Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Oblężenie- Marek Adamkowicz

21 marca 2019

Oblężenie – Marek Adamkowicz
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 395 stron
Seria ABC
Literatura polska

Twierdza Gdańsk, sierpień 1813 roku…
Pięknie zabrzmiał mi ten tytuł pierwszego rozdziału, błyskawicznie przenosząc mnie w wiek XIX. Do konkretnego wydarzenia w historii Gdańska, kiedy stacjonował w nim francuski garnizon. Właśnie trwało armistycjum w oblężeniu. Bardzo newralgiczny stan dla obu stron konfliktu. Zarówno Moskalom, jak i Francuzom zależało na szybkim jego zakończeniu. Szpiedzy obu armii usilnie pracowali, chociaż z odmiennych powodów, nad jego ostatecznym sukcesem. Rozpracowanie sieci intryg zewnętrznych i wewnętrznych opartych na formalnych i nieformalnych, ale zawsze tajnych, układach i koneksjach, właściwie między wszystkimi w hierarchii wojskowej (chociaż nie tylko!), było dla głównego bohatera, oficera gubernatora Gdańska, kapitana Savigny’ego, ogromnym wyzwaniem. Nieudany zamach na gubernatora Rappa i śmiertelne ofiary, których zabójców musiał znaleźć, jeszcze bardziej komplikowały sytuację. Dla znanego z bezwzględności, cynizmu i skuteczności Savigny’ego nie byłoby większego problemu, przynieść na tacy głowę lub głowy poszukiwanych szpiegów swojemu przełożonemu, generałowi Rappowi. Miał ambicję być bohaterem niczym cesarski sekretarz Bourirnne, a do dyspozycji w pracy wywiadowczej dwóch, świetnie uzupełniających się, sierżantów – krewkiego Roussela i spokojnego Briassanda. To, czego Brissand nie wywiedział się po dobroci, Roussel wyciągał siłą. Do tego silnie motywującą go groźbę Rappa – Tu i teraz zapowiadam panu, kapitanie, że jeśli nie postara się pan i do końca rozejmu nie złapie kogo trzeba, to wyślę pana na pierwszą linię. Wszystko więc sprzyjało, ale i zmuszało, Savigny’ego do osiągnięcia pełnego sukcesu w postaci pomyślnego meldunku złożonemu swojemu zwierzchnikowi, oddalającego wizję spełniającej się groźby i przybliżającego zaszczyty, gdyby nie pewna Piękna Nieznajoma. Jej osoba, wprowadzając w śledztwo kapitana nowy, osobisty wątek z przeszłości obojga, powodowała tak duże zamieszanie, że trudno było oprzeć logikę dochodzenia nawet na twardych dowodach i pewnych faktach.
To uniemożliwiało mi jakąkolwiek prognozę rozwoju wypadków.
To autor poprzez narratora prowadził mnie przez przygodę, podsuwając nowe, niespodziewane wątki, zagadki i sensacyjne sekrety. Zaznajamiał z bohaterami i ich przeszłością, pogłębiając ich portret psychologiczny, nie pozwalając jednak na przywiązanie się do nich, uśmiercając ich bez skrupułów. Nie było czasu na sentymenty. To była wojna! Korzystał przy tym z postaci historycznych, jak i fikcyjnych, czyniąc wydarzenia prawdopodobnymi. Przy okazji oprowadzał mnie po dawnym Gdańsku pełnym błota na ulicach, przepaści społecznej między sferami wyższymi a stojącymi na dole hierarchii, żołnierzy francuskich w traktierni, chorych umierających w lazaretach, torturowanych w więzieniu i polskiej arystokracji na salonach. Widziałam blichtr i bród. Czułam zapach perfumy i smród. Widziałam nędzę ubioru biedoty, strój żołnierzy i kreacje dam. A wszystko to nie tylko dzięki dbałości o szczegóły i zgodność z prawdą historyczną, ale również używaniu języka charakterystycznego dla ówczesnych czasów. Szukałem czegoś, co z jednej strony miałoby walor świeżości, z drugiej dawało możliwość stworzenia wciągającej intrygi. – powiedział autor w wywiadzie Zamachowiec, szpieg i tajemnica.
W pełni mu się to udało!
Jej historyczny , jak i kryminalny walor zadowoli zarówno tych, którzy szukają dobrze skonstruowanej intrygi kryminalnej, jak i tych, którzy lubią powieści historyczne z wątkiem sensacyjno-przygodowym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.

 

Oblężenie  [Marek Adamkowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Zapiski żołnierza – Gabrielle Thierry

Zapiski żołnierza: życie poilus opowiedziane dzieciom przez Renefera – opracowanie Gabrielle Thierry
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2015 , 96 stron
Literatura francuska

 

W taki tajemniczy sposób, niczym początek bajki, zaczyna się opowieść o… wojnie. To pierwsze zdanie napisane przez ojca-żołnierza do ośmioletniej córeczki nazywanej przez niego Małą Śliczną Monde, rozpoczyna wyjątkową relację z frontu, bo pisaną miłością do własnego dziecka. Jego oryginał mogłam obejrzeć osobiście, ponieważ została wydana w formie reprintu:

 

W tych krótkich tekstach zebranych w niewielkiej książeczce, przypominającej formą i wielkością współczesny indeks studencki,

 

ukazał codzienne życie w okopach i na tyłach frontu poilusa czyli żołnierza piechoty armii francuskiej podczas I wojny światowej. Przedstawił siebie i realia miejsca, w którym znalazł się, współtowarzyszy broni w bitwie i poza nią,

 

przełożonych, ludność cywilną, bombardowanie i jego skutki oraz szwabów, jak określał nieprzyjaciela. Do każdego opisu dołączał ilustrującą go akwarelkę.

 

W pozornie łagodnych, a czasami frywolnych zdaniach, świadomie i celowo umniejszających skalę grozy, przemycał wyraźne informacje dlaczego, za kogo i za co, z kim i po co musi walczyć. W mądry sposób uzasadniał oraz tłumaczył przymusową i bolesną rozłąkę. Delikatnie opisywał brutalność wojny, w tym śmierć. Czynił to w sposób bardzo wyważony i subtelny, wykorzystując do tego również humor. Stopniując powagę sytuacji, ale nie strasząc okrucieństwem, przygotowywał córeczkę na zaakceptowanie konieczności i przyjęcie słuszności walki w obronie ojczyzny i w imię jej przyszłego szczęścia, pomimo niebezpieczeństwa i możliwości poniesienia śmiertelnych kosztów. Również przez jej ojca.
To niezwykła lekcja patriotyzmu pisana sercem i własnym przykładem, jaką może dać rodzic dziecku!

 

Bo i niezwykły był autor tej lekcji. To żołnierz-artysta, który na front trafił w celu wykonania zleconych prac i szkiców, opisujący swoją rolę na wojnie w ten sposób – Przyjąłem zlecenia na sześćdziesiąt drzeworytów i dziesięć akwarel. Oczywiście tematy miałem przed oczami! Pamiętam, że aby mieć spokój, szedłem pracować do rowów łączących okopy. Dlatego do reprintu, którego nawet wyklejka sprawiała wrażenie oryginału,

 

dołączone są rozdziały omawiające nie tylko historię odnalezienia i wydania wspomnień Renefera przez autorkę opracowania oraz prezeskę Stowarzyszenia Renefer, ale również przedstawiające ich autora zarówno jako żołnierza na froncie, jak i artystę w czasach pokoju z jego licznie dołączonymi do tekstu pracami niezwiązanymi tematycznie z wojną:

 

Tegoroczna, setna rocznica I wojny światowej zaowocowała wieloma publikacjami na jej temat. Wydawnictwa bardzo postarały się, by czytelnik zainteresowany tym zagadnieniem (ale nie tylko!), miał w czym wybierać i poznawać tamten okres w sposób do tej pory nieukazywany. Wspomnę chociażby o Polskim wirze I wojny czy Zawadiace. Wyjątkowość z kolei tej publikacji polega na ukazaniu obrazu I wojny światowej, który mogą oglądać nawet najmłodsze dzieci. Uniwersalizm tematyki oraz wyjątkowość sposobu i formy jej podania sprawia, że współczesne dziecko może poznawać nie tylko historię Europy, ale charakter i skutki wojny jako takiej, pomimo upływu 100 lat. To nie tylko ciekawostka wydawnicza w formie reprintu dla dorosłych, to przede wszystkim mądra książeczka edukacyjna napisana sercem przez samo życie, przekazująca w subtelny sposób informacje o sprawach poważnych i trudnych nawet dla dorosłych, zgodnie z zasadami pedagogiki, dydaktyki wczesnoszkolnej i psychologii rozwojowej dzieci. Proszę, zauważcie ją Drodzy Rodzice wśród zalewu różowych okładek o wróżkach i supermanach.
Mój egzemplarz wędruje do dziesięcioletniego chłopca.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Carnet de poilu przez telerama

 Dzięki temu filmowi można zajrzeć do środka książeczki i posłuchać relacji w oryginale.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Niespokojni – Alina Kietrys

Niespokojni – Alina Kietrys
Wydawnictwo PWN , 2015 , strony
Literatura polska

Niespokojni?! To zbyt mało powiedziane!

 

W kontekście tych sześciu powyższych bohaterów reportaży wymienionych na okładce tytułowej, to określenie wypada blado, smętnie i zachowawczo. Użyłabym określenia dynamiczniejszego – aktywni altruiści. Posunęłabym się nawet do użycia pojęcia – hiperaktywni. Działający w różnych dziedzinach i skrajnych warunkach polityczno-historycznych – od polityki począwszy na kulturze skończywszy. I to, co wyróżniało ich na tle innych – działanie z pasją, zaangażowaniem i poczuciem przyzwoitości. Spośród wielu im podobnych autorka wybrała dokładnie te nazwiska z różnych względów. Głównym kryterium była styczność osobista lub pośrednia poprzez kontakty z ich rodzinami. Jak sama napisała we wstępie – Zawodowo kontaktowałam się z bardzo różnymi ludźmi, znaczącymi politycznie, od rewolucjonistów do przegranych. Byłam w miejscach, o których dzisiaj tworzy się legendy, spotykałam ludzi, którzy dla mnie i dla moich rówieśników stanowili wzorzec zachowań i postaw. I właśnie o tych NIESPOKOJNYCH chciałam napisać.
Powtórzę – wzorzec zachowań i postaw
Ta powyższa myśl jest dla mnie kwintesencją odpowiedzi na pytanie, które zadałam sobie, sięgając po te reportaże – czy warto pisać o ludziach opisywanych w encyklopediach lub opracowaniach biograficznych?
Otóż warto!
Przekonał mnie o tym krótki test. Pytałam moją zaprzyjaźnioną młodzież, ile nazwisk z okładki znają? Ze smutkiem stwierdziłam, że tylko Jacka Kuronia. Nawet nie Jana Karskiego, którego powinni znać z lekcji historii czy Kazimierza Moczarskiego, którego kiedyś znano Rozmów z katem jako lektury z języka polskiego. W tym miejscu mogę tylko powtórzyć za autorką – Lektury szkolne w ostatnim dziesięcioleciu chadzały dziwnymi drogami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Właśnie zobaczyłam ten efekt na własne oczy.
Ja sama spośród tych nazwisk znałam cztery.
O Lechu Bądkowskim miałam nikłe szanse się dowiedzieć, bo o ile pamięć o nim na Pomorzu jest pielęgnowana, o tyle w skali kraju już nie. Wygląda to trochę jak zmowa milczenia wokół wybitnej osobowości czy nawet „legendy Pomorza i Kaszub” – jak o nim kiedyś pisano – której źródeł próbowała doszukać się autorka, pisząc – Lech Bądkowski często jednak znika gdzieś w rozważaniach historyków, socjologów, publicystów, kronikarzy-przyczynkarzy, którzy zajmują się analizowaniem ruchu społeczno-politycznego sprzed ponad trzydziestu lat. Tę metodę śledczą zastosowała zresztą wobec wszystkich swoich bohaterów. Opierała się nie tylko na własnych doświadczeniach, ale również na wywiadach i rozmowach z ludźmi z najbliższego ich otoczenia – rodziny, przyjaciół, znajomych czy współpracowników. Dzięki temu zabiegowi zbudowała pełny portret nie tyle postaci historycznej, co człowieka z pasją uwikłanego w historię. Czasami w Wielką Historię tak, jak Jan Karski czy Jacek Kuroń. Osoby z krwi i kości. Z jej zaletami, ale i wadami. Nie skupiała się głównie na ich działalności, ale przede wszystkim na ich osobowości, których działalność czy twórczość była tylko wypadkową i skutkiem. Postrzeganej przy tym przez wiele osób z ich otoczenia. Stworzyła w ten sposób sześć obiektywnych portretów o różnym charakterze, ale wspólnym mianowniku ujętym w tytule. Obrazów uzupełniających informacje encyklopedyczne, wypełniających emocjami oficjalne, obiektywne prawdy, nasączających dynamiką suche zdania historyków i biografów. Ukazujących zaplecze ich niezłomności, kulisy walki z samym sobą i przytłaczającą ich rzeczywistością, uleganie słabościom w życiu codziennym. Charakterystyk czasami bardzo intymnych, bo zaglądających nie tyko do duszy, nie tylko od kuchni, ale i do alkowy.
Autorce, wbrew pozorom, nie było łatwo zebrać taki materiał.
Napotykała opór niechęci ze strony swoich rozmówców, którzy uważali, że taki sposób pisania o ich bliskich odciągnie zainteresowanych od istoty ich działalności lub twórczości. Autorka miała odmienne zdanie, które podzielałam. Warto uczłowieczać pomniki. To w takich tekstach można znaleźć metody radzenia sobie z problemami, sposoby odnajdywania się w skrajnych sytuacjach bez wyjścia, wskazówki szukania drogowskazów przez tych, którzy je znaleźli i według nich postępowali, by rozważyć za i przeciw i by wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy bycie przyzwoitym, w tym co się robi, opłaca się? Czy w ogóle warto podążać drogą idei w jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego? I najważniejsze – co tracimy, a co zyskujemy? To tutaj znalazłam odpowiedzi na te pytania. To tutaj dowiedziałam się, na czym polegała trudność drogi, którą wybrali. To jest to, co odnalazłam dla siebie w tej pozycji, spełniając jednocześnie nadzieję autorki zawartą w tym zdaniu – Te osobiste historie oddaję dzisiaj Moim Czytelnikom z nadzieją, że też odnajdą w nich coś ważnego dla siebie.
Autorce udała się jeszcze jedna rzecz.
Każdy z rozdziałów oddawał charakter bohatera. Ten o Jacku Kuroniu, którego znałam jako pełnego miłości do kobiety i ludzi z Listów jak dotyk, był bardzo rozedrgany i pełen energii. O Janie Karskim, dla mnie człowieku o niezwykłym harcie ducha, smutny i przygnębiający tak, jak ciężar przeżyć i doznanych rozczarowań związanych z brakiem poczucia spełnienia podjętej misji. O Lechu Bądkowskim zasadniczy i zdystansowany. A o Stefanie Kisielewskim pełen humoru i życiowego dystansu, o czym świadczy chociażby to „luzackie” zdjęcie z Czesławem Miłoszem:

 

Nie do zobaczenia w poważnie poprawnych publikacjach. Ta książka to również możliwość zajrzenia do rodzinnych albumów, do których dostęp jest niemożliwy lub bardzo utrudniony.

 

Ci wybrani Niespokojni autorki zmusili mnie do zastanowienia się nad moją listą Niespokojnych. Powieliłabym tylko jedno nazwisko z listy autorki – Jana Karskiego. Potem byłby jeszcze Witold Pilecki (jako symbol wszystkich Żołnierzy Wyklętych), Janusz Korczak i Władysław Bartoszewski. Zastanawiam się, kto znalazłby się na liście mojej zaprzyjaźnionej młodzieży? Skoro nikt z tej publikacji, to kto? I to jest bardzo dobry temat na następną moją rozmowę z nią!
I uwaga krytyczna na koniec.
Styl przekazu autorki wprawiał mnie w konsternację, kiedy nie potrafiłam odróżnić wypowiedzi lub myśli bohaterów od jej własnych. Czasami zlewały się w jeden tekst, kiedy autorka nawiązywała do osobistych skojarzeń i kontekstów. Musiałam cofać się i czytać całość ponownie, by rozróżnić wypowiadające się osoby. To ważne, gdy chce się zacytować fragment. W tym kontekście niedogodności, o pomyłkę nietrudno.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Niespokojni [Alina Kietrys]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik

Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik
Wydawnictwo Znak , 2015 , 349 stron
Literatura polska

Brawa dla autorki (nie, nie – jeszcze nie za książkę) za odpowiedź, którą przeczytałam w wywiadzie Pauliny Dudek z nią – Czujesz się drugą Masłowską? Polskim Marquezem? -Czuję się pierwszą Dominiką Słowik, zdecydowanie. Nie bez powodu siedzącej właśnie na mało atrakcyjnej klatce schodowej w bloku.

 

Biję brawa za pokorę i brak potrzeby grzania się w blasku gwiazd literackich. Za niechęć do wykorzystywania porównań do znanych i uznanych nazwisk, by sztucznie podnieść własny prestiż. Za przyzwolenie książce na samodzielne życie wśród czytelników, bez parcia na sterowanie jej przesłaniem drogą „poprawną” i jedynie słuszną. I wreszcie, co dla mnie najważniejsze, za gotowość do przyjmowania wszelakiej krytyki ze strony odbiorców – subiektywnej, indywidualnej i różnorodnej w ocenie. Nawet, jeśli będzie to przykre. Nawet, jeśli zaboli.
To nie tylko deklaracje słowne.
Każdemu zaczynającemu czytać, wręcza do ręki klucz, według którego odbiorca może doszukiwać się w tej powieści własnych poziomów odczytywań, translacji, deskrypcji i odkodowywań. Ten klucz miał postać swoistego wstępu, który brzmiał dosyć poważnie, jeśli nawet nie naukowo, bo była w nim przytoczona definicja tytułowego, dla mnie bardzo tajemniczego słowa – Doppelganger, ze Słownika terminów kultury oraz fragment tekstu o zagubieniu w podróży João Pardela. Ale to jedyny moment „poważny” czyli naukowy w tej beletrystyce. Zastanawiało mnie, skąd w autorce tyle zgody na „poniewieranie” swoim „dzieckiem”? Skąd tyle dojrzałości w debiutantce charakterystycznej raczej dla pisarza z uznanym i niepodważalnym autorytetem? Może odpowiedź kryje się w kolejnej wypowiedzi przeczytanej w wywiadzie – Przyjechałam do Polski i stwierdziłam, że to trochę bez sensu pisać magisterkę, zrobię coś sensowniejszego. Ubiorę w słowa wszystkie obrazy, które nagromadziły się we mnie przez te dwadzieścia parę lat i poczuję satysfakcję, uwalniając je – chciałabym dodać za autorkę. Zmaterializować myśli.
Reszta to bonusy.
Może dlatego nie sparaliżowało mnie porównanie do Doroty Masłowskiej czy Gabriela Garcii Márqueza. (Tak na marginesie to bliżej jej do dylogii Joanny Bator – Piaskowa Góra i Chmurdalia.) Nie przejęłam się tym, bo po pierwsze nie lubię tego w stosunku do debiutantów, a po drugie sam fakt używania tych samych środków przekazu przy budowaniu fabuły (język naturalistyczny z dużą dozą wulgaryzmów w przypadku pierwszym i realizm magiczny w przypadku drugim) nie czyni powieści podobnymi w ogóle. Brakowało mi tylko porównania do pisarza, który również ignorował duże litery w tekście tak, jak z upodobaniem czyniła to autorka. Dlatego dla mnie na tyle niepodobnymi, że, zaczynając czytać, całkiem zapomniałam o tym realizmie magicznym, który autorka sprytnie (chociaż sama odcina się od niego w wywiadzie, każąc sobie go nazywać jak kto chce) ukryła w opowieściach dziadka Ani. Chciałam napisać głównego bohatera, ale zawahałam się. Właściwie mógł być nim zarówno dziadek, Ania i jej koleżanka, będąca jednocześnie narratorką, jak i śląskie blokowisko z jego mieszkańcami. Albo Sadowski, którego osobna, wyraźnie oddzielona kursywą, historia pobytu w blokowisku przeplatana była z tą o dziadku. Wszystko zależało ode mnie. Od moich zasad gradacji.
A dla mnie najważniejszy był dziadek!
Czarodziej słowa, zaklinacz rzeczywistości, prestidigitator tworzonych obrazów, który wyczarowywał dziewczynkom świat, nawet z plamy po herbacie, dalekich podróży w czasie i przestrzeni, którego granice wyznaczała wyobraźnia wspominającego swoją przeszłość marynarza. Pozwalał nam, bo z ochotą dołączyłam do słuchaczek, na wyrwanie się z blokowiska, dla którego brakowało po prostu skali w kategoriach zadupia. Prosto w świat egzotycznych, tajemniczych, nieznanych, niebezpiecznych, zapierających dech i otwierających bezwiednie buzię w zadziwieniu, krain odwiedzanych na statkach morskich i śródlądowych. Opowieści uatrakcyjniał pokazami surowo zabranianymi przez dorosłych, do których zachęcał i które inicjował, a przede wszystkim inspirował. Która mała dziewczynka oparłaby się nakazowi skakania z segmentu na wersalkę? Sama to robiłam! O jeszcze bardziej zabronionych czynach nie wspomnę!
Dziadek był mądry!
Widział w dzieciach biegających między blokami oddzielne plemię, półdzikie stado panujące nad osiedlem, aroganckie i pewne siebie watahy. Dziadek miał na to odczłowieczenie metodę – historie. Wierzyłam w nie całą sobą aż do połowy książki. Do momentu odkrycia w nich przeze mnie (bo na pewno były wcześniejsze) pierwszej sceny z realizmem magicznym.
Śmiałam się sama z siebie!
A mimo to, chciałam nadal w nie wierzyć. I nie pomagały brutalne wejścia babci ściągające wierne słuchaczki na twardy grunt realiów, która twierdziła, że mu się na starość wszystko pojebało, i pukała się w głowę, krzycząc: – stary masz sklerozę…!!! W oddaniu i lojalności dla mojego guru opowieści traktowałam ją jak naprzykrzającą się, irytującą brzęczeniem muchę. I przyklaskiwałam z satysfakcją, gdy dziadek kazał na koniec spotkania ”zawołać babkę na chwilę”, żeby ją jeszcze trochę powkurwiać i w ten sposób ukoić skołatane nerwy. Nie pomogła również historia Sadowskiego, która ukazywała brzydotę osiedlowych bloków i spojrzenie na dziadka z punktu widzenia drugiego dorosłego.
Dlaczego?
Bo dla mnie dziadek, sam uwięziony na wózku inwalidzkim między meblościanką a oknem, był kluczową postacią, która otwierała młode umysły na szeroki świat, ukazując przede wszystkim możliwości do wykorzystania, jakie oferował wszystkim ludziom w czasach przemian ustrojowo-społecznych lat 90. ubiegłego wieku.
Budził w człowieku Doppelgangera.
Nieodparte pragnienie aktywności w sferze mentalnej lub fizycznej. Biję brawo autorce za powieść, której labirynty marzeń bohaterów zaczarowywały labirynty obrzydliwych korytarzy blokowych, drążąc jednocześnie labirynty w umyśle odbiorcy w poszukiwaniu znaczeń i przesłań w jej wielowarstwowości i wielowątkowości przekazu. Mam wrażenie, że nie wszystko w niej zobaczyłam, zrozumiałam, zauważyłam, skojarzyłam. Podejrzewam, że czytając ją za dziesięć lat, zwróciłabym uwagę na zupełnie inny wątek, a moim głównym bohaterem stałaby się zupełnie inna postać. Jednego jestem pewna – w jej korytarzach zdań, w przestrzeniach między słowami, na wielu poziomach tekstu, żyje Doppelganger. Niespokojny duch, który budzi w trakcie czytania melancholię za idealizowanym dzieciństwem, poczucie pustki za utraconą przeszłością obrośniętą nutą magii, czerpiącą swoją moc z ówcześnie przeżytych emocji, nieokreślone pragnienie powrotu do minionych lat, ale przede wszystkim potrzebę aktywności.
W jakiejkolwiek postaci.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.

Fragment powieści

Atlas: Doppelganger [Dominika Słowik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Kryminalny Olsztyn. Koszary

Kryminalny Olsztyn. Koszary
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 209 stron
Seria ABC
Literatura polska

Po Kryminalnym Wrocławiu czas na Olsztyn!
Ileż przeciekawych rzeczy można dowiedzieć się właśnie z takiej formy oprowadzania po nieznanym mieście. Tym razem w dziesięciu odsłonach.

 

Różnych autorów i w różnej fabule. Jedno co łączyło tę antologię, to zbrodnia w Olsztynie. Wszystko inne było wariacjami na temat. I myślę, że nie przesadziłam w tej ocenie, bo granicami czasu, wyboru konkretnego miejsca w Olsztynie czy doboru bohaterów, była tylko i wyłącznie wyobraźnia twórców osadzona w znajomości miasta. Miejsca wnikającego w duszę artysty, egoistycznie domagającego się roli pierwszych skrzypiec w ich opowieściach. Tak to już bywa z tymi pisarzami, że gdy raz coś pokochają, to wnikają w tę rzecz i zlewają się z nią w jedną całość. – trafnie napisała Wiktoria Korzeniewska w pierwszym opowiadaniu Kamienica z wieżyczką, które było bardzo dobrym wprowadzeniem do zbiorku, symbolicznie tłumaczącym przymus pisania pod wpływem miejsca i skojarzonych z nim tematów. Wystarczyło uchwycić jeden z dostrzeżonych wątków ( a niewielu to potrafi), których wokół kłębiło się multum i pisać. Nawet jeśli miałoby to być okupione zbrodnią. Nawet jeśli autor nie zauważyłby spisku na jego życie. Nawet jeśli miałby się stać ofiarą własnego miasta.
Bo Olsztyn miał tylko jeden cel – stworzyć książkę o sobie.
I dopiął swego! Nieważne że od tej mrocznej strony, którą posiadał od zawsze, jak każde inne miasto. Przecież do pisania o tych jasnych nikogo zmuszać nie trzeba. Powstają więc przewodniki i informatory, jak grzyby po deszczu. Ale do pisania o tych niejasnych, niejednoznacznych, sekretnych, skrytych za zasłoną milczenia, potrzeba ludzi z wyobraźnią. Ludzi odważnych!
I znalazł takich!
W atmosferze niedopowiedzeń i dużego prawdopodobieństwa, w scenerii autentycznych, zabytkowych budynków i krętych uliczek dopuszczałam myśl, że tak mogło również być. Zarówno w XV wieku, w latach 50. i 70. ubiegłego wieku, jak i w czasach współczesnych. W tajemnicze intrygi, niewyjaśnione zbrodnie mogli być zamieszani zarówno nieznani historii z nazwiska, jak i sam Mikołaj Kopernik. Nie wszystko jest dzisiaj na tyle definitywnie wiadome i udokumentowane, by być pewnym prostoty przeszłości. Zwłaszcza, że ona sama dawała o sobie znać trupami odkopywanymi przez obecnych, przypadkowych mieszkańców Olsztyna.
W różnych zaułkach miasta.
Tę wędrówkę po miejscach zbrodni traktowałam nie tylko jak szlak zagadek do rozwiązania, ale również jak specyficzny przewodnik, zaglądając do niszczejących koszar, zamku Kapituły Warmińskiej,

KOS północne skrzydło zamku w Olsztynie” autorstwa MazakiPraca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons.

Zaułku Kuglarzy (podejrzewam, że został wymyślony), do mieszkania w jednej z olsztyńskich kamienic, ale i do villi z panic roomem, na wąskie schody prowadzące do zamkowej wieży, tory kolejowe, nad Jezioro Kortowskie

Jezioro Kortowskie (2)” autorstwa S.CzachorowskiPraca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons.

i w wiele innych, pozornie zwykłych miejsc. Każde z nich mogło, choć nie musiało, być świadkiem czyjejś krwawej tajemnicy. I właśnie ona czyni Olsztyn ciekawym dla mnie, obcej, ale przede wszystkim dla olsztynian. Dla tych ostatnich może być odkryciem miasta na nowo. Od innej, nieznanej strony ujrzanej przez wybranych, posiadających dar wyobraźni i operowania słowem. Olsztyn wiedział kogo wybrać i wiedział, że coś, co ma przetrwać przez pokolenia, nie powstanie bez zapachu śmierci. Pozwoliło swoim dziesięciu pisarzom podążyć tropem śladów krwi, by z dziesięciu spojrzeń na jego oblicze, stworzyć jeden obraz.
Obraz mroczny, niebezpieczny, ale i kuszący.
I o to mu chodziło! W odpowiedzi widzę, jak Olsztyn wyszczerzył się złamanym płotem w jednym z zapomnianych podwórek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Zawadiaka – Jerzy Konrad Maciejewski

Zawadiaka: dzienniki frontowe 1914-1920 – Jerzy Konrad Maciejewski
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2015 , 424 strony
Seria Świadectwa. XX Wiek: Polska
Literatura polska

Mikroświat wyłowiony z wiru I wojny światowej!
Gdybym sięgnęła do treści publikacji Polski wir I wojny, na którą składały się wspomnienia, wypowiedzi oraz dokumenty osób znanych i nieznanych, pochodzących ze wszystkich warstw społecznych polskiego narodu (chociaż nie tylko), a które razem składały się na opis obrazu tuż przed wybuchem wojny, a potem jej przebiegu, to wyłowiony przypadkowo jeden z jej elementów mógłby być historią autora tych wspomnień. Dlatego potraktowałam je jak kontynuację poprzedniej pozycji, jak przejście od ogółu do szczegółu, jak zoom ukazujący detale wcześniejszego, szerszego, ogólniejszego spojrzenia z wielu punktów widzenia.
Miałam przed sobą wspomnienia subiektywne i niezwykle osobiste, a nawet bardzo intymne. O ten ich ostatni charakter autor miał do siebie najwięcej pretensji, pisząc – …skrupulatnie notuję, gdziem był, com jadł i najważniejsze… do kogom się zalecał. Zdawać się może, że chuć dominowała nad każdym moim krokiem i pomyśleniem, że żarcie i poszukiwanie samicy było jedynym moim celem. Nie przejęłam się tymi wyrzutami, nie raziły mnie też aż tak bezduszne określenia życia seksualnego (po lekturze tej pozycji można do tego przywyknąć),bo też nie przez taki pryzmat (chociaż bardzo ciekawy, przyznaję, bo rzadko z taką szczerością opisywany) patrzyłam na jego życie. O wiele bardziej ciekawiły mnie losy nastolatka wychowywanego przez owdowiałą matkę. Najstarszego syna w rodzinie, na którego młodziutkich barkach spoczął ciężar życia w skrajnych okolicznościach, w którym głód i „kombinowanie”, by go zaspokoić, zmuszały do wstydliwych czynów i takich refleksji – Jestem darmozjadem. (…) Och, bo i ból, i wstyd zarazem…. Ból, kiedy własna matka wygania z domu, odmawia jedzenia, czyni wyrzuty, by móc nakarmić młodsze, niezaradne rodzeństwo. Wir wojny, powszechny głód, zniszczenia i okrucieństwa przetaczających się wojsk przez terytoria, na których przebywał, brak stabilizacji i pracy, którą stale tracił oraz poczucie, że chociaż praca już wre, dla nas, młodych, miejsca nie ma, przyczyniło się do przekonania – Cóż robić! Nie ma dla mnie miejsca w odrodzonej Polsce. Jestem niczym… Więc idźmy bronić Kresów przed zalewem Ukraińców.
I poszedł!

Był rok 1918 i miał dopiero 17 lat, kiedy zapisał się do I Warszawskiego Baonu Ochotniczego Oddziału Odsieczy Lwowa, trafiając do 19 Pułku Piechoty. Ten rok oficjalnie uznany za cezurę czasową odzyskania przez Polskę niepodległości, tak naprawdę oznaczał dopiero początek walki o stabilizację i ostateczne jej granice. Autor posłowia, prof. dr hab. Janusz Odziemkowski, opisał go tak – Chociaż więc Polska powstała do niepodległego bytu jesienią 1918 roku i co więcej – została uznana przez mocarstwa Ententy – nie było żadnych gwarancji, że przetrwa. Autor wspomnień natomiast oficjalne ustalenia podsumowywał tak – Dnia 23 czerwca witały salwy armatnie podpisanie traktatu w Wersalu, tłumy szalały z entuzjazmem, a my… błądziliśmy po polach i lasach Małopolski, szukając owego odcinka, który w porę niezałatany mógł zachwiać całym naszym frontem… Działania militarne o polskie granice trwały nadal, znacząc swój szlak smrodem rozkładającego się ścierwa końskiego i zostawiając za sobą zgliszcza, płacz, przekleństwa i trupy….
Walka, pomimo ustaleń oficjalnych, trwała nadal.
A autor dzienników opisał między innymi właśnie tę końcową fazę działań wojennych o ostateczne granice wschodnie, zaczynając jako cywilny obserwator pierwszym wpisem 24 marca 1915 roku, a kończąc już jako żołnierz wpisem ostatnim – 8 marca 1920 roku. Notowane częściej lub rzadziej, ale systematycznie, ukazywały wojnę z punktu widzenia podoficera. Czasami nie do końca pojmującego swoją rolę i sytuację, w której się znajdował, zastanawiając się – Po co ta wojna?! Odbieramy Kresy? Ależ na tych „Kresach” 80 procent ludności to Rusini, Żydzi lub Rosjanie, a więc – wrodzy. Często nieświadomego swojego położenia i szerszej perspektywy na przydarzające mu się sytuacje bojowe, jednocześnie pełnego zapału, ale i wahań. Jednak zawsze gotowego do pójścia w bój, do parcia naprzód. Nie nazywał się jednak bohaterem. Przyznawał się wielokrotnie do lęku i strachu, wyznając – Mijają te dnie, tygodnie, miesiące… I żyję tak bez celu, z dnia na dzień, od wyprawy do jakiejś potyczki lub bitwy i nad wszelkimi uczuciami góruje obawa śmierci i chęć życia. Prosił matkę w listach o wystaranie się o zwolnienie z wojska. Nie potępiałam go.
Rozumiałam.
Bo i obrazy, które musiał oglądać w najokrutniejszym wydaniu wojennym, i sytuacje tragiczne, od których odwracał wzrok, on, żołnierz, który niejedno już zobaczył, włącznie z samobójstwem swojego przełożonego, systematyczne ocieranie się o własną śmierć, mogły i miały prawo budzić w nim wyrzuty sumienia i stawiać pytania o sens wojny jako takiej. Bezmyślne znęcanie się nad jeńcami, gwałty na kobietach, bezlitosny rabunek ludności cywilnej i ich mordowanie, wszechobecna śmierć w okopach, ale i w zagrodach chłopskich, skrajnie trudne warunki życia między walkami, rodziły w nim sprzeciw – Czuję, że z dnia na dzień robię się coraz większym przeciwnikiem wojny. Całe moje jestestwo krzyczy: dosyć wojny! Dosyć tych mordów! By na końcu swojego buntu dodać – Gdybym nie był żołnierzem, zostałbym anarchistą.
Można więc potraktować wspomnienia autora jako obraz procesu dojrzewania nastolatka, który w skrajanych warunkach wojennych musiał w przyśpieszonym tempie zostać mężczyzną fizycznie i psychicznie. Można też zobaczyć w dziennikach dokument świadczący o losach jednego Polaka walczącego o wolność swojego kraju lub wąskiego wycinka historii narodu polskiego czy wreszcie swoistą kronikę szlaku bojowego 19 pp Obrońców Lwowa.
Ale ja w nich zauważyłam coś jeszcze.
Położenie narodu żydowskiego w tym wirze wojny. Nie do pozazdroszczenia. Sam autor nie krył swojego negatywnego nastawienia do Żydów, używając pogardliwie brzmiących określeń, podkreślając wyższość chrześcijan nad nimi czy obwiniając o inspirowanie komunizmu, ale jednocześnie i mimowolnie świadczył o ich mordowaniu, przyznając obiektywnie – W Berdyczowie urządzili żołnierze ukraińscy – spod znaku Petlury – rzeź Żydów. Tym to od każdego się obrywa. W tym ostatnim stwierdzeniu widziałam tragizm beznadziejności sytuacji ówczesnego narodu bez państwa.
Kiedy historycy używają frazy – aby ustabilizować front, masom kawalerii bolszewickiej dowództwo polskie postanowiło przeciwstawić masy kawalerii polskiej – wszystko wydaje się takie proste, czyste i jasne. Autor odkrył przede mną jej żywą, pulsującą, mroczną głębię gęstą od skrajnych emocji. Pełną realnych obrazów ze świszczącymi koło głowy kulami, odorem trupów, ludźmi z imionami i nazwiskami i przenikliwym krzykiem cierpienia. To jest prawdziwa historia! Nie szkodzi, że subiektywna i okrojona z szerszej perspektywy, ale za to namacalna, zapadająca w pamięć i trafiająca do serca. Po prostu człowiecza.
To właśnie po takich historiach odechciewa się wojny.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zawadiaka [Jerzy Konrad Maciejewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Burdubasta – Stanisław Tekieli

Burdubasta: albo skapcaniały osioł czyli łacina dla snobów – Stanisław Tekieli ; opracowanie graficzne Agnieszka Żelewska
Wydawnictwo Poradnia K , 2015 , 72 strony
Literatura polska

Książka dla snobów!
A dokładniej łacina. Są tacy. Spotkałam nawet kogoś takiego. Sypał sentencjami po łacinie jak z rękawa. Z trudem przeciskałam się między nimi do sensu rozmowy. Gubiłam wątek i nie bardzo wiedziałam, ku jakiemu celowi dąży rozmowa. W efekcie bardziej byłam zirytowana niż pełna podziwu dla erudycji rozmówcy. Po takim doświadczeniu trwoga mnie okrutna ogarnęła, kiedy moja zaprzyjaźniona studentka zaczęła uczyć się łaciny, bo wybrany przez nią kierunek studiów to narzucał. Snobka pod bokiem tobie wyrośnie – gdzieś z tyłu głowy złośliwy chochlik mnie ostrzegał – i skończą się sensowne dialogi. Na szczęście tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – mam żywy translator pod telefonem. Ale odezwała się we mnie niezaspokojona ambicja nie tyle jej dorównać, co nie być całkiem tabula rasa czyli niezapisaną, gołą tabliczką, więc zajrzałam do tej publikacji. Wprawdzie snobką nie chciałam zostać, ale pozostać zupełnym laikiem też nie.
I tutaj zaskoczenie!
Aż taką całkiem niezorientowaną w temacie się nie okazałam, a moja pamięć była już trochę zapisana. Okazało się, że wokół mnie jest tyle łaciny w postaci sentencji używanych przez stowarzyszenia, uczelnie, urzędy i inne instytucje podnoszące sobie snobistycznie prestiż, że mimo woli nasiąknęłam nimi. Nawet dzisiaj, będąc w restauracji, natknęłam się na taki widok:

 

 

 

Zapytałam kelnerkę, co ten napis oznacza. Chciałam wiedzieć, jaka maksyma przyświeca temu miejscu. Niestety, nie wiedziała (sic!), ale miałam cichą nadzieję, że właściciel już tak. Szybki SMS do mojej osobistej łacinniczki z prośbą o przetłumaczenie i odpowiedź – Głód nie ma ambicji. Faktycznie – nie można go zaspokoić. Pięknie pasujące do tego miejsca.
Ale wracając do książki.
Zupełnie niepotrzebnie obawiałam się powagi jej treści. Już na wyklejce zauważyłam kilka dobrze znanych mi maksym:

 

Cogito ergo sum (myślę więc jestem) czy homo ludens (człowiek bawiący się) znałam z szeroko pojętej literatury. To pierwsze z poezji Zbigniewa Herberta, a to drugie z publikacji Kim jest człowiek? Bogdana Suchodolskiego, bo nie jest to pojęcie antyczne! I to jest dowód na to, że łacina pomimo śmierci językowej, nadal żyje. Jak napisał autor we wstępie – Doprawdy ten martwy język otacza nas dziś zewsząd, nawet jeśli pewne obszary pozostają nadal niewykorzystane. I nolens volens czyli chcąc nie chcąc (oj udziela mi się ta łacina) z powodu snobizmu, przedłużamy jego żywotność. Dlatego nie dramatyzowałabym tak, jak autor, który porównuje stan łaciny do tytułowego burdubasty czyli skapcaniałego, zdychającego osła, stojącego już nad grobem. Optymistycznie twierdzę, że dopóki żyje wśród ludzi snobizm, dopóty będzie żyła łacina. Czyli zawsze będzie jej daleko do tego grobu. Niemniej autor przejęty marną kondycją ukochanego języka (czułam tę jego pasję!), postanowił napisać książkę, która w sposób przystępny zapozna aż z 139 powiedzeniami łacińskimi z pretensjonalnymi cokolwiek przypisami filologiczno-kulturowymi, jak przeczytałam w podtytule podtytułu.
Jakież one były przeciekawe!
Każdy z 30 rozdziałów nosił tytuł polski opatrzony sentencją łacińską.

 

Zawsze rozpoczynał się od wiersza (chylę czoła przed zdolnościami poetyckimi autora) z wplecioną w jego treść sentencją tytułową. To ona i jej temat były głównymi wątkami przekazu, ale poszerzonymi o jego konteksty. W efekcie czytając o homo homini lupus est (człowiek człowiekowi wilkiem), poznałam pozycję wilka (marna) i wilczycy (jeszcze marniejsza) wśród Rzymian, wiarę w wilkołaki, brak sympatii również dla kotów i gusta człowiecze w ogóle. A wszystko to poparte kolejnymi, skojarzonymi sentencjami, zawierającymi w sobie słowo „wilk” oraz odpowiadającymi im przysłowiami polskimi. Z przyjemnością słuchałam opowieści nawiązujących do historii Polski i historii powszechnej, w których autor, erudyta i gawędziarz w jednym, przemycał łacinę. Przy okazji obnażając nieprawdę (Et tu, Brute, contra me? – powiedział nie Juliusz Cezar, a William Szekspir), uzupełniając wersje okrojone o zagubioną część czy ucząc prawidłowej wymowy, w której akcent ma znaczenie. Uroku całości dopełniała szata graficzna ilustrująca treść

 

 

 

oraz szlachetna forma wydania – półkredowy papier, twarda oprawa trzonu z indeksem cytowanych przysłów i zwrotów łacińskich umieszczony na końcu książki ku mojej wygodzie szybkiego ich odnajdywania.
Śmiem twierdzić, że to publikacja nie tylko dla snobów (tytuł potraktowałam z przymrużeniem oka), ale dla każdego, kto chce zrozumieć, co inni cytują i przytaczają. Chociażby na ścianie w restauracji, bo kelnerka może nie wiedzieć, szefa nie wypada testować, a słownika lub Internetu nie ma pod ręką. Przynajmniej na poziomie podstawowym czyli powszechnym. Z 30 głównych sentencji, ku swojemu zaskoczeniu, znałam aż 12. Jak na laika to sporo! Z czego jedno wyrażenie używałam, nie będąc świadomą jego polskiego, dosłownego znaczeniu – vade mecum czyli chodź ze mną lub podążaj za mną.
Czy już mogę, uważać się za snobkę?
Odpowiedź na to pytanie ułatwił mi sam autor, ponieważ nie mam skrupułów wypomnieć mu błędu ortograficznego. Zwłaszcza że sam mnie do tego sprowokował, pisząc – w łacinie nie ma (formalnie przynajmniej) imiesłowu przysłówkowego, a jedynie przymiotnikowy (porządny snob powinien je odróżniać), zatem teoretycznie powinniśmy ten zwrot tłumaczyć jako „chcący nie chcący”, „chcąca nie chcąca”. Chyba stałam się niechcący jednak porządnym snobem, bo nie tylko odróżniam imiesłów przysłówkowy od przymiotnikowego, a nawet wiem, jak się je łączy z partykułą „nie”. O czym zapomniał (bo nie wierzę, że nie wiedział) autor.
No, ale może autor pomimo znajomości łaciny, jednak snobem nie chce być? I chwała mu za to, bo pomimo sypania łaciną od serca, rozumiałam sens, nie gubiłam wątków, wzbogaciłam swoją wiedzę, dobrze się przy tym bawiąc.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Burdubasta albo skapcaniały osioł czyli łacina dla snobów [Stanisław Tekieli]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Chmurdalia – Joanna Bator

Chmurdalia – Joanna Bator
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 504 strony
Seria Archipelagi
Literatura polska

Dałam się uwieść syreniej pieśni!
Po Piaskowej Górze, którą byłam urzeczona, spodziewałam się kontynuacji losów głównej bohaterki Dominiki Chmury, marzącej o krainie Chmurdalii. Stąd tytuł drugiej książki. Nastolatki, której życie na wałbrzyskim osiedlu zakończyło się wraz z wypadkiem samochodowym, a zaczęło w nowym miejscu, w monachijskim szpitalu, do którego trafiła.
I dokładnie to dostałam.
Historie jej dalszych losów jako nowego rozdziału w jej życiu. Wędrowniczki szukającej swojej Chmurdalii po całym świecie, stale zmieniającej miejsca zamieszkania, miasta pobytu, bezustannie poznającej ciekawych ludzi, od nowa podejmującej pracę w aktualnie odwiedzanej Anglii, USA, Francji czy Niemiec, by na moment, krótką chwilę, zajrzeć do mieszkania w rodzinnym Babelu. Powspominać z przyjaciółką z lat dorastania, Małgosią, stare dzieje i opowiedzieć nowe. Zrobić inwentaryzację Dominiki Wędrownej dla przeciwwagi matczynej miłości kotwiczącej w jednym miejscu, by ją przynajmniej zrównoważyć zbiorem własnych doświadczeń.
Te losy, mimo że ważne, nie były dla mnie najciekawsze.
Dominika wypływała i ginęła w toni multum podobnych historii i wątków, które były dla mnie równie interesujące i przeciekawe. A to dlatego, że przez karty książki przewijało się spektrum postaci od egzotycznej hotentockiej Wenus pokazanej na pierwszej wyklejce,

 

po tę dobrze znaną, swojską, polską Maryję umieszczoną na wyklejce drugiej:

 

A pomiędzy tymi skrajnymi symbolami kulturowymi świat, w którym utonęłam! Któremu rwącemu, a czasami leniwemu nurtowi, poddawałam się z przyjemnością. Nie szukałam w nim specjalnie Dominiki, sensu czy powiązań. Gdybym zaczęła to robić, pogubiłabym się w wątkach, irytowałby mnie natłok różnorodnych bohaterów pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, realizm magiczny, opowieści w opowieściach i naśladowanie stylu bajarzy z charakterystycznymi powtórzeniami fraz. Pozwoliłam się nieść na fali słów. Zaufałam narratorowi, który opowiadał mi napotykane obrazy, nie pozwalając zachłysnąć się ich nadmiarem, zniechęcić natłokiem, na zwątpienie w sens. Wierzyłam, że w tych historiach on jest, tylko musi wybrzmieć, musi się opowiedzieć do końca. Że muszę poznać wszystkich bohaterów i tych z przeszłości, i tych z teraźniejszości, Polaków rozrzuconych po całym świecie i imigrantów z innych państw, by na końcu spleść wszystkie wątki i ujrzeć jednego człowieka w wielu postaciach i wersjach. Baobab z Senegalu, Nazan z Turcji, Franciszki Pyłek więźniarki z obozu koncentracyjnego, Icka Kaca polskiego Żyda, Eulalii Barron Amerykanki z matczynym grobem w Kownie, Cioć Herbatek z Napoleonówki i wielu, wielu innych. A wśród nich bohatera nietypowego – nocnik Napoleona. Przedmiotu, który jako jedyny tworzył wątek łączący część bohaterów oraz spajający fabułę. Na ich tle losy Dominiki nie wyróżniały się ani większym ciężarem, ani skrajniejszym tragizmem, a przez to rzadką wyjątkowością. Postawienie jej wśród innych ludzi świata na tle toczącej się historii od czasów sprzed II wojny światowej po czasy współczesne, było próbą ukazania wiru życia wciągającego każdego, z jego wolą lub bez niej, niczym nocnik Napoleona rzucony w nurt rzeki, przechodzący z rąk do rąk i niemający większego lub znaczącego wpływu na jego historyczny tor. Jesteśmy podobni temu nocnikowi. Ale w odróżnieniu od przedmiotów, człowiek potrafi mówić i może opowiadać, tworzyć, interpretować i opisywać. Wystarczy morze, chmura, dal i już się toczy, już płynie opowieść.
Z przyjemnością dałam się jej ponieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Chmurdalia [Joanna Bator]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Nie wszystkie losy ludzkie były w tej powieści wymyślone. Hotentocka Wenus to postać historyczna, o której nakręcono również film biograficzny.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: