Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Kobieta z wydm – Kobo Abe

21 marca 2019

Kobieta z wydm – Kobo Abe
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Znak, 2007 , 186 stron
Literatura japońska

   Myślę, że niezmienną popularność, pomimo upływu lat, powieść ta zawdzięcza możliwości odkrywania w niej swojej osobistej, indywidualnej i subiektywnej paraboli. Ja znalazłam taką.
   Są kobiety-femme fatale, kobiety-Matki Polki, kobiety-czarne wdowy, kobiety-modliszki, a według Kobo Abe, także kobiety-mrówkolwy. Brzmi niegroźnie, raczej ciekawie, a nawet śmiesznie, ale, uwaga!, to tylko pozory. Panowie strzeżcie się ich, a zwłaszcza tych ostatnich.
   Kobieta-mrówkolew leży sobie cierpliwie na dnie wykopanego w piasku lejka i czeka na mężczyznę-ofiarę. Powiem dosadniej – ofiarę losu. Jeśli sam do niego nie wpadnie, goniąc bezładnie za kobietami-motylami, to postara się oto rodzina kobiety. Zwabi do niej podstępem, plączącego się w pobliżu mężczyznę, ogarniętego amokiem kolekcjonowania kobiet-owadów. A mężczyzna jak to mężczyzna. Jak już jest w towarzystwie podsuwanej mu kobiety, częściej niż często, skorzysta. Przecież jutro już go tu nie będzie, bo praca, znajomi, inne kobiety i cały świat czeka na jego powrót z otwartymi ramionami i utęsknieniem przeogromnym. Szybko się jednak orientuje, że to pułapka, że na kobietę nie może liczyć, bo sama jest więźniem tradycji. Ona istnieje tylko po to, żeby ją kontynuować, podtrzymywać, celebrować, pielęgnować jak największy skarb rodu. Bez jej pracy zginie klan rodzinny i społeczność, w której funkcjonuje. Mężczyzna próbuje więc wydostać się z tego grajdołka, ale drobne, codzienne obowiązki, jak piasek sypiący się ze wszystkich stron, skutecznie mu to uniemożliwiają. Egzystencjalizm go pochłania, skutecznie przygniatając do dna życia i im bardziej się szamocze, tym bardziej zakopuje się w piasku swego losu. Postanawia więc uśpić czujność kobiety i jej rodziny, podporządkowując się ich normom i wartościom. Jednocześnie włącza swoją słynną logikę (dopiero teraz?) i wymyśla plan ucieczki. Żadnemu się to jeszcze nie udało, ale męskie ego za każdym razem jest pewne, że inni to frajerzy, a on jest macho i jemu się uda. Podstępem wydostaje się na zewnątrz i kiedy myśli, że przeżywa drugą młodość, jego kobieta czeka cierpliwie będąc wyrozumiałą dla kryzysu wieku średniego swego partnera. Wie, że wróci, a jak nie wróci to rodzina zmusi, żeby wrócił. I co robi mężczyzna na taką niesprawiedliwość losu? Znieczula się alkoholem. Tak, tak! Przyczyną jego alkoholizmu jest kobieta. To czas, kiedy jest gotów przehandlować godność własną i swojej partnerki. Od totalnej katastrofy ratuje go hobby. Dziewczyny pozwólcie mu na to. Niech sobie buduje odrzutowce wielkości Księżyca w waszej kuchni, przez co nie możecie otworzyć szafki. Najważniejsze, że dzięki temu zapomni o ucieczce i w jakiej się znalazł sytuacji. Spokojnie, przy wędce nad rzeczką albo na motorze dającym namiastkę uczucia wolności, między jednym sukcesem, a drugim pomyśli, przeanalizuje, zrobi bilans zysków i strat. Pomału zacznie wtedy odkrywać zalety dotychczasowego życia, tego związku, tej rodziny, w której pojawiły się dzieci, tej tradycji. Ciężar tych wartości do tego stopnia go obciąży i przykuje do miejsca, że „chłopu tyłek na starość oklapnie”. Z czasem pojawi się stabilizacja życiowa, a wraz z nią drabina, po której może wyjść z pułapki. Nie robi tego. Siedzi i patrzy na nią. Ciekawe co myśli?
   Nie chce mu się podnieść? Dojrzał? Zmądrzał? Przyzwyczaił się? Pokochał? A może zrozumiał, że związek z kobietą to jest zawsze bilet tylko w jedną stronę? A może myśli, że fajnie tak rozwijać się do 12 roku życia, a potem już tylko rosnąć goniąc za motylkami i skacząc z kwiatka na kwiatek, a resztą zajmą się kobiety?
   Tak, tak… Myślcie tak dalej, a już my się wami zajmiemy całym sercem i z ogromnym oddaniem. Zapraszamy na wydmy, do lasu, na łąki, nad rzekę i w każde inne ostępy przyrody.
   Czekamy na was kochane żuczki…

Japoński zwiastun ekranizacji powieści z 1964 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Woda różana i chleb na sodzie – Marsha Mehran

Woda różana i chleb na sodzie – Marsha Mehran
Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 285 strony
Literatura amerykańska

   Pomna mądrych rad wyniesionych z pierwszej części powieści, że jedzenie jest jak lekarstwo i należy je dawkować w ściśle określonych porcjach, a jego składniki dobierać do temperamentu jedzącego, postanowiłam tym razem być głucha i ślepa na jedzenie w jej części drugiej, wyczuwając, wśród orientalnych zapachów, delikatną nutę drugiego dna tej historii. Zbyt poprawnej, zbyt sielankowej, zbyt łatwo i szybko przechodzącej przez umysł.
   Jest jak w bajce. Trzy siostry, skrzywdzone przez ojczyznę i bliskich, emigrantki z Iranu, przyjeżdżają do małej miejscowości irlandzkiej, w której zakładają świetnie prosperującą kawiarnię. Najmłodsza, szesnastoletnia Lejla (Ciemne Niebiosa), poznaje idealnego chłopca, któremu to związkowi nikt nie stawia przeszkód, których młodzi by nie pokonali. Średnia, Bahar (Wiosna), zafascynowana katolicyzmem, staje się aktywną wierną Kościoła. Najstarsza, Mardżan (Koral), poznaje pana na zamku, wręcz rycerza z bajki. Społeczność bardzo przychylna, przyjmuje je z otwartymi ramionami i robi wszystko, aby ich adaptacja przebiegała bez zakłóceń. Problem nietolerancji (jakiej nietolerancji?) jest zaledwie zarysowany złośliwymi plotkami roznoszonymi przez babcie z Kółka Biblijnego. No, bajka. Podręcznikowy przykład pomyślnego procesu asymilacji imigrantów z tubylcami. Nic tylko emigrować, bo na emigracji będzie znacznie lepiej niż w rodzimym, ojczyźnianym piekiełku.
   Nie przemówiło to do mnie. Nie ze mną te numery Marsho Mehran! Nie oszukasz mnie, chowając problemy za jedzeniem. Co innego widzę wokół siebie, o czym innym czytam i o czym innym słyszę w miażdżącej przewadze. Poszukałam uważniej i… znalazłam! Jedno niepozorne zdanie wypatrzone w gąszczu innych na 231 stronie: To wygląda zbyt doskonale , żeby mogło być prawdziwe. To klucz, którym niczym wędką wyłowiłam niepozorne zdania z wypowiedzi bohaterów oraz wyrazy poutykane między jednym a drugim zachwytem nad kolejna potrawą. Zebrałam te okruchy i okruszki, które spadły z suto zastawionego stołu, powoli układając je jak puzzle w jedno przesłanie:
   Spójrzcie na nas. Przybywamy do was nie z własnej woli. Boimy się was tak samo jak wy nas. Poznajmy się. Mamy wam dużo do zaoferowania. Pomóżcie nam, a my odwdzięczymy się tym, co mamy w sobie najlepszego. Żyjmy w zgodzie, budując razem przyszłość. Chcielibyśmy, aby właśnie tak wyglądała nasza adaptacja w nowym środowisku, nasze wspólne życie.
   Jestem dla autorki czytelnikiem-stołownikiem, któremu serwuje potrawy ze szczerego serca i bez nadmiernych oczekiwań licząc na moją zdolność do reagowania na różnorodne oddziaływanie potraw. Przyprawiając je nadzieją, odwagą i wiarą daje mi możliwość swobodnego wyboru tworzenia dalszego ciągu tej opowieści. Mogę tą wyciągniętą do mnie dłoń odrzucić albo uścisnąć jak mile witanego gościa. Powitać chlebem i solą w głębokim staropolskim ukłonie.
   Bajka?
   Na to pytanie autorka odpowiada w tym wywiadzie.

text

 Zdjęcie Marshy Mehran pochodzi ze strony Random House.

Woda różana i chleb na sodzie [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Zupa z granatów – Marsha Mehran

Zupa z granatów – Marsha Mehran
Przełożyła Jolanta Kozak
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 294 strony
Literatura amerykańska

   Talent malarski to dar, który posiadają wybrani. Dzięki nim nie muszę malować sama sobie obrazów, żeby karmić się ich pięknem czy delektować światłocieniem. Niestety, ze sztuką kulinarną jest inaczej, a skutki tworzenia przez dyletantów czegoś do zjedzenia prowadzą do katastrofy. Jestem jednym z nich.
   Takiemu amatorowi jak ja dać do ręki Zupę z granatów to wyposażyć dziecko w granat bojowy. Było nerwowo i niebezpiecznie, bo Polak jak głodny to zły. W kuchni pobojowisko. Droga tapczan-szafki kuchenne-lodówka oznaczona jak ścieżka wojenna resztkami jedzenia, noszonego w pośpiechu podczas kolejnego kursu z talerzykiem, a czasami i bez, bo w zębach i w garści. A kursów było jak na pętli tramwajowej w godzinach szczytu.
   Zaczęło się od tego, że byłam głodna, a książka była głównie o jedzeniu. Przepis gonił przepis, a jeden apetyczniejszy, ciekawszy i bardziej egzotyczny od drugiego, które wyczarowywały trzy siostry, uciekinierki z Iranu w swojej Cafe Babilon. Najgorsze było to, że nie mogłam pozachwycać się fizycznie ich różnorodnym zapachem, subtelnością smaków i kontrastem barw. Mogłam sobie tylko popatrzeć jak Pascal gotuje, a potem te cudeńka zjada z gośćmi. O nie! Niedoczekanie wasze! Postanowiłam sama sobie ugotować. No choćby taką zupę z czerwonej soczewicy. Żaden problem! No może poza tym, że nie miałam ziaren czarnuszki, o soczewicy i to czerwonej, już nie wspominając. Podobno niezbywalnego i podstawowego składnika. Bez niego ani rusz. Nie szkodzi, bo wśród składników wypatrzyłam głodnymi oczami rosół z kury. Aaaaa to miałam. Z proszku sobie zrobiłam. Może to nawet koło zupy z soczewicy nie leżało, ale zupą było i to błyskawiczną i też smaczną. No, ale po tym wodospadzie zaczęło mi chlupotać w żołądku. Pomyślałam, że przydałoby się wrzucić coś treściwego do tego jeziorka. Dolme – gołąbki, które zaserwowały siostry były jak znalazł. Tylko skąd ja miałam wziąć do ich przyrządzenia jagnięcinę?! Nieważne, w lodówce znalazłam mięso i to gotowe do zjedzenia, bo w postaci kabanosa. Wtrząchnęłam, żeby przestało chlupotać. Wprawdzie przestało, ale zachciało się słodkiego, bo na kolejnej stronie siostry pokazywały sposób przyrządzania słodkich gusz-e fil – słoniowych uszu czy bakławy. Cokolwiek miałoby to znaczyć, chciałam tego. Natychmiast! No tak, ale wody różanej to ja nie znalazłam w mojej polskiej kuchni. Znalazłam za to czekoladę z orzechami. Też słodkie, a orzechy jak najbardziej egzotyczne. Ledwo zjadłam, a już pić mi się zachciało, bo siostry podsuwały mi kolejny przepis na dugh – napój jogurtowy. Tylko skąd ja wezmę świeżej mięty? Taaak, chciałam kupić w doniczce, ale koleżanka spojrzała z ukosa, że co ja tam będę kupować, skoro ona przyniesie mi ze swojego ogródka za darmo. Przynosi do dziś. Ożeż ty… resztę myśli zmełłam w ustach. Na szczęście w lodówce stał kuzyn jogurtu – kefir. Popijając go, z uśmiechem Kota z Cheshire na twarzy, dokończyłam powieść.
   No, same korzyści z tej książki. Jadłam bardzo orientalne potrawy (nie ma to jak siła wyobraźni i trochę inwencji), zrobiłam inwentaryzację w kuchni i wyjadłam resztki z lodówki (hurra!! można iść na zakupy).
No, może prawie same korzyści. Bo jak sobie wyobraziłam, co ja do tego szklanego naczynia Marioli Bojarskiej z programu Agentka do zadań specjalnych dla łakomych dziewczynek wrzuciłam, to zrobiło mi się bardzo bardzo niedobrze i musiałam pić bardzo bardzo tradycyjny napar z mięty, z bardzo bardzo polskiego Herbapolu.
   Zawsze powtarzałam, powtarzam i będę powtarzać, że ja tylko pięknie jem i czytam, a smacznie gotują kucharze i pasjonaci gotowania. Tacy jak zemfiroczka. Przeczytała książkę i ugotowała zupę z granatów.

Zupa z granatów [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Nie opuszczaj mnie – Kazuo Ishiguro

Nie opuszczaj mnie – Kazuo Ishiguro
Przełożył Andrzej Szulc
Seria Pi
Wydawnictwo Albatros , 2005 , 320 stron
Literatura angielska

   Jest lato. Czas relaksu, radości, wakacyjnych zauroczeń, więc wiele obiecywałam sobie po tak nostalgicznym tytule. Takim samym, jaki posiada przepiękna piosenka Jacues’a Brela Ne me quitte pas. W Polsce śpiewana przez Edytę Górniak, a dla mnie najlepiej wykonywany cover po polsku.
   Niestety, nastrój prysnął już na drugiej stronie pierwszej kartki. Jeszcze próbowałam ubłagać autora: nie.. proszę… nie rób mi tego… tylko nie dzieci. A on bezlitośnie zaczął rzucać w zdania wyrazy jak czarne kamienie: dawca, donacja, klon, zejście. Pozwolił na powolne oswojenie się z bohaterami, z ich dzieciństwem, problemami dorastania, radościami i smutkami, marzeniami, pragnieniami, z ich pierwszymi miłościami. Kiedy zrozumiałam ich człowieczeństwo, kiedy ich pokochałam (bo jak nie kochać dzieci, które nie mają rodzin?), kazał mi ich zabijać, jeden po drugim. Mogłam to robić na raty, jak w filmie Walka o ogień. Wycinać sobie kawałek po kawałku, w zależności od potrzeby, aż do zejścia dawcy. Zmusił mnie do życia w kraju George’a Orwella, w którym wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi. W świecie, w którym najważniejszą zasadą było: nie zabijaj, ale zrób to, jeśli ma to uratować życie twoje, twojej śmiertelnie chorej żony, dziecka, mamy.
   Taki świat mnie czeka?
   Chcę pozostać w dotychczasowym, gdzie wartości moralne są jednoznaczne, proste i klarowne, gdzie nie zabijaj nie ma odcieni szarości.
   Proszę, Świecie, zatrzymaj się, pozwól dokonywać prostych wyborów.
   Nie opuszczaj mnie…

text

 Obrazek pochodzi z artykułu Klonowanie dzieci tuż-tuż.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Smokobójca – Tomasz Pacyński

Smokobójca – Tomasz Pacyński
Wydawnictwo Fabryka Słów , 2006 , 387 stron
Literatura polska

   Zachciało mi się bajek dla dorosłych, tych grzecznych, dla kamuflażu nazywanych literaturą fantasy, żeby dzieci nie pomyślały, że starsi im czegoś zazdroszczą. Chciwie sięgnęłam po Smokobójcę, licząc na wiele, a może nawet na dużo więcej.
Trafiłam do świata, w którym kłobuków, utopców i strzyg na kopy, ale i smoków od groma i ciut ciut i to gadających. Przyczepiłam się więc do rycerza, który miał konia, zbroję i specjalny arsenał do zabijania gadziny: kuszę z magicznymi bełtami i balistę. Wpadł pod Krakowem zabijając ulubioną maskotkę jego mieszczan. Otruł gada, nadzianą siarką i saletrą, owcą, zamiast stanąć honornie do walki. Przyszło mu więc pożegnać się z życiem, kładąc głowę pod topór, na kruczym kamieniu. Uratowała go zasuszona dziewica, narzucając jakąś szmatę i drąc się przeraźliwie: Mój ci on! Mój ci!. Ustąpiłam. Niech ma! Będzie miała minę jak się dowie, że to zwykły szewczyk-dratewka, który w posiadanie tytułu rycerza wszedł zadając skrytobójczą śmierć prawowitemu właścicielowi, a smoki zabijał cudzymi rękoma, sobie przypisując zwycięstwa. Może jednak zasuszonej dziewicy wszystko jedno jaki rycerz, byle były jakieś troki od spodni to znaczy jakieś oczka od zbroi. To niech ma i się udławi jak, nie przymierzając, ten smok spod Krakowa.
   Poszłam sobie godnym krokiem do innej bajki, w której w smoki nie wierzono, ale za to wierzono w demony. Zrobiło się ciemno, straszno, krwisto i rzeźniczo.
   Szybko przeskoczyłam do następnej bajki, patrząc przez lewe ramię, czy jakiegoś demona za sobą nie wlokę. Wylądowałam na czterech… łapach. Stałam się kotem i to nie byle jakim, ale kotem czarownicy. Długo się nią nie nacieszyłam. Wywlekli mi ją z naszej wieży, źli ludzie, na stos.
   Zakradłam się więc na następną stronę, do świata dziewczynki-odmieńca, bawiącej się kukiełkami i nieświadomej tego, że uprawia woodoo. Uuuuu co tam się działo! Wyobraźnia tego dziecka nie znała granic. Uciekłam stamtąd szybko, nie chcąc stać się bezwolną lalką w jej rękach.
   Z ulgą zamknęłam książkę, bo jeszcze kilka bajek, a jak nic, popadłabym w schizofrenię. Ile i jak szybko można zmieniać nastroje, emocje i okoliczności, a każde następne groźniejsze i bardziej niebezpieczne od poprzednich? Ja zabraniam umieszczać tyle bajek w jednej książce. Grozi to kalectwem psychicznym, a i przywleczeniem czego złego do rzeczywistości. Potem człowiek zaczyna ni z tego ni z owego szyć pacynkę przypadkowo podobną do szefa, bo a nuż zadziała? Albo bawić się w smoka. To nic, że z papieru. Ważne, że się rusza i to jak!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Białoruś: kartofle i dżinsy – Małgorzata Nocuń , Andrzej Brzeziecki

Białoruś: kartofle i dżinsy – Małgorzata Nocuń , Andrzej Brzeziecki
Wydawnictwo Znak , 2007 , 228 stron
Literatura polska

   Płynąc promem do Szwecji poznałam Andrieja, Białorusina, lekkoatletę, którego celem był udział w międzynarodowych zawodach sportowych organizowanych w Norwegii. Rozmowa z nim zaczęła się od tego samego pytania, którym rozpoczyna się książka-reportaż: Dlaczego Białorusini rozmawiają po rosyjsku, nie macie własnego języka? Andriej uśmiechnął się i wzruszył ramionami, a potem było miło, sympatycznie i wesoło.
   Tak też zaczyna się opowieść o Białorusi. Wesoło jak w komedii, bo kariera polityczna Aleksandra Łukaszenki przypomina karierę Nikodema Dyzmy. Dyrektor sowchozu, słynącego z uprawy kartofli, bijący swoich podwładnych , o posturze i mentalności bazarowej baby, wzbudzający niedowierzanie i prowokujący podśmiewywanie się z wiejskiego głupka opozycji i pozostałych deputowanych w rządzie. Wśród wyborców zdobył jednak zaufanie. Jako syn ludu, mówiący prostym i ekspresyjnym językiem, obiecywał suwerenny, szczęśliwy, demokratyczny kraj pod swoimi rządami. A ludzie stali i słuchali. Po ich policzkach ciekły łzy.
Po zdobyciu prezydentury przestano żyć ironią, bo pojawiły się jaskółki groteski: zbieranie kwitów, wspieranie ideologii poglądami Hitlera, dymisjonowanie ministrów, przesuwanie terminów wyborów, pobicia opozycjonistów. Z czasem, niezauważalnie absurd przeszedł w dramat jak w dobrym thrillerze: likwidacja symboli narodowych, rugowanie języka białoruskiego, znikanie niewygodnych dziennikarzy i opozycjonistów, zamykanie gazet, powołanie gwardii przybocznej szkolącej się na kryminalistach, często z ich śmiertelnym zejściem, fałszowanie wyborów i referendów, stworzenie szwadronu śmierci, wykonującego wyroki na rozkaz z góry.
   Zrozumiałam dlaczego Andriej nie podjął tematu. Bał się tak, jak boi się większość narodu, która woli się cieszyć tym co jest, byle nie było wojny, bo demokracja to chaos.
   Młode pokolenie, dla którego znakiem wolności jest kolor dżinsu, nauczyło się żyć obok państwa kartofli: rozmawiać w alternatywnym języku białoruskim, kończyć alternatywne liceum z wykładowym białoruskim, słuchać alternatywnej muzyki, chodzić do alternatywnego teatru, czytać alternatywne książki. Żyć w podziemiu Niezależnej Republiki Marzeń – N.R.M. To również nazwa zespołu, który śpiewa po białorusku o schizofrenicznej Białorusi.
Jako Polka z historią swojego narodu jestem całym sercem z nimi. Wytrzymajcie!
ŻYWIE BELARUS!

Miensk-Minsk

Przekład Jan Maksymiuk

Drodzy mińszczanie i goście stolicy,
chcę wam się zwierzyć z pewnej tajemnicy:
Mówiąc krótko, to dziw, ale „c’est la vie”,
żyjemy w stolicy jak ród dwojga krwi.

Refren:
Żyjemy jednocześnie
w dwóch rewirach,
Od rozdwojenia jaźni
mamy świra.
Dlaczego nie możemy
sobie uszyć
z Mieńska i Mińska jednej
miejskiej koszuli?

Miasto Mieńsk to pierwsze z owych dwojga miast,
dziś nie ma go na mapach ziem i gwiazd.
To miasto żyje w sercu, żyje w głowie
niektórych z miasta, co się Mińskiem zowie.
W tym Mińsku musisz być zameldowany
i masz z betonu pałac i parkany,
kamienic zrujnowanych zwidne cienie,
i twego dzieciństwa przeminione dnie.

Refren:
Żyjemy jednocześnie
w dwóch rewirach,
Od rozdwojenia jaźni
mamy świra.
Dlaczego nie możemy
sobie uszyć
z Mieńska i Mińska jednej
miejskiej koszuli?

W Mińsku są ulice, że tylko się schować,
na przykład Kolektorska i Bazowa –
tu naród twój posłuszny wykonuje
wielkie zadanie i swą dolę kuje.
A w Mieńsku tak przyjemnie iść i marzyć,
kiedy w sklepikach światła się rozjarzą.
Tam się wieże kościołów pną do góry,
tam bruk i dachówka, podwórza i mury.

Refren:
Żyjemy jednocześnie
w dwóch rewirach,
Od rozdwojenia jaźni
mamy świra.
Dlaczego nie możemy
sobie uszyć
z Mieńska i Mińska jednej
miejskiej koszuli?

W Mińsku wszystko się miesza, chleb i maca,
Wielki Październik i Bogurodzica,
pijana łza i taka mjuzik-sieczka,
że na nic actimel i kościelna świeczka.
No a na Mieńsk nie można nic poradzić,
nie można go zrujnować lub wysadzić,
Twój Mieńsk nie spłonie i nie zgnije,
a będzie w tobie żyć, dopóki ty żyjesz.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Mój świat jest kobietą: dziennik lesbijki – Magdalena Okoniewska

Mój świat jest kobietą: dziennik lesbijki – Magdalena Okoniewska
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co , 2004 , 389 stron
Literatura polska

   O Matko! O Matko, żeby nie krzyknąć: o Boże! Wiem, wzywam nadaremnie, ale jak tu nie grzeszyć, skoro autorka próbuje zmienić mi orientację seksualną. Siedzi w swoim świecie Seksmisji, w którym widzi tylko kobiety, rozmawia tylko z kobietami, mówi tylko o kobietach, żyje tylko z kobietami, wmawiając mi, że wszystkie kobiety są lesbijkami. Jeśli natomiast nie są to: po primo – nie wiedzą, że są, a po secundo – jeśli wiedzą, to się tej wiedzy wypierają. W obu przypadkach kobiety trzeba ratować. Uwalniać z klatek małżeństw, wyciągać z klasztorów, ostrzegać przed mężczyznami, którzy są zbędnym balastem tego świata, a w ogłupiającej prasie kobiecej umieszczać rady typu: najlepszym lekarstwem na wszelakie nieszczęścia jest rzucenie faceta, jako głównej ich przyczyny i bycie sobą czyli lesbijką. Zwłaszcza te, które mają na imię Agnieszka, Kaśka, Aśka, Magda lub Marta, bo to statystycznie najpopularniejsze imiona wśród le(a)sek z branży. Nic nie da więcej wolności i szczęścia niż miłość u boku kobiety, bo ona jest taka ładna, gładka, okrągła, przytulna, jędrna, mięciutka jakby stworzona według zasad Feng Shui, i dająca najwięcej rozkoszy, gdy jest się z nią ciało przy ciele, kobieta w kobiecie… STOP! Wróć! KOBIETA W KOBIECIE?!? Jak to…”w”?!?  Tak bez… ten tego? W?!?
   Manuela Gretkowska twierdzi w My zdies’ emigranty, że najpiękniejsze co ma w sobie kobieta to mężczyzna! Której wierzyć, skoro obie są kobietami? Chociaż Kopernik też była kobietą, a potem się okazało, że jednak mężczyzną.
No nie wiem, nie wiem…
   Tezę Manueli mogę sobie wyobrazić dokładnie, ze szczegółami, a nawet wypraktykować, bo mężczyzna jest bardzo prosty w obsłudze. Posiada przecież tylko jedną dźwignię. Natomiast tezy Magdaleny nie mogę sobie zwizualizować, a już na pewno wypraktykować przy tylu guziczkach jak w kokpicie samolotu. Trzeba być niezłym pilotem, żeby się w tym połapać i polecieć do nieba. Żeby chociaż jakąś instrukcję zostawiła, więcej szczegółów podała albo jakieś zdjęcie dołączyła, no w ostateczności odręczny rysunek. A tu nic! To ja chromolę taką tezę, która leży i kwiczy, bo się potknęła o taki malusieńki szczególik, który czyni tak WIELKĄ RÓŻNICĘ.

Mój świat jest kobietą. Dziennik Lesbijki [Magdalena Okoniewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Cukiereczki – Mian Mian

Cukiereczki – Mian Mian
Przełożyła Katarzyna Kulpa
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2007 , 234 stron
Literatura chińska

   Mian Mian zaprosiła mnie do kręgu swoich przyjaciół. Częstowała cukierkami. Lubię słodycze. Usiadłam, wzięłam i spróbowałam. Zwłaszcza, że Cukiereczki były w Chinach zakazane, a zakazana słodycz tym bardziej kusi i tym rozkoszniej smakuje.
Niestety, nie tym razem.
   Dostałam cukierki o popękanym szkliwie, tak jak potrzaskane było życie bohaterów książki, o smaku gorzkiego piołunu, tak jak pełne goryczy, beznadziei, bólu były ich marzenia i słone, tak jak słone były ich łzy rozpaczy i bezsilności wobec walki z samym sobą.
   Każdy cukiereczek to inna historia drogi do najsłynniejszej ulicy w Pekinie, gdzie można było zaspokoić wszystkie ludzkie potrzeby: wyglądu, jedzenia, rozrywki, seksu czy głodu dzięki alfonsom, żebrakom, prostytutkom, alkoholikom, narkomanom, hazardzistom, dilerom. Taki stał się świat młodego pokolenia Chińczyków od końca lat osiemdziesiątych pod wpływem zachodniej popkultury. Nie pomógł Mur Chiński, który miał chronić przed resztą świata. Młodzi chcieli go przebić, przedostać się na drugą stronę chłonąc piękna muzykę The Doors wraz z narkotykami, AIDS i stylem życia, w którym pieniądze się zdobywa a nie zarabia. Niby nic nowego, bo to samo dzieje się w innych krajach i to od bardzo dawna, a „literatura narkotykowa” zalewa rynek wydawniczy. Przeraziło mnie tylko to, że w Chinach elementy patologiczne wyłapuje się jak szczury poprzez cykliczne, uliczne obławy i eliminuje poprzez rozstrzelanie, nawet za zwykłą kradzież. Natomiast chorych na AIDS wywozi się na bezludną wyspę, z której nikt nie wraca.
   Smutno mi, że ten piękny świat Azji Wschodniej wykreowany przez Lisę See, Pearl Buck, Lian Hearn i wielu innych ma również oblicze Mian Mian. Niezmienna pozostała tylko umiejętność pięknego nazywania starymi wyrażeniami nowych zjawisk: grzeszny dług – nielegalne dziecko, wędrowne wilgi – prostytutki czy ściganie smoka – wciąganie oparów heroiny.
   Smutno mi, bo przeczytałam epitafium chińskiej tradycji. Nie żałuję, bo ten nowy obraz również do niej należy.
   A zaczęło się od tak niewinnego zdania: ta książka będzie o tym, jak wszystkie grzeczne dzieci dostają cukierki… i chciałoby się dodać: i idą do piekła…

text

 Obrazek pochodzi ze strony V10.pl

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: