Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Sto Tysięcy Królestw – Nora K. Jemisin

21 marca 2019

Sto Tysięcy Królestw – Nora K. Jemisin
Przełożyła Kinga Składanowska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 458 stron
Trylogia Dziedzictwa ; Tom 1
Literatura amerykańska

Oczarował mnie pałac Sky wybudowany w mieście o tej samej nazwie, położony w sercu Stu Tysięcy Królestw. Bielejący murami w kształcie kwiatu bezcennej róży baldachimowej, których chłód łamał perłowy odcień i ciepły efekt blasku wieczornego ognia, odbitego w lśniącej powierzchni pokrywającej je miki. Pociągał mnie labirynt marmurowych wnętrz korytarzy, do których ścian można było przyłożyć rozpalone czoło i przestrzeń oszklonych sal, których ascetyzm łagodził koloryt i faktura drewnianych elementów i bursztynowej podłogi. Kusiły drzwi obiecujące kolejną niespodziankę odkrywaną w sali, w której wiatr grał muzykę rozpuszczającą duszę, uciszając rozbiegane myśli i ból cierpiącego ciała lub prowadzące do biblioteki pełnej długich korytarzy między regałami wypełnionymi od podłogi do sufitu książkami, kryjącymi w szczelinach styku ich boków niebezpieczne tajemnice. Pociągała winda kierowana siłą myśli i przestrzenie między oficjalnymi pomieszczeniami zwanymi martwymi punktami, w których zdarzyć mogło się wszystko. Nie odstraszał mnie nawet mrok zapadający o zmierzchu, wpełzający powoli na ściany pałacu, które w tym czasie pożerały nieostrożnych ludzi, nieposiadających sigila. Znaku umieszczanego na czole przysługującego członkom rodu Aramerich, na czele którego stał Dekarta. Władca absolutny krainy Stu Tysięcy Królestw. Również nad bogami uwięzionymi w ludzkich ciałach zwanych Enefadeh, o których prawda stała się z czasem legendą zamienioną w zakazany mit. Obowiązywał kult jednego boga, Świetlistego Pana, Boskiego Ojca, władcy nieba i ziemi oraz Porządku – Itempasa. Tych którzy wierzyli w świat sprzed Wojny Bogów, oddawali cześć uwięzionemu Panu Ciemności, bogu Chaosu – Nahadothowi lub bogini Życia i Śmierci – Enefie, ogłaszano heretykami i skazywano na śmierć.
Do takiego właśnie miejsca, którego piękno bezwiednie wstrzymywało oddech, została wezwana przez Dekartę główna bohaterka opowieści, dziewiętnastoletnia Yeine.
Była jego wnuczką.
Miała stanąć do walki o tron i władzę z kuzynką Sciminą i kuzynem Reladem, która szybko okazała się być również krwawą walką o własne życie i bezwzględną wojną między ludźmi a bogami.
Autorka stworzyła niezwykły świat, którego uroda dorównywała okrucieństwu zamieszkujących ją istot. Rzeczywistość, w której nic nie było stałe i pewne tak, jak zmienną była człowiecza natura ją kreująca. Ten kto dzisiaj był wrogiem, jutro mógł być sojusznikiem i sprzymierzeńcem w dążeniu do celu, by pojutrze stać się mordercą. Zagubienie Yeine było całkowicie uzasadnione, a stojące przed nią zadanie trudne do wykonania, ale to pozwoliło na stworzenie fabuły, której toku i kierunków rozwoju nie byłam w stanie przewidzieć, a samo zakończenie było całkowitym zaskoczeniem. To zagubienie i niepewność, które i ja odczuwałam, potęgowała narracja przeplatana dialogiem, o którym początkowo myślałam, że był skierowany do mnie, a okazał się być zupełnie czymś innym. Ale byłabym niedokładna w przekazie swoich wrażeń, gdybym nie wspomniała o przebogatym i intensywnym świecie emocji, od nienawiści do pożądania, czającym się w tej powieści i starannie ukrywanym przed innymi istotami. Ale kiedy autorka pozwoliła bohaterom na odrobinę zaufania, na osobistą chwilę słabości z tymczasowym przyjacielem czy na moment intymny z kochankiem, świat doznań emocjonalnych nie ograniczał się tylko do odczuć fizycznych. Byłam świadkiem przeżyć wykraczających poza zmysły, nabierających wymiaru metafizycznego, po których można było już tylko umrzeć. Do tego popychało esui, żądza życia i żądza krwi, chwała i głupota w jednym, bez którego jednak nie było po co żyć.
Ta pięknie namalowana opowieść o odważnej dziewczynie, w której autorka używa słów jak pędzla, jest tak naprawdę opowieścią o ludziach i ich ułomnościach, którzy dążąc do idealnego porządku według własnego wyobrażenia i naruszając równowagę natury, w której ciemność i światło, porządek i chaos, życie i śmierć, tworzenie i destrukcja, musi współistnieć na równych prawach, czynią więcej zła niż dobra. Właśnie to przesłanie zrozumiała Yeine, a przywrócenie starego porządku i równowagi w krainie Stu Tysięcy Królestw sprzed Wojny Bogów stanie się jej nowym celem. Już innej Yeine, zmienionej, doświadczonej, dojrzałej, która o sobie mówi: Nie jestem już taka jak dawniej. Oni mi to zrobili. Złamali mnie i wydarli mi serce z piersi. Nie wiem kim już jestem. Muszę to sobie na nowo przypomnieć. I wcale nie zdradzam zakończenia powieści. To dopiero początek tej baśni. Tymi słowami bohaterka rozpoczyna pierwszą część Trylogii Dziedzictwa.
Na koniec zostawiłam sobie dwa brakujące piksele w tym pięknym obrazie. Pierwszy z nich to nie tyle nadużywanie, co w ogóle używanie słowa „idiotka” i jego odmian, które zupełnie nie pasują do stworzonej rzeczywistości, a które chętnie zastąpiłabym o wiele bardziej współgrającym z tekstem określeniem – „postradać zmysły”. A druga to nagminność i jednostajność reakcji Yeine na widok makabrycznych scen – mdłości i wymioty. A jeśli nie robiła tego dziewczyna, to torsji dostawał ktoś z otoczenia. Od połowy książki, na widok kolejnej reakcji wymiotnej, nabrałam niebezpiecznego manieryzmu przewracania oczami połączonym z ciężkim westchnieniem. No ale, to doprawdy tylko dwie delikatne, maluteńkie rysy, usprawiedliwione debiutem autorki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Ukraina: przewodnik historyczny – Sławomir Koper

Ukraina: przewodnik historyczny: tragiczne dzieje polskie ślady – Sławomir Koper
Wydawnictwo Bellona , 2011 , 449 stron
Literatura polska

Ho, ho! – pomyślałam, zobaczywszy kolejny po Chorwacji kraj, którym zafascynował się autor. Toż to o samych Kozakach zaporoskich czytałam osobną, kilkusetstronicową książkę! A gdzie reszta!?
I tutaj autor szybko rozwiał moje wątpliwości, co do braku proporcji podjętych zamiarów do sił, umieszczając we wstępie to zdanie: Książka ogranicza się wyłącznie do polskich wątków na ziemiach Ukrainy. Koncentrowałem się na reliktach polskości, pomijając (na ogół) dorobek innych narodów. To wybiórcze podejście do podróży po Ukrainie, zasygnalizowane również w podtytule,

 

 

nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że będzie to podróż najpierw Polaka, a potem historyka po Kresach śladami rodaków wielkich i znaczących oraz tych anonimowych, żyjących i ginących za ich polskość. Czekała mnie wycieczka bardzo emocjonalna i osobista. Jestem trzecim pokoleniem tych Polaków, którzy musieli uciekać z Ukrainy na tak zwane Ziemie Odzyskane, a których przyjęło się w imię poprawności politycznej, nazywać, używając nomenklatury komunistycznej, repatriantami. Sama wolę określenie – przesiedleńcy. Z tego też powodu Ukraina była w moim życiu od zawsze, przywoływana we wspomnieniach dziadków i w języku mieszanym, którego używali. A ponieważ na Ziemie Odzyskane (o ironio losu!) trafili również Ukraińcy z akcji Wisła, siłą rzeczy dorastałam wśród nich, chodziłam razem do szkoły, spędzałam czas wolny, przyjaźniłam się, utrzymując kontakt do dnia dzisiejszego. Co ciekawe, nie miałam jednak poczucia rozdwojenia i braku lojalności. Nas młodych sprawy rodziców już nie dotykały emocjonalnie. Nigdy pochodzenie nie było powodem sporów czy uprzedzeń, jakie obserwowaliśmy u swoich rodziców i dziadków. Nie posiadałam również wewnętrznego przymusu zobaczenia starej ziemi, jaki czułam wśród starszego pokolenia. Ale to nie znaczy, że nie interesowałam się tematem.
Wręcz przeciwnie.
Próbowałam poznać wspólną przeszłość stosunków polsko-ukraińskich, szukając jej w książkach historycznych, bo przekaz rodzinny był bardzo subiektywny, jednostronny i wyidealizowany. A ja potrzebowałam obiektywnej prawdy, powstałej z syntezy spojrzeń obu stron. Trudno było w czasach komuny o takie pozycje, zwłaszcza że, jak zauważa autor, pracowała nad tym wytrwale propaganda rosyjska, a później sowiecka. Poza oficjalnymi, antypolskimi wersjami wydarzeń na Zadnieprzu, prezentowanymi w podręcznikach, wykorzystano literaturę, film, a nawet muzykę. Dokładnie to samo działo się po polskiej stronie w myśl zasady radzieckich okupantów – dziel i rządź. Obie strony więc konsekwentnie unikały informacji na temat własnych działań eksterminacyjnych lub odwetowych. W zdaniu sformułowanym przez autora – Bardzo charakterystyczne jest wyciszenie tematu w relacjach Polaków ocalałych z rzezi. – jest wiele prawdy. Z czasem zauważyłam tę ciszę wśród moich krewnych i co smutne, trwającą do dzisiaj. Stąd moje poszukiwania, dociekania, żeby uporządkować tę wiedzę i zrozumieć zapieczone, zamknięte na argumenty postawy obu stron starszego pokolenia. I stąd też moja radość na tę książkę, właśnie w takiej formie i tegoż autora, którego czytam, znam styl przekazywania wiedzy i mu ufam.
I nie zawiodłam się.
Otrzymałam nie Historię Kresów dla Polaków napisaną przez Historyka, ale opowieść o ludziach, dla ludzi opowiedzianą przez człowieka, mającego rozległą wiedzę historyczną, na temat odwiedzanych miejsc, który wyruszył na trudny szlak znaczony krwią obu narodów, by, jak sam powiedział, chłonąć atmosferę tego niepowtarzalnego miejsca. Odczuć zmysłami miasto, o którym czytałem, które znałem z opisów literackich i przekazów historycznych. A teraz osobiście dotykałem murów na zawsze zapisanych w dziejach naszego kraju.
A ja chłonęłam tę atmosferę razem z nim.
Przeszłe widoki miast, miasteczek i wsi zapisanych w źródłach historycznych (ich obszerną bibliografię znalazłam na końcu książki), na które się powoływał lub w literaturze często oddając głos pisarzom i konfrontując je ze stanem zastanym. Nie zapominał mi tego pokazać również na licznych fotografiach zamieszczonych w książce:

 

 

Krajobrazy lasów, rzek i stepów tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza, a którym poświęcił cały, jeden rozdział. Często, gęsto oddając w tych wędrówkach głos nie tylko poetom, ale i pisarzom, których śladami podążał, jak chociażby za powieścią Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza. Ba! Nawet filmu, ze słynnymi Schodami Nadmorskimi w Odessie!
A każdy rozdział skrywał inną atmosferę, nastrój i emocje. Od tych nostalgicznych i dumnych z lekką nutą humoru podczas odwiedzin Lwowa, poprzez rozpacz wojen i ciągłych konfliktów, których efektem były makabryczne w opisach wydarzenia na Wołyniu łącznie z polskim odwetem silnie podszytym zemstą, aż do podekscytowania wątkami szpiegowsko-sensacyjnymi. Towarzyszące oczywiście przede wszystkim bohaterom opisywanych historii. Losom Polaków szczęśliwym, zawiłym, zdumiewającym, jak Zofii Potockiej, która Polką nie była!, czy tragicznym, jak Brunona Schulza. Mającym wpływ na wspólną historię i taką właśnie razem ją tworząc.
Kresy zachowały swój urok po dzień dzisiejszy. Nie oparł się mu sam autor, pozwalając sobie na uzewnętrznienie towarzyszących i kłębiących się w nim emocji, pisząc o zakochaniu się we Lwowie ujrzanym z Wysokiego Zamku czy o zrozumieniu czaru ukraińskiego stepu obserwowanego z chocimskiej baszty. Jednocześnie zapraszając do zwiedzania, w miarę możliwości, indywidualnego, bo tylko dzięki takiemu bez pośpiechu, gwaru, tłoku, bez szmerów rozmów i gderliwego głosu przewodnika można niemal usłyszeć głos Boga. Podaje przy tym wiele praktycznych wskazówek, których próżno szukać w oficjalnych przewodnikach – co warto zobaczyć z dala od turystycznych szlaków, na co zwrócić szczególną uwagę, czego i kogo unikać , czym jechać, gdzie się zatrzymać na nocleg, co zrobić, gdy zwiedzany obiekt jest niedostępny, co i gdzie najsmaczniej zjeść i jakiego piwa posmakować, a przede wszystkim, przed wyjazdem, koniecznie obejrzeć kilka komedii Stanisława Barei, jako wstęp do czekających realiów, by niczemu się potem nie dziwić tylko chłonąć, poznawać i doznawać, szukając zrozumienia współczesnych, wzajemnych postaw Polaków i Ukraińców w genezie konfliktu w przeszłości obu narodów.
Ja je znalazłam.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Pomiędzy światami – Jessica Warman

Pomiędzy światami – Jessica Warman
Przełożyła Xenia Wiśniewska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2011 , 447 stron
Literatura amerykańska

Ta powieść dla młodzieży przypomniała mi, jak to będąc nastolatką, próbowałam na złość rodzicom odmrozić sobie uszy. Oczywiście w przenośni, a dosłownie polegało to na wyobrażaniu sobie mojej śmierci jako wyrazu buntu i niezgody na zastany świat zgotowany mi przez dorosłych, którzy zgromadzeni nad moją trumną dopiero mnie doceniali, dopiero zauważali geniusz moich wizji, skwapliwie przyznając mi rację i żałując swojego postępowania. Dostarczywszy sobie w taki oto sposób rekompensaty za doznane krzywdy (w dużej mierze wyimaginowane i wyolbrzymione), podbijałam swoje ego poczuciem sprawiedliwości stojącej wyłącznie po mojej stronie i wiodłam szczęśliwe życie nastolatki dalej. Do następnego buntowniczego zrywu. Co ciekawe, nie byłam w tej metodzie rekompensaty niedostatków świata odosobniona wśród moich rówieśników. A co jeszcze ciekawsze, dokładnie takimi myślami, od czasu do czasu, dzieli się ze mną moja zaprzyjaźniona młodzież. Potrzeba poczucia własnej wartości w okresie dorastania, którą nagminnie i złośliwie umniejsza w oczach nastolatka otoczenie, jest bardzo silna. Niestety, tak samo silna, jak niemożność obiektywnego spojrzenia na siebie, na swoje postawy i zachowanie. I właśnie ten konflikt, potrzeby własnej wartości z subiektywizmem podszytym emocjami, wykorzystała autorka tej powieści.
Tyle że Liz, główna bohaterka, nie chciała umrzeć, żeby się sobie przyjrzeć okiem obiektywnego obserwatora. Była córką kochającego ją ojca, najbardziej popularną dziewczyną w szkole, posiadaczką świetnego chłopaka, dzieckiem w rodzinie o wysokim statusie materialnym, szczęściarą ładnej buzi i figury, liderką towarzyskiej elity dziewcząt, które miały wszystko podane na srebrnej tacy, które troszczyły się tylko o swój wygląd i interesowały tylko tym, kto umawia się na randki z najpopularniejszym facetem. Jej poczucie własnej wartości rosło w miarę zaspokajania subiektywnej wizji jej świata, który nie robił jej w tym zakresie żadnych problemów.
To los zadecydował za nią.
Dokonał tego w pierwszą noc dorosłego życia, dwie godziny po północy, po obchodzonej pitym alkoholem i paloną marihuaną własnej osiemnastce, zorganizowanej na jachcie należącym do jej ojca. Zamroczona snem (i nie tylko) zachowywała się cicho, żeby wyjść na pokład, nie budząc śpiących przyjaciół, dopóki nie zobaczyła własnego ciała, kołyszącego się na wodzie między pomostem a burtą łodzi. Krzyk jaki podniosła, nie obudził nikogo.
Nikt jej nie słyszał.
I nie mógł usłyszeć, tak samo, jak nie mógł zobaczyć i poczuć, bo Liz utknęła pomiędzy światami żywych i zmarłych. Od tej pory mogła tylko obserwować już nie jej rzeczywistość, bez możliwości ingerencji w przeszłość i teraźniejszość, ale z szansą wpływu na przyszłość swoją i żyjących najbliższych. Musiała tylko przypomnieć sobie, co się właściwie wydarzyło? Dlaczego się utopiła? Miała do dyspozycji obrazy, chwile i wydarzenia z poprzedniego życia oraz te, których była świadkiem obecnie. Z tych elementów swoistej układanki musiała ułożyć nowy obraz siebie niczym skomplikowaną mozaikę z wieloma brakującymi elementami, które musiała odnaleźć także w sobie, wygrzebać z pamięci, wydobyć zepchnięte do podświadomości, a niektóre specjalnie wyrzucone do kosza zapomnianych. A wszystko to z obolałymi stopami obutymi w za ciasne kowbojki, których nie mogła zdjąć, a które raniły, obcierały i deformowały stopy, sprawiając intensywny, dokuczliwy ból. To ważny element tej opowieści. Potrójny symbol – sztucznie tworzonego stylu życia przez Liz, materializmu jako podstawowej i najważniejszej wartości w nim i ucieczki przed odpowiedzialnością oraz konsekwencjami swojego postępowania. Ale Liz jeszcze nie była tego świadoma, jeszcze nie wiedziała, że pozbycie się ich na zawsze było uzależnione od rozwiązania zagadki jej śmierci. Z obolałymi stopami, początkowo niechętnie, a z czasem z wypiekami na twarzy, grzebałyśmy w jej przeszłości, szukając wskazówek i podpowiedzi. Tym razem miałyśmy dostęp do dialogów nieprzeznaczonych dla uszu Liz, do obrazów ukrytych wcześniej przed jej wzrokiem, a przede wszystkim możliwość wyłapania ważnych niuansów w oglądanych scenach, które umknęły jej uwadze z powodu własnego egoizmu, emocji i wyparcia z pamięci, jako niewygodne lub uwierające sumienie.
Obraz Liz, jaki ukazał się na końcu, był nie tylko odmienny od tego, jaki pielęgnowała za życia i jaki zachowała tuż po śmierci, ale i stworzony samodzielnie w wyniku długiego procesu, który psychologowie nazwaliby terapeutycznym. To on stał się cichym bohaterem tej opowieści o Liz, jej przyjaciołach i bliskich, który miał nie tylko zmienić postawę nastolatki, ale również rodziców, znajomych i rówieśników. Każdej ze stron konfliktu.
Dla dobra wszystkich.
Autorka w ten sposób nie tylko oddała głos nastolatkom, którzy wyraźnie sformułowali swoje potrzeby i oczekiwania wobec wychowujących ich dorosłych, ale również wytknęła najczęstsze błędy popełniane przez tych ostatnich. Przede wszystkim brak stawianych barier i nieumiejętność mówienia „nie” (pięknie pokazane w powieści), błąd zaniechania (cichy morderca wartości moralnych u nastolatków), kupowanie za dobra materialne poczucia obopólnego szczęścia, nieświadomość lub nadużywanie wpływu osobistego na postawę młodego człowieka i najtrudniejsza rzecz w wychowaniu – brak żelaznej konsekwencji w egzekwowaniu ustalonych zasad. A wszystko to mistrzowsko zakamuflowane pod płaszczykiem atrakcyjnego thrillera dla młodzieży (i nie tylko!), wplecione w nieświadomy proces oczyszczenia, jakiemu została poddana Liz, o którym jeden z bohaterów powieści powiedział – Myślę, że to pewien proces. Musi toczyć się w określony sposób. Przypominałaś sobie szczegół po szczególe, nie byłaś gotowa od razu stawić czoło całej prawdzie. Najpierw musiałaś pewne rzeczy zrozumieć.
Nie jest sztuką powiedzieć nastolatkowi wprost – Nie masz racji! Sztuką jest, aby sam do tego doszedł poprzez zrozumienie. A dorosły ma obowiązek mu w tym pomóc.
Mnie pomogła zrozumieć to przesłanie, w niezwykle logiczny, misterny i wzruszający sposób, właśnie ta opowieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 A tutaj wysłuchałam początku opowieści w interpretacji Magdy Lamparskiej. Robi wrażenie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Historia nudy – Peter Toohey

Historia nudy – Peter Toohey
Przełożyła Katarzyna Ciarcińska
Wydawnictwo Bellona , 2012 , 188 stron
Literatura kanadyjska

Jest taki typ człowieka, od którego uciekam dokądkolwiek i jak najdalej, byle szybko. To moje zupełne przeciwieństwo, które zamiast mnie przyciągać, za każdym razem odpycha. To typ ludyczny, przesiąknięty eskapizmem i z postawą roszczeniową wobec świata, od którego domaga się wiecznej roli „czerwonego autobusu”. Poznaję go nie tylko po mowie ciała i mimice twarzy, które szczegółowo wymienia i opisuje autor tej książki, ale przede wszystkim po jednoznacznym zdaniu – Nudzi mi się! Częściej słyszę je u dzieci i młodzieży. Rzadziej u dorosłych. Tych pierwszych stymuluję zdaniem – Tylko dzieci głupie się nudzą! – wiedząc, że tą nietaktowną prowokacją zmuszę do pracy nad sobą. Tych drugich pozostawiam innym, bo nie jestem masochistką, a wampiryzm energetyczny mnie nie ekscytuje. Tych pierwszych rozumiem, bo jeszcze się rozwijają, dojrzewają i kształtują w sobie umiejętności radzenia sobie z emocjami. Tych drugich nie rozumiem, zastanawiając się , jak można było się tak zaniedbać? A może powinno być mi ich żal, że nie mieli wokół siebie mądrych opiekunów i wychowawców? Wiem, że jestem mało wyrozumiała, ale lenistwo zarówno fizyczne, jak i umysłowe, zamienione w pasożytnictwo, drażni mnie. Nie chcę być czyimś karmicielem, bo sama nie wiem, czym jest nuda, a jej pojęcia nie ma w moim słowniku.
W powyższym wstępie zawarłam kilka moich osobistych tez, bardzo odmiennych od autora tej książki, który założył sobie, że nuda w sensie darwinizmu jest uczuciem pełniącym rolę adaptacyjną, które pomaga człowiekowi osiągnąć pełnię rozwoju. Nie mogę oprzeć się myśli, że nuda stanowi pewnego rodzaju błogosławieństwo.
Błogosławieństwo?!
Na dodatek zarzucił mi kłamstwo (skąd wiedział, że się tym pochwalę?) pisząc – Wiele osób wręcz przechwala się tym, że nigdy się nie nudzą. Niemal wszystkie te osoby kłamią.
Zatkało mnie!
A potem zaproponował mi udział w teście określającym mój stopień podatności na nudę, podsuwając do wypełnienia kwestionariusz Boredom Proneness Scale (BPS), składający się z 28 pytań. Mój wynik okazał się być obrzydliwie podręcznikowy, plasujący mnie w idealnej przeciętności. Udowodnił mi w ten sposób, że każdy, bez względu na to, co mówi, doświadcza nudy. Skoro tak, to ona musi się u mnie pojawiać i znikać zanim ją zauważę i się zorientuję! – pomyślałam. I dokładnie tak jest, bo ten mój wynik świadczy również o wysokim stopniu odporności na nudę, której nie ulegam tak łatwo. Innymi słowami – nuda się pojawia, ale moja reakcja na nią jest błyskawiczna.
Przekonał mnie – 1: 0 dla autora.
Udowodnił, że nudzi się każdy, ale żeby nuda zaraz była błogosławieństwem? Gdyby tak było, każdy chciałby się nudzić! Powstałyby skomercjalizowane centra nudy do upojnego zanudzania klientów! Tym czasem nuda jest stanem nieprzyjemnym, przykrym i przytłaczającym. I właśnie w tych negatywnych cechach autor upatruje jej siłę i moc. To one dopingują człowieka do zmian, do nowych zachowań, do poszukiwań kolejnych bodźców niwelujących, zagłuszających, niszczących marazm i stagnację. Ta aktywność z kolei wpływa na rozwój mózgu, podnosząc poziom inteligencji intelektualnej, emocjonalnej i społecznej. Jednym słowem człowiek mądrzeje.
No dobrze – pomyślałam – 2 : 0 dla autora.
Niech będzie, że nuda jest potrzebna tak, jak każda inna emocja do rozwoju człowieka. Zwłaszcza, że przy okazji udowodnił prawdziwość mojego nietaktownego powiedzenia. Ale zaraz zadałam kolejne podchwytliwe pytanie – To dlaczego niektórzy, a patrząc dookoła siebie jest ich nawet sporo, nudzą się permanentnie, zatrzymując się w rozwoju? I to również autor cierpliwie mi wytłumaczył, sięgając do genetyki warunkującej skłonności do określonych zachowań, do anatomii mózgu, w którym zachodzą procesy biochemiczne wpływające na poziom dopaminy odpowiedzialnej za uczucie nudy i wreszcie do nauk społecznych opisujących procesy psychospołeczne utrwalające złe nawyki nieradzenia sobie z nudą lub chodzenia na skróty poprzez używki.
3 : 0 dla autora!
Przegrywałam sromotnie w tym starciu, ale nadal nie poddawałam się, drążąc temat następnym pytaniem – Skoro nuda jest taka pożyteczna i błogosławiona (trochę złośliwa jestem), to co robić, by móc nad nią panować? I tutaj otrzymałam cały rozdział odpowiedzi na nie, poświęcony środkom zaradczym (wymienia ich sporo), jakim jest między innymi umiejętność zarządzania wolnym czasem.
Umiejętność!
A z nią człowiek się nie rodzi, ale o tym, jak tę umiejętność w sobie ukształtować, wypracować, nabyć i w którym okresie rozwoju człowieka należałoby nad tym zacząć pracować, już ani słowa!
3 : 1 dla mnie!
Bo zabrakło mi przysłowiowej kropki nad „i”, że tę umiejętność trzeba kształtować od najmłodszych lat, bo to od niej zależy, jakim stanie się człowiekiem dorosłym – kreatywnym, pasożytem czy degeneratem. Nieumiejętność radzenia sobie z nudą to poważna wada prowadząca ostatecznie do zachowań patologicznych i chorób psychicznych.
Pomimo przegranej polemiki, wynik uważam za bardzo satysfakcjonujący, bo oznaczający poszerzenie mojej dotychczasowej wiedzy. Podważył niektóre moje poglądy, uzupełnił o nowe fakty, a przede wszystkim wprowadził mnie w osłupienie, uświadamiając mi, za jak wiele zachowań ludzkich odpowiedzialna jest ta błaha, niepozorna, bagatelizowana i na pozór nieszkodliwa emocja społeczna. Obecna od zawsze, nawet jeśli niewidoczna i nienazwana w początkowym okresie rozwoju społeczeństwa, jak udowadnia autor w rozdziale szkicującym jej rys historyczny. Badawczy charakter pracy, w której autor postawił cytowaną wcześniej przeze mnie tezę, pozwolił na przytoczenie wielu poglądów naukowych i filozoficznych, na polemikę z ich autorami. Praca nie jest nowatorska tematycznie, bo na temat nudy zapisano wiele stron kartek, o czym można przekonać się zaglądając do bibliografii załącznikowej w książce, ale dostarcza nowych definicji pojęć sformułowanych przez autora oraz nowych spojrzeń na niektóre aspekty nudy. Ogromną satysfakcję poczułam, kiedy odkryłam, że moje uporczywe zastępowanie „nudy egzystencjalnej” pojęciem „bólu egzystencjalnego” według autora ma sens, zaprzeczając istnieniu tego pierwszego twierdzeniem – Nuda egzystencjalna to koncepcja teoretyczna.(…) jest raczej wytworem intelektu. By trochę ironicznie dodać – Czasami wydaje się, że ludzie o głębszych zainteresowaniach – jak choćby religią czy filozofią – przybrali nudę w ozdobne piórka, aby wydawała się czymś lepszym, niż w istocie jest: a zatem znudzonemu i przygnębionemu mnichowi doskwiera acedia; uczony ogarnięty znużeniem staje się melancholikiem; filozof w kleszczach samotności staje się ofiarą przypadkowości lub Mdłości. Wachlarz odmian tak zwanej nudy egzystencjalnej jest fascynujący, snobistyczny i jak dobrze kamuflujący własne, prozaiczne (w sensie – nie filozoficzne) problemy!
Całość pracy autor ilustruje fragmentami znanych powieści opisujących wprost lub w podtekście nudę (niektóre interpretacje są dla mnie nowatorskie i fascynujące!) oraz czarno-białymi zdjęciami nawiązującymi do uczucia nudy.
Po tej książce pozostaje mi tylko przytoczyć trzy wersy z wiersza Nieczytanie Wisławy Szymborskiej, która w kilku lapidarnych słowach ujęła obraz współczesnego społeczeństwa, w dużej mierze ukształtowanego brakiem umiejętności radzenia sobie z nudą:

 

Żyjemy dłużej,
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami.

 

 

Podobno dla niektórych ten krajobraz jest nudny! To ja się pytam, w którym momencie i w którym jego punkcie???
Uwaga!
Już sama chęć pokazania ich powinna skłonić pokazującego do refleksji i do sięgnięcia po tę książkę.
Koniecznie!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Tam gdzie ty – Jodi Picoult

Tam gdzie ty – Jodi Picoult
Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 566 stron
Literatura amerykańska

Początkowo myślałam, że wysłucham opowieści o wyjatkowo silnej potrzebie posiadania dziecka, a ona okazała się tylko pretekstem do ukazania bardzo złożonego zjawiska homoseksualizmu, rozszerzonego o prawo do posiadania i wychowywania dzieci. I o ile pierwsze akceptuję, o tyle drugie tylko toleruję. Z tego względu okazałam się dla autorki bardzo twardogłowym czytelnikiem o konserwatywnych poglądach na temat wychowywania dzieci, która postanowiła właśnie takich jak ja, nie tyle przekonać, co otworzyć na problem. Tak splotła losy głównych bohaterów Maxa, Zoe i Vanessy, tak ściśle powiązała zależności formalne i nieformalne między nimi, żebym nie tylko miała ogląd problemu z różnych punktów widzenia dzięki pierwszoosobowej trójnarracji, ale i na różnych płaszczyznach postrzegania zjawiska – psychologii, pedagogiki, prawa, socjologii, medycyny i religii. A żeby problem uczynić dyskusyjnym, zaprowadziła całą trójkę do sali sądowej, czyniąc stronami sporu o zamrożone zarodki Maxa i Zoe, lesbijską parę niewierzącą i heteroseksualną parę wierzących małżonków. Próbowała w ten sposób logicznie i uporządkowanie przedstawić argumenty wszystkich stron sporu – zakochanych w sobie kobiet – Zoe i Vanessy i ich ogromnemu pragnieniu bycia matkami, z których pierwsza była wcześniej żoną Maxa. Mężczyzny, z którym wcześniej również starała się o dziecko, przechodząc wyczerpujące psychicznie i fizycznie procedury zapłodnienia in vitro, a który po rozwodzie swoją drogę i nadzieję na przyszłość odnalazł w Kościele Wiecznej Chwały. Każda ze stron miała za sobą swój punkt widzenia poparty badaniami naukowymi i prawami religijnymi, czyniąc rozprawę godną sądu Salomona.
Miałam więc przed sobą wszystkie argumenty za i przeciw. Autorka pokusiła się nawet na wprowadzenie bohaterki lesbijki wierzącej, która swoją orientację seksualną traktowała, jak nałóg, z którym można walczyć i ograniczać, bo ”robić” i „być” to dwie różne sprawy.
Tę walkę na argumenty obu stron, do których włączył się Kościół i organizacje gejowskie, niezwykle ciekawą, a momentami wręcz pasjonującą, z góry skazywałam na niemożność rozstrzygnięcia z prostego powodu – brak punktu styczności między płaszczyzną wiary a poszczególnymi dziedzinami nauki. A jeśli nie ma punktów wspólnych dających szansę na chociaż minimalne porozumienie, nie ma rozwiązania problemu satysfakcjonującego obie strony. Każdy wybór byłby wyborem jednostronnym, subiektywnym i krzywdzącym dla przegranej.
Co ciekawe, autorka bardzo dobrze o tym wiedziała, czyniąc walkę na argumenty tłem dla najważniejszej płaszczyzny. Tej, na której wszyscy biorący udział w rozprawie, ze mną włącznie, są w stanie pojąć drugą stronę, poczuć to, co drugi człowiek, wyobrazić sobie przez co przechodzi przeciwnik i otworzyć się na niego, a w konsekwencji zrozumieć go. Ta przestrzeń doprowadzająca do cudów pojednania na bazie empatii to płaszczyzna emocjonalna. Jedyna, która znosi wszystkie różnice, czyniąc jednakowym i równym w emocjach.
Kiedy odrzuci się wplątaną w sprawę politykę, wiarę, prawo, etykiety ról społecznych przypisane przez społeczeństwo, wtedy zobaczy się Człowieka i jego pragnienie posiadania dziecka, którego nie określa płeć, status materialny, orientacja seksualna, czy przekonania religijne. I żeby to człowieczeństwo z bohaterów wydobyć i uwolnić od krępujących norm społecznych, kajdanek religijnych, szufladek prawnych i naukowych, wykorzystała do tego muzykę, która otwiera najpierw serce i duszę, a potem umysł. Było jej w powieści dużo, towarzysząc Zoe w życiu zawodowym jako muzykoterapeutce i w życiu prywatnym, osobistym, a do książki dołączając płytę z dziesięcioma piosenkami,

 

 

których poszczególne tytuły przypisano kolejnym rozdziałom powieści, oczywiście przetłumaczonym na język polski. Na płycie widnieją tytuły oryginalne:

 

 

Walka o moje zdanie, moje stanowisko w analitycznie pokazanym zjawisku, o którym coraz głośniej mówią środowiska homoseksualne, o przyjęcie określonej i jednoznacznej postawy, była niezwykle zaciekła. Autorka bardzo dobrze przygotowała się do wszechstronnego i różnorodnego przedstawienia warstwy merytorycznej opowieści o trójce bohaterów, korzystając z wiedzy i pomocy muzykoterapeutów, prawników, medyków oraz własnej wiedzy pedagoga i absolwentki nauk humanistycznych.
Zostałam bezlitośnie przeciągnięta przez dwie strony światopoglądu przez kilkaset stron walki na argumenty, czując w ostateczności bolesne rozdarcie między rozumem a sercem, podobna do żaby ze znanego kawału, która chciała być i mądra, i piękna. Wiem, że to niemożliwe, że trzeba pójść za rozumem lub sercem, a próba pogodzenia ich otworzyłaby nową dyskusję wkraczającą na obszar filozofii, w której zaczęłoby się kwestionować kształt i strukturę współczesnego społeczeństwa jako stworzone nie przez naturę w drodze ewolucji, ale sztywne uwarunkowania społeczno-kulturowe.
Jestem zmaltretowana, przeciągnięta przez skrajne poglądy po wybojach i muldach pola tematycznego, rozdarta i… przeszczęśliwa! Uwielbiam takich pisarzy, którzy pozostawiają mnie po zakończeniu opowieści właśnie w takim podeptanym stanie. Mam nad czym rozmyślać, mam co rozstrzygać i nad czym zastanawiać się.
Książka dla wszystkich niedopasowanych do świata, którzy niekoniecznie chcą pasować i dla ich prześladowców.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Tam gdzie ty [Jodi Picoult]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Operacja „Geronimo” – Chuck Pfarrer

Operacja „Geronimo”: misja likwidacji Osamy Bin Ladena przez Seal Team Six – bezpośrednia relacja – Chuck Pfarrer
Przełożył Łukasz Müller i Michał Romanek
Wydawnictwo Znak Literanova , 2012 , 350 stron
Literatura amerykańska

Snajper Howarda E. Wasdina i Stephena Templina rozbudził we mnie ciekawość bezpośrednich relacji uczestników operacji z najbardziej głośnych, spektakularnych i niebezpiecznych punktów zapalnych na świecie, a dokładniej tych z udziałem SEALsów. Członkami najmniej licznych i najbardziej elitarnych oddziałów do operacji specjalnych w siłach zbrojnych Stanów Zjednoczonych, które dzięki nagłośnionym tego typu akcjom wychodzą z cienia. Niestety, wbrew własnej woli i wcale, ale to wcale im się ten rozgłos nie podoba. Ale o ile Snajper był opowieścią jednego komandosa, przybierając formę autobiograficznej kariery w strukturach Navy SEALs, który pokusił się o odtworzenie na bazie własnych doświadczeń, prawdopodobnego scenariusza zabicia Osamy Bin Ladena, o tyle ta pozycja jest efektem wielu bezpośrednich relacji uczestników operacji jego likwidacji nazwanej Włócznią Neptuna, przekazanych autorowi książki, byłemu członkowi SEAL Team Six. To ważny szczegół w przypadku tej pozycji. Profil osobowości byłego komandosa i znajomość ludzi z tego środowiska, jak i własne jego doświadczenia, złożyły się na wiarygodny, chociaż momentami subiektywny i emocjonalny obraz współtowarzyszy i kolegów, polityki rządku amerykańskiego i samych polityków oraz najważniejszej postaci – Osamy Bin Ladena.
Zanim jednak autor przeszedł do opisu przygotowań i przebiegu samej operacji Włócznia Neptuna, obszernie przedstawił rys historyczny dróg, jakie przebyły obie strony do momentu spotkania się w pakistańskim Abbottabadzie. I o ile informacje na temat historii powstania SEAL Team Six i systemu morderczego szkolenia ich operatorów były mi już bardzo dobrze znane ze Snajpera, o tyle tutaj miałam okazję dodatkowo uzupełnić je o wykaz najważniejszych akcji, w których brali udział, z obszernie, niemalże sensacyjnie opisanym odbiciem kapitana Richarda Philipsa z porwanego statku Maersk Alabama przez somalijskich piratów. Uczucie bycia w środku wydarzenia, gdzie adrenalina podnosi się z każą minutą, a sekundy trwają wieczność, i możliwością śledzenia kunsztu taktyki snajperów, znanej mi wcześniej tylko z doniesień programów informacyjnych – bezcenne!
Zupełną nowością natomiast były dla mnie informacje na temat samego Osamy Bin Ladena, muszę przyznać, bardzo subiektywne. Autor zburzył mit tego charyzmatycznego założyciela i przywódcy Al-Kaidy, który łączył w sobie czar wojownika z czymś w rodzaju głębokiej mistycznej religijności. Ukazał go jako miernego syna multimilionera, nieśmiałego, małomównego, niepotrafiącego przemawiać publicznie, bez doświadczenia wojskowego, popełniającego nagminnie błędy organizacyjne i taktyczne w działaniach wojskowych, naiwnego i zmanipulowanego dla jego pieniędzy przez islamskich fundamentalistów przesiąkniętych nienawiścią do Żydów, chrześcijan, szyitów, buddystów, a nawet kobiet, walczących nie tyle z chrześcijaństwem, co z zachodnim, świeckim liberalizmem. No. ale co można napisać dobrego o człowieku, który z radością oglądał w telewizji satelitarnej, jak 3000 osób zamienia się w popiół. Wtedy nawet dobra cecha kochającego i łagodnego ojca dla własnych dzieci, który nie wahał się zabijać dziewczynek i chłopców na trzech kontynentach, zamienia się w zarzut. Pomimo tego subiektywnego spojrzenia biograficznego, autor starał się natomiast spojrzeć obiektywnie na całość zjawiska konfliktu określanego globalnym dżihadem salafickim przez pryzmat mentalności świata arabskiego, w myśl zasady – Zobacz to oczyma swojego wroga. Świata, który stworzył i wyniósł na szczyt najbardziej znanego i poszukiwanego, współczesnego terrorystę.
Sam opis jego zabicia ukazany oczami operatorów, bardzo emocjonujący, a jednocześnie dementujący narosłe wokół akcji plotki oraz odpierający liczne zarzuty, które pojawiły się w mediach, był jak dobra sensacja napisana przez samo życie. Przygotowania, procedury, kody porozumiewania się, żargon, nieuchwytna mowa ciała dla postronnych i styl działania operatorów, najnowocześniejsze wyposażenie militarne, to wszystko robiło na mnie duże wrażenie, ale było coś, co mnie oczarowało totalnie – opis helikoptera Stealth Hawk w akcji, którego piętnastotonową obecność najpierw się czuje, a dopiero potem słyszy, a to co się słyszy, odbiera w rytm bicia własnego serca, pracującego jak cichy wentylator. Poezja w prozie i wpis na listę marzeń o jego zobaczeniu na żywo. Co ja piszę, zobaczenia w ogóle, już o obserwacji w akcji nie wspomnę. Maszyna jest tak ściśle tajna, że mam na to szansę za kilka, może kilkanaście lat, kiedy Amerykanie postanowią go pokazać. Jego wizerunku strzegą do tego stopnia, że jest używany do szkoleń SEALsów tylko nocą. Tymczasem fani tworzą prawdopodobne modele i rysunki, powstałe dzięki takim opisom, jak w tej książce lub na podstawie opisów szczątków z ich katastrof. Jeden rozbił się w trakcie akcji zabicia Osamy Bin Ladena, a słynna scena w telewizji, pokazująca prezydenta Baraka Obamę i Hillary Clinton z dłonią na ustach w chwili przerażenia, ukazała ich reakcję na to właśnie wydarzenie, a nie, jak do tej pory sądziłam, na zabicie terrorysty.
Ta książka to również trochę prywatna wojna autora z politykami, w której rzuca odważne, poważne, bezkompromisowe oskarżenia i zarzuty pod adresem amerykańskiego rządu, obciążając go odpowiedzialnością za wydarzenia z 11 września 2001 roku, jako najbardziej tragiczną w skutkach porażką wywiadu w historii Ameryki. Bezlitośnie obnaża ciąg zdarzeń i popełnionych błędów, doprowadzających do tej tragedii począwszy od kłamliwej polityki na temat broni chemicznej w Iraku (a była nie tylko w Iraku, ale i w posiadaniu Al.-Kaidy!), poprzez kumoterstwo, polityczna poprawność i niewiarygodną niekompetencję decydentów z FBI i CIA, w których roiło się od politycznych koneksji, ale mało było umiejętności, aż do samych polityków przedkładających korzyści partyjne i polityczne nad bezpieczeństwo USA. To właśnie dlatego autor miał problemy z wydaniem tej książki, a amerykańskie władze zakwestionowały jej prawdziwość. A ja jakoś bardziej wierzę autorowi, niż Barakowi Obamie, który w moich oczach stracił wiele jednym pytaniem skierowanym do SEALsów, uczestników Włóczni Neptuna podczas spotkania z nimi – No to który z was zlikwidował Osamę, chłopcy? Nie mogę uwierzyć, że ich prezydent wie o nich mniej niż jakaś Polka! Bo gdyby było inaczej, nigdy nie zadałby takiego pytania, a tak pozostaje niesmak, rozczarowanie i ŻENADA…
Ta książka na pewno niweluje rozdźwięk pomiędzy percepcją opinii publicznej, doniesieniami mediów i tym co przyznaje rząd, a prawdą widzianą w terenie, a jednocześnie uzmysławia skalę kłamstw, jakimi jestem karmiona. To są te momenty, w których widzę przewagę błogosławieństwa nad niebezpieczeństwem działalności portalu WikiLeaks.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 A tutaj sobie posłuchałam, co na temat tej książki sądzi profesjonalista i praktyk.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Charlie – Stephen Chbosky

Charlie – Stephen Chbosky
Przełożyła Joanna Schoen
Wydawnictwo Remi , 2012 , 218 stron
Literatura amerykańska

Oryginalny tytuł tej powieści brzmi The Perks of Being a Wallflower. Zwykle jest to dla mnie informacja drugorzędna o charakterze uzupełniającym. Tym razem okazała się być ważniejszą od polskiego tytułu i szkoda się stało, że wydawca nie umieścił oryginału na okładce tytułowej. Chociaż drobnym drukiem albo w nawiasach tak, jak zrobiono to w przypadku Ślepych torów Irwine’a Welsha, który to nic nikomu nie powiedziałby, gdyby nie oryginalny tytuł pod odpowiednikiem polskiego tłumaczenia. Dodam tylko, że najnowsze wydanie pojawiło się już tylko z oryginalnym tytułem.
Dokładnie to przytrafiło się tej właśnie książce.
Zawsze dzielę się młodzieżowymi nowościami czytelniczymi z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą. Czasami muszę postarać się mniej, czasami więcej, żeby zachęcić ją do czytania. Jest wybredna, więc najczęściej sięga po konkretną pozycję dopiero po moim czytaniu i po mojej opinii na jej temat. Rzadziej przed. Zabrałam się do „promocji” Charliego, głośno rozwodząc się, jaka to nowa książka dla niej się ukazała na polskim rynku wydawniczym.
Żadnej reakcji.
A potem przeczytałam polski tytuł.
Nadal nic.
Pokazałam więc okładkę, podkreślając „fajność” chłopaka na niej i odczytując umieszczony na niej tekst.
Szybko rzuciła okiem z ukosa i jeszcze szybciej odwróciła wzrok.
Nie poddawałam się. W desperacji ostatecznej przeczytałam informację umieszczoną na tylnej okładce. O tę:

 

 

Reakcja była natychmiastowa!
Ujrzałam przed sobą szeroko wpatrzone w książkę oczy i niemalże nabożny szept – Nareszcie ktoś ją wydał… Moja reakcja była podobna, chociaż tylko pomyślana – Moja zaprzyjaźniona młodzież wie więcej niż ja na temat książki, która się właśnie ukazała! Wpatrywałyśmy się w siebie kiwając głowami, ale każda z innego powodu. Nie wiem, która z nas była bardziej zaskoczona.
Jak się okazało, książka w USA, wydana na początku lat 90., zdążyła stać się kultową i wyprzedzić sławą polskie, tegoroczne tłumaczenie. To efekt łatwego dostępu do Internetu i znajomości języków obcych, które nie stanowią żadnej bariery dla młodych pokoleń w poszukiwaniu ciekawych tytułów. I o ile realia dotyczące techniki zdążyły się w powieści przedawnić, bo nie ma już kaset magnetofonowych i płyt analogowych , jakimi posługują się bohaterowie, o tyle problemy wieku dojrzewania nie zmieniły się, pozostając dokładnie takimi samymi. Ich ponadczasowość jest największą wartością tej powieści w formie… epistolarnej. Cała składa się z chronologicznie uporządkowanych listów adresowanych do zupełnie obcego rówieśnika przez głównego bohatera, Charliego. Nieśmiałego, małomównego, cichego obserwatora otaczającej go rzeczywistości, którą przyjmuje taką, jaka jest, rzadko wydając opinię, a częściej próbując zrozumieć zachodzące w niej wydarzenia i zjawiska społeczne oraz indywidualne zachowania otaczających go ludzi. Tych obcych i tych mu najbliższych. Moje początkowe podejrzenia, że będą to zwierzenia ekstremalne, z obszaru patologii, szybko się rozwiały. W miarę czytania listów Charliego, których pisanie rozpoczął 25 sierpnia 1991 roku, tuż przed nowym rokiem szkolnym w pierwszej klasie liceum, szybko stworzyłam sobie obraz mądrego, inteligentnego, bardzo dobrze uczącego się, wrażliwego piętnastolatka, pochodzącego z normalnej, kochającej się rodziny. Przyjaźniącego się z Patrickiem i Sam, w której był zakochany. Zmagającego się z zagadkami otaczającego go świata i próbującego wszystkiego, co miał mu do zaoferowania łącznie z używkami, narkotykami i seksem. Na pozór typowy nastolatek, szukający swojego miejsca w świecie, doświadczający nieskończoności w byciu razem z rówieśnikami, kochany i kochający rodziców i siostrę, słuchający muzyki, czytający książki i jednocześnie próbujący zrozumieć samego siebie.
Na pozór.
Bo nie dawało mi spokoju uczucie, że coś jest z chłopcem nie do końca w porządku i tak idealnie. Zaczęłam sobie zadawać pytania – Dlaczego ma potrzebę pisania o sobie, o swoim dniu codziennym i swoich w nim przeżyciach? Dlaczego na adresata swoich zwierzeń wybrał osobę, która potrafi słuchać i stara się przede wszystkim rozumieć? Dlaczego ta osoba jest tak bardzo podobna do nadawcy? Dlaczego przerastające go emocje zawsze wywołują u niego płacz? Dlaczego uczęszcza na wizyty do psychiatry, który zadaje mu nieustannie pytania o przeszłość i tłumaczy na czym polega bycie „pasywnie agresywnym”? Dlaczego inni mówią o nim „dziwak”, a sam o sobie, że jest porąbany? Dlaczego ma skłonności do depresji, skoro w szkole i w rodzinie jest tak dobrze? I wreszcie, przytaczając słowa Charliego – co jest ze mną nie tak. Jak mam żyć, żeby to miało sens?
Trochę za dużo tych znaków zapytania, by bezkarnie usprawiedliwiać je tylko okresem dojrzewania chłopca.
Moje podejrzenia, że za tymi zwierzeniami, na pozór opisującymi codzienność młodego człowieka, jego przyjaciół i rodziny, kryje się coś więcej niż widać to na pierwszy rzut oka, okazały się uzasadnione. Fakt, który Charlie wyparł ze swojej świadomości, a który przypomniał sobie w jednym z ostatnich listów, okazał się całkowicie tłumaczącym osobowość, zachowanie i postawy nastolatka. Przypomnienie sobie traumatycznego wydarzenia z dzieciństwa, które było szokiem nie tylko dla niego, ale i dla jego rodziny, okazało się momentem przełomowym w odnalezieniu sensu i logiki życia.
Nie dziwię się, że młodzi Amerykanie pokochali tę książkę. Młodemu czytelnikowi łatwo utożsamić się z głównym bohaterem. Nie bez powodu listy mają charakter autoanalizy, które są znaną i stosowaną metodą w psychoterapii. Adresat jest nie tylko osobą z otoczenia nastolatka, której może powiedzieć wszystko. Jest również nim czytelnik, który ostatecznie staje się nadawcą. Jakkolwiek by nie było, cel jest jeden – odkryć siebie na nowo. Zobaczyć i zrozumieć, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, z wielu powodów. Czasami łatwiej napisać o sobie niż powiedzieć, patrząc komuś w oczy, a jeszcze trudniej patrząc we własne. Papier jest cierpliwy, nie osądzi, nie oceni, wszystko przyjmie ze stoickim spokojem, pomoże przenicować duszę i umysł, by na koniec ukazać obiektywny, prawdziwy obraz nadawcy, adresata i ostatecznie czytelnika.
Przejrzałam się w nim i ja. Tej z czasów nastoletnich i szybko dodam, ku uspokojeniu, że nie będę tutaj bezwstydnie obnażać mojej duszy. Napiszę tylko o jednym porównaniu, które świetnie obrazuje przesłanie tej książki. O doświadczeniach czytelniczych Charliego i moich w wieku piętnastu lat. Charlie dzięki swojemu nauczycielowi angielskiego, który dostrzegł w nim inteligentnego chłopca, przeczytał w ciągu roku takie powieści (i jeden dramat) jak: W drodze, Nagi lunch, Obcy, Zabić drozda, Buszujący w zbożu, Hamlet, Walden, Źródło. Ja w tym samym wieku, dostrzeżona przez bibliotekarkę, przeczytałam z jej rekomendacji Czterech pancernych i psa oraz Cichy Don. Przed przeczytaniem tej książki mogłabym powiedzieć – No cóż! Inne czasy, inny ustrój, więc i inne czytanie. Wypisz, wymaluj – bierna postawa Charliego. Mogłabym tak się usprawiedliwiać, gdyby nie jedno zdanie w tej książce – Jeśli nie mamy wpływu na to, skąd pochodzimy, do nas należy wybór, w którą pójdziemy stronę. Tę bierność, którą porzucił na rzecz aktywności, czynu i dokonywania własnych wyborów, Charlie uświadomił sobie pod koniec roku szkolnego. Ja kilka lat później, ale za to z permanentnym skutkiem. Nie tylko w sferze doboru lektur, ale i w ogóle w życiu.
I z tego właśnie powodu tę książkę-lustro będę podsuwać każdemu nastolatkowi, który nie tylko nie rozumie siebie, swojego miejsca w rzeczywistości, ale i temu, który odziedziczył lub zaraził się biernością, tumiwisizmem i stałym usprawiedliwianiem tego stanu rzeczy zastanym porządkiem świata.
Wyprzedzająca sława tej książki, okazała się być jej godna.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Charlie [Stephen Chbosky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Na wieść o tym, że książka ma być sfilmowana, a główne role zagrają Logan Lerman i Emma Watson, fani zaczęli tworzyć własne trailery, wykorzystując kadry z filmów z tymi aktorami. Ten wybrałam ze względu na umieszczone w nim cytaty.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich

Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich
Przełożyła Marta Dunajska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 322 stron
Literatura amerykańska

Kiedyś, ktoś powiedział mi, że dzieci nie są własnością rodziców. Są tylko wypożyczone im na określony czas. Nie na jakiś, ale konkretny, z datą przejścia w dorosłe, samodzielne, niezależne życie lub ostateczną, gdy odchodzą na zawsze nie zdążywszy dorosnąć. Problem z rodzicami polega nie tyle na tym, że o tym zapominają, ale na całkowitym braku świadomości tego faktu. Z potrzeby bezpieczeństwa, spokoju myśli i w wyniku wyparcia nieuniknionego i pewnego, przyjmują za fakt, iż bycie z dzieckiem dane im jest na zawsze. Łatwo wtedy popaść w rutynę, w poczucie wiecznej władzy, w uprzedmiotowienie syna lub córki.
To niepozorne zdanie, rzucone w jakieś dyskusji, przyjęłam za swoje, a każda książka pisana przez rodziców, którzy w jakiś sposób tracili , tracą lub stracili dziecko, coraz bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Nie inaczej jest i z tą pozycją.
Uświadomienie lub przypomnienie sobie o przelotności obcowania z własnym dzieckiem, dla autora tych wspomnień przybrało formę bardzo bolesną, a który napisał o swojej córce Elenie – Wyobraziłem sobie, jak trzymam ją w dłoniach jako niemowlę, tulę w ramionach jako małego brzdąca, pocieszam jako dziecko, przytulam jako nastolatkę i odprowadzam do ołtarza jako młodą kobietę. Jednak nigdy nie sądziłem, że będę ją trzymał w ten sposób.
W dłoniach miał mosiężny pojemnik z jej prochami. Mały, zimny i prosty.
A koszmarne uświadamianie sobie, kim jest naprawdę dla niego Elena, zaczęło się od zwykłego bólu gardła i rutynowej wizyty u lekarza, zakończonej diagnozą – glejak pnia mózgu, najgorszy guz, najmniej rozumiany, rosnący w najgorszym miejscu, w najszybszym tempie, przechodzący najśmielsze oczekiwania i nieodwołalnym wyrokiem – najwyżej jeszcze tylko 135 dni życia. Szok wywołany tą wiadomością rozpoczął trudny proces zmiany światopoglądu, postaw i priorytetów obojga rodziców łącznie z zakwestionowaniem wiary w Boga, podzielony na pięć etapów – bólu, złości, walki, desperacji i nadziei. Wszystkie opisane są w tym dzienniku, dzień po dniu od momenty diagnozy, przede wszystkim z myślą o młodszej córce Gracie, który początkowo posiadał formę internetowych wpisów. I może dlatego nie jest to dziennik rozpaczy, chociaż smutku w nim dużo, ale nadziei i miłości rodziców, którzy znając ostateczny termin odejścia swojego dziecka, mają jeden cel – dać mu jak najwięcej powodów do takiego beztroskiego uśmiechu,

 

 

który w postaci roześmianych fotografii Eleny towarzyszył mi prawie każdego dnia, na co drugiej stronie dziennika. To wywoływanie radości ułatwiała im wspólna lita życzeń i marzeń, którą tata i mama Eleny realizowali konsekwentnie do końca jej dni, nawet wtedy gdy choroba przykuła ją do wózka. Największe wrażenie zrobiło na mnie zawieszenie tego rysunku sześcioletniej dziewczynki,

 

 

w muzeum pośród takich mistrzów malarstwa jak Pablo Picasso, Pierre Auguste Renoir i Vincent van Gogh. Swoiste świadectwo determinacji i miłości – córka przy własnym „dziele sztuki” powieszonym na honorowym miejscu, w prawdziwym muzeum:

 

 

A z tych wszystkich sukcesów najważniejszy – uśmiech na twarzy i radość w oczach dziecka. Reszta to tylko dodatki, bo bycie tatą to coś więcej niż wskazywanie, co jest dobre, a co złe, to także cieszenie się czasem spędzanym wspólnie i odnajdywanie humoru w codziennym życiu.
Piekielnie bolesna lekcja powinności rodzicielskich, chociaż sam Keith to, co przytrafiło się jego rodzinie, za taką nie uważa. Raczej za niezbędne i potrzebne doświadczenie. Zmagania hartujące odporność i czyniące rodzinę silniejszą i gotową do wsparcia w najtrudniejszych chwilach. Rodzina Brooke i Keitha zdała ten egzamin, chociaż nie było łatwo. Bywa i tak, że rodziny rozpadają się pod ogromem nieszczęścia. Czy ci ostatni żyli w zbyt optymistycznym świecie, uciekając w niepamięć, gdzie nie ma nieszczęść, a wszystko jest dane na zawsze?
Nie wiem.
Wiem tylko, że nie należy odsuwać od siebie tego typu książek, bo one nie straszą chorobami i śmiercią, nie epatują cierpieniem, by wywołać łzy. Są tylko niezbędnym kontekstem do ukazania wyjątkowości cudu życia i obecnych w nim ludzi, by nie zapominać, jak cenić sobie chwile z ukochanymi i docenić prawdziwą wartość istnienia, dostrzegać rzeczy ważne, tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi, a to jest życie.
Wartość tej opowieści o Elenie i jej rodzinie nie przekłada się tylko na wzruszenia i przemyślenia, ale na konkretne wnioski i działania wymierne przede wszystkim dla dzieci, których rodziców, jak piszą w tysiącach listach do Brook i Keitha, ten zwyczajny dziennik nauczył dostrzegać i na nowo kochać swoje dzieci i cenić najdrobniejsze momenty życia. Nagle ich dzieci nie były już dłużej czymś, co ich rozprasza, lecz stały się celem ich życia. Nauczyli się znajdować dla nich czas, odprowadzać do szkoły, czytać najgrubsze książki, jakie potrafili znaleźć na półce przed położeniem do łóżka.
I to jest największa wartość, jaką rodzice (i nie tylko!) mogą wynieść i wynoszą z bolesnych doświadczeń rodziny Desserichów.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: