Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Dżihadystka – Anna Erelle

21 marca 2019

Dżihadystka: relacja z wnętrza komórki rekrutacyjnej Państwa Islamskiego – Anna Erelle
Przełożył Marek Chojnacki
Wydawnictwo Sonia Draga , 2015 , 285 stron
Literatura francuska

To jednak jest taka kultura…
Z takim komentarzem odebrałam tę książkę z rąk mojej bibliotekarki w bibliotece publicznej, która, jak zaznaczyła, już ją czytała. Nastawiłam się więc na szeroko pojętą analizę zjawiska dżihadu, terroryzmu i Państwa Islamskiego. Po kilkudziesięciu stronach zaczęłam się powoli rozczarowywać treścią. Z takim uprzedzającym mnie nastawieniem i po rewelacyjnym reportażu śledczym Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu nic dziwnego, że byłam zaskoczona i lekko zirytowana jego zupełną odmiennością formy przekazu. Nie chcę używać słowa „jakością”, bo skrzywdziłabym autorkę. Przyczyna tkwi w moim nastawieniu, ale jeśli zrozumie się, że to jest inny rodzaj reportażu, napisany w innej formie i inną techniką, nabiera on dużej wartości.
I tak należy go zacząć czytać – bez uprzedzeń i opinii innych!
Po pierwsze nie jest to jakakolwiek analiza jakiegokolwiek zjawiska. Po drugie nie pada w nim ani razu słowo „kultura” lub pochodne sugerujące dziedzictwo narodowe w tym ujęciu jakiegokolwiek państwa. Ten reportaż śledczy nazwałabym „surowizną” relacji z pracy dziennikarskiej autorki, ukazujący techniki, metody i niebezpieczne warunki pracy reportera. Na dodatek nieprofesjonalnie przesiąknięty osobistymi emocjami okazywanymi, między innym, w taki sposób – Miałam ochotę napluć im w twarz, ale nie dawałam tego po sobie poznać. W przypadku Bilela… (zdanie, które nastąpi, nie jest ani poprawne, ani nie spełnia wymogów etyki dziennikarskiej, ale najlepiej tłumaczy moje uczucia) mam ochotę go wydymać. To historia relacji, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, nawiązanej poprzez Internet, a potem rozmów kontynuowanych poprzez Skype, z wysoko postawionym dżihadystą w Państwie Islamskim – Abu Bilelem. Szefem francuskich dżihadystów i prawą ręką samego przywódcy samozwańczego kalifatu Abu Bakry al-Baghdadiego. Dziennikarka paryskiego tygodnika informacyjnego, nawiązując kontakt z tym bardzo niebezpiecznym mężczyzną, początkowo nie miała świadomości, z jak ważną osobą dla świata polityki międzynarodowej rozmawia i jak ważne fakty o działaniach militarnych z samego źródła informacji otrzymuje.
A początki były niepozorne.
Autorkę, jako specjalistkę od spraw Bliskiego Wschodu, interesowały zachowania ludzi wynikające z egzystencjalnego zagubienia i braku orientacji we współczesnym świecie prowadzące do destrukcyjnych działań, bez względu na pochodzenie, środowisko wychowawcze i odrzucenie społeczne, skrupulatnie wykorzystywane przez radykalny islam. Jak sama tłumaczyła swoje postępowanie – Chciałabym zrozumieć wszelkie odmiany „internetowego dżihadu”, drążąc temat dopóty, dopóki nie uda mi się odsłonić korzeni zła niszczącego całe rodziny, niezależnie od religii, z jakich się wywodzą. Chcę obnażyć mechanizm, przez który te dzieci wpadają w pułapkę propagandy, pokazać, co tam, na miejscu, skłania bojowników do tego, że gotowi są za dnia torturować, rabować, gwałcić i ginąć, a wieczorem przed komputerem chwalić się swoimi sukcesami z dojrzałością nastolatków przykutych do gier video.
Do tego celu stworzyła sobie internetowy profil, przyjęła imię Mélodie, zbudowała tożsamość awatara o osobowości dwudziestoletniej dziewczyny, zagubionej, naiwnej oraz zrezygnowanej i udostępniła na swoim profilu film z dżihadystą w roli głównej. I to właśnie ten film był początkiem znajomości z Abu Bilelem, bohaterem filmu. To on ją „zaczepił”, przesyłając bardzo bezpośrednie pytania, jak na pierwszy kontakt, o światopogląd, wyznanie i chęć wyjazdu do Syrii. Początkowo dziennikarka nie wiedziała, co robić, ale świadomość, że rozmowa z tym dżihadystą stanowi może niepowtarzalną szansę dotarcia do cennego źródła informacji na temat działań propagujących terroryzm islamistyczny w Internecie, które media określają mianem – Dżihad 2.0. Pozostawała tylko kwestia etyki zawodowej. Podawanie się za inną osobę i zatajenie swojej profesji nie było zgodne z zasadami dziennikarstwa, ale to dylemat każdego dziennikarza śledczego. Nie był wolny od tych wątpliwości nawet znany reporter śledczy Antonio Salas w Ja, terrorysta. Autorka swoje zachowanie tłumaczyła – Ze ściśle etycznego punktu widzenia moja metoda może się wydać wątpliwa. Jednak w dobie uświęconej komunikacji ta organizacja terrorystyczna czyni wszystko, by propagować swoje idee i pozyskać dla siebie jak najwięcej ludzi. Dokonałam wyboru. Abu Bilel nie zostanie bohaterem reportażu. Chcę przesiać jego słowa przez sito, oddzielając prawdę od fikcji.
Od tego momentu, dzięki żywej relacji pełnej opisów scen wirtualnych spotkań i przytaczanych dialogów, mogłam obserwować rekrutację młodych ludzi, a w tym przypadku dziewcząt, w ramach Dżihadu 2.0. Autorka obnażyła psychologiczną warstwę procesu werbunku od nawiązania kontaktu z rekrutem, manipulację słowną i emocjonalną, poprzez instrumentalizację wiary islamskiej, fałszywe obietnice i tendencyjne argumenty, aż po procedury organizacyjne przerzucania zwerbowanych z Europy i innych krajów świata do Syrii. Demaskuje przy tym osobowość swojego rozmówcy, pisząc – Ten obłąkany morderca całymi dniami odbiera innym życie, a w wolnych chwilach przekonuje dzieciaki takie jak Mélodie, by przyjechały do niego szukać śmierci. I to mu się (i jemu podobnym) skutecznie udaje. Autorka przytacza na końcu statystyki, w których między innymi podaje dane szacunkowe zwerbowanych – Wśród narodowości z dwudziestu dwóch różnych krajów wymienia się oficjalnie 1089 Francuzów, pochodzących z 87 departamentów. To według statystyk oficjalnych z 2014 roku. Z nieoficjalnych wynika, że jest ich dwukrotnie więcej. Wśród nich są chłopcy i dziewczyny, jak Mélodie. Ciekawa jestem, ilu jest tam Polaków? Autorka każe przy tym pamiętać, że za każdym zwerbowanym kryje się dramat ich rodzin.
I dokładnie o tym jest ten reportaż.
Ani słowa o jakiejkolwiek kulturze, jakiegokolwiek kraju arabskiego, a tym bardziej Państwa Islamskiego, którego ogłoszenie powstania kalifatu miało nastąpić dwa miesiące po rozgrywających się w tej książce wydarzeniach – wiosną 2014 roku. To dowód na to, że potrzebujemy więcej reportaży analitycznych, z profesjonalnym, bezstronnym komentarzem, wyjaśniającym trudne do zrozumienia zagadnienia współczesnego świata ludziom wychowanym w kulturze europejskiej. Jeśli takie „surowizny”, przeznaczone dla ludzi zorientowanych w temacie i potrafiących myśleć samodzielnie bez uprzedzeń, trafią jednak do czytelnika uprzedzonego i mało zorientowanego w temacie, to wnioski mogą być albo zgeneralizowane, albo absurdalne, albo fałszywe. Tragedia się pogłębia, jeśli to dotyczy ludzi propagujących książki zawodowo.
A przecież to bardzo ważny i cenny reportaż jest!
Jego wartość tkwi w przesłaniu, którym próbuje zwrócić uwagę dorosłych na kondycję psychiczną młodego pokolenie cierpiącego na ból istnienia. Bez względu na narodowość i wyznanie. Na konieczność jego ochrony przed niebezpieczeństwem działań Dżihadu 2.0, dającego mu to, czego nie otrzymuje od swoich rodziców, opiekunów i wychowawców – poczucie sensu życia. A jak bardzo ten sposób werbowania ludzi jest niebezpieczny, świadczy fakt, że dziennikarka zdemaskowana i obłożona fatwą, ukrywa się przed fanatykami, którzy chcą wykonać na niej wyrok – przeczytałam na okładkowym skrzydełku.
Anna Erelle to pseudonim.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Dżihadystka [Anna Erelle]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Czego naprawdę chce ISIS

 W tym filmiku, pochodzącym z artykułu Tak Państwo Islamskie werbuje kobiety w internecie, lektorka krótko i zrozumiale wyjaśnia, czym jest Państwo Islamskie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Tak sobie myślę… – Jerzy Stuhr

Tak sobie myślę…: dziennik czasu choroby – Jerzy Stuhr
Wydawnictwo Literackie , 2012 , 269 stron
Literatura polska

Trzymam w dłoniach ten świat refleksji autora i tak sobie myślę…
Tak sobie myślę, że autor nie napisał tej książki o chorobie, o cierpieniu, procedurach leczenia, o walce z rakiem, o strachu przed śmiercią. Zupełnie nie. Napisał ją, aby właśnie od tego uciec. Stworzył dla siebie formę terapii słowem w postaci dziennika refleksji obejmującego niespełna rok przełomu lat 2011-2012. Zajął umysł wszystkimi innymi myślami, które odciągały go od tu i teraz w szpitalu. To ja tak sobie myślę, bo autor raczej dziwi się – Dlaczego akurat dzisiaj pociągnęło mnie to pióro? By kilkanaście dni później udzielić sobie odwiedzi – Ja tęsknię, żeby znów na chwilę być twórczym. Więc brnijmy w te strzępy, migawki, skrawki tego, co jeszcze być może dane będzie mi przeżyć. Zwłaszcza że nareszcie bez cenzury, w pełnej wolności słowa pisania na każdy temat. Nawet ten niezwiązany z zawodem, bo, jak podkreśla – doświadczenie z ponadtrzydziestoletnich moich publicznych wypowiedzi uczy, że nie zawsze wolno mi było wypowiadać się na tematy niezwiązane z branżą. A potem był list od wydawnictwa, które intuicyjnie wyczuło, że autor COŚ pisze, zapraszający do współpracy. A tutaj już napisane, w szaleństwie wolności słowa i myśli, o erotycznych fascynacjach aktorką z filmu Emmanuelle.

Już posypały się złośliwości i kpiny z kolegów aktorów. A przecież miało być ręcznie dla moich najbliższych. Trochę jednak tej „ręczności” zostało na wyklejkach i w środku tekstu:

I tak sobie myślę, że strasznie autor bazgrze. Trudno odczytać ręczne pismo, więc może i lepiej, że całość w druku została wydana. I jeszcze sobie myślę, że tak musiało być. Ta choroba i mnóstwo czasu na myślenie i pisanie, ta niedająca spokoju kreatywność i chęć tworzenia, pustka po działaniu prosząca o wypełnienie, ta ochota komentowania wszystkiego i wszystkich nareszcie bez ograniczeń, ta propozycja, że dlaczego tylko dla siebie i rodziny, że czytelnik też człowiek.
I stało się!
Po kilkudziesięciu stronach wsobnego pisania autor mnie zauważył, kierując do mnie te zdania – A więc niech będzie! Nie, nie dorównam literatom, pewnie sobie też wśród nich narobię wrogów, znowu przecież wpycham się na nie swoje podwórko, który to już raz? Ale co mnie ratuje: ciekawe, arcyciekawe życie, które miałem, i współczynnik szczerości i jak najdalej posuniętej prywatności, który, Drogi Czytelniku – bo teraz już taką figurę stylistyczną trzeba będzie przyjąć, będę Ci wyjawiał. Od tego momentu autor pisał również z myślą o mnie, wplatając łechcący mnie zwrot Drogi Czytelniku. Mogłam teraz tak sobie myśleć razem z autorem.
O wszystkim!
Oglądać zdjęcia prywatne i oficjalne, których mnóstwo w książce, a z których najbardziej przypadło mi do serca to:

Gdybać, analizować, podejrzewać, przypuszczać, wspominać, przypominać, przywoływać doświadczenia i te faux pas, i te zabawne, uchylać rąbka tajemnicy zawodowej aktora, odtwarzać chwile radosne i smutne z życia rodzinnego, komentować rzeczywistość, ustosunkowywać się do polityki, narzekać na poziom wychowania najmłodszych pokoleń, oceniać decydentów, uśmiechać się do osiągnięć i sukcesów, irytować się na brukowce, recenzować książki i filmy (dużo obejrzanych i przeczytanych takich samych) i wiele, wiele innych, na jakie przyszła ochota i czas. I tak prawie do końca dziennika gęstego od dat z widniejącą nazwą miasta aktualnego pobytu.
I ani słowa o raku!
Pojawia się dopiero w jednym z końcowych wpisów, kiedy po coraz dłuższych przerwach niepisania mogłam tylko domyślać się, że jest coraz lepiej, że idzie ku dobremu, że już niedługo oczekiwane wyzdrowienie, by nareszcie przeczytać radośnie pożegnalne zdanie – A więc, Drogi Czytelniku, zamieniaj się pomału w mego Drogiego Widza!
I tak sobie myślę, że to było specjalnie.
Tak bez martyrologii, medycznych szczegółów i użalania się na sobą. Że można o chorobie mówić bez jednego słowa o niej, bez nazywania jej, bez opisywania. Że to, co nas spotyka, może posłużyć czemuś innemu, korzystnemu. Że cierpienie można przekuć na słowa, myśli, refleksje, by dać nadzieję innym i wiarę w skuteczność nietypowego sposobu walki z chorobą ludziom w podobnej sytuacji. A że nie było łatwo i lekko, świadczy tylko dołączony na końcu książki wywiad udzielony jednemu z portali medycznych. To tam i tylko tam mogłam zobaczyć, jak bardzo było źle i beznadziejnie.
Autor o swoim dzienniku napisał – Ot, taki pamiętnik chorego inteligenta, który czasem bywa artystą. A ja sobie myślę, że to kotwica przywracająca środek ciężkości świata rzucona przez mądrego człowieka wszystkim tym, którzy znajdą się w skrajnej dla siebie sytuacji życiowej. Jakiejkolwiek.
Tak to sobie właśnie nad tą książką myślę…

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tak sobie myślę... [Jerzy Stuhr]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Tak to widzę – Irosław Szymański

Tak to widzę – Irosław Szymański
Ilustrował Jerzy Lipiec
Krajowa Agencja Wydawnicza , 1987 , 200 stron
Literatura polska

Boleśnie przekonałam się, że pokolenia dzieli również poczucie humoru.
Że różnimy się w nim narodami, że i czas może wpłynąć na jego odbiór, ale że dzisiejsi nastolatkowie mają zupełnie inne poczucie humoru niż ich rodzice czy dziadkowie? – tego się nie spodziewałam. Może rację ma autor, który na odwrocie książki tak ją rekomenduje:

Nie znałam kabaretu Loża 44, dla którego powstawały teksty autora. Sama dziwię się temu – jak to było możliwe? Kiedy przypominam sobie, kto w latach 80. ubiegłego wieku (jak to brzmi!) mnie rozśmieszał, to pojawia się kilka nazwisk – Bohdan Smoleń, Bronisław Opałka w roli Genowefy Pigwy, Zenon Laskowik czy Jan Pietrzak.
Teksty Loży 44 odkryłam niedawno i przypadkowo.
W trakcie imprezy czytelniczej – Noc Bibliotek. Każdy zaproszony uczestnik maratonu nocnego czytania miał przynieść ze sobą ulubioną książkę. Jej fragmenty mieliśmy czytać po kolei przez pięć minut aż do świtu. Teoretycznie! Wszyscy zgodnie kolejkowe czytanie zatrzymaliśmy na filigranowej, starszej pani, która przyniosła właśnie tę pozycję. Nie chcieliśmy już czytać! Chcieliśmy słuchać tylko jej interpretacji (a robiła to w sposób dystyngowany) tekstów Irosława Szymańskiego. Byłam tak zachwycona inteligentnym humorem, aluzyjnością, sugestywnością i sprytnym kamuflażem treści przemycanych do odkrycia absurdów rzeczywistości PRL-u (ale nie tylko), że wyszperałam sobie tę książkę na rynku wtórnym, by mieć ją na własność. Wprawdzie wszystkie teksty kabaretu Loża 44 można przeczytać na jego stronie internetowej Loża 44, ale wydane w formie książkowej mają w niej nadaną logiczną kompozycję i spójną całość. A poza tym są bogato ilustrowane zdjęciami wykonawców oraz niezwykle inteligentnymi rysunkami Jerzego Lipca,

Całość tekstu naśladuje formułę programu telewizyjnego z podanymi godzinami emisji audycji.

W książce są one jednocześnie tytułami rozdziałów, które rozpoczynają się od godziny 8:10, a kończą o godzinie 23:05. Ich tematyka jest tak szeroka, jak samo życie. Poruszają i omawiają w krzywym zwierciadle humoru, ironii i absurdu zwykłą codzienność przeciętnego obywatela w PRL, który ma zainteresowania, pasje, chodzi do lekarza, ogląda TV, spogląda w przeszłość i martwi się o duszę swoją w przyszłości, wstępując do piekieł. Wszystkie są komentarzem jego otoczenia, kluczem do ujrzenia go na nowo, które publikowane w programach telewizyjnych zostały zebrane tutaj w spójną całość. Jak napisał autor wstępu Franciszek Piątkowski – zbiór, który w całości jest zaproszeniem do gry, do łamania szyfrów i myślenia ze śmiechem.
Właśnie – myślenia!
Humor, żart, ironia, a nawet sarkazm jest po coś. Przynajmniej ja mam takie wyobrażenie, bo tak było od zawsze. Sokrates był tym, który odpowiedział ironią na celebrowaną uczoność sofistów. Franciszek Rabelais odpowiedział w swojej twórczości na celebrowaną i sztywną dworską etykietę. W skostniałych klasyków z oświeceniowych salonów uderzył ironiczny ton romantyków. Ironia Norwida była wyzwaniem rzuconym faryzejskim regułom gry i głupstwom zmarmurzonym na piedestałach. – zauważa autor wstępu, z którym się zgadzam. Te teksty są tej tradycji kontynuacją. Zmuszają do szukania drugiego dna. Do rozbierania tekstów na czynniki pierwsze i dopasowywania ich do skojarzeń z rzeczywistością, by ujrzeć ją bardziej ostro, dużo bardziej wyraźnie.
I wpadł mi do głowy pewien pomysł!
Podzielę się tymi tekstami z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą – pomyślałam. Poczytamy sobie, pośmiejemy się, poopowiadam im o życiu nastolatki w PRL. Zorganizowałam dwa spotkania podobne do tego, w którym sama brałam udział, z tą różnicą, że tutaj jedynym bohaterem była ta książka. Spośród bogactwa materiału wybierałam po kolei te najbardziej uniwersalne, by potem przejść do tych bardziej hermetycznych. Miałam świadomość, że nie każdy nastolatek zna niuanse rzeczywistości lat 70. i 80. i nie każdy będzie wiedział, co to jest na przykład asygnata. Wybór padł na Studio Sport,

Pamiętnik znaleziony w kaftanie i tekst, nad którym popłakałam się ze śmiechu – Z poradnika działkowicza.
I na tych trzech tekstach zakończyło się czytanie – niestety!
Rozmowa zeszła na zupełnie inne tematy bez zainteresowania pozostałą treścią. Przeżyłam zupełnie odwrotną sytuację do tej, w której uczestniczyłam w towarzystwie ludzi dorosłych. Zaskoczyło mnie to, ale i zasmuciło. Poczucie humoru współczesnych nastolatków jest zupełnie inne niż starszych pokoleń. Nie bawi ich myślenie podczas śmiechu. Wolą humor przaśny, dosadny, szybki, bezpośredni, mocny i wulgarny w przesłaniu i języku.
Rechot z demotywatorów.
Zastanawiam się, co będą prezentowały kabarety, by wzbudzić śmiech (o refleksji mogę pomarzyć), kiedy za kilka, kilkanaście lat dzisiejsi nastolatkowie, jako dorośli, zasiądą na widowni. Chyba nawet nie jestem tego ciekawa.
Tak to widzę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Całość książki

 Loża 44 w skeczu U dentysty.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Humor anegdota żart

Tagi:

Metro 2034 – Dimitry Glukhovsky

Metro 2034 – Dimitry Glukhovsky
Przełożył Paweł Podmiotko
Wydawnictwo Insignis , 2010 , 488 stron
Trylogia Metro ; Tom 2
Literatura rosyjska

Ależ zrobiło się romansowo-filozoficznie!
Rozrost emocji i myśli filozoficznej bardzo zmienił charakter drugiej części trylogii Metro. Dla większości czytelników, z którymi rozmawiałam na ten temat, na niekorzyść.
Dla mnie niekoniecznie.
Owszem, druga część jest inna niż Metro 2033, ale to nie znaczy, że niedobra. To tak, jakby spierać się, który gatunek jest lepszy – thriller czy horror? Ci, którzy wolą thrillery mogą czuć się zawiedzeni, bo brakuje w kontynuacji dreszczyku niepewności dostarczanego przez zjawiska paranormalne czające się w tunelach. Tu tego nie ma. Ten element fabuły został całkowicie pominięty. W jakiejś mierze zastępują go bajki, legendy, wiarygodne kłamstwa i mity opowiadane sobie przez mieszkańców moskiewskiego metra, ale to za mało na wywołanie przyjemności czerpanej z niepewności prawdopodobieństwa i nieprzewidywalnej niewiadomej. W ciemnościach i czeluściach tym razem czaiło się zło realne tylko w postaci agresywnych i krwiożerczych mutantów, potocznie nazywanych upiorami, które trzeba było zabijać, wyrzynać, masakrować i dekapitować. Sama prozaiczna pewność i brutalność życia w labiryncie korytarzy.
Główni bohaterowie – tajemniczy brygadier Hunter, siedemnastoletnia Sasza i zaufany żołnierz Huntera, Homer (główny bohater z tomu pierwszego, Artem, tutaj pojawia się rzadko) – poruszali się tylko w obrębie kilku stacji lub sporadycznie na powierzchni. Również i tutaj śledzenie ich losów ułatwiała mi mapka dołączona do książki:

W wędrówce korytarzami metra łączył ich wspólny cel – odkryć przyczynę zaginięcia karawany i idącemu jej na pomoc oddziałowi żołnierzy. W trakcie penetracji tuneli i stacji ponownie poznawałam życie w metrze, jego hierarchię społeczną, funkcjonowanie i niebezpieczeństwa w nim czające się ze strony żywych (ludzi i upiorów), ale nie tylko. Nowością była mocno rozbudowana warstwa psychologicznej gry oraz coraz silniejszych więzi tworzących się między bohaterami. Autor budując ich osobowość i kondycję psychofizyczną, splatał ich losy poprzez wygodne i niewygodne układy i zależności. Na narratora wybrał Homera, wyposażając go w możliwość tylko narracji zewnętrznej. Homer, niczym dawny kronikarz, zbierał informacje, plotki, wiadomości, te oficjalne i te nieoficjalne, te prawdziwe i te nieprawdziwe, spisując dzieje swoje, ludzi z otoczenia i rzeczywistości w metrze dla tych, którzy przyjdą po nich. Którzy kiedyś tam dokopią się do metra i odkryją dawno zapomniane istnienie. To ludziom z przyszłości chce zostawić obraz życia w metrze, by dać świadectwo ich człowieczeństwa. By nie myśleli, że żyli jak zwierzęta, mordując się wzajemnie. Snuł przy tym mnóstwo wywodów filozoficznych, zadając jeszcze więcej pytań natury egzystencjalnej.
Chyba nie tego spodziewali się czytelnicy zachwyceni pierwszą częścią.
Ten dydaktyzm faktycznie był za bardzo widoczny. Momentami nachalny. Gdyby Homer relacjonował zdarzenia w narracji wewnętrznej, byłoby to mniej narzucające się, a przez to bardziej naturalne. Monologom bohaterów wybacza się wiele i więcej. Monologom ad hoc, pouczającym i zarzucającym czytelnika pytaniami typu – co czyni człowieka człowiekiem? – po którym funduje się sześć stron analitycznego wykładu w poszukiwaniu odpowiedzi – mówię stanowcze: NIE! Wątek miłosny też nie okazał się mocną stroną autora. W pierwszej części go nie było, a tutaj pokazał piętą achillesową opowieści. Chyba że w zamierzeniu autora było ukazać chorą miłość opartą na okaleczonych emocjach w miejscu niepotrafiącym wzbudzić wyższych uczuć, a tylko egoizm i nienawiść w wyścigu do przeżycia koszmaru uwięzienia. W końcu to świat, w którym nie ma jutra. Nie ma w nim miejsca na marzenia, plany, nadzieje. Uczucia ustępują tu instynktom, a najważniejszy z nich każe przeżyć. Za wszelka cenę. Nawet cenę miłości, która nie może zaistnieć pomiędzy oszpeconym bliznami człowiekiem z poharataną duszą a dziewczyną pięknej urody wewnętrznej i zewnętrznej, ale przykrytej brudem metra. Tym dosłownym i tym w przenośni. Nie wzbudzało to we mnie wiary w miłość przezwyciężającą wszystko. Na szczęście nadzieję na to dostarczała miłość rodzicielska.
Trochę ponarzekałam (nie ja jedna!) na tę drugą odsłonę trylogii.
Ale i tak przeczytałam ją z przyjemnością, bo cała reszta, która mnie zachwyciła w pierwszej części, nie zmieniła się, dlatego nie zawaham się zajrzeć do części trzeciej i ostatniej.

Mimo wszystko ciągnie mnie w te tunele. Bardzo!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Metro 2034 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Milion lat w jeden dzień – Greg Jenner

Milion lat w jeden dzień – Greg Jenner
Przełożyła Julita Mastalerz
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 392 strony
Literatura angielska

Historia to my!
Nasze dzienne i nocne sprawy. Przeżywamy ją codziennie. W prostych czynnościach i rytuałach. A najciekawsze jest to, że można jej miliony lat dziania się przeżywać w jeden dzień. No, dobrze. Może w jakieś dwa-trzy wieczory, jeśli weźmie się do ręki tę pozycję. Jej autor w humorystyczny sposób udowadnia tę tezę. Dysponuje rozległą wiedzą z różnych dziedzin życia i drużynę weryfikujących ją specjalistów, których wymienił w podziękowaniach na końcu książki.
Ale przede wszystkim posiada dar opowiadania!
Jako narrator pełni rolę dobrego znajomego albo kumpla, który spotkanie zaczyna zawsze od zdania – a czy wiesz, że…? I zaczyna się opowieść bez ozdobników historycznych, których tak nie lubiłam w szkole, bo nie miałam do nich pamięci, za to swobodny stosunek do czasu – dat. Jeśli były, to tylko dla orientacji „w terenie” czasowym. Językiem bardzo zrozumiałym. Dalekim od naukowego, jakim posługują się historycy i w ogóle badacze oraz naukowcy. Często potocznym, gęsto przetykanym kolokwializmami, nie przejmując się konwenansami towarzyskimi i nazywając rzeczy po imieniu. Obrazowo nawiązującym do skojarzeń współczesnych, jeśli skomplikowanie zagadnienia było zbyt trudne do wyobrażenia. Nie było ich zresztą dużo, ale byłam bardzo zaskoczona, że te uprzedzające zdania sygnalizujące trudniejsze zagadnienie – Zapnijcie pasy! Przed wami rozdział tylko dla orłów! – padło przed historią pisma, druku i książki. Spoufalał się przy tym nagminnie z postaciami historycznymi i ze mną, licząc na mój luzacki sposób bycia i takież potraktowanie tematu przeze mnie. Trafił w dziesiątkę, bo bardzo mi się ten styl przekazu podobał. Kiedy się za bardzo ociągałam, bezpardonowo ponaglał do aktywności. I nieważne, że właśnie z uwagą śledziłam rozwój technologiczny„pokoików dumania” dla porannej defekacji, w których wszystko było dla mnie fascynujące w swoim rozwoju (z nie mniej fascynującym nazewnictwem!) od mydła poprzez spłuczkę na sedesie skończywszy z plejadą znanych postaci historycznych na nim siedzących w towarzystwie swojej świty. Jedną z potrzebujących towarzystwa w tak intymnej sytuacji była księżna de Bourgogne, która twierdziła, że nigdy nie wyraża się tak otwarcie jak wtedy, gdy siedzi na sedesie. Współcześnie wyrażamy się sami przed sobą albo czytamy. Aż tak obnaża ta pozycja nasze prababcie i pradziadków, czego nie robią nigdy filmy historyczne i może dobrze, że nie. Księżnej nie dane mi było posłuchać, bo mój nadruchliwy przewodnik już gonił do następnej czynności, przerywając mi kategorycznie – Ale dość już tych rozmów o kupie. Pora coś zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Wytarłszy siedzenie, spuściwszy wodę i umywszy ręce, ruszamy zwalczyć poranny głód. Czas na śniadanie… Ale z autorem nie tak szybko zaczęliśmy jeść, bo zanim się do niego zabraliśmy, był spacer w przeszłość prosto w krąg ogniska, a potem do stołu naszych przodków, by przyjrzeć się ich posiłkom.
I tak po kolei przez cały sobotni dzień!
Nie ma tu Wielkiej Historii. Są czynności, rytuały i niezbędne do ich przeprowadzenia przedmioty, bez których ta Wielka mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Kto by przypuszczał, że gdyby nie alkohol prawdopodobnie do dzisiaj bylibyśmy ludem wędrownym? Schemat naszych codziennych czynności poukładał po kolei według czasu wykonywania:

Ten godzinny rozkład dnia to jednocześnie swoisty spis treści, według którego toczy się opowieść od momentu pobudki poprzez toaletę, śniadanie, poranną gazetę, ubiór, wyprowadzanie psa, spotkanie towarzyskie, kolację, na układaniu się do snu skończywszy. Autor z rozbrajającą bezczelnością i ciekawością dziecka zagląda do toalet, kuchni, szafy, pod prysznic, do kieliszka, a nawet do łóżka, podglądając czynności pradziadków, podsłuchując ich rozmowy, czytając osobistą korespondencję i zaglądając przez ramię do czytanej gazety. Ma jednak świadomość, że nie do końca wyczerpuje zagadnienia historii życia codziennego. Ta książka – jak zaznacza autor – to przegląd rozbrajających anegdotek historycznych, jakie zebrałem w ciągu ponad dziesięciu lat dawania upustu ciekawości zawodowej. Dla chcących wiedzieć więcej dołącza do książki bogatą bibliografię, w której wypatrzyłam kilka pozycji wydanych również w Polsce.
W swoich opowieściach nie skupia się jednak tylko na różnicach dzielących pokolenia. Stara się podkreślić przede wszystkim podobieństwa i ciągłość historyczną poprzez właśnie powtarzalne schematy naszych codziennych zachowań, które niosą w sobie opowieść pisaną przez setki pokoleń naszych przodków.
Teraz opowiadam ją sobie codziennie myjąc zęby, zawiązując buty, włączając światło i zastanawiam się, co my zostawimy w spadku naszym następcom?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

Milion lat w jeden dzień [Greg Jenner]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

A tutaj można posłuchać autora bezpośrednio, tłumaczącego, czym jest historia.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Antykiler – Danił Korecki

Antykiler – Danił Korecki
Przełożyła Danuta Blank
Wydawnictwo Feeria , 2014 , 524 strony
Literatura rosyjska

Świat kryminalny dla ludzi niebojących się do niego zajrzeć!
Moja koleżanka zajrzała i bardzo szybko się z niego wycofała z niesmakiem. Oddała mi tę książkę, z dezaprobatą kręcąc głową i mówiąc – nie doczytałam jej. Trochę się zmartwiłam, bo raczej mamy zbieżne wybory czytelnicze. Zapomniałam o jednym – ja jestem rusofilką, a ona germanofilką i germanistką, której Niemcy zawodowo i osobiście są bliżsi i bardziej zrozumiali. I może dlatego nasza ocena powieści tak bardzo się różniła, bo ja byłam nią zachwycona! Pomimo krwawej brzydoty świata przestępczego w niej opisywanego.
Miejsce akcji – Tichodońsk. Jedno z rosyjskich miast o dużej aktywności handlowej, gdzie przeważająca część społeczeństwa nie wykazuje swoich prawdziwych dochodów. Według oficjalnych statystyk jedno z najbardziej praworządnych miast w Rosji. Według nieoficjalnych – miasto z tradycjami wynikającymi z respektowania anty-kodeksu przestępczego, według którego przestrzegano ogólnie przyjęte reguły, a niepodporządkowanych dosięgała surowa kara. Czas akcji – lata 90. XX wieku. Okres przemian sprzyjający zmianom w szerokim pojęciu tego słowa. I najciekawszy element powieści – bohaterowie czyli Rosjanie. Mogłabym zawęzić tę bogatą plejadę postaci tylko do świata przestępczego, ale przewijają się tutaj również ludzie prawa i osoby stojące na jego pograniczu tak, jak główny bohater – Korieniew zwany Lisem. Jeśli jednak spojrzeć na całe ukazane w powieści społeczeństwo i prawa nim rządzące, to można powiedzieć, że to jeden świat przestępczy.
Od senatora na zwykłym obywatelu skończywszy.
I nie jest to fikcja, lecz realia. Nawet jeśli powieść z racji gatunku od takich się odżegnuje. Dokładnie tak ją przedstawił rosyjski reportażysta Walerij Paniuszkin w Rublowce, skupiając się głównie na korupcji i metodach zabójstw na szczeblach najwyższych władzy. Danił Korecki z kolei wnika w poszczególne warstwy struktury społecznej, zaglądając zarówno do zwykłych osiedlowych gangów i wyżej stojących gangów miejskich, do rezydencji mafii, jaki i do samochodów senatorów czy milicyjnych biur. Pokazuje w nich strukturę zależności i hierarchii, wzajemnie przenikających się układów i uzależnień, obustronnych negocjacji i korupcji, zasady awansu i przejmowania władzy przez przywódców, powiązań między światem prawa i bezprawia oraz samą działalność przestępczą – szantaże, wymuszenia, handel narkotykami i bronią, kradzieże, rabunki, rozboje, napady, pobicia, morderstwa i wszystko to, na czym każdy, bez wyjątku, może zarobić. Macki mafii sięgały nawet budownictwa i bankowości. Zagląda też do więzienia, którego niby fikcyjny obraz idealnie jednak pokrywa się z tym opisywanym przez najsłynniejszego więźnia Władimira Putina – Michaiła Chodorkowskiego we wspomnieniach z celi Portrety z łagru. Pozorna absurdalność systemu więziennictwa, gdzie w celach siedzą faktyczni przestępcy z osadzonymi za niewinność (dosłownie!), a wielokrotny morderca z urzędnikami, milicjantami, śledczymi, bezdomnymi, alkoholikami czy robotnikami za przywłaszczenie kilku desek z budowy, to fakty wzięte prosto z życia. To najprawdziwsza rzeczywistość. Nie uniknął pobytu w nim również Lis, osadzony tam przez swoich kolegów – milicjantów i prokuratorów.
A temu wszystkiemu towarzyszy wszechobecny zapach krwi i prochu.
Krew leje się na prawie każdej stronie. Trup pojawia się tak często, że staje się normą. Nie warto przywiązywać się do bohaterów. Umierają szybko, nagle i często młodo. To dlatego śmierć staje się również jedną z bohaterek tej powieści. Może nawet jedną z głównych. Jest wszędzie. Nadchodzi znienacka. Czai się, by dokończyć plan później, ale skuteczniej. Działa zazwyczaj zdradziecko, cicho, szybko i efektywnie. Życie ludzkie jest mało wartościowym elementem gry, w której biorą udział wszyscy. Nawet ci, którzy tak, jak Lis, przysięgali wierność zasadom prawa ustanowionym przez państwo. Aby przeżyć, nawet wśród swoich, musi stosować nietypowe metody postępowania. Łącznie z morderstwem. Można to absurdalnie nazwać antykilerką. Stąd tytuł o podwójnym, zakamuflowanym znaczeniu. Ale może dlatego, jako jeden z niewielu, przeżywa. Zdecydowanie to wyjątek, bo życie ludzkie w powieści z dnia na dzień traci na wartości, stając się sposobem eliminacji przeszkód w drodze na szczyt władzy. I tej formalnej, i tej przestępczej. A może nawet obydwu naraz.
Trwa rosyjska ruletka!
Autor pokazał, jak grają w nią Rosjanie, poprzez absurd wywołujący raczej grozę niż uśmiech. Ukazał świat z przestępczymi zasadami szanowanego złodzieja, odchodzący do przeszłości, który powoli zastępuje młode pokolenia agresywnych, naćpanych, brutalnych, niepiśmiennych, żądnych krwi, okrutnych i nieprzestrzegających przestępczego kodeksu bandytów. Dokładnie przybliżył proces przejmowania władzy przez nieliczących się z nikim i z niczym młodych w Rosji, ale nie tylko. To trend światowy, o czym świadczą najnowsze doniesienia z Meksyku. W Polsce pisali o tym zjawisku Ewa Ornacka i Piotr Pytlakowski w Nowym alfabecie mafii.
Może dlatego czytałam tę powieść jak dokument.
I mimo że to fikcja, to właściwie można ją potraktować jak współczesne realia. Autor wiedział o czym pisze, bazując na własnych doświadczeniach. Jako były milicjant zna go na wylot. Wszystko, o czym pisze, widział osobiście. – przeczytałam na tylnej okładce książki. Czułam to w budowie zdań, w których brak emocji, mimo drastycznych, krwawych opisów. Narrator, niczym beznamiętny obserwator, przechodzi od sceny do sceny, relacjonując zdarzenia, jakby osobiście składał mi meldunek. Pochyla się nad szczegółami, dokładnie opisując tor lotu kuli przechodzącej przez mózg niczym patolog w prosektorium. Z obrzydzeniem strząsa krew i ludzkie strzępy z nowego garnituru, będąc wściekłym na swołocz, która mu go pobrudziła swoim ścierwem. Nie ma uczuć nawet w relacjach kobieco-męskich. Seks to jedno z narzędzi manipulacji, układów i zależności. Karta płatnicza za święty spokój, ochronę, luksus lub życie. Czysto fizyczna kopulacja z gaszeniem papierosa na skórze kobiecych ud.
To rzeczywiście bardzo brzydki świat, w którym trudno żyć, a co dopiero o nim czytać!
Ale mnie się podobał ze względu na sposób opowieści. Szybko, bez znieczulenia, bezpośrednio i realistycznie. Tak dokładnie i obrazowo, że łapałam się na stwierdzeniu – czyta się jak dobrą sensację i kryminał w jednym! A przecież w założeniu autora taka ona miała być, a zabrzmiała jak autentyczna relacja świadka.
Ukryty dokument w szatach powieści.

Jest już kontynuacja powieści, w której autor pokazuje brutalną wojnę o strefy wpływów.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Antykiler [Danił Korecki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Wampir z Zagłębia – Przemysław Semczuk

Wampir z Zagłębia – Przemysław Semczuk
Wydawnictwo Znak , 2016 , 382 strony
Literatura polska

Poważny reportaż, o bardzo poważnej sprawie, a ja się śmiałam!
W końcu chodziło o jedno z najdłuższych, bo siedmioletnie, i najtrudniejszych śledztw, jakie prowadziła milicja w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, a może nawet w dziejach PRL. 24 brutalne ataki na kobiety, 14 zamordowanych, 6 ciężko rannych, 141 tomów akt liczących przeszło 50 000 stron oraz setki dodatkowych dokumentów i dowodów rzeczowych, taśm magnetofonowych, filmów, zdjęć i szkiców. 10 procent ogólnego, ówczesnego stanu służb mundurowych zaangażowanych w śledztwo. Bywały dni, kiedy nad sprawą pracowało ponad tysiąc osób; w chwili szczególnego zagrożenia padł rekord: trzy tysiące milicjantów, ormowców i żołnierzy. Do tego 100 funkcjonariuszek mających zwabić mordercę i prośba o pomoc skierowaną do amerykańskiego i niemieckiego specjalisty.
A ja się śmiałam!
Ale jak nie śmiać się, gdy jest się świadkiem komicznych scen i absurdu. Śmiertelnego absurdu. Bohater reportażu padł jego ofiarą. Nie żyje. Wyrok wykonano 26 kwietnia 1977 roku. 13 lat po pierwszym morderstwie w listopadzie 1964 roku.
Chociaż… czy ofiarą?
O Wampirze z Zagłębia było tak głośno, że nawet ja, ówcześnie jeszcze małe dziecko, słyszałam o nim. Docierały do mnie wprawdzie strzępy informacji, ale na tyle istotne, że w dorosłości orientowałam się kim był i że został skazany wyrokiem sądu na śmierć. Wątpliwości, czy oskarżono odpowiedniego człowieka, pojawiały się już w trakcie śledztwa, a nasiliły po wykonaniu kary.
Ta pozycja próbuje jeszcze raz przyjrzeć się sprawie Zdzisława Marchwickiego i drobiazgowo przeanalizować ją od początku do końca. Włącznie z jej konotacjami. Autor rzetelnie przedstawił istniejące opcje winy i niewinności Zbigniewa Marchwickiego. Rozpoczął swoje śledztwo od wizyty na cmentarzu w poszukiwaniu jego grobu. Nie znalazł. To pierwsza z kolejnych i licznych zagadek sprawy Zbigniewa Marchwickiego i pierwsze pytanie, budzące wątpliwości – dlaczego władze za wszelką cenę chciały wymazać pamięć o Marchwickich, skoro zaledwie trzy lata wcześniej czyniły wszystko, aby dowiedziała się o nich cała Polska? Takich pytań w miarę czytania reportażu pojawiało się coraz więcej. Autor, aby ułatwić mi poszukiwanie odpowiedzi na nie, dostarczył mnóstwo rzetelnego materiału ku temu. Opisał środowisko, w którym funkcjonował skazany oraz jego sytuację rodzinną. Scharakteryzował członków rodziny, którzy potem stali się współoskarżonymi – bracia, siostra i jej syn. Metody zabójstw, ich okoliczności i ofiary. Oddał atmosferę psychozy wśród Ślązaków nasilaną publikacjami, z którymi polemizował – artykuły w prasie, filmy, książki, a nawet wystawa. Odtworzył przebieg procesu i rozpraw. To właśnie one wprawiały mnie w humorystyczny nastrój. Prymitywizm zachowania, rozumowania i wysławiania się oskarżonych oraz inteligentne wypowiedzi, wykrzykiwane riposty i piętnowany przez sędziów homoseksualizm Jana Marchwickiego, brata Zdzisława, kłótnie między oskarżonymi, tworzącymi tak bujne wiązanki wulgaryzmów, że aż piękne, w obliczu powagi sądu, usiłującego nad tym rozgardiaszem zapanować, tworzyły mieszankę idealną do scen filmowych Stanisława Barei. Jedna z ówczesnych dziennikarek, Elżbieta Cierlica, wspomina te rozprawy w ten sposób – Na procesie działy się różne rzeczy. Jak w teatrze. Wyciszony lub pobudzony Zdzisław Marchwicki z oczopląsem. Jan Marchwicki głośno demaskujący agentów SB i homoseksualistów w strukturach KC czy KW. Siostra Halina artystycznie klnąca na jednym wydechu przez pięć minut wulgarne wiązanki. Do tego mdlejące kobiety w sali rozpraw i rodziny zamordowanych ubrane na czarno, płaczące i zawodzące oraz powaga sędziego, który próbuje pozyskać zeznania od świadka:

Absurdalne sytuacje i groteskowe sceny!
I tę makabreskę całego śledztwa i procesu świetnie udało się autorowi przedstawić. Nic nie pasowało do siebie, a mimo to wymiar sprawiedliwości mielił tę sprawę, bo jedna z ofiar była siostrzenicą Edwarda Gierka. I to tło polityczne również autor nakreśla. Przytacza w całości raport amerykańskiego psychiatry Jamesa A. Brussela. Poszerza swoje dociekania o równie znane w ówczesnym okresie morderstwa mniej lub bardziej powiązane ze Zdzisławem Marchwickim znane pod nazwami: Władca Much, Pętlarz czy Fantomas. Swoje śledztwo uzupełnia cytowanymi dokumentami z procesów oraz publikacjami w mediach – zeznaniami, protokołami, wywiadami, wspomnieniami, fragmentami wypowiedzi i dialogów, pamiętnikiem Zdzisława Marchwickiego, raportem amerykańskiego psychiatry, a także listami i donosami anonimowymi lub imiennymi od obywateli. W tym od rzekomego Wampira z Zagłębia. W aneksie dołączonym do książki dodatkowo umieszcza pisma urzędowe skazanego, notatki służbowe, protokoły z przesłuchań w pełnym brzmieniu oraz bardzo użyteczne kalendarium wydarzeń.
Autor dołożył ogromnych starań i dużego nakładu pracy w dostarczeniu mi maksimum materiałów, w tym źródłowych, abym mogła sama przyjrzeć się jej i samodzielnie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy Zbigniew Marchwicki był Wampirem z Zagłębia? Sam autor, pomimo swojej dociekliwości, przyznał się – Czytając akta sprawy, publikacje prasowe, relacje świadków, a nawet zeznania samego Zdzisława Marchwickiego, wielokrotnie wątpiłem. Raz byłem przekonany o jego winie, by już po chwili uznać go za niewinnego. Nie udało mi się znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Zdzisław był Wampirem. Mam jednak na ten temat własne zdanie.
Akurat na to pytanie najłatwiej sobie odpowiedziałam. Nie wierzę, że Zdzisław Marchwicki był Wampirem z Zagłębia. Ale to nie oznaczało dla mnie, że nie zabił. Trudniej odpowiedzieć mi było na pytanie – czy Zdzisław Marchwicki był w ogóle mordercą? I to jest ten krok następny, który uczynił w swoim śledztwie autor, sugerując inny tok rozumowania i nowego wątku w sprawie, stawiając skazanego w zupełnie innym świetle nowych okoliczności, z zupełnie innymi pytaniami.
Ale czy z innym wyrokiem?
Tego nie wiem. Autor zadbał, aby jego dochodzenie nie było jednoznaczne i narzucające poglądy. Chociażby z szacunku dla inteligencji czytelnika, któremu pozostawił budowanie samodzielnych wniosków i z szacunku dla skazanego, który być może został zamordowany w świetle prawa. Przy okazji pokazał pracę milicji i działanie wymiaru sprawiedliwości w czasach PRL i ich uzależnienie od decyzji władz partyjnych. Jest jeszcze inny wymiar tego reportażu – czysto ludzki. Jeśli spojrzy się na to śledztwo od strony człowieczej wszystkich bohaterów, to można zobaczyć, nie tylko bezsilność jednostki wobec ówczesnego prawa sterowanego przez decydentów, ale i ujrzeć największych morderców w tamtych czasach – tchórzostwo i ambicja po trupach.
Dosłownie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wampir z Zagłębia [Przemysław Semczuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Kolor magii – Terry Pratchett

Kolor magii – Terry Pratchett
Przełożył Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka ; Wydawca Fantastyka , 1994 , 245 stron
Seria Nowa Fantastyka ; Cykl Świat Dysku , część 1
Literatura angielska

Za Światem Dysku albo się przepada, albo nie!
Stoję gdzieś pomiędzy tymi opcjami. Chociaż na początku byłam pełna entuzjazmu po zachwytach jego licznych fanów. To pod ich wpływem sięgnęłam po pierwszą część otwierającą cykl, który jest tak liczny w tomach, rozbudowany, skomplikowany, zazębiający się podcyklami i częściami, a przez to złożony, że fani, na oficjalnej stronie jemu poświęconej Polski Portal Świata Dysku, zbudowali mapę nawigacyjną. Urzekła mnie też grafika Josha Kirby’ego.

Wikipedia

Uwielbiam taką kreskę oraz wielość i dbałość o szczegóły składające się na sceny, w których lubię „grzebać”, bo za każdym kolejnym spojrzeniem odkrywam nowy detal. Potrafię wpatrywać się w nie godzinami. Stale do nich wracać. Z tych dwóch powodów byłam więc pozytywnie nastawiona i przygotowana na wejście w świat wyjątkowy.
I taki on był!
Trochę podobny charakterem do rysunków ilustratora. Gęsty od licznych przygód, nagłych zdarzeń i wydarzeń, których stopień niebezpieczeństwa był w pełni kontrolowany. Tutaj nawet Śmierć (rodzaju męskiego) wzbudzał sympatię. Odmienny i przebogaty w strukturze i budowie kreowanej rzeczywistości Świata Dysku. Charakterystyczny i niepodobny do żadnego innego. Zaprzeczający znanym prawom fizyki i logiki, a przez to pozwalający na zaskakujące niespodzianki. To samo dotyczyło bohaterów. Było ich bardzo dużo, a mimo to nie gubili się i nie rozmywali się w tym gąszczu. Każdy był wyjątkowy i specyficzny. Mrowiło się od nich na każdej stronie i stale pojawiali się nowi – herosi, smoki, potwory, stwory i istoty podobne do ludzi, chociaż odmienne w swoich wyglądach, zdolnościach i mocach, którymi władały. Różnili się bardzo, a jednocześnie byli tak bardzo mi bliscy z powodu swoich aż nazbyt człowieczych wad i zalet. Częściej tych pierwszych niż drugich.
Pierwszy zgrzyt w moich zachwytach pojawił się już na początku.
Czytam sobie o fantastycznym świecie gdzieś w Kosmosie leniwie przemierzanym przez wielkiego żółwia A’Tuin’a, który oczami wielkimi jak morza, przesłoniętymi bielmem i pyłem asteroidów, spogląda nieruchomo w Cel. A na nim cztery gigantyczne słonie. A na ich spalonych gwiazdami , szerokich barkach spoczywa krąg Świata, na całym obwodzie otoczony girlandą wodospadu, a od góry przykryty jasnobłękitną kopułą niebios. A w nim, wśród innych krain, Brunatne Wyspy z podwójnym miastem Ankh-Morpork, złożonym z dumnego Ankh i zapowietrzonego Morpork. Aż tu nagle, w tym, odkrywanym równolegle do mojego, diametralnie innym świecie pojawia się mężczyzna w koszuli kwiecistej z aparatem fotograficznym na szyi. Żywcem przeniesiony z mojego, współczesnego mi świata! Turysta dla mnie albo oglądacz dla tubylców, dla których nazwa nie miała żadnego znaczenia, bo i tak ostatecznie sprowadzała się do jednego słowa – idiota. Dwukwiat, bo tak się nazywał przybysz, znudził się siedzeniem przy biurku i zliczaniem cyfr. Zamarzyła mu się Przygoda! Chciał zobaczyć prawdziwe Morpork: targ niewolników, Domy Ladacznic, Świątynie Pomniejszych Bóstw, Gildie Żebraków, prawdziwą bójkę w tawernie, bohaterów i wszystko to, o czym tylko słyszał, a chciał doświadczyć osobiście. Jego przewodnikiem został, na polecenie patrycjusza, a trochę w wyniku szantażu, Ricewind. Niedoszły mag, który w rezultacie nieszczęśliwego wypadku – opuścił uczelnię znając tylko jedno zaklęcie i mnóstwo języków, dzięki którym zarabiał na życie. Otrzymał jedno, odpowiedzialne zadanie – Dwukwiat miał powrócić do domu żywy i zadowolony, z dobrą opinią o Ankh-Morpork i krainie, w której leży. Od tego momentu zaczyna się wir przygód, w których przeszczęśliwie, beztrosko i z niezmiennym zachwytem oraz zawsze chętnie brał udział Dwukwiat, a w których nie chciał, ale musiał brać udział, z duszą na ramieniu i Śmiercią za plecami, Rincewind, pilnujący, by gościowi nic złego się nie przytrafiło, a najbardziej utrata życia.
Sposób narracji, w jaki zostały te przygody opowiedziane, spowodował drugi zgrzyt.
Z jednej strony autor poprowadził ją dynamicznie i inteligentnie, posługując się ironią, absurdem i humorem sytuacyjnym oraz słownym. Użył hipermetafor silnie oddziaływających na moją wyobraźnię oraz hiperporównań, które nie pozostawiały cienia wątpliwości i milimetra marginesu na inny odbiór niż ten, sugerowany przez autora. Jeśli brzmienie głosu miało być niskie i dudniące, to jego „usłyszenie” ułatwiało takie sugestywne zdanie – odpowiedział głos za plecami ( tonem, który malował w wyobraźni obrazy podwodnych otchłani i stworów zaczajonych wśród raf). Drapanie po brodzie zabrzmiało tak, jakby jeżozwierz torował sobie drogę przez ciernisty gąszcz. Z kolei smok nie latał sobie ot tak, zwyczajnie. Smok rozcinał powietrze w pogoni za wysokością!
I to było piękne!
Doceniam tę stronę sposobu narracji. Jednak z drugiej strony komediowy charakter przygód nie rozbawiał mnie. Podejrzewam, że nie odbieram angielskiego poczucia humoru, a takim posługuje się podobno autor, ponieważ we wstępie przeczytałam – Terry Prachett jest człowiekiem o ogromnej żywej ironicznej inteligencji i typowo angielskim poczuciu humoru. Wprzęgniecie gatunku fantasy w służbę satyry, by ukazać nasze człowieczeństwo pełne wad i przywar w krzywym zwierciadle, o które toczy się gra w kości między bogami na górze, nie odpowiada mi, bo nie bawi mnie. A przecież o ten uśmiech albo śmiech czytelnika zawalczył autor. Nie sięgnę po kolejne tomy cyklu (chociaż nie zarzekam się!), ale, mimo wszystko, namawiam innych do spróbowania.
Jest okazja odkryć w sobie angielskie poczucie humoru lub jego brak!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolor magii [Terry Pratchett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Film powstały na bazie powieści rozpoczyna się pięknie i oddaje bogactwo Świata Dysku, natomiast turysta Dwukwiat mnie irytował.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi: