Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Blask – Marek Stelar

12 stycznia 2020

Blask – Marek Stelar

Wydawnictwo Videograf , 2019 , 400 stron

Literatura polska

   Tylu ludzi zginęło za coś, czego nikt tak w zasadzie nie widział na własne oczy. Coś nieprawdopodobnego…

   Chociaż nie do końca zgodziłabym się z tą niewidocznością. Aurę skarbu von Kaminskiego, mieszkańca przedwojennego Szczecina słynącego z kolekcji drogich kamieni, trudno było przyćmić, ukryć czy zgasić. Po wojnie wielu chciało go odnaleźć i przejąć. Począwszy od władz PRL po zwykłych ludzi. Tu i ówdzie zamigotał na krótką chwilę, na mgnienie oka, w okruchu informacji, w chciwości ludzkiej. Zaiskrzył w fasetach sporego brylantu w zaciśniętej, martwej dłoni żydowskiego chłopca. Jawił się w sprawdzonej informacji przekazywanej z ojca na syna. Mamił słowami świadka dobrze znającego rodzinę von Kaminskich. Każdy, kto zainteresował się nim, omotany wizją bogatej przyszłości, robił wszystko, by go odnaleźć. Wszystko, by wejść w jego posiadanie.

   Po trupach.

   Dosłownie. To dlatego akcja tego kryminału dzieje się w trzech, naprzemiennie opowiadanych, płaszczyznach czasowych, odzwierciedlających dzieje skarbu von Kaminskiego. Tuż po wojnie w 1946 roku, w latach komuny w 1978 roku i współcześnie w 2019 roku. Opowiadane przez bohaterów zaplątanych świadomie lub bez ich woli w bardzo skomplikowaną intrygę kryminalną, tworzyły obraz jednej rodziny: Krugłych i Prażmowskich. Ludzi spokrewnionych, których, poza więzami krwi, łączyły mroczne sekrety rodzinne wyłaniające się z czarnej otchłani przeszłości. Wiele wyjaśniających skomplikowane i naganne, wręcz patologiczne, postawy członków obu rodzin, mające wpływ na to, kim stało się najmłodsze pokolenie. A przy okazji, jaka przeszłość stoi za znaną postacią kryminalnego cyklu Krugły i Michalczyk, który powstały dużo wcześniej. To gratka dla fanów tego śledczego tandemu. To tutaj można dowiedzieć się, z jakimi obciążeniami Robert Krugły borykał się prywatnie.

   Autor stworzył kryminał z zagadką na miarę enigmatycznego „złotego pociągu” i Bursztynowej Komnaty. To skarb przyciągał moją uwagę. To na nim skupiałam się w trakcie poszukiwań sprawców kolejnych morderstw. To o nim myślałam, wsłuchując się w wyznania kolejnych bohaterów. To o niego pytałam, kiedy pojawiały się nic niewyjaśniające odpowiedzi. To jego chciałam ujrzeć w kolejno dynamicznie zawiązujących się wątkach. Autor omamił mnie nim tak, jak blask skarbu omamił wszystkich bohaterów zapętlonych w meandry jego historii. Ludzi, którzy gotowi byli podpalić stóg siana, by wyjąć z popiołów poszukiwaną „igłę”. Skupieni na jego aurze zapominali o dużo bardziej wartościowych „skarbach” życia codziennego. Oślepieni jego blaskiem przestali zauważać to, co najcenniejsze mieli tuż przed oczami.

   Drugiego człowieka.

   Autor w ostatnich słowach od siebie posunął się nawet dalej w tym przesłaniu, twierdząc, że właśnie takie nieistotne mity i miraże inicjowały coś tak potwornego, jak wojny, a w powieści, w życiu jej bohaterów, mnóstwo niszczącego, destrukcyjnego zła. To dlatego śmiało mogę powiedzieć, że w dużej mierze to również powieść społeczno-obyczajowa. Jej przesłanie jest ponadczasowe, bo przecież to miraż, który wiedzie na manowce nas nieustannie.

   Na naszą własną zgubę.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Blask [Marek Stelar]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swojej książce i nie tylko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: ,

Anatomia zdrowia – Agnieszka Leszczyńska

5 stycznia 2020

Anatomia zdrowia: jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę – Agnieszka Leszczyńska

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 224 strony

Literatura polska

   „…zdrowie; ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił…”

   Znamy, znamy bardzo dobrze ten fragment inwokacji z Pana Tadeusza Adama Mickiewicza. Dokładnie to nieszczęście przydarzyło się autorce tej publikacji. Dopadła ją choroba, która stała się impulsem do działania, do poszukiwań dróg wyjścia, a w konsekwencji do profilaktycznego podejścia do zdrowia  – W związku ze swoimi dolegliwościami, poznaniem oferty naszej służby zdrowia, oferowanym mi leczeniem wyłącznie objawowym i groźba operacji (która niosła spore ryzyko) zostałam zmuszona do zainteresowania się na poważnie terapiami naturalnymi. Znalazła też pozytywną stronę kilkutygodniowego unieruchomienia w łóżku – czas. Wykorzystała go, by podzielić się swoimi refleksjami, przemyśleniami, wnioskami, bogatą wiedzą i doświadczeniem w tej dosyć mocno skondensowanej treściowo publikacji.

   Można powiedzieć – kolejnej na polskim rynku wydawniczym.

   Ale, ale! Mnie zachęciło holistyczne brzmienie podtytułu – Jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę. To komplementarne podejście do tematu zdrowia wymusiło podział treści na trzy główne rozdziały, które nazwała poziomami – ciała, umysłu i duszy. O tym, że jest zawodową naturopatką, dowiedziałam się ze wstępu. Swoją wiedzę teoretyczną, popartą zielarsko-rolniczymi tradycjami rodzinnymi, a także zdobytą w trakcie kilkunastoletnich poszukiwań poprzez edukację, od początku starała się integrować z działaniem. Dlatego obok teorii znalazłam tutaj mnóstwo sprawdzonych rad, ostrzeżeń, praktycznych wskazówek, a przede wszystkim przykładów i przepisów ilustrujących omawiane zagadnienia. Otrzymałam też mnóstwo linków do obszarów poszerzających temat, wśród których utonęłam w Internecie. Spośród wielu najbardziej zaciekawiło mnie pozyskiwanie jadalnych roślin z otoczenia promowane przez Łukasza Łuczaja.

Otworzenie przede mną ogromnych możliwości w poszukiwaniu własnych ścieżek do zdrowia, to zasługa przyjaznej, przychylnej, ciepłej i mądrej narracji autorki. W swoim przekazie niczego mi nie narzucała, ale podpowiadała, kładąc nacisk na mój indywidualizm i prawo do elastycznej postawy.

   Ogromną zaletą tego wydania była jego polskość.

   To tutaj, jak w żadnej zagranicznej pozycji, autorka wypunktowała nasze polskie przywary, nawyki, przyzwyczajenia, schematy na poziomie ciała i umysłu, a na poziomie ducha, jedną z największych przeszkód do samodzielnego poszerzania wiedzy, a zwłaszcza świadomości – religii. Kiedy czytałam we wstępie jej ostrzeżenie – Niektórym ta książka może wydać się nieco kontrowersyjna, heretycka, niepoparta badaniami naukowymi. Mogą ja uznać nawet za publikację z gatunku fantastyki. – myślałam, że chodzi o brak tej naukowości. Jednak szybko zorientowałam się, że również o krytykę nauk Kościoła katolickiego, który swoimi nakazami i zakazami uważa za grzech nawet rozwój osobisty, nie wspominając o duchowym. Obrywało się też rodzicom jako pierwszym sprawcom „zniewolenia” umysłów dzieci. Również nauczycielom i systemowi edukacji, pod czym akurat tutaj mogłam podpisać się nogami i rękoma, jako trybik machiny na co dzień obserwujący tak celnie wymienione bolączki polskiej szkoły. Także mediom i kilku innym destrukcyjnym czynnikom generowanym przez normy kulturowe. Trafnie zauważa, że na przeciwstawienie się im dla własnego dobra czyli zdrowia, potrzeba dużej odwagi i jeszcze większej uważności połączonej z ostrożnością. Bo jak pogodzić chęć uprawiania jogi z jej katolickim zakazem? Może dlatego większość odpuszcza i woli wcielać w życie myśl Sofoklesa – Ludzie nie umierają, tylko popełniają powolne samobójstwo.

   Autorka pokazuje, jak się temu przeciwstawić.

   Jak zawalczyć o siebie. Uczciwie jednak uprzedza, że droga  do zdrowia przeważnie nie jest ani jednokierunkowa, ani prosta. Często wymaga zmiany myślenia i nawyków, bywa też, że przewartościowania całego życia. Nie jest jednak przeciwniczką medycyny konwencjonalnej. Raczej zwolenniczką połączenia sił medycyny akademickiej z niekonwencjonalną w imię dobra pacjenta. Namawia do czerpania z obu tego, co w nich najwartościowsze, najcenniejsze i najkorzystniejsze dla zdrowia konkretnego czlowieka, którego największą tajemnicą jest profilaktyka.

   Dla każdego indywidualna.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Anatomia zdrowia. Jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę [Agnieszka Leszczyńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Po takim wykładzie zastanawiam się, co jeść!?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe, Poradnik

Tagi: ,

Czerwone noce – Henryk Cybulski

3 stycznia 2020

Czerwone noce – Henryk Cybulski

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej , 1977 , 396 stron , wydanie 4

Literatura polska

   Jest to pierwsza publikacja o powstaniu i przetrwaniu organizacji samoobrony ludności polskiej we wsi Przebraże na Wołyniu w latach 1943-1944.

   Autor wstępu Stanisław Wroński napisał to zdanie z myślą o pierwszym wydaniu, ponieważ w moje ręce trafiło czwarte z kolei. Narrator wspomnień był komendantem wsi Przebraże, w której urodził się i dorastał. Licząca przed wojną około 2 tysięcy społeczność, skupiła polską ludność z okolicy, tworząc twierdzę obronną, która jako jedyna przetrwała do czasu wkroczenia wojsk sowieckich.

Ponad 25 tysięcy ludzi koczujących pod gołym niebem lub w szałasach wymagała nie tylko ochrony, ale również wyżywienia i leczenia. Losy tej niezwykłej społeczności, która stworzyła własne wojsko (cztery kompanie) zależała nie tylko od samych przebrażan, ale również od współpracy z partyzantami Armii Krajowej i sowieckimi, a także od umiejętnej dyplomacji z niemieckim okupantem, który musiał uwierzyć, że są tylko i wyłącznie formacją obronną przed napadami Ukraińskiej Powstańczej Armii, daleką od kontaktów z formacjami polityczno-wojskowymi.

Ta niezwykła wieś tworzyła małe państewko polskości z własnym wymiarem sprawiedliwości, administracji i systemem obronnym z umocnieniami i zasiekami długości 20 kilometrów, wśród upowców, Niemców, schutzmanów czy wreszcie volksdeutschów, zdrajców i kolaborantów.

   Nie było łatwo.

   Największą trudność komendantowi sprawiali sami mieszkańcy, którzy łatwo poddawali się panice oraz ludzie przenikający do społeczności w roli szpiegów. Również ci, którzy wykorzystywali sytuację do własnych celów, by przy odrobinie sprytu, odwagi i ryzyka (…) się nieźle „urządzić”. Obrona przed wrogiem nie ograniczała się tylko do biernego czekania na ataki. Oddziały często robiły wypady zwiadowcze lub w celu przejęcia ludności polskiej z zagrożonych pogromem terenów Wołynia. Czasami odbijały zagrabiony inwentarz przez UPA, a także ochraniały pracujących chłopów podczas żniw.

   Stąd wiele w tych wspomnieniach scen bitew i walk.

   Bardzo plastycznie i logistycznie ukazanych wraz z mapką obrazującą szkic obrony Przebraża podczas generalnego szturmu bulbowców. Odbierałam te wspomnienia jako nie tyle piękną historię odwagi i poświęcenia, ale przede wszystkim desperację ludzi skazanych tylko na siebie. Ludzi zwykłych, w większości chłopów, często bardzo młodych, których śmierć tonęła w tej zawierusze jak kropla w morzu.

Być może to jedyne miejsce ich upamiętnienia wraz z ich fotografiami.

   Wiele w tych wspomnieniach również indywidualnych tragedii.

   Żydów kryjących się po lasach, przygarnianych do Przebraża. Ukraińców pomagających Polakom, o których komendant wspominał – Mieliśmy liczne dowody przyjaźni, pomocy i współczucia ze strony wielu Ukraińców, trzeźwo i po ludzku patrzących na toczące się wydarzenia. Znaliśmy całe wioski ukraińskie, zdecydowanie odcinające się od ruchu nacjonalistycznego. Mieliśmy wiele przykładów ratowania ludzi, całych rodzin polskich, przez rodziny ukraińskie, które później ginęły z rąk mściwych morderców. Również Żydówki Irenki ukrywanej przez komendanta we własnym domu, a potem wśród partyzantów AK. Uciekinierów z innych wsi, wśród których odnalazłam mieszkańców Huty Stepańskiej, o pogromie której czytałam w Krwawych żniwach Czesława Piotrowskiego. Także szpiega sowieckiego, który po zamordowaniu niemieckiego generała trafił do Przebraża jako punktu przerzutowego do partyzantów Armii Czerwonej. Czytałam jednak te wspomnienia z ogromną ostrożnością.

   Ze względu na silnie odczuwaną cenzurę.

   Sam wstęp Stanisława Wrońskiego wprowadzający do treści był bardzo jednostronny i przesiąknięty propagandą jedynej, prawdziwej historii kreowanej przez komunistów. Bardzo raziło obwinianie przedwojennego rządu polskiego i AK jako twórców nacjonalizmu ukraińskiego w takich sformułowaniach – Gdyby nie było w owym czasie programu i działań AK, zmierzających do ponownego wcielenia tych ziem do Polski, sama pamięć o ucisku narodowościowym i obszarniczym z okresu międzywojennego, nawet przy wysiłkach polityki hitlerowskiej, nie byłaby w stanie  wywołać tak masowych rzezi ludności polskiej, dokonywanych przez sfanatyzowany żywioł nacjonalistyczny, I ten język! Bardzo charakterystyczny dla ówcześnie powszechnie używanej nomenklatury, który obecnie brzmi kuriozalnie – państwowość ukraińska typu radzieckiego. Irytowało również podkreślanie roli partyzantki sowieckiej w pomocy samoobronie i nacisk na współpracę, braterstwo i przyjaźń poprzez wspólną walkę. Bardzo jestem ciekawa, co naprawdę czuł i myślał autor relacji, kiedy pisał według wytycznych płynących z góry. Poddaję w wątpliwość jego lojalnościowe zapewnienie – Nie łączyłem własnych przeżyć ze stosunkiem do Kraju Rad. Jeżeli miałem uprzedzenia, to nie do władzy, nie do ustroju, który nas, chłopów, mógł tylko dźwignąć w górę, lecz do konkretnych metod.

   Przecież  był więźniem łagrów i żołnierzem AK!

   Uciekinierem z dalekiej Syberii, który, na miarę Długiego marszu Sławomira Rawicza i Tak daleko jak nogi poniosą Josefa Martina Bauera, pokonał tysiące kilometrów w 8 tygodni do rodzinnej wsi, nie za wiele pisząc o tym okresie życia. Mogłam się tylko domyślać, co kryło się za tymi enigmatycznie podanymi faktami. Po powrocie długo ukrywającym się po wsiach i miasteczkach przed ponownym aresztowaniem. Ofiarą stalinowskich czystek, którym padł tylko dlatego, że był leśniczym. Czy po tych przeżyciach można było napisać, jako prawdę? – Nikt z nas nie orientował się jeszcze wtedy w istocie beriowszczyzny i jej symptomach. Nie wiedzieliśmy, że jej ofiarą padali również i radzieccy uczciwi ludzie.

   Jakże smutny kompromis.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,