Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Burdubasta – Stanisław Tekieli

21 marca 2019

Burdubasta: albo skapcaniały osioł czyli łacina dla snobów – Stanisław Tekieli ; opracowanie graficzne Agnieszka Żelewska
Wydawnictwo Poradnia K , 2015 , 72 strony
Literatura polska

Książka dla snobów!
A dokładniej łacina. Są tacy. Spotkałam nawet kogoś takiego. Sypał sentencjami po łacinie jak z rękawa. Z trudem przeciskałam się między nimi do sensu rozmowy. Gubiłam wątek i nie bardzo wiedziałam, ku jakiemu celowi dąży rozmowa. W efekcie bardziej byłam zirytowana niż pełna podziwu dla erudycji rozmówcy. Po takim doświadczeniu trwoga mnie okrutna ogarnęła, kiedy moja zaprzyjaźniona studentka zaczęła uczyć się łaciny, bo wybrany przez nią kierunek studiów to narzucał. Snobka pod bokiem tobie wyrośnie – gdzieś z tyłu głowy złośliwy chochlik mnie ostrzegał – i skończą się sensowne dialogi. Na szczęście tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – mam żywy translator pod telefonem. Ale odezwała się we mnie niezaspokojona ambicja nie tyle jej dorównać, co nie być całkiem tabula rasa czyli niezapisaną, gołą tabliczką, więc zajrzałam do tej publikacji. Wprawdzie snobką nie chciałam zostać, ale pozostać zupełnym laikiem też nie.
I tutaj zaskoczenie!
Aż taką całkiem niezorientowaną w temacie się nie okazałam, a moja pamięć była już trochę zapisana. Okazało się, że wokół mnie jest tyle łaciny w postaci sentencji używanych przez stowarzyszenia, uczelnie, urzędy i inne instytucje podnoszące sobie snobistycznie prestiż, że mimo woli nasiąknęłam nimi. Nawet dzisiaj, będąc w restauracji, natknęłam się na taki widok:

 

 

 

Zapytałam kelnerkę, co ten napis oznacza. Chciałam wiedzieć, jaka maksyma przyświeca temu miejscu. Niestety, nie wiedziała (sic!), ale miałam cichą nadzieję, że właściciel już tak. Szybki SMS do mojej osobistej łacinniczki z prośbą o przetłumaczenie i odpowiedź – Głód nie ma ambicji. Faktycznie – nie można go zaspokoić. Pięknie pasujące do tego miejsca.
Ale wracając do książki.
Zupełnie niepotrzebnie obawiałam się powagi jej treści. Już na wyklejce zauważyłam kilka dobrze znanych mi maksym:

 

Cogito ergo sum (myślę więc jestem) czy homo ludens (człowiek bawiący się) znałam z szeroko pojętej literatury. To pierwsze z poezji Zbigniewa Herberta, a to drugie z publikacji Kim jest człowiek? Bogdana Suchodolskiego, bo nie jest to pojęcie antyczne! I to jest dowód na to, że łacina pomimo śmierci językowej, nadal żyje. Jak napisał autor we wstępie – Doprawdy ten martwy język otacza nas dziś zewsząd, nawet jeśli pewne obszary pozostają nadal niewykorzystane. I nolens volens czyli chcąc nie chcąc (oj udziela mi się ta łacina) z powodu snobizmu, przedłużamy jego żywotność. Dlatego nie dramatyzowałabym tak, jak autor, który porównuje stan łaciny do tytułowego burdubasty czyli skapcaniałego, zdychającego osła, stojącego już nad grobem. Optymistycznie twierdzę, że dopóki żyje wśród ludzi snobizm, dopóty będzie żyła łacina. Czyli zawsze będzie jej daleko do tego grobu. Niemniej autor przejęty marną kondycją ukochanego języka (czułam tę jego pasję!), postanowił napisać książkę, która w sposób przystępny zapozna aż z 139 powiedzeniami łacińskimi z pretensjonalnymi cokolwiek przypisami filologiczno-kulturowymi, jak przeczytałam w podtytule podtytułu.
Jakież one były przeciekawe!
Każdy z 30 rozdziałów nosił tytuł polski opatrzony sentencją łacińską.

 

Zawsze rozpoczynał się od wiersza (chylę czoła przed zdolnościami poetyckimi autora) z wplecioną w jego treść sentencją tytułową. To ona i jej temat były głównymi wątkami przekazu, ale poszerzonymi o jego konteksty. W efekcie czytając o homo homini lupus est (człowiek człowiekowi wilkiem), poznałam pozycję wilka (marna) i wilczycy (jeszcze marniejsza) wśród Rzymian, wiarę w wilkołaki, brak sympatii również dla kotów i gusta człowiecze w ogóle. A wszystko to poparte kolejnymi, skojarzonymi sentencjami, zawierającymi w sobie słowo „wilk” oraz odpowiadającymi im przysłowiami polskimi. Z przyjemnością słuchałam opowieści nawiązujących do historii Polski i historii powszechnej, w których autor, erudyta i gawędziarz w jednym, przemycał łacinę. Przy okazji obnażając nieprawdę (Et tu, Brute, contra me? – powiedział nie Juliusz Cezar, a William Szekspir), uzupełniając wersje okrojone o zagubioną część czy ucząc prawidłowej wymowy, w której akcent ma znaczenie. Uroku całości dopełniała szata graficzna ilustrująca treść

 

 

 

oraz szlachetna forma wydania – półkredowy papier, twarda oprawa trzonu z indeksem cytowanych przysłów i zwrotów łacińskich umieszczony na końcu książki ku mojej wygodzie szybkiego ich odnajdywania.
Śmiem twierdzić, że to publikacja nie tylko dla snobów (tytuł potraktowałam z przymrużeniem oka), ale dla każdego, kto chce zrozumieć, co inni cytują i przytaczają. Chociażby na ścianie w restauracji, bo kelnerka może nie wiedzieć, szefa nie wypada testować, a słownika lub Internetu nie ma pod ręką. Przynajmniej na poziomie podstawowym czyli powszechnym. Z 30 głównych sentencji, ku swojemu zaskoczeniu, znałam aż 12. Jak na laika to sporo! Z czego jedno wyrażenie używałam, nie będąc świadomą jego polskiego, dosłownego znaczeniu – vade mecum czyli chodź ze mną lub podążaj za mną.
Czy już mogę, uważać się za snobkę?
Odpowiedź na to pytanie ułatwił mi sam autor, ponieważ nie mam skrupułów wypomnieć mu błędu ortograficznego. Zwłaszcza że sam mnie do tego sprowokował, pisząc – w łacinie nie ma (formalnie przynajmniej) imiesłowu przysłówkowego, a jedynie przymiotnikowy (porządny snob powinien je odróżniać), zatem teoretycznie powinniśmy ten zwrot tłumaczyć jako „chcący nie chcący”, „chcąca nie chcąca”. Chyba stałam się niechcący jednak porządnym snobem, bo nie tylko odróżniam imiesłów przysłówkowy od przymiotnikowego, a nawet wiem, jak się je łączy z partykułą „nie”. O czym zapomniał (bo nie wierzę, że nie wiedział) autor.
No, ale może autor pomimo znajomości łaciny, jednak snobem nie chce być? I chwała mu za to, bo pomimo sypania łaciną od serca, rozumiałam sens, nie gubiłam wątków, wzbogaciłam swoją wiedzę, dobrze się przy tym bawiąc.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Burdubasta albo skapcaniały osioł czyli łacina dla snobów [Stanisław Tekieli]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Chmurdalia – Joanna Bator

Chmurdalia – Joanna Bator
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 504 strony
Seria Archipelagi
Literatura polska

Dałam się uwieść syreniej pieśni!
Po Piaskowej Górze, którą byłam urzeczona, spodziewałam się kontynuacji losów głównej bohaterki Dominiki Chmury, marzącej o krainie Chmurdalii. Stąd tytuł drugiej książki. Nastolatki, której życie na wałbrzyskim osiedlu zakończyło się wraz z wypadkiem samochodowym, a zaczęło w nowym miejscu, w monachijskim szpitalu, do którego trafiła.
I dokładnie to dostałam.
Historie jej dalszych losów jako nowego rozdziału w jej życiu. Wędrowniczki szukającej swojej Chmurdalii po całym świecie, stale zmieniającej miejsca zamieszkania, miasta pobytu, bezustannie poznającej ciekawych ludzi, od nowa podejmującej pracę w aktualnie odwiedzanej Anglii, USA, Francji czy Niemiec, by na moment, krótką chwilę, zajrzeć do mieszkania w rodzinnym Babelu. Powspominać z przyjaciółką z lat dorastania, Małgosią, stare dzieje i opowiedzieć nowe. Zrobić inwentaryzację Dominiki Wędrownej dla przeciwwagi matczynej miłości kotwiczącej w jednym miejscu, by ją przynajmniej zrównoważyć zbiorem własnych doświadczeń.
Te losy, mimo że ważne, nie były dla mnie najciekawsze.
Dominika wypływała i ginęła w toni multum podobnych historii i wątków, które były dla mnie równie interesujące i przeciekawe. A to dlatego, że przez karty książki przewijało się spektrum postaci od egzotycznej hotentockiej Wenus pokazanej na pierwszej wyklejce,

 

po tę dobrze znaną, swojską, polską Maryję umieszczoną na wyklejce drugiej:

 

A pomiędzy tymi skrajnymi symbolami kulturowymi świat, w którym utonęłam! Któremu rwącemu, a czasami leniwemu nurtowi, poddawałam się z przyjemnością. Nie szukałam w nim specjalnie Dominiki, sensu czy powiązań. Gdybym zaczęła to robić, pogubiłabym się w wątkach, irytowałby mnie natłok różnorodnych bohaterów pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, realizm magiczny, opowieści w opowieściach i naśladowanie stylu bajarzy z charakterystycznymi powtórzeniami fraz. Pozwoliłam się nieść na fali słów. Zaufałam narratorowi, który opowiadał mi napotykane obrazy, nie pozwalając zachłysnąć się ich nadmiarem, zniechęcić natłokiem, na zwątpienie w sens. Wierzyłam, że w tych historiach on jest, tylko musi wybrzmieć, musi się opowiedzieć do końca. Że muszę poznać wszystkich bohaterów i tych z przeszłości, i tych z teraźniejszości, Polaków rozrzuconych po całym świecie i imigrantów z innych państw, by na końcu spleść wszystkie wątki i ujrzeć jednego człowieka w wielu postaciach i wersjach. Baobab z Senegalu, Nazan z Turcji, Franciszki Pyłek więźniarki z obozu koncentracyjnego, Icka Kaca polskiego Żyda, Eulalii Barron Amerykanki z matczynym grobem w Kownie, Cioć Herbatek z Napoleonówki i wielu, wielu innych. A wśród nich bohatera nietypowego – nocnik Napoleona. Przedmiotu, który jako jedyny tworzył wątek łączący część bohaterów oraz spajający fabułę. Na ich tle losy Dominiki nie wyróżniały się ani większym ciężarem, ani skrajniejszym tragizmem, a przez to rzadką wyjątkowością. Postawienie jej wśród innych ludzi świata na tle toczącej się historii od czasów sprzed II wojny światowej po czasy współczesne, było próbą ukazania wiru życia wciągającego każdego, z jego wolą lub bez niej, niczym nocnik Napoleona rzucony w nurt rzeki, przechodzący z rąk do rąk i niemający większego lub znaczącego wpływu na jego historyczny tor. Jesteśmy podobni temu nocnikowi. Ale w odróżnieniu od przedmiotów, człowiek potrafi mówić i może opowiadać, tworzyć, interpretować i opisywać. Wystarczy morze, chmura, dal i już się toczy, już płynie opowieść.
Z przyjemnością dałam się jej ponieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Chmurdalia [Joanna Bator]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Nie wszystkie losy ludzkie były w tej powieści wymyślone. Hotentocka Wenus to postać historyczna, o której nakręcono również film biograficzny.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Pomyleni – Irena Cieślińska

Pomyleni: chorzy bez winy – Irena Cieślińska
Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 232 stron
Literatura polska

W tej książce staram się przybliżyć „normalnym” tych „nie całkiem normalnych”. Żeby zrozumieli. – napisała we wstępie autorka.
Dlatego nie napiszę o bólu, o walce z ograniczeniami ciała, z umysłem pracującym wbrew własnej woli, o cierpieniu współodczuwania choroby przez najbliższych i wreszcie o śmierci fizycznej lub społecznej, do których doprowadza, prędzej czy później, każda z nich. Po co pisać tutaj o małej dziewczynce, która umarła z głodu, bo tak bardzo zaciskała zęby z powodu fobii, skoro ten rozdział książki Kiedy budzą się fobie można przeczytać na stronie internetowej? Nie ma sensu pisać o kobiecie doprowadzonej do szaleństwa i zamknięcia w zakładzie psychiatrycznym, bo rzadkość jej choroby uniemożliwiała prawidłową diagnozę i leczenie. Takie historie zniechęcają, wykluczając tym samym ich poznanie i zrozumienie. Znam to z autopsji. Moje rozmowy na tego typu tematy w większości ucinane były zdaniami – musisz czytać takie książki? Dlatego napiszę o innej stronie tych bardzo rzadkich przypadłości, których w tej pozycji jest przedstawionych aż 29.
Zaczaruję świat!
Pokażę, że choroba może mieć zalety, a wzrok, który uważamy za dar, może stać się przekleństwem. Nie piszę herezji. Taki wniosek wysnułam, czytając ten zbiór reportaży. Wystarczy spojrzeć na tytuły, by być zaintrygowanym, by zechcieć wiedzieć więcej.

 

A kiedy już się zacznie, ma się wrażenie przebywania w świecie magicznym. Opowieści bohaterów pokazywanych historii uzupełniane przez narratora zewnętrznego przenoszą do świata alternatywnego, w którym postrzeganie otoczenia i siebie w nim jest totalnie i fascynująco odmienne od dotychczasowego. To właśnie stąd artyści, obdarzeni określoną przypadłością, czerpali natchnienie i wizje, przenosząc je do literatury czy muzyki. Świat elfów (zespół Williamsa), przygód Alicji w Krainie Czarów (syndrom Alicji z Krainy Czarów), wampirów (porfiria) czy krasnoludków (zespół Bonneta) to rzeczywistość jak najbardziej realna wielu ludzi żyjących obok nas. Również tych o bardzo znanych nazwiskach, a pomimo tego osiągających sukcesy osobiste i zawodowe, jak Brad Pitt, który jest prozopagnostykiem (podobnie jak autorka) czy David Beckham – turetyk.
I to jest ta pozytywna strona tej pozycji.
Wszystko zależy od nastawienia człowieka, jak do choroby podejdzie i co z niej wydusi dla siebie i innych. Autorka nie zapomniała opisać wielkich, którzy tego dokonali. Dzięki którym możemy delektować się muzyką, malarstwem czy literaturą z najwyższej półki. Ta pozycja nie tylko odpowiada na odwieczne pytanie o sens choroby, ale nawet wzbudza zazdrość.
Tak – zazdrość.
O te wszystkie doznania niedostępne zwykłemu „normalnemu”, który w desperacji sięga po środki odurzające, by choć na moment przejść na drugą stronę lustra, jak Alicja do Krainy Czarów czy poznać wizje w zespole Bonneta. Jedną z przypadłości nazwałabym nawet darem, który bardzo chciałabym posiadać. To synestezja. Przeżyć chociaż raz w życiu muzykę tak, jak przeżywa ją za każdym razem Carol. Koncert muzyki klasycznej to dla niej niemal przeżycie erotyczne. Dźwięki gitary nie tylko docierają do jej uszu, dziewczyna odbiera je także jako zmysłowe muśnięcia delikatnych pędzelków gdzieś w okolicach kolan i zgięć łokci. Trąbki czuje na plecach, a odgłos skrzypiec to jak subtelny masaż twarzy. (…) …nowojorski jazz. To jak uderzenia tysięcy drobnych ciepłych kropli na całym ciele. Przy takich opisach doznań można poczuć się bardzo ułomnym i zastanowić się, kto w tym przypadku jest ograniczony? Co decyduje o normalności – tylko rzadkość występowania aberracji?
Autorka nie tylko mi o tym wszystkim fascynująco opowiadała, ona również zapraszała mnie do oglądania omawianych zagadnień, podając linki do przeciekawych stron internetowych. Buszowałam więc z książką w Internecie, przyglądając się narkoleptycznym psom, ucząc się postępowania w przypadku ataku katalepsji i narkolepsji u ludzi czy testując swoją zdolność zapamiętywania twarzy. Na pół dnia przepadłam w świecie iluzji, uczącej pokory w pewności (a raczej niepewności) postrzegania rzeczywistości.
A kiedy już sobie poczytałam i pozazdrościłam, zrozumiałam jedno. Ta pozycja napisana jest nie tylko dla zaspokojenia mojej ciekawości czy nawet zrozumienia „innych”, ale przede wszystkim dla mojego dobra. Teraz zachowałabym się zupełnie inaczej wobec osoby cierpiącej na zespół Pradera-Willego niż wtedy, gdy stałam się jej ofiarą. Inaczej spojrzę na chorobę, gdy mnie dotknie. I tutaj musi powiać trochę grozą. Część z tych przypadłości może dotknąć każdego z nas w różnym wieku, ponieważ są chorobami nabytymi. Wystarczy ukąszenie kleszcza czy wypadek z urazem głowy.
I jesteśmy zupełnie inni!
Z poczuciem innej tożsamości, z odmiennym postrzeganiem siebie i otoczenia, z nowymi postawami czy cechami osobowości. My lub nasi najbliżsi. Autorka przypomniała mi, jak bardzo kruche jest nasze człowieczeństwo, a linia między normalnością a nienormalnością bardzo płynna.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Pomyleni [Irena Cieślińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Na pamięć: ponad 100 sposobów

Na pamięć: ponad 100 sposobów
Wydawca Agora , 2015 , 216 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska

Świat szaleje, zwłaszcza jego piękniejsza część, na punkcie sprawnego i powabnego ciała, stosując miliony diet i jeszcze więcej ćwiczeń, a umysł… śpi! Trzeba wyglądać, bo to klucz do sukcesu w każdej niemalże sferze życia – codziennie odbieram taki przekaz wokół siebie. Może i tak, nie mówię nie, ale dlaczego czar pryska, gdy ktoś taki otworzy usta? O ile otworzy oczywiście!
Prawda jest brutalna.
Jest źle, a nawet tragicznie! Umysł nie tylko śpi, ale kurczy się. Zdaniem naukowców w tej chwili przechodzimy – w sensie metaforycznym – odwrócenie procesu rozwoju cywilizacji: od uprawiania i pielęgnowania osobistej wiedzy cofamy się do łowiectwa i zbieractwa w lesie elektronicznej informacji. Upraszczając myśl – nasze dzieci będą głupsze od nas. Jednostkowy dramat ujawnia się dopiero w starszym wieku, kiedy człowieka dopada demencja pod różną postacią, kiedy jest już za późno. Nie ma co liczyć na cudowne tabletki na pamięć, najlepszym lekarstwem dla mózgu jest bowiem jego regularny trening – napisała autorka pierwszego rozdziału Dlaczego zapominam? Na szczęście coraz więcej osób zaczyna to rozumieć, zapoczątkowując nowy trend – neurofitness! Czyli trening szarych komórek. A wszystko to nie tylko dla sprawności umysłu, ale przede wszystkim, aby uchronić się przed coraz powszechniejszą choroba Alzheimera w wieku podeszłym. Odsetek chorujących może być jeszcze większy u każdego następnego pokolenia. Sprzyja temu siedzący tryb życia, powszechność dopalaczy, nieprawidłowa dieta oraz zjawisko „cyfrowej demencji”, którego głównym sprawcą jest Internet.
Czeka nas świat sprawnych fizycznie staruszków, którzy nie będą pamiętać swojego imienia w wieku 40 lat!
Jednym słowem Apokalipsa ludzkości. Załatwią nas nie jej jeźdźcy, ale… niepamięć! Mniej więcej takie katastroficzne wnioski nasunęły mi się po lekturze wszystkich rozdziałów tej przeciekawej pozycji, które rozebrały na czynniki pierwsze ludzki mózg, omawiając jego funkcjonowanie i poziom sprawności z wielu punktów widzenia – anatomii, diety, używek, sportu, medytacji, nawyków, czyhających ma niego z każdej strony niebezpieczeństw, a nawet sztuki. A jak bardzo jest źle z moją pamięcią już w tej chwili, przekonał mnie pierwszy, niespodziewany test (przytoczę go na końcu postu) rozpoczynający lekturę, którego nie zaliczyłam!
Dopiero się wystraszyłam!
A co będzie później?! Alzheimera mam jak w banku! Nie ma lepszej metody, żeby zachęcić mnie do działania i pracy nad sobą – najpierw wystraszyć serią bijących na alarm artykułów pod hasłem: co mnie czeka, jeśli nie…, a potem podsunąć test, z którego wynika jednoznacznie, że muszę wziąć się do pracy już teraz. Natychmiast! I w tym momencie w sukurs przyszedł mi zespół najlepszych, polskich szaradzistów,

 

który przygotował dla mnie koło ratunkowe w postaci:

 

Jest ich ponad 100! Krzyżówki, szarady, zagadki lingwistyczne i kryminalne,

 

testy psychologiczne, quizy, łamigłówki i wiele, wiele innych rebusów publikowanych wcześniej na łamach magazynu Na Pamięć będącego dodatkiem do Gazety Wyborczej. Ich dawkowanie nie było przypadkowe. Tworząc osobne bloki ćwiczeniowe, uzupełniały każdy rozdział teoretyczny propozycjami treningowymi nawiązującymi do tematu rozdziału, rozwijając konkretny rodzaj pamięci – długotrwałej, krótkotrwałej, przestrzennej czy abstrakcyjnej. Szybko je rozpoznawałam po rozróżniających je ikonkach umieszczonych w górnym rogu strony:

 

Pracę ułatwiał mi dołączony do książki klucz do zadań.
Ale neurofitness to nie tylko trening umysłowy, to także nacisk na aktywność fizyczną, odpowiedni tryb życia, zdrowy sen czy odpowiednią dietę. Wszystko podporządkowane podniesieniu sprawności pamięci. W poszczególnych rozdziałach (oprócz „straszenia” demencją) znajdywałam również propozycje, co jeść (polecano dietę nordycką) włącznie z konkretnymi daniami do sporządzenia

 

i jakie szczególnie dobre dla pamięci sporty uprawiać. Przy okazji autorzy obalali mity, podsuwając najnowsze doniesienia i ciekawostki ze świata nauki wyróżnione w tekście kolorem tła tekstu:

 

A wszystko ilustrowane rysunkami i zdjęciami.
Ogromnym plusem tej pozycji jest jej rodzinny charakter, ponieważ zawiera rozdział pełen zabaw i łamigłówek przeznaczony specjalnie dla dzieci.
Na koniec obiecany test, który należy przeczytać

 

i wykonać polecenie – A teraz zamknij oczy i spróbuj powtórzyć przeczytane przed chwilą zdanie.
Jeśli się to tobie nie udało, to ta książka jest napisana nie tylko dla mnie, ale również dla ciebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Oblężenie- Marek Adamkowicz

Oblężenie – Marek Adamkowicz
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 395 stron
Seria ABC
Literatura polska

Twierdza Gdańsk, sierpień 1813 roku…
Pięknie zabrzmiał mi ten tytuł pierwszego rozdziału, błyskawicznie przenosząc mnie w wiek XIX. Do konkretnego wydarzenia w historii Gdańska, kiedy stacjonował w nim francuski garnizon. Właśnie trwało armistycjum w oblężeniu. Bardzo newralgiczny stan dla obu stron konfliktu. Zarówno Moskalom, jak i Francuzom zależało na szybkim jego zakończeniu. Szpiedzy obu armii usilnie pracowali, chociaż z odmiennych powodów, nad jego ostatecznym sukcesem. Rozpracowanie sieci intryg zewnętrznych i wewnętrznych opartych na formalnych i nieformalnych, ale zawsze tajnych, układach i koneksjach, właściwie między wszystkimi w hierarchii wojskowej (chociaż nie tylko!), było dla głównego bohatera, oficera gubernatora Gdańska, kapitana Savigny’ego, ogromnym wyzwaniem. Nieudany zamach na gubernatora Rappa i śmiertelne ofiary, których zabójców musiał znaleźć, jeszcze bardziej komplikowały sytuację. Dla znanego z bezwzględności, cynizmu i skuteczności Savigny’ego nie byłoby większego problemu, przynieść na tacy głowę lub głowy poszukiwanych szpiegów swojemu przełożonemu, generałowi Rappowi. Miał ambicję być bohaterem niczym cesarski sekretarz Bourirnne, a do dyspozycji w pracy wywiadowczej dwóch, świetnie uzupełniających się, sierżantów – krewkiego Roussela i spokojnego Briassanda. To, czego Brissand nie wywiedział się po dobroci, Roussel wyciągał siłą. Do tego silnie motywującą go groźbę Rappa – Tu i teraz zapowiadam panu, kapitanie, że jeśli nie postara się pan i do końca rozejmu nie złapie kogo trzeba, to wyślę pana na pierwszą linię. Wszystko więc sprzyjało, ale i zmuszało, Savigny’ego do osiągnięcia pełnego sukcesu w postaci pomyślnego meldunku złożonemu swojemu zwierzchnikowi, oddalającego wizję spełniającej się groźby i przybliżającego zaszczyty, gdyby nie pewna Piękna Nieznajoma. Jej osoba, wprowadzając w śledztwo kapitana nowy, osobisty wątek z przeszłości obojga, powodowała tak duże zamieszanie, że trudno było oprzeć logikę dochodzenia nawet na twardych dowodach i pewnych faktach.
To uniemożliwiało mi jakąkolwiek prognozę rozwoju wypadków.
To autor poprzez narratora prowadził mnie przez przygodę, podsuwając nowe, niespodziewane wątki, zagadki i sensacyjne sekrety. Zaznajamiał z bohaterami i ich przeszłością, pogłębiając ich portret psychologiczny, nie pozwalając jednak na przywiązanie się do nich, uśmiercając ich bez skrupułów. Nie było czasu na sentymenty. To była wojna! Korzystał przy tym z postaci historycznych, jak i fikcyjnych, czyniąc wydarzenia prawdopodobnymi. Przy okazji oprowadzał mnie po dawnym Gdańsku pełnym błota na ulicach, przepaści społecznej między sferami wyższymi a stojącymi na dole hierarchii, żołnierzy francuskich w traktierni, chorych umierających w lazaretach, torturowanych w więzieniu i polskiej arystokracji na salonach. Widziałam blichtr i bród. Czułam zapach perfumy i smród. Widziałam nędzę ubioru biedoty, strój żołnierzy i kreacje dam. A wszystko to nie tylko dzięki dbałości o szczegóły i zgodność z prawdą historyczną, ale również używaniu języka charakterystycznego dla ówczesnych czasów. Szukałem czegoś, co z jednej strony miałoby walor świeżości, z drugiej dawało możliwość stworzenia wciągającej intrygi. – powiedział autor w wywiadzie Zamachowiec, szpieg i tajemnica.
W pełni mu się to udało!
Jej historyczny , jak i kryminalny walor zadowoli zarówno tych, którzy szukają dobrze skonstruowanej intrygi kryminalnej, jak i tych, którzy lubią powieści historyczne z wątkiem sensacyjno-przygodowym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.

 

Oblężenie  [Marek Adamkowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Zapiski żołnierza – Gabrielle Thierry

Zapiski żołnierza: życie poilus opowiedziane dzieciom przez Renefera – opracowanie Gabrielle Thierry
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2015 , 96 stron
Literatura francuska

 

W taki tajemniczy sposób, niczym początek bajki, zaczyna się opowieść o… wojnie. To pierwsze zdanie napisane przez ojca-żołnierza do ośmioletniej córeczki nazywanej przez niego Małą Śliczną Monde, rozpoczyna wyjątkową relację z frontu, bo pisaną miłością do własnego dziecka. Jego oryginał mogłam obejrzeć osobiście, ponieważ została wydana w formie reprintu:

 

W tych krótkich tekstach zebranych w niewielkiej książeczce, przypominającej formą i wielkością współczesny indeks studencki,

 

ukazał codzienne życie w okopach i na tyłach frontu poilusa czyli żołnierza piechoty armii francuskiej podczas I wojny światowej. Przedstawił siebie i realia miejsca, w którym znalazł się, współtowarzyszy broni w bitwie i poza nią,

 

przełożonych, ludność cywilną, bombardowanie i jego skutki oraz szwabów, jak określał nieprzyjaciela. Do każdego opisu dołączał ilustrującą go akwarelkę.

 

W pozornie łagodnych, a czasami frywolnych zdaniach, świadomie i celowo umniejszających skalę grozy, przemycał wyraźne informacje dlaczego, za kogo i za co, z kim i po co musi walczyć. W mądry sposób uzasadniał oraz tłumaczył przymusową i bolesną rozłąkę. Delikatnie opisywał brutalność wojny, w tym śmierć. Czynił to w sposób bardzo wyważony i subtelny, wykorzystując do tego również humor. Stopniując powagę sytuacji, ale nie strasząc okrucieństwem, przygotowywał córeczkę na zaakceptowanie konieczności i przyjęcie słuszności walki w obronie ojczyzny i w imię jej przyszłego szczęścia, pomimo niebezpieczeństwa i możliwości poniesienia śmiertelnych kosztów. Również przez jej ojca.
To niezwykła lekcja patriotyzmu pisana sercem i własnym przykładem, jaką może dać rodzic dziecku!

 

Bo i niezwykły był autor tej lekcji. To żołnierz-artysta, który na front trafił w celu wykonania zleconych prac i szkiców, opisujący swoją rolę na wojnie w ten sposób – Przyjąłem zlecenia na sześćdziesiąt drzeworytów i dziesięć akwarel. Oczywiście tematy miałem przed oczami! Pamiętam, że aby mieć spokój, szedłem pracować do rowów łączących okopy. Dlatego do reprintu, którego nawet wyklejka sprawiała wrażenie oryginału,

 

dołączone są rozdziały omawiające nie tylko historię odnalezienia i wydania wspomnień Renefera przez autorkę opracowania oraz prezeskę Stowarzyszenia Renefer, ale również przedstawiające ich autora zarówno jako żołnierza na froncie, jak i artystę w czasach pokoju z jego licznie dołączonymi do tekstu pracami niezwiązanymi tematycznie z wojną:

 

Tegoroczna, setna rocznica I wojny światowej zaowocowała wieloma publikacjami na jej temat. Wydawnictwa bardzo postarały się, by czytelnik zainteresowany tym zagadnieniem (ale nie tylko!), miał w czym wybierać i poznawać tamten okres w sposób do tej pory nieukazywany. Wspomnę chociażby o Polskim wirze I wojny czy Zawadiace. Wyjątkowość z kolei tej publikacji polega na ukazaniu obrazu I wojny światowej, który mogą oglądać nawet najmłodsze dzieci. Uniwersalizm tematyki oraz wyjątkowość sposobu i formy jej podania sprawia, że współczesne dziecko może poznawać nie tylko historię Europy, ale charakter i skutki wojny jako takiej, pomimo upływu 100 lat. To nie tylko ciekawostka wydawnicza w formie reprintu dla dorosłych, to przede wszystkim mądra książeczka edukacyjna napisana sercem przez samo życie, przekazująca w subtelny sposób informacje o sprawach poważnych i trudnych nawet dla dorosłych, zgodnie z zasadami pedagogiki, dydaktyki wczesnoszkolnej i psychologii rozwojowej dzieci. Proszę, zauważcie ją Drodzy Rodzice wśród zalewu różowych okładek o wróżkach i supermanach.
Mój egzemplarz wędruje do dziesięcioletniego chłopca.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.
Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Carnet de poilu przez telerama

 Dzięki temu filmowi można zajrzeć do środka książeczki i posłuchać relacji w oryginale.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Niespokojni – Alina Kietrys

Niespokojni – Alina Kietrys
Wydawnictwo PWN , 2015 , strony
Literatura polska

Niespokojni?! To zbyt mało powiedziane!

 

W kontekście tych sześciu powyższych bohaterów reportaży wymienionych na okładce tytułowej, to określenie wypada blado, smętnie i zachowawczo. Użyłabym określenia dynamiczniejszego – aktywni altruiści. Posunęłabym się nawet do użycia pojęcia – hiperaktywni. Działający w różnych dziedzinach i skrajnych warunkach polityczno-historycznych – od polityki począwszy na kulturze skończywszy. I to, co wyróżniało ich na tle innych – działanie z pasją, zaangażowaniem i poczuciem przyzwoitości. Spośród wielu im podobnych autorka wybrała dokładnie te nazwiska z różnych względów. Głównym kryterium była styczność osobista lub pośrednia poprzez kontakty z ich rodzinami. Jak sama napisała we wstępie – Zawodowo kontaktowałam się z bardzo różnymi ludźmi, znaczącymi politycznie, od rewolucjonistów do przegranych. Byłam w miejscach, o których dzisiaj tworzy się legendy, spotykałam ludzi, którzy dla mnie i dla moich rówieśników stanowili wzorzec zachowań i postaw. I właśnie o tych NIESPOKOJNYCH chciałam napisać.
Powtórzę – wzorzec zachowań i postaw
Ta powyższa myśl jest dla mnie kwintesencją odpowiedzi na pytanie, które zadałam sobie, sięgając po te reportaże – czy warto pisać o ludziach opisywanych w encyklopediach lub opracowaniach biograficznych?
Otóż warto!
Przekonał mnie o tym krótki test. Pytałam moją zaprzyjaźnioną młodzież, ile nazwisk z okładki znają? Ze smutkiem stwierdziłam, że tylko Jacka Kuronia. Nawet nie Jana Karskiego, którego powinni znać z lekcji historii czy Kazimierza Moczarskiego, którego kiedyś znano Rozmów z katem jako lektury z języka polskiego. W tym miejscu mogę tylko powtórzyć za autorką – Lektury szkolne w ostatnim dziesięcioleciu chadzały dziwnymi drogami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Właśnie zobaczyłam ten efekt na własne oczy.
Ja sama spośród tych nazwisk znałam cztery.
O Lechu Bądkowskim miałam nikłe szanse się dowiedzieć, bo o ile pamięć o nim na Pomorzu jest pielęgnowana, o tyle w skali kraju już nie. Wygląda to trochę jak zmowa milczenia wokół wybitnej osobowości czy nawet „legendy Pomorza i Kaszub” – jak o nim kiedyś pisano – której źródeł próbowała doszukać się autorka, pisząc – Lech Bądkowski często jednak znika gdzieś w rozważaniach historyków, socjologów, publicystów, kronikarzy-przyczynkarzy, którzy zajmują się analizowaniem ruchu społeczno-politycznego sprzed ponad trzydziestu lat. Tę metodę śledczą zastosowała zresztą wobec wszystkich swoich bohaterów. Opierała się nie tylko na własnych doświadczeniach, ale również na wywiadach i rozmowach z ludźmi z najbliższego ich otoczenia – rodziny, przyjaciół, znajomych czy współpracowników. Dzięki temu zabiegowi zbudowała pełny portret nie tyle postaci historycznej, co człowieka z pasją uwikłanego w historię. Czasami w Wielką Historię tak, jak Jan Karski czy Jacek Kuroń. Osoby z krwi i kości. Z jej zaletami, ale i wadami. Nie skupiała się głównie na ich działalności, ale przede wszystkim na ich osobowości, których działalność czy twórczość była tylko wypadkową i skutkiem. Postrzeganej przy tym przez wiele osób z ich otoczenia. Stworzyła w ten sposób sześć obiektywnych portretów o różnym charakterze, ale wspólnym mianowniku ujętym w tytule. Obrazów uzupełniających informacje encyklopedyczne, wypełniających emocjami oficjalne, obiektywne prawdy, nasączających dynamiką suche zdania historyków i biografów. Ukazujących zaplecze ich niezłomności, kulisy walki z samym sobą i przytłaczającą ich rzeczywistością, uleganie słabościom w życiu codziennym. Charakterystyk czasami bardzo intymnych, bo zaglądających nie tyko do duszy, nie tylko od kuchni, ale i do alkowy.
Autorce, wbrew pozorom, nie było łatwo zebrać taki materiał.
Napotykała opór niechęci ze strony swoich rozmówców, którzy uważali, że taki sposób pisania o ich bliskich odciągnie zainteresowanych od istoty ich działalności lub twórczości. Autorka miała odmienne zdanie, które podzielałam. Warto uczłowieczać pomniki. To w takich tekstach można znaleźć metody radzenia sobie z problemami, sposoby odnajdywania się w skrajnych sytuacjach bez wyjścia, wskazówki szukania drogowskazów przez tych, którzy je znaleźli i według nich postępowali, by rozważyć za i przeciw i by wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy bycie przyzwoitym, w tym co się robi, opłaca się? Czy w ogóle warto podążać drogą idei w jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego? I najważniejsze – co tracimy, a co zyskujemy? To tutaj znalazłam odpowiedzi na te pytania. To tutaj dowiedziałam się, na czym polegała trudność drogi, którą wybrali. To jest to, co odnalazłam dla siebie w tej pozycji, spełniając jednocześnie nadzieję autorki zawartą w tym zdaniu – Te osobiste historie oddaję dzisiaj Moim Czytelnikom z nadzieją, że też odnajdą w nich coś ważnego dla siebie.
Autorce udała się jeszcze jedna rzecz.
Każdy z rozdziałów oddawał charakter bohatera. Ten o Jacku Kuroniu, którego znałam jako pełnego miłości do kobiety i ludzi z Listów jak dotyk, był bardzo rozedrgany i pełen energii. O Janie Karskim, dla mnie człowieku o niezwykłym harcie ducha, smutny i przygnębiający tak, jak ciężar przeżyć i doznanych rozczarowań związanych z brakiem poczucia spełnienia podjętej misji. O Lechu Bądkowskim zasadniczy i zdystansowany. A o Stefanie Kisielewskim pełen humoru i życiowego dystansu, o czym świadczy chociażby to „luzackie” zdjęcie z Czesławem Miłoszem:

 

Nie do zobaczenia w poważnie poprawnych publikacjach. Ta książka to również możliwość zajrzenia do rodzinnych albumów, do których dostęp jest niemożliwy lub bardzo utrudniony.

 

Ci wybrani Niespokojni autorki zmusili mnie do zastanowienia się nad moją listą Niespokojnych. Powieliłabym tylko jedno nazwisko z listy autorki – Jana Karskiego. Potem byłby jeszcze Witold Pilecki (jako symbol wszystkich Żołnierzy Wyklętych), Janusz Korczak i Władysław Bartoszewski. Zastanawiam się, kto znalazłby się na liście mojej zaprzyjaźnionej młodzieży? Skoro nikt z tej publikacji, to kto? I to jest bardzo dobry temat na następną moją rozmowę z nią!
I uwaga krytyczna na koniec.
Styl przekazu autorki wprawiał mnie w konsternację, kiedy nie potrafiłam odróżnić wypowiedzi lub myśli bohaterów od jej własnych. Czasami zlewały się w jeden tekst, kiedy autorka nawiązywała do osobistych skojarzeń i kontekstów. Musiałam cofać się i czytać całość ponownie, by rozróżnić wypowiadające się osoby. To ważne, gdy chce się zacytować fragment. W tym kontekście niedogodności, o pomyłkę nietrudno.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Niespokojni [Alina Kietrys]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik

Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik
Wydawnictwo Znak , 2015 , 349 stron
Literatura polska

Brawa dla autorki (nie, nie – jeszcze nie za książkę) za odpowiedź, którą przeczytałam w wywiadzie Pauliny Dudek z nią – Czujesz się drugą Masłowską? Polskim Marquezem? -Czuję się pierwszą Dominiką Słowik, zdecydowanie. Nie bez powodu siedzącej właśnie na mało atrakcyjnej klatce schodowej w bloku.

 

Biję brawa za pokorę i brak potrzeby grzania się w blasku gwiazd literackich. Za niechęć do wykorzystywania porównań do znanych i uznanych nazwisk, by sztucznie podnieść własny prestiż. Za przyzwolenie książce na samodzielne życie wśród czytelników, bez parcia na sterowanie jej przesłaniem drogą „poprawną” i jedynie słuszną. I wreszcie, co dla mnie najważniejsze, za gotowość do przyjmowania wszelakiej krytyki ze strony odbiorców – subiektywnej, indywidualnej i różnorodnej w ocenie. Nawet, jeśli będzie to przykre. Nawet, jeśli zaboli.
To nie tylko deklaracje słowne.
Każdemu zaczynającemu czytać, wręcza do ręki klucz, według którego odbiorca może doszukiwać się w tej powieści własnych poziomów odczytywań, translacji, deskrypcji i odkodowywań. Ten klucz miał postać swoistego wstępu, który brzmiał dosyć poważnie, jeśli nawet nie naukowo, bo była w nim przytoczona definicja tytułowego, dla mnie bardzo tajemniczego słowa – Doppelganger, ze Słownika terminów kultury oraz fragment tekstu o zagubieniu w podróży João Pardela. Ale to jedyny moment „poważny” czyli naukowy w tej beletrystyce. Zastanawiało mnie, skąd w autorce tyle zgody na „poniewieranie” swoim „dzieckiem”? Skąd tyle dojrzałości w debiutantce charakterystycznej raczej dla pisarza z uznanym i niepodważalnym autorytetem? Może odpowiedź kryje się w kolejnej wypowiedzi przeczytanej w wywiadzie – Przyjechałam do Polski i stwierdziłam, że to trochę bez sensu pisać magisterkę, zrobię coś sensowniejszego. Ubiorę w słowa wszystkie obrazy, które nagromadziły się we mnie przez te dwadzieścia parę lat i poczuję satysfakcję, uwalniając je – chciałabym dodać za autorkę. Zmaterializować myśli.
Reszta to bonusy.
Może dlatego nie sparaliżowało mnie porównanie do Doroty Masłowskiej czy Gabriela Garcii Márqueza. (Tak na marginesie to bliżej jej do dylogii Joanny Bator – Piaskowa Góra i Chmurdalia.) Nie przejęłam się tym, bo po pierwsze nie lubię tego w stosunku do debiutantów, a po drugie sam fakt używania tych samych środków przekazu przy budowaniu fabuły (język naturalistyczny z dużą dozą wulgaryzmów w przypadku pierwszym i realizm magiczny w przypadku drugim) nie czyni powieści podobnymi w ogóle. Brakowało mi tylko porównania do pisarza, który również ignorował duże litery w tekście tak, jak z upodobaniem czyniła to autorka. Dlatego dla mnie na tyle niepodobnymi, że, zaczynając czytać, całkiem zapomniałam o tym realizmie magicznym, który autorka sprytnie (chociaż sama odcina się od niego w wywiadzie, każąc sobie go nazywać jak kto chce) ukryła w opowieściach dziadka Ani. Chciałam napisać głównego bohatera, ale zawahałam się. Właściwie mógł być nim zarówno dziadek, Ania i jej koleżanka, będąca jednocześnie narratorką, jak i śląskie blokowisko z jego mieszkańcami. Albo Sadowski, którego osobna, wyraźnie oddzielona kursywą, historia pobytu w blokowisku przeplatana była z tą o dziadku. Wszystko zależało ode mnie. Od moich zasad gradacji.
A dla mnie najważniejszy był dziadek!
Czarodziej słowa, zaklinacz rzeczywistości, prestidigitator tworzonych obrazów, który wyczarowywał dziewczynkom świat, nawet z plamy po herbacie, dalekich podróży w czasie i przestrzeni, którego granice wyznaczała wyobraźnia wspominającego swoją przeszłość marynarza. Pozwalał nam, bo z ochotą dołączyłam do słuchaczek, na wyrwanie się z blokowiska, dla którego brakowało po prostu skali w kategoriach zadupia. Prosto w świat egzotycznych, tajemniczych, nieznanych, niebezpiecznych, zapierających dech i otwierających bezwiednie buzię w zadziwieniu, krain odwiedzanych na statkach morskich i śródlądowych. Opowieści uatrakcyjniał pokazami surowo zabranianymi przez dorosłych, do których zachęcał i które inicjował, a przede wszystkim inspirował. Która mała dziewczynka oparłaby się nakazowi skakania z segmentu na wersalkę? Sama to robiłam! O jeszcze bardziej zabronionych czynach nie wspomnę!
Dziadek był mądry!
Widział w dzieciach biegających między blokami oddzielne plemię, półdzikie stado panujące nad osiedlem, aroganckie i pewne siebie watahy. Dziadek miał na to odczłowieczenie metodę – historie. Wierzyłam w nie całą sobą aż do połowy książki. Do momentu odkrycia w nich przeze mnie (bo na pewno były wcześniejsze) pierwszej sceny z realizmem magicznym.
Śmiałam się sama z siebie!
A mimo to, chciałam nadal w nie wierzyć. I nie pomagały brutalne wejścia babci ściągające wierne słuchaczki na twardy grunt realiów, która twierdziła, że mu się na starość wszystko pojebało, i pukała się w głowę, krzycząc: – stary masz sklerozę…!!! W oddaniu i lojalności dla mojego guru opowieści traktowałam ją jak naprzykrzającą się, irytującą brzęczeniem muchę. I przyklaskiwałam z satysfakcją, gdy dziadek kazał na koniec spotkania ”zawołać babkę na chwilę”, żeby ją jeszcze trochę powkurwiać i w ten sposób ukoić skołatane nerwy. Nie pomogła również historia Sadowskiego, która ukazywała brzydotę osiedlowych bloków i spojrzenie na dziadka z punktu widzenia drugiego dorosłego.
Dlaczego?
Bo dla mnie dziadek, sam uwięziony na wózku inwalidzkim między meblościanką a oknem, był kluczową postacią, która otwierała młode umysły na szeroki świat, ukazując przede wszystkim możliwości do wykorzystania, jakie oferował wszystkim ludziom w czasach przemian ustrojowo-społecznych lat 90. ubiegłego wieku.
Budził w człowieku Doppelgangera.
Nieodparte pragnienie aktywności w sferze mentalnej lub fizycznej. Biję brawo autorce za powieść, której labirynty marzeń bohaterów zaczarowywały labirynty obrzydliwych korytarzy blokowych, drążąc jednocześnie labirynty w umyśle odbiorcy w poszukiwaniu znaczeń i przesłań w jej wielowarstwowości i wielowątkowości przekazu. Mam wrażenie, że nie wszystko w niej zobaczyłam, zrozumiałam, zauważyłam, skojarzyłam. Podejrzewam, że czytając ją za dziesięć lat, zwróciłabym uwagę na zupełnie inny wątek, a moim głównym bohaterem stałaby się zupełnie inna postać. Jednego jestem pewna – w jej korytarzach zdań, w przestrzeniach między słowami, na wielu poziomach tekstu, żyje Doppelganger. Niespokojny duch, który budzi w trakcie czytania melancholię za idealizowanym dzieciństwem, poczucie pustki za utraconą przeszłością obrośniętą nutą magii, czerpiącą swoją moc z ówcześnie przeżytych emocji, nieokreślone pragnienie powrotu do minionych lat, ale przede wszystkim potrzebę aktywności.
W jakiejkolwiek postaci.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.

Fragment powieści

Atlas: Doppelganger [Dominika Słowik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: