniętej prowincji kraju. Kamienistą ulicę Wodną, przy której mieszkali, prowadzącą prosto na skraj miasta, na pochyłą skarpę z widokiem na ocean. Drewniany dom o białych ścianach z krytą werandą, trochę większy od pozostałych. Mamę Materię nazywaną przez jej dzieci Musią, ubraną w czarną sukienkę. Pustą kołyskę Ambrożego. Ojca Jakuba z zaplecionymi warkoczykami przez Lilię, która urodziła się po Tamtej Lilii. Mercedes z opalowym różańcem, z którym nigdy się nie rozstawała, przypinając go do wewnętrznej strony stanika, by zawsze był pod ręką. Katarzynę o płomiennych włosach, zielonych oczach, których kolorów na czarno-białym zdjęciu trzeba się domyślić, oraz pięknym głosie wróżącym karierę śpiewaczki operowej. I wreszcie jej młodszą siostrę Franciszkę stojącą w strumieniu i tulącą do siebie małe zawiniątko.
Żadne z nich już nie żyje.
Tak zaczyna się opowieść o dysfunkcyjnej, a dla mnie nieszczęśliwej, rodzinie, której przyszłość los naznaczył złym początkiem jej założenia. Materia i Jakub, pochodzący z różnych środowisk i ras, pobrali się wbrew woli rodziców dziewczyny. Wszystko, co zdarzyło się później, począwszy od 1898 roku, w którym Jakub po raz pierwszy ujrzał Materię, było tego skutkiem, a raczej konsekwencją kolejnych wyborów, którą ponosili wszyscy po kolei. Czytałam z rosnącą ciekawością ich świata, losów, zdarzeń rozgrywanych w tajemnicy niedopowiedzeń, kłamstw i sekretów do momentu śmierci większości bohaterów, po której zrobiło się… nudno! Na domiar tego, nastąpiło to bardzo szybko. Czar prysł!
Byłam zawiedziona!
Sięgając po tę pozycję, miałam w pamięci refleksyjną, tajemniczą, dobrze skonstruowaną powieść tej autorki Co widziały wrony. Postawiła w niej dosyć wysoko poprzeczkę moich oczekiwań wobec jej twórczości. Nie odnalazłam w drugiej jej powieści niczego, co zapamiętałam z pierwszej, poza umiejętnością tworzenia pięknych, plastycznych, szczegółowych opisów miejsc, krajobrazów i postaci oraz budowania nastroju tajemnicy. Zabrakło jednak spoiwa łączącego ze sobą ten potencjał w spójną konstrukcję, która tutaj przypominała nieudolnie sfastrygowany patchwork. Chaos ten potęgowała różnorodna narracja. Nie porządkowało go nawet celowe wprowadzenie nawracających wątków, ukazujących raz widziane sytuacje z zupełnie nowej i odmiennej perspektywy pozostałych bohaterów. Pogłębiła go osobna, końcowa historia losów Katarzyny, dopełniająca obrazu całości, a raczej na nowo go porządkująca ujawnieniem ostatniej, rodzinnej tajemnicy.
Źle się w niej czułam.
Nawet jako tylko obserwatorka, a raczej słuchaczka, bo dramatyczne dzieje Piperów były opowiadane najmłodszej, najbardziej nieświadomej prawdy, dziewczynie w rodzinie. Irytowali mnie bohaterowie, których wyborów do końca nie rozumiałam. Nie byłam ciekawa ich skutków, a tym samym zdeterminowanych przez nie dalszych losów. Nie angażowałam się w ich emocje. Często uciekałam, zwłaszcza w środkowej części powieści, myślami od tekstu.
A mimo to, czytałam!
Może dla tych opisów-miniaturek, a może z przyzwyczajenia do rodziny, a może dla przesłania mówiącego o trudnych wyborach i ponoszeniu ich konsekwencji, a może dla obrazu życia Kanadyjczyków i imigrantów na przełomie XIX i XX wieku, a może z niepogodzenia się z faktem, że tak dobry potencjał fabuły autorka zmarnowała złą konstrukcją, a może dlatego, że pasują do tej powieści słowa Oscara Wilda – „Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej.”?
Nie wiem!
Wiem tylko jedno – obojętność czytelnika wobec powieści to najgorsze, co może się jej przytrafić.
A dokładnie to czułam.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Za książkę dziękuję autorce blogu Czytam, bo lubię…

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Martwa natura – Louise Penny

Martwa natura – Louise Penny
Przełożył Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 327 stron
Seria Inspektor Gamache ; Tom 1
Literatura  kanadyjska

   Zło nie rzuca się w oczy i zawsze jest ludzkie. Dzieli z nami łoże, je przy naszym stole.

   Wokół tej myśli pochodzącej z poezji Wystana Hugha Audena autorka zbudowała misterną fabułę z atmosferą thrillera. Trzeba być nie lada mistrzem pióra, żeby w zwyczajności skutecznie ukryć grozę zła. Zrobić to tak, by było obecne i jednocześnie niewidzialne. Transparentnie wkomponować je w tło obrazu, któremu należy się bardzo dobrze przyjrzeć, wnikliwie przeanalizować, szczegółowo poznać okoliczności jego powstania, by wyłonić jeden element niepasujący. Czynnik budzący zło z letargu.

   Autorka taki obraz namalowała słowami.

   Piękne, urocze, niewielkie, kanadyjskie miasteczko Three Pines niedaleko Montrealu. Położone wśród gór wzbudzało zachwyt i wrażenie sielskości i niemalże senności. Ale to właśnie tutaj, w jego przepięknie ubarwionym lesie paletą jesiennych, zmieniających kolor klonowych liści, znaleziono martwą Jane Neal. Emerytowaną nauczycielkę. Znaną, lubianą, życzliwą wszystkim i posiadającą grono oddanych przyjaciół. Każdemu z nich mogłam się dobrze przyjrzeć. Poznać rodzinę i przeszłość. Zaobserwować nawyki, pasje, styl życia, poglądy i zachowanie oddające charakter i osobowość. A mimo to, nie potrafiłam wyłonić sprawcy. A przecież wiedziałam to, czego nie chcieli przyjąć do wiadomości mieszkańcy miasteczka, a co nadinspektor Armand Gamache przekazywał swoim współpracownikom – myśl z Ewangelii św. Mateusza –I będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Oddelegowany z Sûrét du Québec uosabiał niemalże ideał klasycznego śledczego. Stateczny, opanowany, cierpliwy, kulturalny, rozważny, z wieloletnią praktyką zawodową i niemalże stuprocentowymi wynikami w rozwiązywaniu spraw, bez awansu od dwunastu lat, a mimo to szczęśliwy człowiek. Jeśli miał jakieś wady, to znał je tylko on. A jeśli autorka je zdradzała, to tylko po to, by nadać mu rys człowieczeństwa. Do pomocy i zrównoważenia charakteru przydzielono mu ambitną agentkę Nichol, której zależało na sukcesie. Niestety, według Gamache’a, arogancką, zadufaną w sobie, posiadającą wprawdzie mózg, ale niepotrafiącą go używać, desperacko próbującą coś udowodnić sobie i innym, a jednocześnie odbierającą każdą radę jako krytykę, a każdą krytykę jako katastrofę. Jednak nie irytowała mnie, mimo że bardzo się starała, z dwóch powodów. Po pierwsze pozytywnie zaburzała (dla mnie, ale nie dla niej!) monotonną i przewidywalną rutynę nadinspektora, a po drugie i najcenniejsze dla dochodzenia, dzięki łamaniu wszelkich reguł ruszała śledztwo z miejsca, w którym co jakiś czas utykało, jak w martwym punkcie.

   Nic na tym słowem malowanym obrazie nie było przypadkowe!

   Wszystkie jego elementy miały określone przeznaczenie i rolę do odegrania, wchodząc w skład niewidzialnych zależności, uwikłań i więzi rodzinnych oraz towarzyskich. To one decydowały o logice i toku dochodzenia. Ich praprzyczyną autorka uczyniła problemy psychiczne (przemoc w rodzinie, brak więzi rodzinnych) i społeczne (homofobia), które dobrze  wkomponowała w tło wydarzeń. Dopiero zebranie wszystkich tych elementów przez nadinspektora Gamache’a, połączenie w całość dzięki niezawodnej intuicji i wieloletniemu doświadczeniu w wydziale zabójstw z odrobiną arogancji agentki Nichol, udało się odkryć twarz zabójcy.

   Była ukryta pod maską martwej natury.

   Tacy ludzie są wśród nas. Martwi za życia. Z osobowością przetrwalnikową, która, jeśli się nie zmienia i nie ewoluuje, staje się niedojrzała i niebezpieczna dla najbliższych. Która popełnia zło „dekady wcześniej, zanim faktycznie mają miejsce.” Zanim ujawnią się fizycznie. Dokładnie to przytrafiło się w społeczności uroczego miasteczka Three Pines. Dokładnie to może przydarzyć się i przydarza (sądząc po doniesieniach medialnych) każdej społeczności na świecie.

   Kryminał w dobrym, klasycznym stylu.

   Pierwszy raz ukazał się cztery lata temu pod zupełnie innym tytułem – Martwy punkt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Martwa natura [Louise Penny]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie serii z nadinspektorem Gamachem powstał serial. Tutaj zwiastun pierwszego odcinka i tomu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Zabójczy mróz – Louise Penny

Zabójczy mróz – Louise Penny
Przełożyła Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 384 strony
Seria Inspektor Gamache ; Tom 2
Literatura  kanadyjska

   Wróciłam do Three Pines!

   Miasteczka malowniczo położonego wśród lasów i pagórków nieopodal przepięknego jeziora, które poznałam w pierwszej części cyklu – Martwa natura. Niezaznaczonego na mapie i pokazującego się raz na parę lat tylko tym ludziom, którzy pragną je zobaczyć. Niekoniecznie tylko dobrym i szlachetnym. Tym razem przyciągnęło swoim czarem urody CC de Poitiers. Od dawna chciała w nim zamieszkać i wreszcie udało się jej kupić dom na wzgórzu, w którym rok temu popełniono morderstwo. Pasował swoją ponurą przeszłością do tej kobiety, która przyniosła do Three Pines coś niezdrowego, i to na same święta Bożego Narodzenia! Nic dziwnego, że po tej zimnej emocjonalnie, zamotanej w sobie, zasupłanej, zamkniętej, surowej, apodyktycznej dla męża i agresywnej dla córki kobiecie, nikt nie płakał, kiedy ja zamordowano.

   Porażono prądem na środku zamarzniętego jeziora!

   Nikt nie zauważył, kim był morderca w tłumie ludzi kibicujących rozgrywkom w curlingu. Inspektor Gamache, któremu znowu powierzono śledztwo, uznał, że sprawca musiał być albo szalony, albo genialny.

   Ta zbrodnia nie miała prawa się wydarzyć!

    A jednak – CC de Poitiers nie żyła. Była tak zimna, jak zimną miała duszę, wygląd tlenionej blondynki i jak zima, która przyniosła kolejną zbrodnię w tym tak pozornie spokojnym miejscu.

   Tak spokojnym, że aż zabójczym.

   Autorka stworzyła historię kryminalną, w której morderstwo nie wydarza się w miasteczku. To miasteczku przydarza się morderstwo. To dlatego początek historii śledztwa rozpoczyna się jak powieść obyczajowa. Skupia się najpierw na mieszkańcach, ich osobowościach, postawach, światopoglądzie, nawykach, zainteresowaniach, obyczajach, układach, przyjaźniach, problemach, a przede wszystkim na emocjach. Wkładając w usta inspektora Gamache’a zasadę, którą kieruje się w swoim dochodzeniu, tak naprawdę autorka czyni ją swoją zasadą w budowaniu fabuły – Wszystko w morderstwie – zarówno w mordercy, jak i w zamordowanym – było głęboko ludzkie. Określać mordercę mianem groteskowego potwora oznaczało nadawać mu niezasłużoną przewagę. Nie. Mordercy byli ludzcy, a korzenie zbrodni wyrastały z emocji. Nie ma wątpliwości, ze z chorobliwych, wstrętnych wypaczonych emocji – ale jednak emocji. Emocji tak potężnych, że doprowadzały kogoś do zbrodni. To one, rządzące ludźmi i zamieniające ich w zabójców, składały się na wiodący wątek w tej opowieści. Autorka wyposaża wszystkich bohaterów wydarzeń w szeroki ich wachlarz. Bogate wyposażenie wnętrza każdej postaci spolaryzowało moje sympatie i antypatie, ale i wyposażyło w dużą dozę wyrozumiałości dla ich motywów postępowania i zachowania wobec siebie i innych. A mimo to do końca nie byłam pewna sprawcy morderstwa. Chociaż miałam swoje podejrzenia, z których jedno sprawdziło się. Odkrywanie zagadki nie było jedyną przyjemnością, którą dostarczył mi inspektor Gamache i jego ekipa śledcza. Równie przyjemnie błądziłam po dobrze mi znanych uliczkach i ścieżkach tym razem w oprawie śnieżnej zimy i przedświątecznej atmosfery. Autorka pięknie oddała jej urok, ale i grozę żywiołu burzy śnieżnej. Podobnie jak w części pierwszej, skupiając się na zainteresowaniach i zdolnościach mieszkańców, tym razem głos oddała słowom poezji, w odróżnieniu od malarstwa w części pierwszej.

   Wszystko to sprawia, że miasteczko przyciąga i uzależnia, bo tam , gdzie są ludzie i ich emocje, tam zawsze coś się przydarza. Czasami również zbrodnia. Nie minie kolejny rok, a inspektor Gamache znowu zawita do Three Pines.

   Zapowiadają to kolejne części cyklu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zabójczy mróz [Louise Penny]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka o swojej książce, której oryginalny tytuł brzmi A fatal Grace.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi: