Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Kato-tata: nie-pamiętnik – Halszka Opfer

21 marca 2019

Kato-tata: nie-pamiętnik – Halszka Opfer
Wydawnictwo Czarna Owca , 2011 , 197 stron
Seria Samo Życie
Literatura polska

Nie planowałam czytać tej retrospekcji z koszmarnego dzieciństwa. Wystarczyła mi wiedza, że zjawisko kazirodztwa istnieje w każdym społeczeństwie i dobra znajomość zasad statystycznych obnażających procentowo to odchylenie seksualne na krzywej Gaussa, które zresztą zostały już poddane życiowemu sprawdzianowi.
Kilka lat temu w mojej rodzinnej miejscowości zaginęła nastolatka. W akcję poszukiwawczą solidarnie i ze współczuciem dla dziewczyny i jej rodziny, włączyła się cała społeczność. Ofiarnie pomagali policji szukać jej wszyscy. To współczucie dla dziewczyny zakończyło się nie z chwilą odnalezienia się jej, ale w momencie poznania przyczyny jej zniknięcia. Nastolatka nie zaginęła, a uciekła z domu, w którym molestował ją seksualnie własny dziadek. Solidarność środowiska momentalnie rozpadła się na dwie nierówne frakcje. Przytłaczająca większość od tego momentu współczuła już tylko dziadkowi, czyniąc z niego ofiarę niewdzięcznej smarkuli i wyrodnej wnuczki. Byłam w znikomej mniejszości, która jej uwierzyła. Nie dlatego, że byłam taka dojrzała i szlachetna sama z siebie, ale dlatego, że miałam świadomość różnorodności orientacji seksualnych i ich odchyleń dzięki zajęciom z psychologii klinicznej. To moje doświadczenie pokazało mi, nie tylko brak wiedzy o kazirodztwie w społeczeństwie i siłę tabu, o którym się nie mówiło, nie zwierzało najbardziej zaufanemu przyjacielowi, a nawet nie plotkowało, ale również, jak wiele jeszcze trzeba zrobić w obronie bezbronnych dzieci. A statystyki jakie przytoczyła prowadząca wywiad z autorką są miażdżące – 16% kobiet i 12% mężczyzn było w dzieciństwie molestowanych seksualnie, które to dane autorka zresztą uważa za zaniżone.
I ja, taka uświadomiona, nafaszerowana statystykami, kiedy pod wpływem wywiadu telewizyjnego z Halszką, sięgnęłam jednak po jej wspomnienia, nie zdałam tego swoistego testu.
Zwątpiłam w ich wiarygodność.
Dlaczego i jak to możliwe?
Myślę, że sprawił to ogrom horroru przez jaki przeszła jego bohaterka. Mogłam jeszcze przyjąć do wiadomości, że gehenna jaką zafundował jej ojciec od trzeciego roku życia trwała kilkanaście lat, ale że tego samego dopuścił się uczący ją religii ksiądz, kilkakrotnie leczący ją lekarz, a potem sędzia prowadzący jej sprawę sądową, o kuzynie i rówieśnikach już nie wspominając? Nie współczułam, nie żałowałam, nawet nie wściekałam się z bezsilności nie dlatego, że byłam taka nieczuła, ale dlatego, że wszystkie moje emocje zostały stłumione i zmrożone jednym dominującym – przerażeniem. Osiągnęło ono tak wysoki poziom, że chroniąc własne uczucia, jedynym wyjściem z sytuacji była próba ich wyparcia. Nie czułam się z tym dobrze, miałam świadomość ogromnego wysiłku psychicznego i odwagi Halszki do pierwszego w Polsce powszechnego obnażenia tego problemu i poddania go oglądowi publicznemu. Na szczęście, mądry wydawca, umieścił na początku książki niezbędny wstęp dla takich osób jak ja, napisany przez dr hab. Ewę Jarosz, która wytłumaczyła mi moją reakcję pisząc: Oglądając obraz życia dziecka rysowany słowami Halszki, najchętniej umieścimy go w fikcji literackiej. Chcemy wykluczyć poza rzeczywistość codzienność tego dziecka, aby brudy, smrody i wulgarność jego domu, okrucieństwo i brak czułości matki oraz ohydne łapska ojca nie zbliżyły się zbytnio do nas, nie pobrudziły nas, nie dotknęły. Bronimy się w myślach: może coś tam z tego jest i prawdą, ale to niemożliwe, żeby wszystko.
I to jest dowód na to, jak bardzo świadomość i wiedza statystyczna na temat kazirodztwa różni się odbiorem od poznania konkretnych doświadczeń, konkretnego dziecka, od bycia przez moment w jego świecie okaleczonego dzieciństwa. Potwierdza to też Ewa Jarosz pisząc, że statystyki pokazują krzywdę dziecka bezosobowo, mierząc je liczbami i procentami. Aby naprawdę odczuć problem krzywdzenia dzieci, polecam z pokorą i szacunkiem dla bohaterstwa dziewczynki przyjąć jej opowieść zawartą w tej książce.
To dobrze, że istnieją powieści o kazirodztwie takie, jak Jedyne dziecko Jacka Ketchuma, ale jeszcze lepiej sięgnąć po prawdziwe świadectwo kalekiego dzieciństwa, które zakotwiczy się w duszy i umyśle na dobre. Może wtedy zamiast skupiać siłę i energię na zwalczanie homoseksualizmu dorosłych, całą tę nienawiść i niezgodę przeniesiemy na pomoc molestowanym dzieciom. Bezbronnym ofiarom pedofilii i kazirodztwa.
Głęboką tajemnicą pozostaje dla mnie odwrotność tego zjawiska.
Wiem, że po opowieści Halszki widzianej oczami dziecka, które zwraca się do gwałcącego ją ojca „tatusiu”, długo nie będę mogła zasnąć, bo jak uciszyć emocje i myśli do snu, kiedy w tym samym czasie, kilkunastu tatusiów w Polsce, właśnie będzie wchodzić do pokoju syna lub córki i…

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Kato-tata [Halszka Opfer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Na odwrocie książki zobaczyłam okładkę kontynuacji wspomnień. Już ją mam, bo na drugi dzień podreptałam po nią do księgarni. Tym razem mam nadzieję poznać skutki przeszłości w życiu dorosłej już kobiety. Ale jeszcze nie teraz, nie od razu. Muszę trochę odczekać, by ochłonąć.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Chciwość jest dobra – Zbigniew Machowski

Chciwość jest dobra – Zbigniew Machowski
Wydawnictwo Nowy Świat , 2011 , 286 stron
Literatura polska

Na początku zdobywania wiedzy o otaczającej mnie rzeczywistości byłam przekonana, że ludzkością, a tym samym światem, rządzą tylko trzy największe namiętności – władza, seks i pieniądze. Potem przeczytałam Tunel Gary’ego Bravera, który przeforsował bardzo przekonująco pogląd, że kierunek rozwoju ludzkości dyktuje zemsta samego Złego. A w tej książce z kolei spotkałam się z bardzo wiarygodną teorią, że chciwość wyjaśnia, streszcza i wyraża esencję ducha ewolucji. Chciwość, we wszystkich swych postaciach – życia, pieniądza, miłości, wiedzy – popycha w górę rozwój ludzkości. Nie mam jednak poczucia chaosu, bo wiem, że każdy pogląd zależy od punktu siedzenia. Cytowane powyżej zdania nie są słowami autora, a bankiera Gordona Gekko granego przez Michaela Douglasa w filmie Wall Street w reżyserii Olivera Stone’a. To właśnie tę teorię zawartą w aktorskiej kwestii i ten punkt siedzenia wykorzystał autor do zbudowania swojej wersji teorii ewolucji ludzkości, wykorzystując do tego liczne fakty ze współczesnej polityki. I tutaj zgodzę się z autorem świetnego Gulaszu z turula, który na odwrocie książki umieścił taką opinię:

 

 

Zwłaszcza z drugim jego zdaniem, bo autor pokusił się pokazać mi prawdopodobny scenariusz wydarzeń politycznych i gospodarczych, serwowanych codziennie w moich ulubionych telewizyjnych Faktach i Wiadomościach, jako ciąg większej całości niedostępnej przeciętnemu odbiorcy. Połączył znane fakty logicznie skonstruowaną fabułą oraz bohaterami, którzy tak naprawdę są drugoplanowi w tej opowieści, tworząc prawdopodobny proces zdobywania realnej władzy ukryty przed oczami zwykłego obywatela, a którego odpryski skutków oglądam w mediach w postaci doniesień o na przykład galopującym wzroście cen paliwa.
To właśnie on jest głównym bohaterem.
Proces, w którym chciwość i materializm dyktuje kierunki rozwoju polityki, a tym samym świata i funkcjonujących w nim ludzi. Pesymistyczny w swoim przekazie, forsującym teorię, że światem rządzą finansiści, a ideały zamieniły się w interesy. Mniejsze, większe i te największe, w które można zostać wplątanym wbrew własnej woli tak, jak Maks i Joanna, postronni bohaterowie, pionki stojące na drodze miażdżącej machiny, być ich inicjatorem, tak jak Andriej Blazow, pomysłodawca i organizator tajnej operacji Alfa mającej na celu przejęcie polskiej spółki gazowej z koncesją na poszukiwanie gazu łupkowego lub zwycięzcami w tej grze tak, jak bankierzy zgarniający całą pulę. Powodzenie, a nawet życie w tej wojnie wywiadów polityczno-gospodarczych, w której ludzie i technika informacyjna są tylko narzędziami, zależy od tego, jak bardzo człowiek jest chciwy i jak wysoko stoi na drabinie hierarchii społecznej. Wszystkie chwyty są dozwolone, a świat w tej grze nie jest ograniczony lojalnością wobec przyjaciół i własnej ojczyzny.
Liczy się tylko pieniądz.
Ale nie tylko fabuła i przesłanie powieści skupiały moją uwagę. Również fakty poukrywane w jej treści. Ten thriller był dla mnie specyficznym testem na orientację we współczesnej polityce i zgaduj-zgadulą o kim mowa. Ostatni raz podobną rozrywkę miałam w kryminale W imię zasad Marka Harnego. Szybko kojarzyłam informacje powszechnie znane, bezpieczne, niewymagające kamuflażu jak pożar w rafinerii w Możejkach, doniesienia, że wydobycie gazu z łupków jest groźne, że za jego przyczyną polski chłop zamiast kranu będzie miał w chałupie palnik, bo jak odkręci kran, to gaz mu poleci, nie woda czy oszustwo twórcy indeksu giełdowego Nasdaq Bernarda Madoffa. Niewielkiego wysiłku wymagały również skojarzenia personalne. Od tych bardzo łatwych do odgadnięcia o kim mowa, kiedy mówimy o prezydencie-premierze-prezydencie Rosji, mimo że w powieści nazywany jest Smirnowem, który ćwiczy w siłowni, Smirnow gra w piłkę z młodzieżą, Smirnow pływa, Smirnow galopuje na koniu. Zwłaszcza to ostatnie nie pozostawia złudzeń. Po te trudniejsze, nad którymi musiałam się zastanowić dłużej, bo o kim mowa, kiedy mówimy o doradcy ze Słowacji czy Chorwacji, a może z Polski…? Nie pamiętam. Ten były minister, katolik, no. – Piotrowski. Porzucił żonę z dziećmi i dyma jakąś kelnerkę?
Przecierałam oczy ze zdumienia, nie widząc na początku zwyczajowej formuły asekuracyjnej, odżegnującej się od ewentualnych skojarzeń z faktami i osobami rzeczywistymi (a było ich mnóstwo!) i zapewniającej, że całość powieści to 100% fikcji. Nasuwało mi się jedno pytanie – to odwaga autora podyktowana dziennikarską przeszłością czy desperacja człowieka, który nie godzi się na kształt świata, tworzonego przez chciwość, na chciwości i z chciwości?
Jakkolwiek by nie było, powieść ta, to swoista pobudka dla uśpionych obserwatorów życia, która otwiera oczy na niewidzialne, ale obecne pod powierzchnią oficjalnej polityki. Niektórzy się obudzili, co było widać, słychać i czuć w hasłach strajkujących na Wall Street – Cała ludzkość żyje i pracuje dla 1% najbogatszych!
Dla tych ostatnich, z ich punktu siedzenia, chciwość nie jest dobra.
Jest bardzo dobra!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Więzień Labiryntu – James Dashner

Więzień Labiryntu – James Dashner
Przełożył Łukasz Dunajski
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 421 stron
Trylogia Więzień Labiryntu ; Tom 1
Literatura amerykańska

To nie jest tylko opowieść o Labiryncie. Cała ta książka to labirynt, na okładce której wydawca powinien umieścić nie motto przewodnie dla uwięzionych w nim chłopców, ale ostrzeżenie dla czytelnika – Przeczytaj do końca albo cierp z braku zaspokojonej ciekawości. To właśnie ona wraz ze swoją siostrą adrenaliną nie pozwalała mi na oderwanie się od tej zagadki. Nie odłożyłam tej książki dopóki nie pochłonęłam ostatniej kropki na końcu ostatniego zdania. O konsekwencjach zlekceważenia innych obowiązków nie wspomnę, poza tym, że warta była takiego ryzyka! Co przeczytałam to moje i nikt mi tej przygody emocjonalnej oraz rozrywki umysłowej już nie odbierze.
Bo to była jedna wielka zagadka. Rebus do rozszyfrowania. Układanka i puzzle w jednym. Test do przejścia z ambicją osiągnięcia najwyższej punktacji nagradzaną możliwością dalszego życia. Na dodatek wymagający nie tylko wysokiej inteligencji i kreatywności w poszukiwaniu wyjścia ze Strefy, w której mieszkało kilkudziesięciu nastolatków w wieku od lat dziesięciu do siedemnastu, ale i kondycji fizycznej oraz wytrzymałości psychicznej. Jakość jedności ciała, ducha i umysłu stanowiła o powodzeniu stojącego przed nimi zadania. Ta mieszanka cech czyniła z nich chłopców wyjątkowych, potencjalnie zdolnych znaleźć wyjście z tego miejsca-pułapki, w której się znaleźli.
Nagle!
Któregoś dnia budzili się w windzie wynoszącej ich na powierzchnię centrum Labiryntu w sam środek zhierarchizowanego, chłopięcego społeczeństwa. Pozbawieni całkowicie pamięci i wspomnień znali tylko swoje imię.
Nic więcej. Zupełnie NIC!
Próbowali więc żyć w miejscu wielkości siedmiu boisk piłkarskich otoczonym Labiryntem, do którego wyprawa często kończyła się śmiercią śmiałków i kolejnym grobem na Grzebalisku. Nie brakowało jednak odważnych, którzy pomimo tego nadal sprawdzali i szukali drogi wyjścia w mrocznej otchłani korytarzy lub poza nimi. Ten ustalony przez stałe poszukiwania tryb życia, trwający od dwóch lat, zmienił się wraz z przybyciem głównego bohatera, szesnastoletniego Thomasa, a kilka dni później jedynej dziewczyny z tajemniczą wiadomością w zaciśniętej pięści.
Potrzeba wydostania się z Labiryntu przybrała na sile.
Opowieść o uwięzionych nastolatkach trzymała mnie w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, którego natężenie rosło wraz z każdą przewracaną kartką. Początkowo wywołane ciekawością miejsca akcji, tajemniczą, wymazaną z umysłów, przeszłością ich bohaterów oraz przyczyn stworzenia tego odizolowanego mikroświata, by z czasem zastąpiło ją podekscytowanie towarzyszące poszukiwaniom wyjścia i stałemu zagrożeniu zdrowia, a nawet życia. Myślałam tak samo intensywnie jak chłopcy. Zwijałam się z bezsilnej niemożności podsunięcia im swoich pomysłów (a miałam ich sporo!), cieszyłam się, kiedy tok rozumowania nam się pokrywał, wpadałam w zniechęcenie, kiedy rozwiązanie okazywało się ślepą uliczka, by zaraz niecierpliwie szukać nowego pomysłu. To mnie pierwszej udało się rozgryźć tajemnicze słowo umieszczone na żukolcach, ale to nie ja odkryłam przyczynę i mechanizm przesuwającego się codzienne Labiryntu. Do tego potrzeba było pozbyć się (co z przykrością musiałam sobie uświadomić) uprzedzeń i standardowego myślenia, do czego zdolny był tylko nastoletni umysł.
W międzyczasie, w trakcie zmieniającej się nieustannie fabuły, nasuwały mi się skojarzenia z filmem Cube, potem z dziewczęcym odpowiednikiem tej powieści dystopijnej, Lasem Zębów i Rąk, z grą komputerową, w której labiryncie potwór pożera zbłąkanych, by na końcu mieć czysto laboratoryjne skojarzenia z eksperymentami na szczurach. I każde z tych skojarzeń niosło ze sobą towarzyszące im emocje, które odnajdowałam w Labiryncie.
To jedna z tych powieści skierowanych przede wszystkim do chłopców (chociaż nie tylko, czego ja jestem dowodem), która dostarcza nie tylko rozrywki umysłowej, nie tylko pozwala na utożsamienie się z bohaterem równolatkiem, nie tylko wskazuje podstawy sukcesu tkwiące w charakterze jednostki, ale także podkreśla ogromną rolę przyjaźni i współpracy z innymi chłopcami, bez których sukces nie jest możliwy, a jedna osoba nie dokona tego, co jest osiągalne w zespole zbudowanym na zaufaniu i współdziałaniu.
Na okładce książki przeczytałam, że tom drugi Próba Ognia ukaże się w marcu 2012 roku.
Zaczęłam już odliczanie.

 

 Zwiastun robi wrażenie! A to tylko niewielka cząstka zapowiedzi tego, przez co przeszłam wewnątrz tej książki-labiryntu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Sto Tysięcy Królestw – Nora K. Jemisin

Sto Tysięcy Królestw – Nora K. Jemisin
Przełożyła Kinga Składanowska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 458 stron
Trylogia Dziedzictwa ; Tom 1
Literatura amerykańska

Oczarował mnie pałac Sky wybudowany w mieście o tej samej nazwie, położony w sercu Stu Tysięcy Królestw. Bielejący murami w kształcie kwiatu bezcennej róży baldachimowej, których chłód łamał perłowy odcień i ciepły efekt blasku wieczornego ognia, odbitego w lśniącej powierzchni pokrywającej je miki. Pociągał mnie labirynt marmurowych wnętrz korytarzy, do których ścian można było przyłożyć rozpalone czoło i przestrzeń oszklonych sal, których ascetyzm łagodził koloryt i faktura drewnianych elementów i bursztynowej podłogi. Kusiły drzwi obiecujące kolejną niespodziankę odkrywaną w sali, w której wiatr grał muzykę rozpuszczającą duszę, uciszając rozbiegane myśli i ból cierpiącego ciała lub prowadzące do biblioteki pełnej długich korytarzy między regałami wypełnionymi od podłogi do sufitu książkami, kryjącymi w szczelinach styku ich boków niebezpieczne tajemnice. Pociągała winda kierowana siłą myśli i przestrzenie między oficjalnymi pomieszczeniami zwanymi martwymi punktami, w których zdarzyć mogło się wszystko. Nie odstraszał mnie nawet mrok zapadający o zmierzchu, wpełzający powoli na ściany pałacu, które w tym czasie pożerały nieostrożnych ludzi, nieposiadających sigila. Znaku umieszczanego na czole przysługującego członkom rodu Aramerich, na czele którego stał Dekarta. Władca absolutny krainy Stu Tysięcy Królestw. Również nad bogami uwięzionymi w ludzkich ciałach zwanych Enefadeh, o których prawda stała się z czasem legendą zamienioną w zakazany mit. Obowiązywał kult jednego boga, Świetlistego Pana, Boskiego Ojca, władcy nieba i ziemi oraz Porządku – Itempasa. Tych którzy wierzyli w świat sprzed Wojny Bogów, oddawali cześć uwięzionemu Panu Ciemności, bogu Chaosu – Nahadothowi lub bogini Życia i Śmierci – Enefie, ogłaszano heretykami i skazywano na śmierć.
Do takiego właśnie miejsca, którego piękno bezwiednie wstrzymywało oddech, została wezwana przez Dekartę główna bohaterka opowieści, dziewiętnastoletnia Yeine.
Była jego wnuczką.
Miała stanąć do walki o tron i władzę z kuzynką Sciminą i kuzynem Reladem, która szybko okazała się być również krwawą walką o własne życie i bezwzględną wojną między ludźmi a bogami.
Autorka stworzyła niezwykły świat, którego uroda dorównywała okrucieństwu zamieszkujących ją istot. Rzeczywistość, w której nic nie było stałe i pewne tak, jak zmienną była człowiecza natura ją kreująca. Ten kto dzisiaj był wrogiem, jutro mógł być sojusznikiem i sprzymierzeńcem w dążeniu do celu, by pojutrze stać się mordercą. Zagubienie Yeine było całkowicie uzasadnione, a stojące przed nią zadanie trudne do wykonania, ale to pozwoliło na stworzenie fabuły, której toku i kierunków rozwoju nie byłam w stanie przewidzieć, a samo zakończenie było całkowitym zaskoczeniem. To zagubienie i niepewność, które i ja odczuwałam, potęgowała narracja przeplatana dialogiem, o którym początkowo myślałam, że był skierowany do mnie, a okazał się być zupełnie czymś innym. Ale byłabym niedokładna w przekazie swoich wrażeń, gdybym nie wspomniała o przebogatym i intensywnym świecie emocji, od nienawiści do pożądania, czającym się w tej powieści i starannie ukrywanym przed innymi istotami. Ale kiedy autorka pozwoliła bohaterom na odrobinę zaufania, na osobistą chwilę słabości z tymczasowym przyjacielem czy na moment intymny z kochankiem, świat doznań emocjonalnych nie ograniczał się tylko do odczuć fizycznych. Byłam świadkiem przeżyć wykraczających poza zmysły, nabierających wymiaru metafizycznego, po których można było już tylko umrzeć. Do tego popychało esui, żądza życia i żądza krwi, chwała i głupota w jednym, bez którego jednak nie było po co żyć.
Ta pięknie namalowana opowieść o odważnej dziewczynie, w której autorka używa słów jak pędzla, jest tak naprawdę opowieścią o ludziach i ich ułomnościach, którzy dążąc do idealnego porządku według własnego wyobrażenia i naruszając równowagę natury, w której ciemność i światło, porządek i chaos, życie i śmierć, tworzenie i destrukcja, musi współistnieć na równych prawach, czynią więcej zła niż dobra. Właśnie to przesłanie zrozumiała Yeine, a przywrócenie starego porządku i równowagi w krainie Stu Tysięcy Królestw sprzed Wojny Bogów stanie się jej nowym celem. Już innej Yeine, zmienionej, doświadczonej, dojrzałej, która o sobie mówi: Nie jestem już taka jak dawniej. Oni mi to zrobili. Złamali mnie i wydarli mi serce z piersi. Nie wiem kim już jestem. Muszę to sobie na nowo przypomnieć. I wcale nie zdradzam zakończenia powieści. To dopiero początek tej baśni. Tymi słowami bohaterka rozpoczyna pierwszą część Trylogii Dziedzictwa.
Na koniec zostawiłam sobie dwa brakujące piksele w tym pięknym obrazie. Pierwszy z nich to nie tyle nadużywanie, co w ogóle używanie słowa „idiotka” i jego odmian, które zupełnie nie pasują do stworzonej rzeczywistości, a które chętnie zastąpiłabym o wiele bardziej współgrającym z tekstem określeniem – „postradać zmysły”. A druga to nagminność i jednostajność reakcji Yeine na widok makabrycznych scen – mdłości i wymioty. A jeśli nie robiła tego dziewczyna, to torsji dostawał ktoś z otoczenia. Od połowy książki, na widok kolejnej reakcji wymiotnej, nabrałam niebezpiecznego manieryzmu przewracania oczami połączonym z ciężkim westchnieniem. No ale, to doprawdy tylko dwie delikatne, maluteńkie rysy, usprawiedliwione debiutem autorki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Ukraina: przewodnik historyczny – Sławomir Koper

Ukraina: przewodnik historyczny: tragiczne dzieje polskie ślady – Sławomir Koper
Wydawnictwo Bellona , 2011 , 449 stron
Literatura polska

Ho, ho! – pomyślałam, zobaczywszy kolejny po Chorwacji kraj, którym zafascynował się autor. Toż to o samych Kozakach zaporoskich czytałam osobną, kilkusetstronicową książkę! A gdzie reszta!?
I tutaj autor szybko rozwiał moje wątpliwości, co do braku proporcji podjętych zamiarów do sił, umieszczając we wstępie to zdanie: Książka ogranicza się wyłącznie do polskich wątków na ziemiach Ukrainy. Koncentrowałem się na reliktach polskości, pomijając (na ogół) dorobek innych narodów. To wybiórcze podejście do podróży po Ukrainie, zasygnalizowane również w podtytule,

 

 

nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że będzie to podróż najpierw Polaka, a potem historyka po Kresach śladami rodaków wielkich i znaczących oraz tych anonimowych, żyjących i ginących za ich polskość. Czekała mnie wycieczka bardzo emocjonalna i osobista. Jestem trzecim pokoleniem tych Polaków, którzy musieli uciekać z Ukrainy na tak zwane Ziemie Odzyskane, a których przyjęło się w imię poprawności politycznej, nazywać, używając nomenklatury komunistycznej, repatriantami. Sama wolę określenie – przesiedleńcy. Z tego też powodu Ukraina była w moim życiu od zawsze, przywoływana we wspomnieniach dziadków i w języku mieszanym, którego używali. A ponieważ na Ziemie Odzyskane (o ironio losu!) trafili również Ukraińcy z akcji Wisła, siłą rzeczy dorastałam wśród nich, chodziłam razem do szkoły, spędzałam czas wolny, przyjaźniłam się, utrzymując kontakt do dnia dzisiejszego. Co ciekawe, nie miałam jednak poczucia rozdwojenia i braku lojalności. Nas młodych sprawy rodziców już nie dotykały emocjonalnie. Nigdy pochodzenie nie było powodem sporów czy uprzedzeń, jakie obserwowaliśmy u swoich rodziców i dziadków. Nie posiadałam również wewnętrznego przymusu zobaczenia starej ziemi, jaki czułam wśród starszego pokolenia. Ale to nie znaczy, że nie interesowałam się tematem.
Wręcz przeciwnie.
Próbowałam poznać wspólną przeszłość stosunków polsko-ukraińskich, szukając jej w książkach historycznych, bo przekaz rodzinny był bardzo subiektywny, jednostronny i wyidealizowany. A ja potrzebowałam obiektywnej prawdy, powstałej z syntezy spojrzeń obu stron. Trudno było w czasach komuny o takie pozycje, zwłaszcza że, jak zauważa autor, pracowała nad tym wytrwale propaganda rosyjska, a później sowiecka. Poza oficjalnymi, antypolskimi wersjami wydarzeń na Zadnieprzu, prezentowanymi w podręcznikach, wykorzystano literaturę, film, a nawet muzykę. Dokładnie to samo działo się po polskiej stronie w myśl zasady radzieckich okupantów – dziel i rządź. Obie strony więc konsekwentnie unikały informacji na temat własnych działań eksterminacyjnych lub odwetowych. W zdaniu sformułowanym przez autora – Bardzo charakterystyczne jest wyciszenie tematu w relacjach Polaków ocalałych z rzezi. – jest wiele prawdy. Z czasem zauważyłam tę ciszę wśród moich krewnych i co smutne, trwającą do dzisiaj. Stąd moje poszukiwania, dociekania, żeby uporządkować tę wiedzę i zrozumieć zapieczone, zamknięte na argumenty postawy obu stron starszego pokolenia. I stąd też moja radość na tę książkę, właśnie w takiej formie i tegoż autora, którego czytam, znam styl przekazywania wiedzy i mu ufam.
I nie zawiodłam się.
Otrzymałam nie Historię Kresów dla Polaków napisaną przez Historyka, ale opowieść o ludziach, dla ludzi opowiedzianą przez człowieka, mającego rozległą wiedzę historyczną, na temat odwiedzanych miejsc, który wyruszył na trudny szlak znaczony krwią obu narodów, by, jak sam powiedział, chłonąć atmosferę tego niepowtarzalnego miejsca. Odczuć zmysłami miasto, o którym czytałem, które znałem z opisów literackich i przekazów historycznych. A teraz osobiście dotykałem murów na zawsze zapisanych w dziejach naszego kraju.
A ja chłonęłam tę atmosferę razem z nim.
Przeszłe widoki miast, miasteczek i wsi zapisanych w źródłach historycznych (ich obszerną bibliografię znalazłam na końcu książki), na które się powoływał lub w literaturze często oddając głos pisarzom i konfrontując je ze stanem zastanym. Nie zapominał mi tego pokazać również na licznych fotografiach zamieszczonych w książce:

 

 

Krajobrazy lasów, rzek i stepów tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza, a którym poświęcił cały, jeden rozdział. Często, gęsto oddając w tych wędrówkach głos nie tylko poetom, ale i pisarzom, których śladami podążał, jak chociażby za powieścią Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza. Ba! Nawet filmu, ze słynnymi Schodami Nadmorskimi w Odessie!
A każdy rozdział skrywał inną atmosferę, nastrój i emocje. Od tych nostalgicznych i dumnych z lekką nutą humoru podczas odwiedzin Lwowa, poprzez rozpacz wojen i ciągłych konfliktów, których efektem były makabryczne w opisach wydarzenia na Wołyniu łącznie z polskim odwetem silnie podszytym zemstą, aż do podekscytowania wątkami szpiegowsko-sensacyjnymi. Towarzyszące oczywiście przede wszystkim bohaterom opisywanych historii. Losom Polaków szczęśliwym, zawiłym, zdumiewającym, jak Zofii Potockiej, która Polką nie była!, czy tragicznym, jak Brunona Schulza. Mającym wpływ na wspólną historię i taką właśnie razem ją tworząc.
Kresy zachowały swój urok po dzień dzisiejszy. Nie oparł się mu sam autor, pozwalając sobie na uzewnętrznienie towarzyszących i kłębiących się w nim emocji, pisząc o zakochaniu się we Lwowie ujrzanym z Wysokiego Zamku czy o zrozumieniu czaru ukraińskiego stepu obserwowanego z chocimskiej baszty. Jednocześnie zapraszając do zwiedzania, w miarę możliwości, indywidualnego, bo tylko dzięki takiemu bez pośpiechu, gwaru, tłoku, bez szmerów rozmów i gderliwego głosu przewodnika można niemal usłyszeć głos Boga. Podaje przy tym wiele praktycznych wskazówek, których próżno szukać w oficjalnych przewodnikach – co warto zobaczyć z dala od turystycznych szlaków, na co zwrócić szczególną uwagę, czego i kogo unikać , czym jechać, gdzie się zatrzymać na nocleg, co zrobić, gdy zwiedzany obiekt jest niedostępny, co i gdzie najsmaczniej zjeść i jakiego piwa posmakować, a przede wszystkim, przed wyjazdem, koniecznie obejrzeć kilka komedii Stanisława Barei, jako wstęp do czekających realiów, by niczemu się potem nie dziwić tylko chłonąć, poznawać i doznawać, szukając zrozumienia współczesnych, wzajemnych postaw Polaków i Ukraińców w genezie konfliktu w przeszłości obu narodów.
Ja je znalazłam.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Pomiędzy światami – Jessica Warman

Pomiędzy światami – Jessica Warman
Przełożyła Xenia Wiśniewska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2011 , 447 stron
Literatura amerykańska

Ta powieść dla młodzieży przypomniała mi, jak to będąc nastolatką, próbowałam na złość rodzicom odmrozić sobie uszy. Oczywiście w przenośni, a dosłownie polegało to na wyobrażaniu sobie mojej śmierci jako wyrazu buntu i niezgody na zastany świat zgotowany mi przez dorosłych, którzy zgromadzeni nad moją trumną dopiero mnie doceniali, dopiero zauważali geniusz moich wizji, skwapliwie przyznając mi rację i żałując swojego postępowania. Dostarczywszy sobie w taki oto sposób rekompensaty za doznane krzywdy (w dużej mierze wyimaginowane i wyolbrzymione), podbijałam swoje ego poczuciem sprawiedliwości stojącej wyłącznie po mojej stronie i wiodłam szczęśliwe życie nastolatki dalej. Do następnego buntowniczego zrywu. Co ciekawe, nie byłam w tej metodzie rekompensaty niedostatków świata odosobniona wśród moich rówieśników. A co jeszcze ciekawsze, dokładnie takimi myślami, od czasu do czasu, dzieli się ze mną moja zaprzyjaźniona młodzież. Potrzeba poczucia własnej wartości w okresie dorastania, którą nagminnie i złośliwie umniejsza w oczach nastolatka otoczenie, jest bardzo silna. Niestety, tak samo silna, jak niemożność obiektywnego spojrzenia na siebie, na swoje postawy i zachowanie. I właśnie ten konflikt, potrzeby własnej wartości z subiektywizmem podszytym emocjami, wykorzystała autorka tej powieści.
Tyle że Liz, główna bohaterka, nie chciała umrzeć, żeby się sobie przyjrzeć okiem obiektywnego obserwatora. Była córką kochającego ją ojca, najbardziej popularną dziewczyną w szkole, posiadaczką świetnego chłopaka, dzieckiem w rodzinie o wysokim statusie materialnym, szczęściarą ładnej buzi i figury, liderką towarzyskiej elity dziewcząt, które miały wszystko podane na srebrnej tacy, które troszczyły się tylko o swój wygląd i interesowały tylko tym, kto umawia się na randki z najpopularniejszym facetem. Jej poczucie własnej wartości rosło w miarę zaspokajania subiektywnej wizji jej świata, który nie robił jej w tym zakresie żadnych problemów.
To los zadecydował za nią.
Dokonał tego w pierwszą noc dorosłego życia, dwie godziny po północy, po obchodzonej pitym alkoholem i paloną marihuaną własnej osiemnastce, zorganizowanej na jachcie należącym do jej ojca. Zamroczona snem (i nie tylko) zachowywała się cicho, żeby wyjść na pokład, nie budząc śpiących przyjaciół, dopóki nie zobaczyła własnego ciała, kołyszącego się na wodzie między pomostem a burtą łodzi. Krzyk jaki podniosła, nie obudził nikogo.
Nikt jej nie słyszał.
I nie mógł usłyszeć, tak samo, jak nie mógł zobaczyć i poczuć, bo Liz utknęła pomiędzy światami żywych i zmarłych. Od tej pory mogła tylko obserwować już nie jej rzeczywistość, bez możliwości ingerencji w przeszłość i teraźniejszość, ale z szansą wpływu na przyszłość swoją i żyjących najbliższych. Musiała tylko przypomnieć sobie, co się właściwie wydarzyło? Dlaczego się utopiła? Miała do dyspozycji obrazy, chwile i wydarzenia z poprzedniego życia oraz te, których była świadkiem obecnie. Z tych elementów swoistej układanki musiała ułożyć nowy obraz siebie niczym skomplikowaną mozaikę z wieloma brakującymi elementami, które musiała odnaleźć także w sobie, wygrzebać z pamięci, wydobyć zepchnięte do podświadomości, a niektóre specjalnie wyrzucone do kosza zapomnianych. A wszystko to z obolałymi stopami obutymi w za ciasne kowbojki, których nie mogła zdjąć, a które raniły, obcierały i deformowały stopy, sprawiając intensywny, dokuczliwy ból. To ważny element tej opowieści. Potrójny symbol – sztucznie tworzonego stylu życia przez Liz, materializmu jako podstawowej i najważniejszej wartości w nim i ucieczki przed odpowiedzialnością oraz konsekwencjami swojego postępowania. Ale Liz jeszcze nie była tego świadoma, jeszcze nie wiedziała, że pozbycie się ich na zawsze było uzależnione od rozwiązania zagadki jej śmierci. Z obolałymi stopami, początkowo niechętnie, a z czasem z wypiekami na twarzy, grzebałyśmy w jej przeszłości, szukając wskazówek i podpowiedzi. Tym razem miałyśmy dostęp do dialogów nieprzeznaczonych dla uszu Liz, do obrazów ukrytych wcześniej przed jej wzrokiem, a przede wszystkim możliwość wyłapania ważnych niuansów w oglądanych scenach, które umknęły jej uwadze z powodu własnego egoizmu, emocji i wyparcia z pamięci, jako niewygodne lub uwierające sumienie.
Obraz Liz, jaki ukazał się na końcu, był nie tylko odmienny od tego, jaki pielęgnowała za życia i jaki zachowała tuż po śmierci, ale i stworzony samodzielnie w wyniku długiego procesu, który psychologowie nazwaliby terapeutycznym. To on stał się cichym bohaterem tej opowieści o Liz, jej przyjaciołach i bliskich, który miał nie tylko zmienić postawę nastolatki, ale również rodziców, znajomych i rówieśników. Każdej ze stron konfliktu.
Dla dobra wszystkich.
Autorka w ten sposób nie tylko oddała głos nastolatkom, którzy wyraźnie sformułowali swoje potrzeby i oczekiwania wobec wychowujących ich dorosłych, ale również wytknęła najczęstsze błędy popełniane przez tych ostatnich. Przede wszystkim brak stawianych barier i nieumiejętność mówienia „nie” (pięknie pokazane w powieści), błąd zaniechania (cichy morderca wartości moralnych u nastolatków), kupowanie za dobra materialne poczucia obopólnego szczęścia, nieświadomość lub nadużywanie wpływu osobistego na postawę młodego człowieka i najtrudniejsza rzecz w wychowaniu – brak żelaznej konsekwencji w egzekwowaniu ustalonych zasad. A wszystko to mistrzowsko zakamuflowane pod płaszczykiem atrakcyjnego thrillera dla młodzieży (i nie tylko!), wplecione w nieświadomy proces oczyszczenia, jakiemu została poddana Liz, o którym jeden z bohaterów powieści powiedział – Myślę, że to pewien proces. Musi toczyć się w określony sposób. Przypominałaś sobie szczegół po szczególe, nie byłaś gotowa od razu stawić czoło całej prawdzie. Najpierw musiałaś pewne rzeczy zrozumieć.
Nie jest sztuką powiedzieć nastolatkowi wprost – Nie masz racji! Sztuką jest, aby sam do tego doszedł poprzez zrozumienie. A dorosły ma obowiązek mu w tym pomóc.
Mnie pomogła zrozumieć to przesłanie, w niezwykle logiczny, misterny i wzruszający sposób, właśnie ta opowieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 A tutaj wysłuchałam początku opowieści w interpretacji Magdy Lamparskiej. Robi wrażenie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Historia nudy – Peter Toohey

Historia nudy – Peter Toohey
Przełożyła Katarzyna Ciarcińska
Wydawnictwo Bellona , 2012 , 188 stron
Literatura kanadyjska

Jest taki typ człowieka, od którego uciekam dokądkolwiek i jak najdalej, byle szybko. To moje zupełne przeciwieństwo, które zamiast mnie przyciągać, za każdym razem odpycha. To typ ludyczny, przesiąknięty eskapizmem i z postawą roszczeniową wobec świata, od którego domaga się wiecznej roli „czerwonego autobusu”. Poznaję go nie tylko po mowie ciała i mimice twarzy, które szczegółowo wymienia i opisuje autor tej książki, ale przede wszystkim po jednoznacznym zdaniu – Nudzi mi się! Częściej słyszę je u dzieci i młodzieży. Rzadziej u dorosłych. Tych pierwszych stymuluję zdaniem – Tylko dzieci głupie się nudzą! – wiedząc, że tą nietaktowną prowokacją zmuszę do pracy nad sobą. Tych drugich pozostawiam innym, bo nie jestem masochistką, a wampiryzm energetyczny mnie nie ekscytuje. Tych pierwszych rozumiem, bo jeszcze się rozwijają, dojrzewają i kształtują w sobie umiejętności radzenia sobie z emocjami. Tych drugich nie rozumiem, zastanawiając się , jak można było się tak zaniedbać? A może powinno być mi ich żal, że nie mieli wokół siebie mądrych opiekunów i wychowawców? Wiem, że jestem mało wyrozumiała, ale lenistwo zarówno fizyczne, jak i umysłowe, zamienione w pasożytnictwo, drażni mnie. Nie chcę być czyimś karmicielem, bo sama nie wiem, czym jest nuda, a jej pojęcia nie ma w moim słowniku.
W powyższym wstępie zawarłam kilka moich osobistych tez, bardzo odmiennych od autora tej książki, który założył sobie, że nuda w sensie darwinizmu jest uczuciem pełniącym rolę adaptacyjną, które pomaga człowiekowi osiągnąć pełnię rozwoju. Nie mogę oprzeć się myśli, że nuda stanowi pewnego rodzaju błogosławieństwo.
Błogosławieństwo?!
Na dodatek zarzucił mi kłamstwo (skąd wiedział, że się tym pochwalę?) pisząc – Wiele osób wręcz przechwala się tym, że nigdy się nie nudzą. Niemal wszystkie te osoby kłamią.
Zatkało mnie!
A potem zaproponował mi udział w teście określającym mój stopień podatności na nudę, podsuwając do wypełnienia kwestionariusz Boredom Proneness Scale (BPS), składający się z 28 pytań. Mój wynik okazał się być obrzydliwie podręcznikowy, plasujący mnie w idealnej przeciętności. Udowodnił mi w ten sposób, że każdy, bez względu na to, co mówi, doświadcza nudy. Skoro tak, to ona musi się u mnie pojawiać i znikać zanim ją zauważę i się zorientuję! – pomyślałam. I dokładnie tak jest, bo ten mój wynik świadczy również o wysokim stopniu odporności na nudę, której nie ulegam tak łatwo. Innymi słowami – nuda się pojawia, ale moja reakcja na nią jest błyskawiczna.
Przekonał mnie – 1: 0 dla autora.
Udowodnił, że nudzi się każdy, ale żeby nuda zaraz była błogosławieństwem? Gdyby tak było, każdy chciałby się nudzić! Powstałyby skomercjalizowane centra nudy do upojnego zanudzania klientów! Tym czasem nuda jest stanem nieprzyjemnym, przykrym i przytłaczającym. I właśnie w tych negatywnych cechach autor upatruje jej siłę i moc. To one dopingują człowieka do zmian, do nowych zachowań, do poszukiwań kolejnych bodźców niwelujących, zagłuszających, niszczących marazm i stagnację. Ta aktywność z kolei wpływa na rozwój mózgu, podnosząc poziom inteligencji intelektualnej, emocjonalnej i społecznej. Jednym słowem człowiek mądrzeje.
No dobrze – pomyślałam – 2 : 0 dla autora.
Niech będzie, że nuda jest potrzebna tak, jak każda inna emocja do rozwoju człowieka. Zwłaszcza, że przy okazji udowodnił prawdziwość mojego nietaktownego powiedzenia. Ale zaraz zadałam kolejne podchwytliwe pytanie – To dlaczego niektórzy, a patrząc dookoła siebie jest ich nawet sporo, nudzą się permanentnie, zatrzymując się w rozwoju? I to również autor cierpliwie mi wytłumaczył, sięgając do genetyki warunkującej skłonności do określonych zachowań, do anatomii mózgu, w którym zachodzą procesy biochemiczne wpływające na poziom dopaminy odpowiedzialnej za uczucie nudy i wreszcie do nauk społecznych opisujących procesy psychospołeczne utrwalające złe nawyki nieradzenia sobie z nudą lub chodzenia na skróty poprzez używki.
3 : 0 dla autora!
Przegrywałam sromotnie w tym starciu, ale nadal nie poddawałam się, drążąc temat następnym pytaniem – Skoro nuda jest taka pożyteczna i błogosławiona (trochę złośliwa jestem), to co robić, by móc nad nią panować? I tutaj otrzymałam cały rozdział odpowiedzi na nie, poświęcony środkom zaradczym (wymienia ich sporo), jakim jest między innymi umiejętność zarządzania wolnym czasem.
Umiejętność!
A z nią człowiek się nie rodzi, ale o tym, jak tę umiejętność w sobie ukształtować, wypracować, nabyć i w którym okresie rozwoju człowieka należałoby nad tym zacząć pracować, już ani słowa!
3 : 1 dla mnie!
Bo zabrakło mi przysłowiowej kropki nad „i”, że tę umiejętność trzeba kształtować od najmłodszych lat, bo to od niej zależy, jakim stanie się człowiekiem dorosłym – kreatywnym, pasożytem czy degeneratem. Nieumiejętność radzenia sobie z nudą to poważna wada prowadząca ostatecznie do zachowań patologicznych i chorób psychicznych.
Pomimo przegranej polemiki, wynik uważam za bardzo satysfakcjonujący, bo oznaczający poszerzenie mojej dotychczasowej wiedzy. Podważył niektóre moje poglądy, uzupełnił o nowe fakty, a przede wszystkim wprowadził mnie w osłupienie, uświadamiając mi, za jak wiele zachowań ludzkich odpowiedzialna jest ta błaha, niepozorna, bagatelizowana i na pozór nieszkodliwa emocja społeczna. Obecna od zawsze, nawet jeśli niewidoczna i nienazwana w początkowym okresie rozwoju społeczeństwa, jak udowadnia autor w rozdziale szkicującym jej rys historyczny. Badawczy charakter pracy, w której autor postawił cytowaną wcześniej przeze mnie tezę, pozwolił na przytoczenie wielu poglądów naukowych i filozoficznych, na polemikę z ich autorami. Praca nie jest nowatorska tematycznie, bo na temat nudy zapisano wiele stron kartek, o czym można przekonać się zaglądając do bibliografii załącznikowej w książce, ale dostarcza nowych definicji pojęć sformułowanych przez autora oraz nowych spojrzeń na niektóre aspekty nudy. Ogromną satysfakcję poczułam, kiedy odkryłam, że moje uporczywe zastępowanie „nudy egzystencjalnej” pojęciem „bólu egzystencjalnego” według autora ma sens, zaprzeczając istnieniu tego pierwszego twierdzeniem – Nuda egzystencjalna to koncepcja teoretyczna.(…) jest raczej wytworem intelektu. By trochę ironicznie dodać – Czasami wydaje się, że ludzie o głębszych zainteresowaniach – jak choćby religią czy filozofią – przybrali nudę w ozdobne piórka, aby wydawała się czymś lepszym, niż w istocie jest: a zatem znudzonemu i przygnębionemu mnichowi doskwiera acedia; uczony ogarnięty znużeniem staje się melancholikiem; filozof w kleszczach samotności staje się ofiarą przypadkowości lub Mdłości. Wachlarz odmian tak zwanej nudy egzystencjalnej jest fascynujący, snobistyczny i jak dobrze kamuflujący własne, prozaiczne (w sensie – nie filozoficzne) problemy!
Całość pracy autor ilustruje fragmentami znanych powieści opisujących wprost lub w podtekście nudę (niektóre interpretacje są dla mnie nowatorskie i fascynujące!) oraz czarno-białymi zdjęciami nawiązującymi do uczucia nudy.
Po tej książce pozostaje mi tylko przytoczyć trzy wersy z wiersza Nieczytanie Wisławy Szymborskiej, która w kilku lapidarnych słowach ujęła obraz współczesnego społeczeństwa, w dużej mierze ukształtowanego brakiem umiejętności radzenia sobie z nudą:

 

Żyjemy dłużej,
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami.

 

 

Podobno dla niektórych ten krajobraz jest nudny! To ja się pytam, w którym momencie i w którym jego punkcie???
Uwaga!
Już sama chęć pokazania ich powinna skłonić pokazującego do refleksji i do sięgnięcia po tę książkę.
Koniecznie!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Tam gdzie ty – Jodi Picoult

Tam gdzie ty – Jodi Picoult
Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 566 stron
Literatura amerykańska

Początkowo myślałam, że wysłucham opowieści o wyjatkowo silnej potrzebie posiadania dziecka, a ona okazała się tylko pretekstem do ukazania bardzo złożonego zjawiska homoseksualizmu, rozszerzonego o prawo do posiadania i wychowywania dzieci. I o ile pierwsze akceptuję, o tyle drugie tylko toleruję. Z tego względu okazałam się dla autorki bardzo twardogłowym czytelnikiem o konserwatywnych poglądach na temat wychowywania dzieci, która postanowiła właśnie takich jak ja, nie tyle przekonać, co otworzyć na problem. Tak splotła losy głównych bohaterów Maxa, Zoe i Vanessy, tak ściśle powiązała zależności formalne i nieformalne między nimi, żebym nie tylko miała ogląd problemu z różnych punktów widzenia dzięki pierwszoosobowej trójnarracji, ale i na różnych płaszczyznach postrzegania zjawiska – psychologii, pedagogiki, prawa, socjologii, medycyny i religii. A żeby problem uczynić dyskusyjnym, zaprowadziła całą trójkę do sali sądowej, czyniąc stronami sporu o zamrożone zarodki Maxa i Zoe, lesbijską parę niewierzącą i heteroseksualną parę wierzących małżonków. Próbowała w ten sposób logicznie i uporządkowanie przedstawić argumenty wszystkich stron sporu – zakochanych w sobie kobiet – Zoe i Vanessy i ich ogromnemu pragnieniu bycia matkami, z których pierwsza była wcześniej żoną Maxa. Mężczyzny, z którym wcześniej również starała się o dziecko, przechodząc wyczerpujące psychicznie i fizycznie procedury zapłodnienia in vitro, a który po rozwodzie swoją drogę i nadzieję na przyszłość odnalazł w Kościele Wiecznej Chwały. Każda ze stron miała za sobą swój punkt widzenia poparty badaniami naukowymi i prawami religijnymi, czyniąc rozprawę godną sądu Salomona.
Miałam więc przed sobą wszystkie argumenty za i przeciw. Autorka pokusiła się nawet na wprowadzenie bohaterki lesbijki wierzącej, która swoją orientację seksualną traktowała, jak nałóg, z którym można walczyć i ograniczać, bo ”robić” i „być” to dwie różne sprawy.
Tę walkę na argumenty obu stron, do których włączył się Kościół i organizacje gejowskie, niezwykle ciekawą, a momentami wręcz pasjonującą, z góry skazywałam na niemożność rozstrzygnięcia z prostego powodu – brak punktu styczności między płaszczyzną wiary a poszczególnymi dziedzinami nauki. A jeśli nie ma punktów wspólnych dających szansę na chociaż minimalne porozumienie, nie ma rozwiązania problemu satysfakcjonującego obie strony. Każdy wybór byłby wyborem jednostronnym, subiektywnym i krzywdzącym dla przegranej.
Co ciekawe, autorka bardzo dobrze o tym wiedziała, czyniąc walkę na argumenty tłem dla najważniejszej płaszczyzny. Tej, na której wszyscy biorący udział w rozprawie, ze mną włącznie, są w stanie pojąć drugą stronę, poczuć to, co drugi człowiek, wyobrazić sobie przez co przechodzi przeciwnik i otworzyć się na niego, a w konsekwencji zrozumieć go. Ta przestrzeń doprowadzająca do cudów pojednania na bazie empatii to płaszczyzna emocjonalna. Jedyna, która znosi wszystkie różnice, czyniąc jednakowym i równym w emocjach.
Kiedy odrzuci się wplątaną w sprawę politykę, wiarę, prawo, etykiety ról społecznych przypisane przez społeczeństwo, wtedy zobaczy się Człowieka i jego pragnienie posiadania dziecka, którego nie określa płeć, status materialny, orientacja seksualna, czy przekonania religijne. I żeby to człowieczeństwo z bohaterów wydobyć i uwolnić od krępujących norm społecznych, kajdanek religijnych, szufladek prawnych i naukowych, wykorzystała do tego muzykę, która otwiera najpierw serce i duszę, a potem umysł. Było jej w powieści dużo, towarzysząc Zoe w życiu zawodowym jako muzykoterapeutce i w życiu prywatnym, osobistym, a do książki dołączając płytę z dziesięcioma piosenkami,

 

 

których poszczególne tytuły przypisano kolejnym rozdziałom powieści, oczywiście przetłumaczonym na język polski. Na płycie widnieją tytuły oryginalne:

 

 

Walka o moje zdanie, moje stanowisko w analitycznie pokazanym zjawisku, o którym coraz głośniej mówią środowiska homoseksualne, o przyjęcie określonej i jednoznacznej postawy, była niezwykle zaciekła. Autorka bardzo dobrze przygotowała się do wszechstronnego i różnorodnego przedstawienia warstwy merytorycznej opowieści o trójce bohaterów, korzystając z wiedzy i pomocy muzykoterapeutów, prawników, medyków oraz własnej wiedzy pedagoga i absolwentki nauk humanistycznych.
Zostałam bezlitośnie przeciągnięta przez dwie strony światopoglądu przez kilkaset stron walki na argumenty, czując w ostateczności bolesne rozdarcie między rozumem a sercem, podobna do żaby ze znanego kawału, która chciała być i mądra, i piękna. Wiem, że to niemożliwe, że trzeba pójść za rozumem lub sercem, a próba pogodzenia ich otworzyłaby nową dyskusję wkraczającą na obszar filozofii, w której zaczęłoby się kwestionować kształt i strukturę współczesnego społeczeństwa jako stworzone nie przez naturę w drodze ewolucji, ale sztywne uwarunkowania społeczno-kulturowe.
Jestem zmaltretowana, przeciągnięta przez skrajne poglądy po wybojach i muldach pola tematycznego, rozdarta i… przeszczęśliwa! Uwielbiam takich pisarzy, którzy pozostawiają mnie po zakończeniu opowieści właśnie w takim podeptanym stanie. Mam nad czym rozmyślać, mam co rozstrzygać i nad czym zastanawiać się.
Książka dla wszystkich niedopasowanych do świata, którzy niekoniecznie chcą pasować i dla ich prześladowców.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Tam gdzie ty [Jodi Picoult]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: