Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Joyce Girl – Annabel Abbs

15 września 2019

Joyce Girl: pasja i upadek: literacka opowieść o córce Jamesa Joyce’a – Annabel Abbs

Przełożyła Małgorzata Kafel

Wydawnictwo Mando , 2019 , 448 stron

Literatura angielska

   Jak się zaczyna szaleństwo, Sandy?

   To pytanie Lucia, główna bohaterka powieści biograficznej, zadała swojemu nauczycielowi rysunku. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że sama popadnie w obłęd i w wieku 27 lat zostanie zamknięta w paryskim zakładzie dla umysłowo chorych, nigdy nie odzyskawszy wolności. Jedyną osobą myślącą o niej, martwiącą się, odwiedzającą ją i mającą nadzieję na wyzdrowienie, będzie jej ojciec.

   James Joyce.

   Autorka stworzyła literacką opowieść o jedynej córce znanego i uznanego pisarza, posiadającej genialny potencjał wielu zdolności i talentów.

Tańczyła w szkole tańca nowoczesnego Raymonda Duncana, brata Isadory. Rysowała pod okiem Alexandra Caldera. Grała, śpiewała, tworzyła choreografię i znała cztery języki. Opowieść o tej wyjątkowej kobiecie jest próbą odpowiedzi na automatycznie nasuwające się pytanie – dlaczego Lucia, mając idealne warunki do rozwoju artystycznego i osiągnięcia międzynarodowego sukcesu, uporczywie żyła w cieniu sławy i geniuszu ojca, nie mając szansy zaistnieć samodzielnie, pomimo jednogłośnie entuzjastycznych recenzji w stylu – Kiedy osiągnie pełnię swoich możliwości w tańcu nowoczesnym, James Joyce może jeszcze zasłynąć jako ojciec swojej córki. Autorka, wykorzystując fakty z życia rodziny Joyce’ów oraz historyczne tło życia paryskiej bohemy lat 20. XX wieku, opowiedziała historię Lucii, przypisując jej słowa i wspomnienia jako narratorce w pierwszej osobie. Człowiekiem wysłuchującym jej zwierzeń uczyniła jej dwudziestego z kolei lekarza, znanego szwajcarskiego psychiatrę Carla Gustava Junga. To dlatego akcja powieści toczyła się naprzemiennie w jego gabinecie w Zurychu, w 1934 roku oraz w latach 1928-1932 głównie w Paryżu, a opowieść rozpoczęła od opisów pierwszych pragnień i ambicji, które opanowały serce i umysł dwudziestojednoletniej dziewczyny. Również pełnej naiwnej wiary w nieuchronność sukcesu także w życiu osobistym oraz przekonania, że była jedyną muzą swojego ojca. Ta ostatnia przypisana jej rola stała się dumą, ale i ciężarem. Przyczyną niemożności przeciwstawienia się rodzicom angażującym ją w działalność literacką ojca, kosztem jej marzeń i celów. Autorka ukazała powolny, destrukcyjny proces nieradzenia sobie z porażkami (zbyt późno podjęta nauka baletu), zawodami miłosnymi (z Samuelem Beckettem), materializmem brata (usilnie namawiającego ją do zamążpójścia dla pieniędzy), apodyktycznością matki podporządkowującej jej życie potrzebom ojca oraz samego babbo, jak nazywali go w rodzinie, namawiającego ją do porzucenia wszystkiego, co kocha na rzecz praktycznego zawodu ilustratorki lub introligatorki. Autorce udało się oddać ból i cierpienie niszczenia młodego geniuszu, by mógł w pełni rozwijać się inny. Sama Lucia porównuje siebie do młodego drzewka, które zapuściło korzenie za blisko starego platana.

   To musiała być powieść pełna cierpienia i bólu.

   Gęsta od skrajnych emocji historia mordowanych marzeń, gasnących pragnień, umierających ambicji, rozpływających się planów, trującej bezsilności, a za nimi rozpadu psychiki i wrażliwej duszy artystki oraz rozpaczliwych prób walki uwolnienia się spod wpływu i władzy ojca, przypłaconej nie do końca jednoznacznie zdiagnozowaną chorobą psychiczną. Może dlatego, że śmierci ludzkiego geniuszu nie można zamknąć w żadnej naukowej szufladce. Dla mnie jest osobną i odrębną jednostką buntu przeciwko ograniczeniom i zniewoleniu.

   Inaczej dusza choruje i wyje!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Taniec Lucii do dzisiaj inspiruje współczesnych tancerzy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , ,

Miłość jest warta starania – Justyna Dąbrowska

24 marca 2019

Miłość jest warta starania: rozmowy z mistrzami – Justyna Dąbrowska
Fotografie Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo Agora , 2019 , 392 strony
Literatura polska

Ależ intelektualna przyjemność obcowania!

Z dwudziestoma czterema umysłami nieprzeciętnymi, niepospolitymi, wyjątkowymi, oryginalnymi, które autorka nazwała mistrzami. Biegłymi z życia i w wielu dziedzinach, które uprawiali zawodowo – aktorstwo, reżyseria, tłumaczenia, krytyka literacka czy eseistyka. Artystami wielu sztuk. Wykładowcami akademickimi i badaczami nauk zarówno ścisłych, jak i humanistycznych. Niektórzy wielu wielu profesji i uprawianych dyscyplin nauki i sztuki.

Z szybkiego przebiegu spisu nazwisk wyłowiłam kilka znanych mi już, jak uwielbiana przeze mnie Danuta Szaflarska nie tyko za umiejętności aktorskie i wykreowane role, ale i za tę pogodę ducha, którą zawsze widziałam w jej oczach. Kazimierz Kutz, który otwierał poczet mistrzów. Hanna Świda-Ziemba, której przeciekawy życiorys poznałam, czytając jej wspomnienia w Uchwycić życie.

Ku mojej ogromnej radości wypatrzyłam również Zygmunta Baumana, którego publikacje zawsze windowały mnie na wyżyny rozważań intelektualnych takich, jak Retropia czy wpisana na mój top czytanych w 2016 roku Obcy u naszych drzwi. Jego rozmowę z autorką przeczytałam kilka razy, rozkoszując się treścią, stylem przekazu i pięknem szyku budowanych zdań, wspinając się na palce intelektu, by nie uronić żadnej myśli, żadnego logicznego wywodu czy wniosku.

Ciekawa byłam jednak wszystkich rozmów.

Razem zebrane, a nie rozproszone na łamachTygodnika Powszechnego, Wysokich Obcasów, „Pisma” i Gazety Wyborczej, dodatkowo uzupełnione rozmowami dotąd niepublikowanymi, stworzyły zupełnie inną jakość przekazu i przesłania. Nie indywidualną, osobną, dotyczącą tylko jednego człowieka, ale ponadczasową, zbiorową myśl polskich intelektualistów pokolenia, które powoli odchodzi. Niektóre z tych osób już nie żyją. Innym pozostało niewiele z powodu nieuleczalnej choroby. Ale to właśnie ten podeszły wiek, w połączeniu z bogatym, często traumatycznym doświadczeniem życiowym, pozwolił im na spojrzenie wstecz z dystansem i próbę odpowiedzenia na pytania, które człowiek zadaje sobie przez całe życie, ale pełne zrozumienie, wydźwięk i znaczenie odpowiedzi znajduje dopiero u jego schyłku. Chociażby to, o co warto się w życiu starać. Z perspektywy osiemdziesięciu i więcej lat wnioski stają się podpowiedziami dla tych, którzy zagubili się egzystencjalnie lub ich poszukują w sferze filozoficznej. Odpowiedź tytułowa – miłość jest warta starania – to tylko jeden z wariantów, bo jeszcze życie samo w sobie jest tego warte, własna wewnętrzna autentyczność czy minimalizm posiadania – wymieniają po kolei mistrzowie.

Ile osób, tyle odpowiedzi!

Właściwie różni ich wiele – pojęcie sensu życia, śmierci, przemijania, starości, miłości, religii, ale również bagaż doświadczeń, światopogląd, otwartość na innych ludzi czy styl życia.To było przeciekawe w swojej różnorodności, bogactwie emocji jakim obdarzał ich los, pasjonujące w wiedzę z wielu dziedzin nauki i sztuki, które miały decydujący wpływ na jakość życia zawodowego i osobistego.

Szukałam jednak punktów stycznych!

Tych myśli, które życie sprowadzało do wspólnego mianownika pomimo tych różnic. Konkluzji, które mogłabym zaadoptować. Mądrości uniwersalne, by uniknąć nauki na błędach własnych. Wyłuskiwałam je z rozmów o rzeczach istotnych, gdy wspólnie podkreślali takie wartości, jak miłość, rodzina, przyzwoitość i sens życia, którego, według Zygmunta Baumana, tyle jest, ile potrafimy w nie wlać. Ani grama więcej, ani grama mniej. Za to, co się w środku znalazło, ponosimy odpowiedzialność. Ale też te refleksje, które nasuwała fizjologia starzejącego się ciała, powoli ograniczającego nadal wysoką sprawność umysłu. To dlatego wszyscy pracowali mimo podeszłego wieku.

Witalność intelektualna to była podstawowa cecha wszystkich rozmówców.

Każdy z nich, pomimo emerytury, jeszcze pracował zawodowo lub umysłowo. Miał plany, terminy, zamierzenia i pomysły do zrealizowania. Żył raczej do przodu, niż przeszłością. Ta niewyczerpana kreatywność towarzyszyła im stale, czyniąc ich młodymi psychicznie. Wewnętrznie ujmowali sobie po kilkadziesiąt lat.

Przestrzegałabym jednak przed bezmyślnym przyjmowaniem ich rad.

Dosłowne kopiowanie zasady życiowej Zygmunta Baumana, którą tworzył na swój użytek prawie wiek, by żyć, jakby się miało żyć wiecznie, ale przeżywać każdą chwilę tak, jakby miała być ostatnią, a która sama w sobie niesie sprzeczność i jest formułą bardzo trudną do realizacji, może skończyć się katastrofą i zniechęceniem. To raczej kierunki pracy nad sobą. Podpowiedzi do budowania własnej, osobistej struktury konstrukcji światopoglądowej, a co za tym idzie – jakości życia. Drogowskazy stylu życia wskazane przez mistrzów, swoistą „starszyznę plemienną” Polaków, do której wysłuchania autorka stworzyła idealne warunki i zaprosiła do jej wysłuchania wszystkich.

Każdy może przed nią stanąć i zaczerpnąć dla siebie tyle, ile zechce wziąć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przeczytaj fragment książki

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Jan Nowicki: droga do domu – Rafał Wojasiński

21 marca 2019

Jan Nowicki: droga do domu – Rafał Wojasiński
Wydawnictwo Nowy Świat , 2009 , 117 stron
Literatura polska

Czytałam kiedyś listy Jana Nowickiego do pomieszkującego w niebie Piotra Skrzyneckiego, daleko odbiegające od tematyki wielkiego świata filmu, w którym zaistniał jako aktor. Wiedziałam więc, czego się spodziewać sięgając po tę pozycję i nie zawiodłam się.
Otrzymałam książkę, którą mogłam czytać, oglądać, a przede wszystkim nad nią pomyśleć. Książkę-przystanek w pędzie mojego życia, podsuwającą w swoich mini-rozdziałach myśl, życiowy wniosek, refleksję osnutą na wydarzeniu lub osobie z przeszłości bohatera wspomnień, dla którego Liczy się tylko przeszłość. Bo to jest całość. Przyszłość to jest nic, nawet jeśli jest zaplanowana., zawartych w krótkich impresjach, czasami w jednozdaniowej wypowiedzi takiej jak ta:

 

 

Po której zamyślałam się na resztę wieczoru, na czas tuż przed snem, by wrócić do przemyśleń pana Jana następnego dnia, by uczyć się od człowieka. Nie od aktora wielkiego formatu, ale właśnie od człowieka: co w życiu jest najważniejsze, co liczy się najbardziej, bo jak twierdzi człowiek się gubi i czasami kundli. Pokazując mi te drogowskazy czynił to od niechcenia, jakby myślami i duchem był już u swojego przyjaciela Piotra. Jakby właśnie wrócił do punktu wyjścia, do domu zmęczony z dalekiej drogi i chciał już tylko spokoju w oczekiwaniu na podróż ostatnią, do domu stojącym na końcowej stacji kolei życia.
A wszystko to uchwycone na czarno-białych fotografiach, ukazujących pana Jana rzadko wprost, a częściej z boku, z ukosa, wychodzącego, odchodzącego, pochylonego tak jak tutaj nad książką.

 

 

Zogniskowanych raczej na jego czynnościach, przedmiotach w dłoniach, otaczającym go tle. Tak jakby już go tu nie było, jakby nie on był najważniejszy, ale to co po nim pozostanie: myśli, uczynki, przyjaciele-zwykli ludzie i ostatnie słowa: Aktor to bardzo przeciętny człowiek, im bardziej przeciętny, tym lepiej.
I pusty fotel z odłożoną przed chwilą gazetą…

 

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Suma naszych dni – Isabel Allende

Suma naszych dni – Isabel Allende
Przełożyła Marta Jordan
Wydawnictwo Muza , 2010 , 399 stron
Literatura amerykańska

    Z prologu książki dowiedziałam się, że przede mną nie powieść, a zbiór listów pisanych przez autorkę do własnej córki, zmarłej na genetyczną chorobę porfirię. Oj, jęknęłam i zwlokłam się z mojego legowiska czytelniczego w poszukiwaniu megaopakowania chusteczek. Wiedziałam, że potem z oczami zwężonymi do szparek, zalanymi łzami, w życiu nie znajdę chociaż jednej, a w przypływie desperacji nawet używanej.
    I wszystkie te profilaktyczne zabiegi okazały się niepotrzebne. Nie polała się ani jedna łza, a oczy nie zaszkliły się ani razu. Powiem więcej. Nie raz i nie dwa uśmiechnęłam się. Momentami nawet szeroko.
    Jak to możliwe?
    Sama nie wiem jak można pisać do ukochanej, zmarłej córki, unikając ckliwości, rozdzierających serce i duszę scen bólu i rozpaczy, bez wywoływania smutku i żalu. A przecież pisała o swoim dalszym życiu już bez Pauli, z jej dotkliwym, fizycznym brakiem w przestrzeni, który uzupełniała wiarą w jej duchową formę istnienia, nawiedzającą dom rodzinny. O skomplikowanym życiu osób z jej rodziny i przyjaciół, wręcz obsesyjnie gromadzonych wokół siebie ze stadnym instynktem kwoki, a których nazywała pieszczotliwie: moje plemię. O życiu zwyczajnym w swoich radościach z sukcesów zawodowych i w problemach z dziećmi, z wnukami tymi żyjącymi i tymi nienarodzonymi, kapryśną weną literacką, uciążliwą promocją książek, z kryzysami w związku z mężczyzną jej życia i kolejną śmiercią wśród najbliższych. Dokładnie tak jak w tytule: o sumie smutków i radości wszystkich wspólnych, rodzinnych dni. Tych dni po odejściu Pauli.
    Nie jestem pisarką, więc nie mam pojęcia jak tego dokonała warsztatowo, jakich cudownych pisarskich sztuczek użyła czy technicznych chwytów. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, ale mogę napisać o skutkach takich słów, o efektach emocjonalnych jakie wywarły na mnie.
    Czytając te na pozór zwykłe listy czułam się początkowo jak intruz, przeglądający cudze myśli. Jednak styl narracji sprawiał, że odbierałam je tak, jakby pisane były do mnie i tylko czasami użyty zwrot „córeczko” przypominał mi o prawdziwej adresatce. Polubiłam je czytać. Łapałam się na tym, że w dzień wyczekiwałam wieczoru, kiedy będę mogła przeczytać kolejne listy, po których przykładałam głowę do poduszki i zasypiałam. Nie, nie. Nie dlatego, że były takie nudne czy usypiające w swojej monotonii, ale dlatego, że posiadały cudowną moc oczyszczania mnie z nagromadzonych przeżyć z całego dnia. Wygładzały zmarszczki trosk, oswajały problemy, wyciszały głośne myśli, uspakajały rozedrgane emocje, by ostatecznie po kilku listach poczuć wewnętrzną ciszę, pustkę i równowagę.
    Hipnoza słowem? Dosłownie?
    Nie wiem, ale wiem, że to książka-lek na całe zło tego świata. Na jad sączony przez cały dzień do moich uszu, na złe słowo rzucone dla żartu, złowróżbne spojrzenie z ukosa, kłody-niespodzianki na mojej drodze do celu, szpilki ironii, uciążliwe złośliwości, fatalne w skutkach decyzje. Dobre słowo neutralizujące śmieci psychiczne z całego dnia. Kojące. Skuteczne. Zażywać od jednego do kilku w zależności od nasilenia ilości ciężkich, życiowych przypadków. Najlepiej tuż przed snem i z miękką poduszką pod głową.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki

Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 317 stron
Seria Nowa Proza Polska
Literatura polska

Moje czytanie tej powieści uprzedziło swoiste motto-szantaż, którego fragment brzmiał:

…Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu…

Jak to? Przede mną więc powieść bez krzywego zwierciadła spojrzenia na rzeczywistość, tak cenionego przeze mnie w prozie tego pisarza? Moja nadzieja, że jednak może być inaczej, pozostała więc w zapewniającej, ale jednocześnie pojemnej treści odpowiedzi – zrobię, co się da.
Autor podjął się więc piekielnie trudnego zadania. Sprostać prośbie kobiety, na której mu zależało, pozbyć się charakterystycznej, nierozerwalnej jak do tej pory cechy swojego stylu, zmierzyć się z kontrowersyjną legendą Jerzego Kosińskiego, mającej tyle samo zwolenników co przeciwników, a którego uczynił najważniejszą postacią tej opowieści oraz przeciwstawić się zniechęcającym pytaniom: co ty właściwie chcesz o nim nowego powiedzieć? , czy ktoś jeszcze go czyta? , czy ktoś będzie chciał o nim czytać? Przerażona tymi ograniczeniami z lekką obawą zaczęłam wkraczać w polsko-rosyjski świat amerykańskiego Nowego Jorku począwszy od oficjalnych, elitarnych przyjęć poprzez zwykłe, na które zwala się nowojorska hołota po piwnice nieoficjalnych, nocnych seansów sadomaso. Wiedziałam, że opis będzie wiarygodny, bo po pierwsze czytałam jego wcześniejsze książki, a po drugie sam przyznaje: wiem co piszę, bo przepieprzyłem na takich przyjęciach dobrych parę lat. Dlatego w miarę czytania moje początkowe obawy znikały na rzecz coraz bardziej spójnego obrazu środowiska, w którym próbował odnaleźć się Dżerzi, jak mówili do niego przyjaciele. Na szczęście, nie otrzymałam jego prostego życiorysu, linearnej historii, odpowiedzi wprost na pytania dociekliwych dziennikarzy o tę prawdziwą przeszłość, o fałsz (genialnego dla mnie) Malowanego ptaka, o plagiat Wystarczy być, o pisanie pod dyktando CIA, o okoliczności przyjazdu do USA i wiele innych, próbujących dokonać wiwisekcji, prześwietlenia, przejrzenia na wylot człowieka, który nie mieścił się w amerykańskich normach i pojęciach. Nie otrzymałam też jednoznacznych ocen i osądów, bo jak opowiedzieć o osobowości zmiennej, dynamicznej, nieprzewidywalnej jak płomień świecy, wokół którego roją się owady-ludzie, czasami na własną zgubę, z których połowa mu zazdrości, a reszta nienawidzi lub uwielbia? O mężczyźnie, który był piekielnie brzydki i piękny, dziko chciwy i absolutnie bezinteresowny, bardzo sprytny i okropnie głupi, który ciągle coś albo kogoś udawał? Autor pozostawił mnie z faktami, ze zdarzeniami, z relacjami naocznych świadków, z opowieściami w formie wspomnień, skojarzeń i dialogów osób mu bliskich lub mających z nim kontakt zupełnie przypadkowy. Dla mnie mrocznymi, dusznymi, pełnymi koszmarów, lęków, obaw, uzależnień od ludzi, nałogów, wszechobecnego, obsesyjnego? seksu, przygniatającego dziedzictwa przeszłości, wiary w przypadek, pogardy dla pewności zwiastującej nudę i śmierć, płynięcia z nurtem życia i desperackiego szukania w bólu egzystencjalnym swojego miejsca , wartości, tożsamości, sensu życia, wdrapania się za wszelka cenę na sam szczyt, podpierając się prawdą i nieprawdą, by zaistnieć, rozświetlić NOC. I w życiu, i w pisaniu.
Z takim mrokiem w duszy, ścigającymi go demonami z przeszłości i współczesnym światem biznesu rządzącym się swoimi prawami pozwolił, żeby te prawdziwe i te wymyślone pewnej nocy otoczyły go w wannie na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy ciasnym kręgiem, nie pozwalając mu żyć dalej.
Z tych skrawków jego życia opowiedzianych przez innych, złożyłam obraz człowieka zagubionego, wielkiego mistyfikatora. Małego chłopca zmuszonego do wyparcia się własnej tożsamości, do kłamstwa, dającego mu szansę na przeżycie Holokaustu, a potem dorosłego człowieka, który tej metody na przeżycie nie potrafił?, nie chciał?, nie mógł? już porzucić, pozwalając tym samym, aby Hitler dokończył to co zaczął piórami dziennikarzy, by wykonali egzekucję z odroczonym wyrokiem skazującym. Obraz nakreślony w mistrzowski sposób, którego tak trudną do uchwycenia dynamikę autor osiągnął nie tylko poprzez prozę, ale i wplecione wstawki fragmentów dramatu oraz elementy charakterystyczne dla scenariusza filmowego. Obiektywizm w ocenie i nieuchwytność osobowości Jerzego Kosińskiego poprzez wielogłos osób opowiadających o nim. Subiektywizm poprzez wewnętrzny monolog bohatera z samym sobą. Pozostając przy tym, ku mojej przyjemności, cynicznym facetem przynajmniej w tych fragmentach dotyczących samego siebie.
Lubię prozę Janusza Głowackiego, ale najwyżej ceniłam sobie do tej pory jego dramat Antygona w Nowym Jorku tak dobrze zagrany przez Jerzego Trelę, Jana Peszka i Annę Dymną. Teraz obok niego stawiam Good nihgt, Dżerzi.

Good night, Dżerzi [Janusz Głowacki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Powieść ukaże się również w wersji do słuchania, a czytać będzie Krzysztof Globisz. Jej fragmenty mogłam odsłuchać na oficjalnej stronie książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Jak ryba w wodzie – Mario Vargas Llosa

Jak ryba w wodzie: wspomnienia – Mario Vargas Llosa
Przełożyła Danuta Rycerz
Wydawnictwo Znak , 2010 , 624 strony
Literatura peruwiańska

Miałam kiedyś znajomego zafascynowanego prozą Mario Vargasa Llosy, jeszcze przed jej zwiększoną popularnością w Polsce, do tego stopnia, że wszelkie dyskusje na temat literatury kończyły się bardzo często zachwytami nad jego powieściami, a te z kolei zawsze na jednym zdaniu wypowiadanym z głębokim przekonaniem i pasją w tonie głosu – Powinien dostać Nobla! Pod wpływem tej niezmiennej, żarliwej fascynacji sięgnęłam po Ciotkę Julię i skrybę i… NIC. Cisza! Żadnego oddźwięku gdzieś we mnie, w moim umyśle lub uczuciach, poza jednym, zdziwionym, cichym westchnieniem – Nobla? Za co Nobla!? Od tamtej pory patrzyłam na niego podejrzliwie, z przymrużeniem oka tolerując wyrozumiale jego lekką fiksację i słabość, bo każdy jakąś ma włącznie ze mną, aż do momentu, kiedy spełniło się jego marzenie – Mario Vargas Llosa otrzymał Nobla!
Tym razem to ja na siebie popatrzyłam podejrzliwie. Wiem, że nie przepadam za literaturą iberoamerykańską, bo nawet Sto lat samotności Gabriela Garcii Márqueza mnie nie przekonało do niej, ale może w tym przypadku coś przeoczyłam? Może jedna pozycja to za mało? Może akurat trafiłam na jego słabszą powieść? I pytanie, które najbardziej nie dawało mi spokoju – Co dostrzegli inni, a nie dostrzegłam ja? A ponieważ dorobek tegorocznego noblisty jest dosyć duży, postanowiłam zastosować metodę jednej z moich polonistek – poznaj losy i czasy, w których żył artysta, a zrozumiesz jego twórczość.
Zaczęłam więc od jego wspomnień. Właśnie tej książki.
Czułam się trochę jakbym po raz pierwszy założyła na nogi narty, masochistycznie zasłoniła oczy szalikiem i wystartowała w dół po stoku z muldami. Jazda na oślep, wśród zupełnie nieznanych mi faktów, raz szybka i równa, by zaraz wybić mnie z rytmu napotkaną przeszkodą spowalniającą tempo i wytrącającą z równowagi rozumienia, po której zadawałam sobie pytanie – Dziewczyno, co ty wiesz o polityce w Peru lat osiemdziesiątych? Co ty w ogóle wiesz o Peru?! Nie szkodzi – czułam, jak przekonywał mnie sam autor – czytaj, a dowiesz się, daj mi tylko szansę opowiedzenia jej tobie. I dowiedziałam się. Ta książka dokładnie przenicowała moje myślenie i wiedzę na temat mentalności narodów państw latynoamerykańskich, zwłaszcza Peru.
Ale po kolei.
Wspomnienia pisane są dwutorowo. Jedne dotyczą osobistych doświadczeń autora związanych z okresem dorastania, aż do pełnoletności i wyjazdu z Peru w 1958 roku, a drugie rozpoczynają się powrotem do ojczyzny i trzyletnim okresem prezydenckiej kampanii wyborczej w końcowych latach osiemdziesiątych. Oba dawkowane naprzemiennie rozdziałami. Jak się później przekonałam układ ten był bardzo uzasadniony i doskonale przemyślany, żeby nie zakrzyknąć – sprytny!
Początkowo z większą uwagą śledziłam losy małego Mario od momentu, kiedy w wieku dziesięciu lat poznał swojego biologicznego ojca, a który okazał się autokratycznym, nieprzewidywalnym, porywczym tyranem znęcającym się psychicznie i fizycznie nad synem i żoną. Jego dojrzewanie emocjonalne i społeczne. Rozwijającą się fascynację literaturą, poetami i pisarzami, a także nurtami filozoficznymi i ich twórcami. Budzenie się literackiej pasji i predyspozycji sprawnego operowania słowem. Poszukiwanie własnej drogi życiowej. Pojawianie się marzeń, krótkoterminowych celów i dalekosiężnych planów.
Był przy tym niezwykle szczery.
Nie ukrywał swoich początkowych sympatii do ruchu socjalistów i komunistów, swoich pierwszych doświadczeń seksualnych z prostytutką, korzystania z usług domów publicznych, prób z narkotykami, romansu ze starszą od niego o kilkanaście lat ciotką Julią, a późniejszą żoną, samemu skończywszy zaledwie lat dziewiętnaście.
W tych opowieściach nie ukrywał niczego.
Ale nie czynił tego bezinteresownie.
Ta osobista, miejscami intymna i do bólu prawdziwa spowiedź, stanowiła bazę gwarantującą wiarygodność wersji starań o prezydenturę Peru zakończoną wyborami w 1990 roku, ukazującą bagno ówczesnej sceny politycznej.
Autor wiedział, że jego biografię będą czytać tacy zupełnie niezorientowani w życiu politycznym Peru jak ja. Rozdziały temu poświęcone, z retrospekcjami politycznymi nawiązującymi do historii Peru, początkowo były dla mnie zupełnie niezrozumiałe, a przez to mało interesujące. Dawkował więc tę wiedzę powoli, szczegółowo, logicznie i co najważniejsze, naprzemiennie z ciekawą dla osłody opowieścią o sobie. Dzięki temu osiągnął efekt przesunięcia mojej uwagi z coraz bardziej pikantnych lub dramatycznych odsłon ze swojego życia, na rozpaczliwą sytuację polityczno-społeczno-gospodarczą dalekiego i obcego mi kraju, a dla niego ukochanej, ale chorej ojczyzny. Po doczytaniu ostatniej strony i zamknięciu książki, usiadłam (czytam na leżąco) trzymając przed sobą te kilkaset stron rozbieganych myśli, uporządkowanych poglądów, oswojonej nowej wiedzy, a przede wszystkim emocji, czując w dłoniach jej ciężar dosłownie i w przenośni, mając w pamięci łzy wyborców po przegranej, rozżalenie i bezsilność. Klęskę i zaprzepaszczoną szansę narodu peruwiańskiego na demokrację.
Geniusz autora polegał na tym, aby wykorzystując popularność własnej osoby jako cenionego pisarza, pokazać światu patową sytuację pogłębiającej się regresji we wszystkich dziedzinach życia własnego kraju. Zwrócić uwagę na beznadziejność położenia ubogiej ludności rządzonej przez elity, ukazać mechanizmy tej sytuacji i przyczyny niemożności wydobycia się z niej. Bezsilność jednostki wobec systemu władzy politycznej uzależnionej od nacisków i manipulacji przedsiębiorców, wojskowych i kapłanów różnych religii.
Teraz, kiedy pisarz otrzymał nagrodę Nobla, książka będzie pełnić rolę ambasadora Peru, bo jak sam autor pisze, żył w wielu krajach, w których zdołał poczuć się jak w domu i mógł żyć w nich dostatnio do końca swoich dni, ale mimo wszystko to, co dzieje się w Peru, bardziej mnie obchodzi, bardziej irytuje niż to, co zdarzyło się gdzie indziej.(…) Czuję, że między mną a Peruwiańczykami istnieje pewne poczucie wspólnoty na dobre i na złe – zwłaszcza na złe.(…) W domu moich dziadków i mojej matki zawsze ż y ł o s i ę w Peru, zawsze byliśmy Peruwiańczykami i to był najcenniejszy dar, jaki otrzymała moja rodzina.
Dlaczego więc przegrał wybory człowiek prawy?
Przyczyn, które tak dobrze przedstawił i zanalizował pisarz, nie wolno mi ująć w jednym zdaniu czy nawet w kilku. Uproszczenie zamazałoby złożoność zjawiska. Żeby zrozumieć dlaczego Peru to kraj dobrych ludzi, którzy wybierają na swoich politycznych przywódców nieuczciwe miernoty, trzeba przeczytać tę książkę.
A mnie pozostało zacząć czytać powieści Mario Vargasa Llosy, zawierające, jak sam wskazywał wielokrotnie, wiele wątków biograficznych, zwłaszcza, że kreślone w nich tło polityczne nie jest już dla mnie niezrozumiałe. Jako pierwszą postanowiłam przeczytać Miasto i psy, ponieważ wątek zaczerpnięty z młodości zaciekawił mnie najbardziej.
Czy dobrze robię?

 



 

Wydawnictwo Znak powieści noblisty wydało w przepięknej szacie graficznej. Powyżej umieściłam tylko kilka okładek. Tym bardziej żałuję, że do wspomnień nie dołączono żadnych fotografii.

 

 

W tej samej tonacji graficznej wydawnictwo stworzyło autorską stronę internetową pisarza.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Kontury 1/2012

Kontury , nr 1 , 2012 , 89 stron

Na rynku wydawniczym pojawił się nowy magazyn kulturalny w formie papierowej, który jest uzupełnieniem istniejącego w Internecie portalu pod tą samą nazwą Kontury.
Pierwsze wrażenie, a podobno ono jest decydujące, jakie nasunęło mi się, biorąc go do ręki, to intrygująca grafika na okładce, a drugie to jego poręczność. Format wielkości szkolnego zeszytu, pozwalający na noszenie go ze sobą i czytanie w każdej wolnej chwili. A potem szybki rzut na wyróżnione w dolnym rogu nazwiska autorów tekstów lub ich bohaterów i…

 

 

Zaskoczenie!
Jedno nie było mi obce, bo czytałam debiut powieściowy Marcina Pietraszka – Brak złudzeń. Już to sugerowało mi, co znajdę w środku:

 

 

Twórców nieznanych lub mało znanych, debiutujących lub będących na początku swojej drogi w przestrzeni kultury, bo są tutaj i pisarze, i poeci, i muzycy, i artyści, których działalność trudno jednoznacznie zaszufladkować.
I to też dobrze!
Bo jak się okazuje, poszukiwanie to podstawowa cecha młodych twórców tak, jak w przypadku Agnieszki Nadstawnej, bohaterki bardzo przewrotnie napisanego felietonu z działu publicystyki. Ale nie od niego zaczęłam czytać magazyn, a od prozy. Nie tylko dlatego, że byłam jej najbardziej ciekawa, ale dlatego, że miałam przed sobą pierwszy numer czasopisma, którego poznawanie najlepiej zacząć od metody „po kolei”. Rytuał zaczynania czytania od ulubionych działów, nazwisk lub tekstów, ustala się dopiero z czasem.
W dziale proza przeczytałam więc cztery opowiadania, w tym dwa debiutanckie, ale każde inne w swojej różnorodności – science fiction, satyra, dystopia i monolog. W dziale poezji trzy wiersze Tomasza Wybranowskiego, a w dziale publicystyki recenzję książki i filmów studyjnych, felietony o znanych i uznanych oraz wywiady, z których najbardziej zaciekawił mnie z właścicielką wydawnictwa COMM, opowiadającej o trudnej sytuacji małych, początkujących wydawnictw. Obraz rynku książkowego od kuchni dopełniła rozmowa z pisarzem Piotrem Olszówką. Ostatni dział zawierał wywiady z muzykami niszowych zespołów, których utworów mogłam posłuchać na płycie CD, dołączonej do magazynu.

 

 

Po zakończeniu tego zapoznawczo-rozpoznawczego czytania, zastanawiałam się komu mogłabym polecić ten magazyn i doszłam do wniosku, że teoretycznie każdemu, bo zakres jego tematyki jest bardzo szeroki, obejmujący zainteresowania i tych co czytają, oglądają, słuchają, i tych którzy nie mają sprecyzowanych zainteresowań chłonąc wszystko to, co niesie ze sobą kultura. Ale praktycznie poleciłabym wszystkim tym, którzy lubią poszukiwać i odkrywać nowe trendy, doznania, wrażenia, formy i którzy nie odnajdują siebie w kulturze popularnej i skomercjalizowanej. Ten magazyn pomaga odnaleźć nowe przestrzenie, inne drogi wyrażania siebie, podsuwa ciekawe pomysły samorealizacji i samorozwoju, podpowiadając co warto przeczytać, obejrzeć i posłuchać, gdzie warto zajrzeć, czego szukać i o kogo pytać, a czego nie dowiedzą się z popularnych mediów.
Mnie najbardziej zainteresowała strona literacka (bardzo dobre opowiadanie Barbary Gabrysz Fantom, którego było mi mało i poproszę o powieść, a także zaskakująca i ciekawa forma jednozdaniowego monologu Adaś Marcina Pietraszka) oraz grafika Iwony Jóźwiak, która zasługuje na osobny felieton lub wywiad, a nie na skromną notkę. Natomiast zupełnie nie zainteresował mnie artykuł o wyborach Miss Polonia w Irlandii. Ośmielam się nawet twierdzić, że wyrzuciłabym go z tego magazynu i nie umieszczała jemu podobnych w przyszłości. To tematyka, która może pasuje do przepastnego pojęcia kultury, ale do charakteru magazynu już nie.
Bo magazyn ma charakter, którego nomen omen kontury widać już w pierwszym numerze.
I na koniec niespodzianka dla dzieci czytelników, którą można, jak pisze redaktor naczelny Dariusz S. Jasiński w powitalnym wstępie, włączyć pociechom na czas czytania dorosłych – piękny, kolorowy program rozwijający wyobraźnię i zdolność zapamiętywania.
Jestem bardzo ciekawa dalszych losów magazynu na bardzo trudnym, polskim rynku wydawniczym.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

 

 

A tutaj obejrzałam zwiastun magazynu i powody, dla których warto czytać magazyn Kontury.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi:

Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia – Anna Król

Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia – pod redakcją Anny Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2014 , 184 strony
Literatura polska

Nie-biografia to słowo-klucz do tej pozycji.
Nie zwiodła mnie jego forma podtytułu, pomniejszona i jakby doczepiona do wielkiego nazwiska w tytule głównym. Wręcz przeciwnie. Zachęciła. Bo jeśli nie biografia, to co? I czy na biografię nie składają się również konteksty społeczne, kulturowe i „wariacje na temat” bohatera biografii?
Wszystko zależy od punktu patrzenia.
Sam pisarz, poeta (i nie tylko!) napisał – Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii, ponieważ w moim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom. Bardzo demotywujący pogląd dla biografów i jednocześnie wskazówka, gdzie szukać Jarosława Iwaszkiewicza. Stąd wnioskuję, że w jego pojęciu biografia to twórczość, w której utrwalił i zamknął swój wewnętrzny i intensywnie przeżywany świat. Chcąc ją poznać (a i tak pośrednio), trzeba sięgnąć po jego powieści, opowiadania i wiersze. Ostatecznie po ich literackie i krytyczne opracowania i interpretacje.
I tego tutaj nie było.
I nie mogło być, skoro to nie-biografia. Nie jego jej pojmowanie. Było za to wszystko to, co współistniało, tworzyło, powstawało lub działało na pisarza i miało wpływ na biografię w jego pojęciu – emocje w twórczości zaklęte, uwięzione, zatrzymane. Wszystko to, co umożliwiało mu wyrażenie siebie. Baza dająca poczucie stabilności i warunki do pisania. Składali się na nią przede wszystkim ludzie, których lubił i którymi otaczał się – rodzina, przyjaciele, znajomi, osoby ze środowiska literackiego. Ich wspomnienia w postaci wywiadów z córką Marią, przysposobionym synem oraz gosposią Zofią, umieszczone w części pierwszej, tworzyły obraz ojca, przewodnika życia, męża i pracodawcy, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Korespondencja ze znajomymi i bliskimi, umieszczona w części trzeciej, ukazywała pisarza jako człowieka, przyjaciela i kochanka. Chociaż to ostatnie ledwo zarysowane, zasugerowane. Część druga zawierała eseje młodego pokolenia, w których echa fascynacji i inspiracji osobą i twórczością psiarza były dowodem na ich ponadczasowość.
Poznawałam tę nie-bografię z rosnącym zainteresowaniem, zaliczając się do drugiej grupy wymienionej w zdaniu umieszczonym na okładce książki – Gratka dla znawców biografii pisarza i szansa na rozpoczęcie „znajomości z Iwaszkiewiczem” dla wszystkich amatorów.
Jestem amatorką.
Na Jarosława Iwaszkiewicza natykałam się przy okazji opracowań epok literackich, ekranizacji jego powieści (obejrzałam Brzezinę i Panny z Wilka) czy współczesnych publikacji wspomnieniowych „odbrązawiających” postacie historyczne, w których wątek homoseksualizmu nawiązywał często do nazwiska pisarza. Ostatnio wspominała o tym Różą Thun w swojej autobiografii Róża. Nigdy te przelotne, przypadkowe spotkania nie skłoniły mnie do sięgnięcia po jakikolwiek jego tekst. Zadanie, jakie postawiła sobie redaktorką tej publikacji, było trudne – namówić, zainspirować lub zachęcić do spotkania z Jarosławem Iwaszkiewiczem, takie osoby, jak ja. Na tyle zaintrygować, bym zechciała nie tylko zgłębić temat, ale może odwiedzić Stawisko, w którym żył, pracował, gościł przez ponad pół wieku znanych artystów (i nie tylko!) swojej epoki. Obecnie prężnie działające Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów jako centrum kultury wysokiej.
W pełni jej się to udało!
Na początek odwiedziłam i zwiedziłam dom dzięki specjalnemu programowi Wirtualne Stawisko, o którym wspomniano w krótkim rysie historycznym. Zadbała również o to, bym nic nie wiedząc o pisarzu, poznała przynajmniej w minimalnym stopniu jego życiorys. Ale w jakiej ciekawej formie!

 

To oś czasu z najważniejszymi datami, informacjami z życia pisarza i cytatami jego myśli, na tle najważniejszych wydarzeń historycznych Polski i świata. Tak wprowadzona w epokę, odnajdywałam jej atmosferę w wywiadach, korespondencji, a nawet w esejach. Ich autorzy zadbali o liczne przypisy wyjaśniające nieznane mi wydarzenia, przedstawiające mi osoby z otoczenia pisarza lub opisujące konteksty zdarzeń. Całości dopełniała graficzna strona książki, pełna zdjęć pisarza i rodziny,

 

przyjaciół , reprodukcji listów czy jego rękopisów umieszczonych nawet na wewnętrznej stronie okładek.

 

Autorom tej pozycji udało się to zaaranżowane, dobrze przemyślane spotkanie moje z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Przede wszystkim z wrażliwym człowiekiem, kochającym ludzi, przyjaznemu światu i estetę o bogatym świecie wewnętrznym potrafiącym ubrać go w słowa.
Chciałabym go poznać bliżej, dlatego pytam – od jakiego tytułu zacząć?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Spotkać Iwaszkiewicza [Praca zbiorowa]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: