Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Podręcznik manipulacji – Gregory Hartley , Maryann Karinch

21 marca 2019

Podręcznik manipulacji – Gregory Hartley , Maryann Karinch
Przełożyła Olga Kaczmarek
Wydawnictwo Bellona , 2011 , 237 stron
Literatura amerykańska

Muszę przyznać, że przeczytanie poniższego zdania na tylnej okładce o jednym z jej autorów:

 

 

sprawiło, że trochę się wystraszyłam. W mojej głowie automatycznie pojawiły się skojarzone informacje z przerażającymi doniesieniami mediów o metodach przesłuchiwania arabskich więźniów przez amerykańskich śledczych w ośrodku Guantanamo, w którym autor zresztą pracował, a zwłaszcza z tą o torturze podtapiania. I chyba miał świadomość takiego ewentualnego skojarzenia u czytelnika, skoro już we wstępie zdecydowanie odciął się od tych praktyk, podkreślając swoje zawodowstwo takim zdaniem: Niestety, reputacja dbających o nasze bezpieczeństwo zawodowców została nadszarpnięta przez grupę całkowitych amatorów, uciekających się do niegodnych środków.
A potem mnie zmanipulował. Już na wejściu!
Dokładnie na piętnastej stronie. Polecił mi zastanowić się bez czego nie potrafiłabym żyć, którego zniknięcie pozostawiłoby istotną pustkę? Co jest moją najbardziej ludzką potrzebą, niematerialnym odpowiednikiem pożywienia, ubrań i domu?
No co? – pomyślałam.
Książki oczywiście! – wypaliłam natychmiast i bez namysłu.
A właśnie, że nie! – skontrował mnie autor. To czego potrzebuję, bez względu na typ mojej osobowości, to towarzystwo innych ludzi, bo ludzie potrzebują ludzi. I tutaj pokłonił mi się Elliot Aronson ze swoją teorią człowieka jako istoty społecznej.
Poczułam się dziwolągiem, wyrzutkiem społeczeństwa, outsiderem, który nie respektuje tej odwiecznej i ugruntowanej w psychologii prawdy. Uczynił mnie taką malutką! Taką! Ale zaraz potem przypomniał mi hierarchię potrzeb Abrahama Maslowa:

 

 

Według której to, że spełniam się i samorealizuję, oznacza wcześniejsze zaspokojenie potrzeby niższej, jaką jest, między innymi, przynależność do grupy społecznej. Uff! Moje poczucie wartości wywindował w ten sposób na szczyt piramidy i samozadowolenia, pozwalając poczuć mi się wyjątkową, wyróżnioną i dowartościowaną. Jeszcze jak dowartościowaną i taką wielką! Taką!
W ten prosty sposób, bazując na piramidzie potrzeb Maslowa i dwóch instynktach człowieka: potrzebie przynależności i potrzebie wyróżniania się (inaczej odrębności), pokazał na moim żywym przykładzie, jak można poprzez narzędzia (pytania) przesuwać człowieka (manipulować zachowaniem) w dół lub w górę piramidy, osiągając z góry postawiony sobie cel – moją degradację lub awans, przynależność lub izolację.
Stąd pytanie do mnie, czytelnika o cel sięgnięcia po tę książkę poprzez zadanie konkretnego pytania: Czy dołączasz do nowej grupy i starasz się lepiej dostosować, by zdobyć akceptację? Czy też zastanawiasz się, jak wyróżnić się w grupie? A może – odpowiedziałam mu – chcę zobaczyć jak inni (szef, bliscy, znajomi, politycy, media) manipulują mną?
Jakkolwiek bym sobie na te pytania nie odpowiedziała, byłam ciekawa dalszej treści, bo dotychczasowe informacje były dopiero początkiem potrzebnej mi wiedzy do świadomego podejmowania decyzji, przynoszących mi oczekiwane korzyści. A autor dzielił się swoją wiedzą bardzo chętnie, począwszy od zapoznania z narzędziami w formie pytań, które były mi już znane (przeznaczył na to jeden rozdział), po typy osobowości, wobec których należy je stosować. Z tym podziałem zetknęłam się po raz pierwszy i nic dziwnego. To podział autorski, zbudowany na potrzeby manipulacji, oparty na myśli Jima McCormicka – Nasze wady i zalety są w istocie tym samym. Wszystkie nasze zalety potencjalnie stać się mogą wadami. Takie ujęcie osobowości pozwoliło mu na stworzenie listy przeciwstawnych par typu: konformista i buntownik, mądrala i poszukujący mistrza czy twardogłowy i elastyczny, i przesuwanie ich po linii poziomej, zamieniając osobowość na przykład pretensjonalną w prostolinijną i odwrotnie:

 

 

Trochę trudno było mi w to uwierzyć, dopóki autor mi tego nie udowodnił jednym, prostym przykładem. Oczywiście manipulując mną!
Zawsze uważałam się za osobę elastyczną, a nie twardogłową. Obraziłabym się, a nawet oczy wydrapała, gdyby ktoś mnie tak nazwał! Ale wystarczyło jedno pytanie, które w moim przypadku było strzałem w dziesiątkę – Czy zachowywałbyś się jak twardogłowy, gdyby nagle wydawcy uznali, że odtąd będą publikować książki wyłącznie w postaci cyfrowej?
Ożeż ty! – jęknęłam i nie mając wyboru odpowiedziałam – Tak! Tak! Tak!
A teraz pomyśl, co byś dla mnie zrobiła, gdybym miał możliwość zagwarantowania tobie, że tak się nie stanie?
Ekhm?!
I wszystko na ten temat – mógłby złośliwie i z satysfakcją powiedzieć autor, osiągając swój cel.
Jaki?
Udowodnił w tej książce, że człowiek to istota niezwykle złożona, ale o jednakowych dla wszystkich ludzi instynktach podstawowych, że manipulowanie nimi, a przez to człowiekiem, wymaga nie tyle wiedzy, co niezwykłego taktu i świadomości łatwego skrzywdzenia innych. Być może dlatego ostatnie zdanie tej książki brzmi: W związku z tym może lepiej będzie zastosować to, czego uczy niniejsza książka, do siebie.
A uczy.
W sposób bardzo przystępny, ilustrując przykładami z własnej praktyki zawodowej i tak jak na formę podręcznikową przystało, od podstaw z zakresu psychologii do szczegółów związanych z tytułową tematyką. To co mnie podobało się najbardziej to powtarzalność najistotniejszych treści przy każdej nowej partii materiału. Czułam, że autorowi zależy, abym utrwaliła sobie najważniejsze myśli, na których opierał prezentowaną wiedzę, bym mogła bez problemu przejść do ćwiczeń kończących każdy rozdział. A jest ich sporo do praktycznego wykorzystania na sobie, jak i na innych osobach. Skutek wypróbowania degradacji poczucia wartości i przesunięcia mojej zaprzyjaźnionej młodzieży w hierarchii potrzeb w dół, odczuwam do dziś. Teraz usilnie pracuję z książką, jak to odkręcić. A przestrzegał mnie autor, że trzeba ostrożnie, że należy wyczuć moment krytyczny i go nie przekraczać, że zaburzanie wyobrażenia drugiego człowieka o sobie jest niezwykle niebezpieczne!
Podręcznik jednak nie wyczerpuje całości tematyki. Jest zaledwie wstępem do mechanizmów manipulacji, początkową bazą do dalszych poszukiwań, chociażby w zakresie języka ciała czy do samodzielnego rozbudowywania listy bibliograficznej do każdego rozdziału, którą autor podaje w zakresie szczątkowym. Na szczęście polski rynek wydawniczy pod tym względem jest bardzo bogaty.
I jeszcze jedno.
W trakcie czytania i spisywania moich wrażeń, zdałam sobie sprawę, że obcuję i polemizuję tylko z Gregorym Hartleyem. Wrażenie to potęgowało używanie przez niego pierwszej osoby liczby pojedynczej, częste powoływanie się na swoją wiedzę i swoje doświadczenia i rzadkie wzmiankowanie o doświadczeniach współautorki, sprawiającej wrażenie cicho siedzącej obok niego towarzyszki. Wyjątkowo autokratyczny styl pisania książki!
Ale za to bardzo dobry!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi:

Co to za Coś – Dave Eggers

Co to za Coś: autobiografia Valentino Achak Denga – Dave Eggers
Przełożył Jerzy Łoziński
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 625 stron
Literatura amerykańska

Stała sobie na empikowej półce z taką skromną, oszczędną, negroidalną stylizacją. Po prostu brzydactwo, które, a może właśnie dlatego, zagarnęło do siebie mój wzrok, przykuło uwagę czułą na wszystko co afrykańskie. To wystarczyło, żeby wyciągnąć dłoń i przejrzeć informacje poumieszczane na okładkach i skrzydełkowych przedłużeniach. To one ostatecznie przeważyły o chęci jej przeczytania. A właściwie trzy zdania od Valentino, współautora i jednocześnie bohatera opowieści: Ta książka jest formą walki i dodaje mi pasji do walki. Walka zwiększa moją wiarę i ufność w ludzi. Dzięki, że sięgnęliście po tę książkę, i niech się wam darzy. Tak do czytelników może zwracać się tylko człowiek przepełniony życiową mądrością. Byłam ciekawa jak ją zdobył, dlaczego walczy i o co?
Nie przypuszczałam jednak, że pod tak niepozorną okładką i za tą życiową mądrością stoi wstrząsająca historia, bolesne doświadczenia i gorzka prawda o świecie dorosłych, w którym dziecko stoi na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Valentino sam nie opisał swojej historii. Pisarskiego talentu użyczył mu Dave Eggers, który po wysłuchaniu relacji trwającej kilka lat!, stworzył powieść opartą na faktach z życia swojego rozmówcy.

 

 

Opowieść rozpoczętą w amerykańskim mieszkaniu, na którego podłodze leżał skrępowany Valentino. Pilnowany przez chłopca postawionego na straży przez włamywaczy, widział w nim taką samą ofiarę jaką był sam, we własnym kraju, w Sudanie, skąd uciekł do USA, w nadziei na życie w pokoju, na świat bez przemocy. Związany, zakneblowany, w myślach opowiedział pilnującemu go chłopcu wpatrzonemu w TV, swoją drogę do tego miejsca, na tej podłodze. Los jednego osieroconego dziecka z kilku tysięcy Zagubionych Chłopców, błąkających się po kraju, uciekających od zamieszek wojennych, nalotów bombowych, bratobójczych walk armii rządowej z rebeliantami, próbujących tylko przeżyć. Valentino miał siedem lat, kiedy jego miejscowość licząca tysiąc pięciuset mieszkańców, została spacyfikowana, a w jego umyśle pozostał obraz, którego żadne dziecko nie powinno nigdy oglądać – poszarzałą twarz matki, jej znieruchomiałe oczy. Kiedy nie wierzy, że będzie w stanie cię uratować. Upadek ostatniego muru bezpieczeństwa. Koniec dzieciństwa.
Valentino nigdy go nie odzyskał. W tym jednym momencie stał się najmniej wartościową rzeczą mogącą służyć jako żołnierz ćwiczony w zabijaniu, żywe zapasy krwi trzymane w stodole dla rannych żołnierzy lub być sprzedanym w niewolę do Libii, Czadu czy Mauretanii. Musiał natychmiast dorosnąć, aby uniknąć takiego losu i aby przeżyć w świecie, w którym nie mógł płakać, bo w wycieńczonym ciele nie było dosyć wody. W którym był przynętą dla padlinożerców i trzeba było uważać, żeby w czasie snu nie paść ich ofiarą za życia, a w ciągu dnia nie być zjedzonym przez drapieżniki. W którym umierający chłopiec, niemający siły do dalszej wędrówki przed siebie, siadał pod drzewem i zasypiał snem ostatnim, by potem taki chłopiec jak Valentino grzebał ciało chłopca takiego jak William K.. W świecie, w którym każdy chciał, żeby był martwy.
Nawet Bóg…
I mimo, że Valentinowi udało się przeżyć i dotrzeć z rodzinnej miejscowości Marial Bai do obozu uchodźców najpierw w Etiopii, a potem w Kenii, które zaznaczyłam na dołączonej do książki mapce:

 

 

długo jeszcze żył w świecie nawiedzających i prześladujących go duchów i cieni. Łącznie, zanim trafił do Atlanty, spędził w obozach 13 lat. Pomimo pozorów normalnego w nich życia, a właściwie jego przeżywania w formie wegetacji, dla Valentino było ono rodzajem czyśćca. Miejscem, gdzie nikt nie chciałby spędzić nawet dnia. Marzył tak, jak każdy nastolatek planujący ufnie przyszłość, o miejscu, w którym otrzyma szansę na stabilne życie, na zdobycie zawodu, pracę, założenie rodziny z bezwarunkową miłością.
I prawie się udało, gdyby nie to, że właśnie leży skatowany we własnym mieszkaniu, a słowa powitania amerykańskiej rzeczywistości ziemi obiecanej wypowiedziane ustami nastoletniego Afroamerykanina brzmiały:
– Co ty koleś robisz tutaj? Przyjeżdżasz i paradujesz se w garniturze, że niby to jaki jesteś wykształcony? Nie wiedziałeś, że dostaniesz tu wpierdol?
Czym więc jest to tytułowe Coś?
Valentino, jak prawdziwy Afrykańczyk, nie mówi wprost, nie wskazuje konkretnie, nie określa dosłownie. Przytacza za to opowieść często powtarzaną przez ojca podczas rodzinnych spotkań, tłumaczącą wartości jakimi powinien kierować się w życiu człowiek, a które wbrew pozorom nie są jednak tym Czymś.
Więc co to za Coś?
Nadal nie wiem tak, jak nie wiedział za każdym razem kolejny opowiadający o tym Czymś. Tego nie można pojąć, to trzeba poczuć. Ta opowieść daje taką możliwość każdemu, a każdy, który poczuje to Coś, będzie osobistym zwycięstwem Valentino w walce o lepsze jutro, bo w jego przypadku robienie czegokolwiek innego nie byłoby ludzkie.
Po to przeżył.

 

 

Tutaj wysłuchałam Valentino, dlaczego prowadzi fundację budującą szkoły w Sudanie. Wśród sponsorów jest również George Clooney, którego wizytę w Marial Bai obejrzałam na stronie fundacji. Ja również dołączyłam do tego grona, bo zysk ze sprzedaży książki, jak głosi informacja na jej kartach, wspomaga właśnie tę fundację. Przyjemnie zacząć Nowy Rok 2011 od pomagania innym.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Więzień – Jesús Sánchez Adalid

Więzień – Jesús Sánchez Adalid
Przełożyła Magdalena Adamczyk
Wydawnictwo Bellona , 2011 , 671 stron
Literatura hiszpańska

Gdybym miała zapoznać kogoś z historią szesnastowiecznej Hiszpanii w sposób przystępny, przyjemny, wyczerpujący wszechstronnie tematykę i przede wszystkim wiarygodny, podsunęłabym mu tę książkę zamiast podręcznika czy przewodnika turystycznego. Pod postacią niewinnie brzmiącego gatunku literackiego kryje się niemalże encyklopedyczna wiedza o tym kraju pod panowaniem Karola V i jego następcy Filipa II.
Jak sam autor wspomniał, chciał napisać tylko o powszechnym zjawisku mauretańskiej niewoli w wyniku wojen (stąd nawiązujący tytuł książki), jakie miało miejsce właśnie w tym okresie hiszpańskiej historii, ale temat był tak rozległy, złożony i powiązany ściśle z ówczesna polityką państwa, że w efekcie powstała opowieść o tamtych czasach z oprowadzającym po nich przewodnikiem Luisem Marią Monroyem de Villalobosem. To jego postać była świadkiem, a zarazem uczestnikiem wydarzeń historycznych opisywanych przez autora. To jego los stał się ilustracją życia dobrze urodzonego mężczyzny na tle dziejów państwa. To dzięki jego osobie mogłam wejść do domu szlacheckiego. Przyjrzeć się ideałom towarzyszącym wychowywaniu dzieci i planowaniu ich przyszłości, tak różnej dla chłopca i dla dziewczynki, poprzez aranżowanie małżeństw, oddanie na służbę do zamożnego szlachcica lub króla czy wysłanie do zakonu. Prawu dziedziczenia nie tylko majątku, ale i ideałów, których próbę osiągania młody Luis obserwował u dziadka, a potem u ojca, by móc nareszcie samemu pójść w ich ślady. Przyjrzeć się strojom kobiet i mężczyzn nie tylko w Hiszpanii, ale i cudzoziemskiej szlachty we Francji, Włoszech czy na egzotycznych wyspach Afryki zamieszkanych przez Saracenów, szczodrym w klejnoty, bogate materie, jedwab, (…) wysadzane złotogłowia, kunsztowne fryzury i dodatki zdobiące pełne przepychu (…); płaszcze, gorsety wysadzane szlachetnymi kamieniami, krynoliny, wykrochmalone białe kołnierze, jaskrawe wstęgi, kapelusze z piórami, berety, aksamitne czepce oraz ozdobne łańcuchy i odznaki zakonów rycerskich. Zbliżyć się do świty króla Karola V, by przyjrzeć się jego osobie, zajrzeć mu do prywatnych komnat, dowiedzieć się na co chorował, dokąd jeździł, w co się ubierał, jak i co jadał. Wreszcie poznać istotę jego polityki, opartej na dwóch filarach, sformułowanych przez biskupa Mota: oddalić wielkie choroby naszej chrześcijańskiej religii; rozpocząć działania przeciwko niewiernym wrogom naszej świętej katolickiej wiary! i zrozumieć dlaczego ówczesna Hiszpania pełna była błędnych rycerzy walczących z wiatrakami, których uosabiał w ówczesnej literaturze Don Kichot z La Manczy Miguela de Cervantesa, rzucających się w wir bitew, gdzie ludzie paleni żywcem, wrzucani do kotłów z wrząca oliwą, nabijani na pal, zamurowywani, obcięte głowy, języki i uszy, wyłupione oczy byli dla rycerzy normalnym i powszechnym widokiem, a dla biednych ludzi przejście wojska, niegodziwe czyny żołnierzy i egoizm władców oznaczały jedynie nędzę i poniżenie. To też pierwsza dla mnie powieść historyczna, w której autor ucząc Luisa gry na vihueli, zapoznał mnie tak szczegółowo z muzyką i instrumentami tamtych czasów, tworząc swoistą ścieżkę dźwiękową tej powieści.
Moje początkowe rozczarowanie, że nie jest to przede wszystkim powieść przygodowa, powoli, w miarę czytania, zamieniała się w zainteresowanie panoramą tego okresu historycznego i w podziw dla pomysłu pisarza, który by móc opisać Hiszpanię tak szczegółowo i wszechstronnie od strony polityki, kultury, demografii i gospodarki, wykorzystał powolne dorastanie głównego bohatera najpierw w domu rodzinnym, potem na zamku wysoko postawionych krewnych, poprzez służbę jako królewski rycerz i karierę w wojsku zaciężnym jako dobosz, by w wieku lat dziewiętnastu zaprowadzić go do niewoli mauretańskiej na Dżerbie, z której wcześniej wrócił chory psychicznie jego dziadek i gdzie zginął w walce, za wiarę i królewskie ideały, jego ojciec. Pokusiłam się nawet o prześledzenie na mapie tej wędrówki wokół basenu Morza Śródziemnego, otrzymując taki oto obraz:

 

 

Autor bogactwo wiedzy o tej epoce czerpał ze źródeł historycznych. Ich wybór, a także autentyczność opisywanych wydarzeń i postaci potwierdził w dopełniającym dodatku umieszczonym na końcu książki. Tę wiarygodność zapewniła książce również osoba redaktora merytorycznego, wymieniona ma odwrocie karty tytułowej.

 

 

Na okładkowym skrzydełku wydawca zapowiedział wydanie kolejnych pozycji kontynuujących losy Luisa, a tym samym opowieść o historii Hiszpanii, tak innej od tej podręcznikowej, stawiającej mnie w samym środku rozgrywanych wydarzeń przepełnionych ideałami, ale również i tych realnych, okrutnych, związanych z wojną. Jestem bardzo ciekawa jak Luis skonfrontuje własną niewolę u Saracenów z tą z opowieści ludzi uwolnionych, o jakiej słyszał będąc małym chłopcem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Zbłąkany anioł ; Krwawe walentynki – Melissa de la Cruz

Zbłąkany anioł ; Krwawe walentynki – Melissa de la Cruz
Przełożyła Małgorzata Kaczarowska
Wydawnictwo Jaguar , 2011 , 399 stron
Cykl Błękitnokrwiści , Tom 5
Literatura amerykańska

Tym razem kolejna część cyklu ukazała się z dwoma tytułami na okładce, sugerującymi dwie odrębne części. I tak w pewnym sensie było, chociaż tworzyły ze sobą integralną, zazębiającą i uzupełniającą się całość.
Pierwsza opowieść, pomimo pozornej dynamiki osiągniętej naprzemienną narracją o dalszych losach wiodącej pary bohaterów Schuyler i Jacka, uciekających spod „opieki” hrabiny Izabeli Orleańskiej reprezentującej Zgromadzenie oraz historii mającej swój początek w XV wieku, a której skutki czynów jej bohaterów sięgały czasów współczesnych, a także Mimi, to jednak większą jej część zdominowały statyczne wydarzenia z życia tej ostatniej. Statyczne nie oznaczały na szczęście stagnacji i nudy. Wręcz przeciwnie. Mimi dzięki swojej nieposkromionej i niepokornej osobowości, obejmując urząd Regenta Zgromadzenia pod nieobecność Regisa Charles’a, musiała zmierzyć się, w poczuciu odpowiedzialności za społeczność błękitnokrwistych, z piekielnie skomplikowaną zagadką kryminalną. Przy czym pojęcie „piekielnie” było bardzo uzasadnionym określeniem. Ktoś mordował nastoletnich wampirów skazując ich na śmierć w płomieniach, a ona nie zamierzała pozwolić, żeby ktoś zginął na jej zmianie. Zadanie bardzo trudne dla Mimi, bo wymagające od niej współdziałania i pomocy innych, również pogardzanych przez nią familiantów i zauszników. Musiała stoczyć walkę ze swoim poczuciem niezależności, ambicją i dumą, by złapać mordercę, a przede wszystkim odłożyć na później pościg i akt zemsty na Jacku. Miłość do niego zamieniła w nienawiść, nie zamierzając pozwolić na uczucie szczęścia swojemu bratu i byłemu kochankowi. Ktoś musiał zapłacić za wszystko, co straciła – ktoś musiał. Skoro Mimi nie mogła być szczęśliwa, nie widziała absolutnie żadnego powodu, by pozwalać na szczęście innym.
Cała, niezmieniona ona!
Koniec skomplikowanych wydarzeń spina klamrą ponownie Schuyler z Jackiem. Czy szczęśliwie? Biorąc pod uwagę zaciekłość Mimi w dążeniu do celu, odpowiedź nie jest prosta, ale więcej nie zdradzę, powiem tylko, że to nie koniec ich miłosnej historii. Autorka ten wątek wiodącej pary bohaterów cyklu rozwinęła w drugiej, walentynkowej części, którą wyraźnie oddzielała taka karta tytułowa:

 

 

Trochę żałowałam, że nie była tak barwna, jak jej oryginał po prawej stronie. Na pocieszenie mogłam sobie ściągnąć ze strony wydawnictwa jej kolorową tapetę na pulpit. Za co mnie mój nadworny informatyk, lubujący się w nieskażonym, czystym błękicie, bardzo skrzyczy. Ale jest taka mrocznie ładna, że niech!
Druga część książki, umieszczona za tą tajemniczą i niepokojącą kartą tytułową, pomimo swojej odrębności, zawierała trzy opowiadania będące uzupełnieniem historii błękitnokrwistych. Trzy opowieści, w których królowała trojaka miłość: zawiedziona, zakazana i szczęśliwa. Bardzo chciałabym napisać o nich więcej, ale musiałabym odkryć zbyt wiele, aby można było czytać całość bez niespodzianki. Zdradzę tylko, że pierwsza opowiadała o Olivierze, familiancie i zauszniku Schuyler, a druga o jej rodzicach.
Obie części różni grafika paginacji:

 

 

Pierwszą zdobią piórka, a drugą róża. Zastanawiam się dlaczego nie serce, ale być może róża ze względu na kolce jest lepszym nawiązaniem do słowa „krwawe” w tytule niż bezbronne serce. A krwawo było, oj było!
A i zapomniałabym o bardzo ważnej rzeczy!
W tym pierwszym opowiadaniu walentynkowym znalazłam kulinarny przepis o magicznych właściwościach, leczących złamane serce pod taką nazwą:

 

 

Zanotowałam składniki, schowałam! Może kiedyś będzie jak znalazł.
I oby skutkował!

 

 

A tutaj obejrzałam trailer tej części cyklu wykorzystujący motyw filmu, jaki otrzymała Mimi od mordercy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Mały Brat – Cory Doctorow

Mały Brat – Cory Doctorow
Przełożyła Barbara Komorowska
Wydawnictwo Otwarte , 2011 , 378 stron
Literatura kanadyjska

Cyberpunkowa, postmodernistyczna powieść dla młodzieży – takie określenia przeczytałam w informacjach towarzyszących temu tytułowi. A potem poznałam kilka faktów o autorze zafascynowanym cyberprzestrzenią, możliwościami jakie niesie ze sobą szybko rozwijająca się, szeroko pojęta technologia, zauroczony dwiema powieściami Rok 1984 George’a Orwella i W drodze Jacka Kerouaca i prowadzący, używając eufemistycznego określenia, sceptyczno-krytyczny blog CORY DOKTOROW’S CRAPHOUND.COM o codziennym życiu w monarchii konstytucyjnej. Muszę dodać, że to tylko niewielki wycinek jego zainteresowań i działalności , ale najważniejszy do stworzenia tej książki. Efektu pasji, umiejętności, przekonań i zdolności operowania słowem, który ostatecznie musiał przybrać taką formę. No i jeszcze ta rekomendacja na tylnej okładce:

 

 

Dla mnie bardzo ważna, bo sygnalizująca zawarte w niej również inne wartości niż tylko fascynacja rzeczywistością wirtualną i przynależnymi jej gadżetami.
Moje przypuszczenia potwierdziły się.
Otrzymałam historię wielopłaszczyznową i wielowątkową, a cyberprzestrzeń i technologia z nią związana była czasami środowiskiem, w którym rozgrywały się wydarzenia, podkreślającym i uwypuklającym znaczenie inwigilacji w służbie bezpieczeństwa, a czasami tłem do rozważań i przekazu idei szeroko pojętej wolności w wymiarze zarówno jednostki, jak i narodu.
Opowieść zaczyna się w miejscu , w którym przeciętny uczeń spędza pół dnia czyli w szkole. Konkretnie w szkole średniej imienia Cesara Chaveza w San Francisco kończącej się maturą. Miejscu objętym szkolnym systemem ochrony, inwigilującym w imię dobra ucznia każdy jego ruch, przemieszczenie się czy miejsce, w którym aktualnie przebywa poprzez system monitoringu rozpoznający osobę po chodzie, wypożyczonej książce z elektronicznym identyfikatorem, przydziałowych schoolbookach (rodzaj osobistego laptopu), które szpiegowały każde przyciśnięcie klawisza, obserwowały każdy ruch w sieci, czyhając na podejrzane hasła, licząc każde klikniecie, śledząc każdą czmychającą myśl wyprowadzaną z netu i z całkowitym zakazem używania telefonów komórkowych. Nikt nie był w stanie nic zrobić lub przemieścić się bez wiedzy systemu i nauczycieli go nadzorujących.
Oprócz Marcusa i jego przyjaciela Darryla.
W społeczności szkolnej zawsze znajdzie się ktoś taki. Młodzież nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała przekraczać granic wyznaczonych przez dorosłych czy przeskakiwać barier przez nich ustawionych. Trochę żwiru w butach zaburzało standardowy profil chodu, scrackowanie schoolbooka było łatwe, a do neutralizacji identyfikatorów można było użyć worków Faradaya albo mikrofali. Łamanie kodów systemu zabezpieczeń, tworzenie kanałów go omijających, wprowadzanie w błąd po to, by uzyskać trochę przestrzeni do prywatnych rozmów i czasami urwać się z lekcji na godzinę do miasta, by móc wziąć udział w kolejnym etapie gry ARG z uczniami z innych szkół, nie było dla tego tandemu trudne. Dla wycieczki do Tokio, będącej w niej stawką do wygrania, było warto! Wydawało się, że symbioza i współistnienie w tej rzeczywistości z dorosłymi, młodzi osiągnęli dzięki cudownej zdolności przystosowywania się do każdych warunków i nic gorszego nie może ich spotkać.
A jednak…
Nieformalny wypad do miasta zakończył dotychczasową zabawę w policjantów i złodziei, a rozpoczął prawdziwą walkę o wolność człowieka we własnym kraju, z własnym rządem i systemem policyjnym wprowadzonym przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego po ataku terrorystycznym na moście Bay Bridge. Grupka nastolatków okazała się być tą znajdującą się o niewłaściwej porze i w niewłaściwym miejscu. Autor przemyślał każdy element tej powieści, by była jak najbardziej wiarygodna i akceptowalna dla młodego odbiorcy w każdym aspekcie przekazu.
Bohatera, dla którego w wieku siedemnastu lat wolność, niezależność, kreatywność i chęć walki dla idei, w którą wierzy bezgranicznie, są jednymi z najważniejszych wartości w życiu. Jednocześnie nie czyniąc z niego supermana, ale podkreślając jego człowieczeństwo w zwątpieniach w słuszność sprawy, w słabościach w kroczeniu obraną drogą i nadal nastoletniego chłopca potrzebującego wsparcia rodziny i przyjaciół.
Problem wiodący, którym uczynił, bardzo nośny ostatnio w mediach, terroryzm. Poddając go dyskusji, skoncentrował się na problemie stosowanych form ingerujących w prywatność i na zakresie granic inwigilacji obywateli państwa przez system bezpieczeństwa w obronie ich praw.
Dystans między młodymi i starszymi, podkreślający kontrast i przepaść międzypokoleniową, który stworzył idealne warunki do dyskusji nad pojęciem szeroko rozumianej wolności, ruchów antywojennych i wolnościowych w burzliwych rozmowach między uczniami a nauczycielami, między dziećmi a rodzicami i wreszcie między obywatelami a rządem.
Środowisko cyberprzestrzeni i związanej z nią technologii, w którym rozgrywa się fabuła, dająca ogromne możliwości zniewolenia człowieka, jeśli tylko będzie można zrobić to w imię przewrotnie rozumianego prawa przez państwo, w którym system obronny zaczyna atakować własnych obywateli.
Wartości moralne jak więzi i wsparcie w rodzinie, przyjaźń w świecie rzeczywistym wśród nastolatków, a nie w tym wirtualnym i miłość do dziewczyny. Tak, tak. Autor nie zapomniał również o czytelniczkach, ukazując chłopięcą niepewność w pierwszych kontaktach z dziewczynami, dyskretnie akcentując świadomość seksualną w intymnych zbliżeniach bohaterów.
Narracja sprawiająca wrażenie rozmowy ze starszym bratem opowiadającym o przeżytych doświadczeniach, od którego można się wiele nauczyć, który opisując niebezpieczną i fascynująca przygodę często wtrącał praktyczne uwagi bardzo przydatne w życiu (nawet mnie, osobie dorosłej) i wreszcie który tak dobrze znał i rozumiał pragnienia, potrzeby i rozterki wieku dorastania.
I mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, nie wyczerpując zbyt szybko wszystkich atutów tej pozycji, dlatego podsumuję jednym zdaniem, naśladując mistrza Neila Gaimana.
To jedna z najmądrzejszych książek dla młodzieży, jakie w ogóle czytałam w życiu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Gorąca krew – Irène Némirovsky

Gorąca krew – Irène Némirovsky
Przełożyła Joanna Prądzyńska
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz , 2008 , 198 stron
Literatura francuska

Bardzo nośny, łatwo kojarzony przeze mnie tytuł z popularnym sloganem tłumaczącym zachowania na pograniczu szaleństwa, z burzliwą młodością, obrazoburczymi pomysłami, odwagą łamania zastanych, utrwalonych przez dziedziczenie norm społecznych, ale przede wszystkim z radością i szczęściem przeżywanych emocji związanych z zakochaniem się, z zatraceniem w miłości. Okazująca sobie czułość para na okładce dodatkowo utwierdzała mnie w tych pierwszych wrażeniach.
Nie pomyślałam o jednym. Pierwsze wrażenia nie dały mi podstaw do tego, że na ten czas gorącej krwi można spojrzeć również z perspektywy starszego człowieka, który przeżył w młodości wszystkie emocjonalne wzloty i zawirowania, poddał się kiedyś instynktowi destrukcji, podliczając na starość bilans strat i zysków, wyliczając grzechy młodości, by z perspektywy czasu żałować ich.
I tak też autorka skonstruowała swoją opowieść o ogniu rozpalającym pragnienia, dotykającym każdego w życiu przynajmniej raz, który zmienił i nienaturalnie zniekształcił bieg jego życia. O przewadze instynktu nad rozumem i złudnej sile rozsądku. Historię dwóch młodych mężatek zakochanych w jednym mężczyźnie opowiadaną przez stryja jednej z nich. Człowieka już w podeszłym wieku, który mówił o sobie – Jestem jak stary pies, który przygląda się obojętnie harcującym myszom. Jego dystans do rozgrywających się wydarzeń wyciszał burzliwe emocje, grozę czynów, wymiar moralny postępowania młodych, w których odezwała się destrukcyjna siła gorącej krwi, pozwalając mi na chłodny odbiór biegu wypadków, wymykających się bohaterom spod kontroli. Zrozumienie narratora, a nawet pomoc poprzez przemilczenie widzianych faktów i niewtrącanie się do spraw młodych, tłumaczyły jego własne wspomnienia czasów, w których i w nim odezwało się szaleństwo chwili, przypominający bardziej atak gorączki, szału. Miał świadomość, że nie ma takiej siły, która by tę przypadłość uleczyła, zlikwidowała, unicestwiła. Miał pewność, że walka wbrew naturze z góry była skazana na niepowodzenie, mimo że skutki psychiczne i społeczne, jakie ponosili winni, były zawsze nieuniknione i bardzo wysokie. Jednocześnie był jedyną taką wyrozumiałą osobą w wiejskim środowisku wobec, toczących się z efektem kuli śnieżnej, wydarzeń. Pozostali – rodzina i sąsiedzi – zapomnieli o tym lub wyparli się przeszłości pragnąc tylko świętego spokoju, namiastki szczęścia. Ostracyzm społeczny włącznie z wykluczeniem ze społeczności działał jak dobrze naoliwiony, bezduszny mechanizm.
Pomimo przewrotnego tytułu smutna to dla mnie, a nawet przygnębiająca opowieść. Z jednej strony miała na to wpływ narracja człowieka patrzącego z dystansu wieku i czasu na miłość jak na niszczącą przypadłość młodości, jak na chorobę pozostawiającą po sobie okaleczające duszę skutki, a z drugiej strony wojenne czasy, w których tę powieść autorka napisała. Jako Żydówka mieszkająca w okupowanej przez Niemców Francji, nie czuła się bezpiecznie. To zagrożenie, niepewność, smutek, patrzenie na życie, jakby miało się zakończyć dla niej w wieku czterdziestu lat, czułam w każdym zdaniu powieści, jakby przeczuwała swój nieuchronny los. Nawet w opisie środowiska rozgrywanych wydarzeń. Ludzi zamkniętych na problemy i nieszczęścia innych, zwłaszcza obcych, w którym nikt nie ufa sąsiadom, każdy pilnuje własnego nosa, sieje, zbiera i liczy swój zysk.

 

 

O tym, że pisarka zginęła zamordowana w Auschwitz, a publikacja tej powieści nastąpiła dopiero w 1958 roku, przeczytałam w przedmowie. Informacje w niej umieszczone były mi pomocne w zrozumieniu genezy smutnego nastroju, jakim przepojona jest powieść, ale jednocześnie nadała książce charakter swoistego epitafium zmarłej autorki. Zabieg wydawcy zaznaczający miejsce w taki sposób:

 

 

w którym mąż autorki zakończył przepisywanie rękopisu w połowie powieści tuż po aresztowaniu żony, spotęgowało to wrażenie.
Są książki, które trudno oceniać merytorycznie, kiedy emocje związane z okolicznościami ich tworzenia, powstawania, przechowywania jak najdroższej pamiątki po zmarłym, a potem wydawane niemalże jak relikwie, uniemożliwiają odniesienie się tylko do ich treści.
Ta książka właśnie do takich należy.

 

 

Książkę wygrałam w loterii zorganizowanej przez Agnes, do której dołączyła kilka ciepłych słów.
Dziękuję.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Szukając Noel – Richard Paul Evans

Szukając Noel – Richard Paul Evans
Przełożył Bartosz Gostkowski
Wydawnictwo Znak , 2011 , 303 strony
Literatura amerykańska

Oglądałam kiedyś systematycznie program Zerwane więzi prowadzony przez Alicję Resich-Modlińską. Potrafił zainteresować i zaangażować mnie emocjonalnie, niezwykłą historią odnajdowania się po latach rodzeństwa rozdzielonego w dzieciństwie podczas adopcji. Do końca emisji odcinka nie było wiadomo, czy ekipie telewizyjnej udało się odnaleźć poszukiwanych, ale za każdym razem rozgrywające się sceny radości lub smutku rozdzierały mi serce wywołując łzy. Męczyłam się okrutnie, a mimo to oglądałam kolejny odcinek, z kolejną historią zagubionej, rozproszonej, rozdzielonej rodziny.
Historia opowiadana w tej książce była do tamtych bardzo podobna i mimo, że już na jej początku autor tymi zdaniami – Tamtej nocy spotkałem Macy. W tamte święta Bożego Narodzenia Macy odnalazła Noel. – zdradził mi jej zakończenie, to nie ono było w niej najważniejsze, ale wszystko to, co działo się zanim nastąpił finał.
A działo się dla mojego biednego serca aż nadto.
I tutaj muszę przytoczyć opowieść o żabie cytowaną w książce za pastorem: gdy wrzucić ją do garnka z wrzącą wodą, wyskoczy z niego czym prędzej. Jeśli jednak wrzuci się ją do garnka z zimną wodą i zacznie powoli, łyżeczka po łyżeczce, dolewać do wrzątku, żaba ugotuje się żywcem.
Ugotowany – dokładnie tak czuł się Mark, główny bohater, gdy zakochał się w Macy, a przecież w dniu jej poznania planował samobójstwo! Odległość od jednej postawy do drugiej bardzo duża i skrajna, a jednak możliwa, jeśli jest się Richardem Paulem Evansem stopniującym emocje.
Ugotowana czułam się również ja, gdy autor powoli rozwijając akcję dodawał po smutnym fakcie jeszcze bardziej smutniejszy, po nieszczęśliwym wydarzeniu jeszcze bardziej nieszczęśliwe, a każde pełne scen niesprawiedliwości, decyzji krzywdzących innych, przemocy psychicznej i fizycznej, bezsilności w obliczu nieuniknionego, wyborów tylko chwilowo przynoszących ulgę i demonów wyciągniętych z trudnej, skomplikowanej przeszłości każdego z bohaterów. Do połowy historii Marka i Macy trzymałam się dzielnie. W połowie opowieści rozbolało mnie gardło od bycia obojętną i udawania przed innymi (czytałam w kolejce do lekarza), że wcale mnie ich losy nie wzruszają. Od połowy ilość przygnębiających i poruszających scen pokonała mój obronny mur, zmuszając do pokornego wyżebrania wśród czekających dwóch chusteczek. Od tej pory razem z Macy i jej przyjaciółką często sięgałyśmy po chusteczki, ona opowiadając przez łzy, a ja przez łzy czytając jej opowieść. I mimo, że męczyłam się emocjonalnie, to jednak czytałam dalej czekając na końcowe oczyszczenie, katharsis, zadośćuczynienie bycia uczestnikiem tej wyprawy po ciernistej drodze życia bohaterów, bo pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka podarowała mi również nadzieję, przypominając, że życie to nie tylko piękny kwiat róży, ale i konieczność istnienia pod nim łodygi z licznymi ostrymi kolcami. Cała opowieść jest gęsto utkana właśnie takimi myślami, mądrościami, sentencjami i życiowymi prawdami.
Autor posiada niezwykły dar opisywania prostymi słowami zdarzeń sięgających głębokich pokładów najczulszych miejsc i najbardziej wrażliwych rejonów ludzkiego serca. Wręcz manipulacji nimi, której nie widziałam, ale skutki boleśnie odczułam. I o ile pierwsza jego powieść Stokrotki w śniegu wydana w tej serii autorskiej pisarza opowiadała o tym, co w życiu jest najważniejsze, wykorzystując przesłanie Opowieści wigilijnej Karola Dickensa i odwołując się do rozumu, o tyle ta opowiada o tym, co człowiekowi jest najbliższe, wykorzystując przesłania zawarte w Czarnoksiężniku z Krainy Oz Lymana Franka Bauma, odwołując się do emocji. Nie dziwię się zatem informacji umieszczonej na ulotce dołączonej do książki:

 

 

Po tej książce wiem jedno – następnej jego powieści nie będę czytać:
– w miejscu publicznym,
– będąc przygnębioną,
– będąc chorą,
– nie mając pod ręką chusteczek.
Złamałam wszystkie zasady. Byłam chora, a przez to przygnębiona, czytałam w niekończącej się kolejce do lekarza pediatry (bo tylko taki akurat przyjmował), w której każdy mały pacjent był ważniejszy ode mnie i nie miałam pod ręką chusteczek. Miałam za to warunki do konstruktywnego wykorzystania wolnego czasu w oczekiwaniu na wizytę z lekką, łatwą i przyjemną książką. Nic z tego! Ta niepozorna książeczka, niewielka formatem doprowadziła mnie do stanu, w którym objawy przeziębienia osiągnęły skrajną postać ciężkiego zakażenia wirusem grypy ptasiej i świńskiej łącznie. Nie mogłam mówić, nie mogłam oddychać przez nos, na świat patrzyłam przez wąskie szparki, a temperaturę było widać gołym okiem. Z gabinetu wyszłam ze zwolnieniem lekarskim!
I miałam kilka dni wolnego na … tak, tak – czytanie książek!

 

 

U dołu okładki zauważyłam zmodyfikowane logo wydawnictwa. To jeden z nowych profilów, jakim będą oznaczane książki. Więcej informacji na ten temat przeczytałam na stronie wydawnictwa Znak.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dziewczynki ze Świata Maskotek – Anja Snellman

Dziewczynki ze Świata Maskotek – Anja Snellman
Przełożył Sebastian Musielak
Wydawnictwo Świat Książki , 2011 , 270 stron
Literatura fińska

Kiedyś przeczytałam zdanie, że współczesnej młodzieży nie chce się ani uczyć, ani pracować. Ogarnął ją marazm, tumiwisizm, totalny zwis na wszystko i średnizm. Te dwa ostatnie określenia pochodzą z tej książki. Średnizm niedaleko leży koło nudy, a od niej całkiem blisko już do pociągającej, atrakcyjnej i wyróżniającej się na tle szarości inności. Dobrze, jeśli konstruktywnej. Źle, gdy zaraża destrukcją, w pierwszej kolejności osobę jej ulegającą, by w swojej zjadliwości przejść na rodzinę, wywołując katastrofę jej rozkładu, ostatecznie podnosząc poziom patologii społecznej i wzbogacając automatycznie wykaz przyczyn tego zjawiska, jakże różniący się od tego sprzed chociażby dekady. Ich lista uległa wydłużeniu o czynnik, uważany jeszcze do niedawna za zupełnie nieszkodliwy – nudę.
Bohaterki tej opowieści to jej ofiary – matka pracująca jako lekarz ginekolog i jej córka Jasmine. Nastolatka jakich wiele. Uczęszczająca do szkoły, a po lekcjach na dodatkowe zajęcia jogi, gry na fortepianie i jazdy konnej, trenująca w drużynie cheerleadingu, mająca typowe problemy dla wieku dojrzewania i nawiązująca pierwsze, nieśmiałe sympatie z chłopcami. Jednym zdaniem – przeciętna, niepełna rodzina, bo w swej powszechności samodzielnego wychowywania dzieci tylko przez jednego z rodziców zaczyna być normą, z przeciętną matką i przeciętną nastolatką.
Przeciętna.
To słowo kluczowe i jak się okazuje, tak samo niebezpieczne jak inne czynniki patogenne ludzkich zachowań, bo w takim przeciętnym, banalnym, monotonnym życiu Jasmine pojawiła się nieprzeciętna Linda z innego, odmiennego świata, w którym obowiązywało motto życiowe – Wyluzuj, życie jest cool!. Bardziej pociągającego, atrakcyjniejszego, ciekawszego, o nowych możliwościach doznań i ekscytacji, a przede wszystkim oferującego alternatywę dla dotychczasowej banalności i monotonii, w którym można było przeżyć coś NAPRAWDĘ nowego! Z taką koleżanką można było nie tylko spędzić bardziej zajmująco czas, snuć marzenia o życiu w Miami Beach, ale i odważniej wchodzić (dla mnie pogrążać się) w Świat Maskotek. Niewinnie brzmiącej przykrywce w postaci sklepu ze zwierzętami, dla funkcjonującego na zapleczu nielegalnego świata seks biznesu, oferującego usługi nieletnich dziewczynek. Przychodzący po pracy przeciętni mężczyźni, tak zwani entuzjaści i zdeklarowani miłośnicy branży, otwierali drzwi do niego jednym życzeniem klienta-pana – zwierzaczek ma być mały, ciasny, śnieżnobiały i gładki. Praca w sklepie ze zwierzętami w Świecie Maskotek, o której oficjalnie wiedziała matka Jasmine, tak naprawdę była pracą dwunastoletnich i kilka lat starszych prostytutek w Wet Pet Club. Mechanizm naboru był bardzo prosty, jak tłumaczył jeden z bohaterów: Jakaś czternastolatka przychodzi do sklepu pogłaskać świnkę morską i gerbila, po dwóch miesiącach robi już na zapleczu fulserwis, a po kolejnych dwóch krąży w internecie na stronie Sleep Assault Yong Pets, na głowie ma czerwone sztuczne loki i nazywa się Poppy, Rosy albo Candy Toy. I gdyby nie pożar tego przybytku rozrywki i porwanie pracującej tam czternastoletniej wówczas Jasmin vel Vanilla Bebe przez pedofila, znanego naukowca o pokrętnej filozofii życia, nikt nie dowiedziałby się o jej podwójnym życiu.
Świat ukrywany został brutalnie obnażony.
Zupełnie tak, jak prywatny świat pacjentek przyjmowanych przez matkę Jasmin. Przeciętne kobiety, których sromy obnażone na fotelu ginekologicznym, zaczynały mówić doświadczonej lekarce o prawdziwym świecie, w którym musiały żyć – prostytucji, gwałtach, wymuszeniach seksualnych, obrzezaniach imigrantek, poronieniach, aborcjach, niechcianych ciążach. Piękne kobiety i ciasne waginy. Brzydkie kobiety i zatęchłe dziury. Rozciągnięte sromy i poranione krocza. Zniekształcenia, krzywdy, choroby, ból.(…) Uszkodzenia ciała, rany, tragedie – ten makabryczny świat widziany oczami ginekologa jest zupełnie inny od tego, któremu na co dzień przyglądam się patrząc w uśmiechnięte, kobiece twarze. Świat widziany przez nastoletnią prostytutkę jest zupełnie inny niż ten widziany przeze mnie, kiedy patrzę w uśmiechnięte, dziewczęce twarze mojej zaprzyjaźnionej młodzieży.
To porównanie i kontrast ukazany w naprzemiennej relacji przebiegu zdarzeń matki i córki był dla mnie porażający, szokujący, a momentami obrzydliwy, gdy lekarka między jedną a drugą myślą o zaginionej córce, zastygała z narzędziami ginekologicznymi w kobiecej pochwie, porównując swoje intymne odczucia i dzieląc się ze mną swoimi makabrycznymi spostrzeżeniami. Świat kobiety widziany „od dołu” i świat nastolatek widziany od podszewki okazały się już nie tak przyjemnymi, jakimi widzę je oficjalnie, na co dzień.
Opowieść autorka zakończyła swoistym epilogiem w postaci bardzo ciekawego rysu historycznego płatnego seksu czyli prostytucji. Na jego końcu umieściła pytanie: A gdyby zwabione do seks biznesu dziewczęta były nosicielkami jakieś strasznej bakterii, wirusa, choroby, którą zarażałyby swoich dręczycieli, jakiejś miazmy wywołującej zsinienie twarzy, wytrzeszcz oczu i łysienie? Jak nasz świat wyglądałby jutro?
W pierwszym odruchu pomyślałam o AIDS, ale jego niszczycielskiej siły i mocy spustoszenia wśród ludzi nie widać. Jego żniwo jest ukryte, często sami nosiciele HIV nie wiedzą, że są zarażeni. Ale gdyby było to widoczne jak znamię na skórze wydobywające to, co do tej pory było ukryte, to powtórzę za autorką – Jak wyglądałby nasz świat?
I jeszcze jedno, bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze przesłanie tej książki, wydrukowane na okładkowym skrzydełku:

 

 

Ta książka nie zawiera ckliwej historii o porwaniu dziecka nieszczęśliwej matce, ale rozpaczliwy krzyk skierowany szczególnie do rodziców – Bądźcie przy dziecku w tej chwili, w której włączy się u nich to przynależne jemu wiekowi „wariactwo”, bo nuda + upojna zachłanność wieku dojrzewania + brak rodzicielskiej kontroli = e-galerianka lub każda inna patologia społeczna.

 

 

O tym najnowszym zjawisku przenoszenia prostytucji nastolatek z tak zwanych dobrych domów, z galerii handlowych do Internetu, przeczytałam również w 40. numerze czasopisma Newsweek z 2010 roku w artykule E-galerianki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: