Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Notes Herbertowski – opracowanie Marek Zagańczyk i Karolina Sivilli

21 marca 2019

Notes Herbertowski – opracowanie Marek Zagańczyk i Karolina Sivilli
Wydawca Zeszyty Literackie , Wydawnictwo Austeria , 2014 , 199 stron
Literatura polska

Poznałam światopogląd Zbigniewa Herberta poprzez jego poezję. Wymieniane drogowskazy drogi idź, dokąd poszli tamci z imionami bohaterów Gilgamesza, Hektora, Rolanda i nakazem – Bądź wierny. Idź… – brzmią we mnie od czasów szkoły średniej. Znam jego niezłomną, trudną i tragiczną u schyłku życia biografię dzięki publikacjom biograficznym. Z kolei dzięki temu bibliofilskiemu wydaniu poznałam go z krawędzi pewnych pojęć i niepewnych odczuć. Z punktu styczności odważnego twórcy i zwykłego człowieka. Z miejsca, w którym poeta gromadzi materiał surowy, pulsujący emocjami, nieobrobiony, pierwotny i pochłaniany wszystkimi zmysłami – węchem, wzrokiem, słuchem, smakiem czy dotykiem. Ta pozycja jest takim warsztatem przedstawionym Zbigniewa Herberta. Pokazuje skąd, między innymi, czerpał swoją wiedzę, w jaki sposób ją zdobywał, dokąd wędrował w swoich podróżach, czemu poświęcał najwięcej uwagi, jakie detale przyciągały jego wzrok, jak odbierał otaczającą go rzeczywistość, co go najbardziej absorbowało i wreszcie najważniejsze, co czuł?
Tego wszystkiego dowie się fan twórczości poety.
Ja odkryłam w tym wydaniu inną rolę. Rolę wytrawnego przewodnika, stojącego w opozycji do współczesnego zwiedzającego, który pokazuje mi, jak wędrować, aby z długich i dramatycznych dziejów ludzkich wydobyć ślady, znaki utraconej wspólnoty. Nieważne, czy będzie to romańska kolumna z Tyńca koło Krakowa, tympanon z kościoła św. Petroneli koło Wiednia i płaskorzeźby w katedrze św. Trofima w Arles, ważne, by uświadomić sobie, że istnieje ojczyzna szersza niż ojczyzna swojego kraju. To pierwsza lekcja tolerancji, a może nawet akceptacji inności, z którą należy wyruszyć w podróż, by niczego nie oceniać, wobec niczego się nie dystansować, od niczego się nie odcinać lub, co najgorsze, dyskredytować, deprecjonować i wyśmiewać. I zaraz po niej pierwsze zadanie – przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie. Zadanie odwołujące się do mojego wewnętrznego dziecka – ciekawego i głodnego świata. To pomoże w koniecznym zagubieniu się w nowym miejscu, bo tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić.
Tych lekcji i zadań jest tyle, ile tekstów umieszczonych w notesie, zawsze u dołu strony:

 

To fragmenty podróżne poety wyłuskane z jego szkiców literackich. Każdy opatrzony poprzedzającym go zdjęciem artysty na wcześniejszej stronie

 

lub własnoręcznym rysunkiem:

 

Poeta lubił mieć przy sobie notatnik, w którym utrwalał na gorąco myśli, wrażenia, odczucia, spostrzeżenia, skojarzenia i usłyszane informacje, które zapisywał obok szkicowanych detali:

 

Tak wydana pozycja wręcz namawiała mnie do odpowiedzi, do polemiki, do interaktywnego działania – pisz we mnie, szkicuj, notuj, utrwalaj! Masz na to dużo miejsca. Aż osiem czystych stron gotowych przyjąć twoje przemyślenia. Kuszącą pustkę kartek, którą możesz zapełnić swoim wnętrzem, bo zdjęcia i filmy to tylko twój obraz zewnętrzny. To dlatego spis treści zawiera tylko numerację stron:

 

Te wykropkowane miejsca mogę wypełnić sama. Nadać własne tytuły rozdziałów mojej osobistej podróży dokądkolwiek. Choćby o dwie ulice stąd. Za rogiem też może być ciekawie!
I lekcja ostatnia, dla mnie najważniejsza – sposób na poznanie oryginału, a nie jego namiastki czy reprodukcji. To flanowanie. Najprzyjemniejsza część programu według poety, kiedy zeszyt i szkicownik idą do kieszeni i zaczyna się włóczenie bez planu, według perspektyw, a nie przewodników. Taki autorski sposób na uniknięcie konwencjonalnej turystyki, planów, pośpiesznego dotykania rzeczy godnych uwagi, nakaz obcowania z dziełami uniwersalnymi, a nie z niepowtarzalną, indywidualną urodą życia. By poczuć to ostatnie, trzeba być podróżnikiem idealnym – przekonuje mój przewodnik. A podróżnik idealny to ten, kto potrafi wejść w kontakt z przyrodą, ludźmi, i ich historią – a także sztuką. To wszystko dostępne jest tylko dzięki właśnie flanowaniu czyli wędrówce poza utartymi szlakami, włóczeniu się bez celu i planów, zadawaniu się z ludźmi, podnoszeniu kamyków i ich wyrzucaniu, studiowaniu menu restauracji i pubów, czytaniu ogłoszeń, zwłaszcza tych pisanych odręcznie, asystowaniu przy grze w kości czy przytykaniu twarzy do murów, by wyłowić zapachy kamieni, kotów i średniowiecza.
To wszystko, dla poety, jest punktem wyjścia do stworzenia obrazu literackiego, dla fanów jego twórczości wydaniem bibliofilskim, a dla mnie początkiem wiedzy o zwiedzanym kraju. Początkiem Wielkiej Podróży. Dlatego dla mnie mottem tej publikacji (a którego w niej zabrakło mi) jest początek wiersza poety Podróż:

Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Polskie Imperium – Michael Morys-Twarowski

Polskie Imperium: wszystkie kraje podbite przez Rzeczpospolitą – Michael Morys-Twarowski
Wydawnictwo Znak , 2016 , 346 stron
Seria Ciekawostki Historyczne.pl
Literatura polska

Prawdziwa gra o tron!
Nie taka filmowa, troszkę zmyślona i ubarwiona, ale krwista, rzeczywista, zabójcza i bezwzględna walka o tereny, władzę i wpływy. Spoglądając na treść tego opracowania, ośmielam się twierdzić, że bardziej zacięta ze strony przeciwników niż moich rodaków. Roztrwoniliśmy majątek przez to nasze podejście uwidocznione w powiedzeniu – „Bóg dał, Bóg wziął”. Przez to nasze samozadowolenie, krótkowzroczność i kłótliwość straciliśmy niejeden hektar w świecie. Byliśmy za bardzo ufni, kurtuazyjni, litościwi, miłosierni i szlachetni, zapominając, że powstawanie kolonii nie opierało się na żadnych zasadach. Była to brutalna wojna gangów, wszystko załatwiano metodą faktów dokonanych, oczywiście zachowując pozory legalności. I tacy byliśmy dobrzy dla innych aż do Józefa Becka, który swój brak stanowczości w egzekwowaniu zobowiązań Słowaków wobec Polski, a nawet rezygnację z poważnych rewindykacji, uzasadniał w ten sposób – …nie chciałem przeciwko temu budzącemu się narodowi wykorzystywać siły dla doraźnych korzyści. „Budzący się naród”, jak pokazała historia, takich dylematów nie miał. Z drugiej strony, może to i dobrze, że nie byliśmy tacy pazerni i bezwzględni, bo mogę twierdzić, że zbudowaliśmy Polskę własnymi rękoma, a nie na niewolnictwie i grabieży bogactw innym narodom. Mam tu na myśli kolonie.
I tu, jak się okazało w miarę czytania, trochę się myliłam!
Mieliśmy kolonie! A jakże! Tylko ja o tym nie wiedziałam. W ogóle ta „gra o tron” przedstawiona, momentami niczym powieść, przez autora, była dla mnie jakąś zupełnie inną historią Polski! Co rozdział, to popadałam w coraz większe zdumienie. Przy okazji w dumę i przyjemne zadowolenie również! I żeby całkiem nie osłupieć, postanowiłam czytać te rewelacyjne doniesienia, jak dobrą sensację. Tyle że prawdziwą! Zresztą autor już w prologu lojalnie mnie uprzedził – Tytuł na pierwszy rzut oka wydaje się zbyt efekciarski. Jednak z każdą przewróconą stroną książki będzie stawał się coraz bardziej uzasadniony. Każda bowiem strona ukazywać będzie Polaków wkraczających do Kijowa, Sztokholmu, Moskwy i Bukaresztu, do różnych państw – od południowej Italii po granicę Finlandii – uznających zwierzchność polskich monarchów… To był kraj, w którego granicach mieściły się terytoria aż osiemnastu współczesnych państw! Dlatego ta reklamówka propagująca te pozycję to nie pusty slogan!

To szczera prawda!
I w tym miejscu pojawił się we mnie żal do historyków i moich nauczycieli historii.
O ile ci drudzy musieli uczyć tak, jak podręcznik i program nauczania nakazywał, o tyle ci pierwsi świadomie pomijali w opracowaniach historycznych te niezwykłe, często spektakularne wątki w polskiej historii. Kierowali się różnymi pobudkami. A to kronikarze nie pokusili się odnotować faktu w kronice, jakby ówcześni mieszkańcy kraju nad Wisłą przegapili, że znowu mają dostęp do morza – tyle że Czarnego, a nie Bałtyckiego. A to okazywało się, że nawet zawodowi historycy nie zawsze potrafili sobie wyobrazić, w jak różnych częściach świata znajdowały się posiadłości polskich monarchów. A to pozwalali fałszować fakty innym historykom, nie protestując przeciwko nieścisłościom. A to genealodzy nie dostrzegali ważności kolejnej żony jakiegoś króla.
I tak przez wieki.
A autor te „grzechy zaniechania” badaczy powyciągał na światło dzienne, przed oczy współczesnych mu rodaków i dokładnie opisał, całą treścią krzycząc – A to Polska właśnie!
Od morza do morza!
A nawet zamorska! I nie szkodzi, że była, że roztrwoniliśmy po drodze swój majątek. Ale była! I taka też była nasza historia. I mamy, my, Polacy, prawo o tym wiedzieć! Nie stale i tylko niewolniczo-cierpiętniczo-martyrologiczna, ale dumna, pełna rozkwitu i mocy! Autor, tak, jak obiecał, konsekwentnie i skrupulatnie to udowadnia. Całość swoich opowieści pełnych faktów popartych bogatą bibliografią dołączoną do książki, przypisami i licznymi materiałami ikonograficznymi,

poukładał chronologicznie, z niewielkimi odstępstwami od tej reguły. Każdy rozdział opatrzył cezurą czasową

i odpowiadającą jej mapką historyczną

z zaznaczonymi, ówczesnymi granicami Polski oraz terenami, o które toczyła się „gra o tron”. To moje porównanie zaczerpnęłam ze stylu narracji autora, który lubił takie historyczno-filmowe skojarzenia i odniesienia, ułatwiające mi zrozumienie czasami bardzo skomplikowanego dyplomatycznie zagadnienia. Pisany językiem współczesnym, czasami kolokwialnym, z oryginalnymi, ale uwspółcześnionymi cytatami i dialogami, z ogromną swadą, pasją, pozytywną gorączką i humorem, stwarzał, pomimo wagi faktu i powagi sytuacji, wrażenie powieści historycznej z elementami sensacji, kryminału i thrillera. Bo jak nie podsumować w ten sposób rozdziału o Szwecji, gdy Sztokholm zdobyliśmy w deszczową noc w samodwunast czyli w dwanaście osób! Nawet autorowi było trudno w to uwierzyć, pisząc – Zajęcie w dwanaście osób Sztokholmu, liczącego ponad osiem tysięcy mieszkańców, brzmi jak pomysł, który narodził się w pijanej głowie. Mnie to trochę nie dziwło. Przecież to polska cecha – rycerska, huzarska, a potem ułańska fantazja!
Nie będę wymieniać krain, których byliśmy legalnymi właścicielami.
Ten smaczek zaskoczenia i przyjemności odkrywania naszej potęgi pozostawię innym czytelnikom, a potem nasuwającego się jednego i jednoznacznego wniosku – byliśmy imperium. W apogeum rozwoju terytorialnego Rzeczpospolita liczyła prawie milion kilometrów kwadratowych. Co pięćdziesiąty mieszkaniec Ziemi był podwładnym króla Zygmunta III Wazy!. A mimo to, jak pisze autor, takie pojęcie jak „Polskie Imperium” jest nieobecne w polskiej literaturze naukowej.
Na szczęście dzięki tej publikacji będzie przynajmniej w literaturze popularnonaukowej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Polskie Imperium [Michael Morys-Twarowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Cyganie – Rolf Bauerdick

Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem – Rolf Bauerdick
Przełożyli Anna i Robert Urbańscy
Wydawnictwo W.A.B. , 2013 , 238 stron
Seria Terra Incognita
Literatura niemiecka

Cyganie to nielubiany naród?
Po polskiej publikacji Dym się rozwiewa Jacka Milewskiego polemizowałabym z tym twierdzeniem zawartym w tytule, ale wobec faktów i argumentów, bardzo brutalnych w swej wymowie, jakie przytoczył autor w swoich reportażach, muszę przyznać mu rację.
Zaostrzyłabym nawet to określenie do nienawiści.
Autor zawarł w czternastu rozdziałach wiele płaszczyzn składających się na ostateczny obraz Cyganów w Europie. I mimo ostrzeżenia, jakie otrzymał od pewnej Rumunki – Trzymaj się z dala od Cyganów. – podjął ponad sto podróży do Cyganów w dwunastu krajach Europy. Pojechał do nich nie jako etnolog, socjolog, badacz czy społecznik walczący o ich prawa, ale jako reporter i fotograf. Stąd wkładka z wieloma zdjęciami dołączona do treści książki.

Był gościem, przed którym otwierano drzwi, ale nadal obcym. Gadziem. Dla reportera to wystarczało, bo nie musiał wnikać, analizować i rozumieć tak, jak naukowiec. Mógł za to obserwować, relacjonować, komentować i opowiadać o swoim zdumieniu, niezrozumieniu, a niekiedy i o strachu.
Był moim medium, dzięki któremu widziałam i czułam to samo.
Pierwsze moje zaskoczenie to zupełnie inny obraz od tego, który widziałam w polskiej publikacji o polskich Cyganach. Dużo bardziej ekstremalny we wszystkich dziedzinach ich życia. Najbardziej wstrząsnęły mną sceny Cyganów żyjących na wysypisku śmieci w rumuńskiej Oradei.

Śpiących w kabinie zezłomowanego auta. Z dziećmi bez palców odgryzionych przez szczury. Z walką o pożywienie wraz z nadjeżdżającymi rano śmieciarkami. Z mężczyznami pijącymi aż do utraty równowagi. Z kobietami obarczonymi gromadą dzieci. A i tak nie czułam wszystkiego tego, co autor – zmagałem się z mdłościami i okrutnym smrodem, który tkwił w moim ubraniu jeszcze przez długie dni, i osłupiałem, widząc, co ludzie są w stanie znieść. A z drugiej strony Cyganie stawiający pałace.

Z jednej strony rasizm wobec Cyganów włącznie z morderstwami i podpaleniami, a z drugiej strony bojownicy o ich prawa, narażający dla nich własne zdrowie, a nawet życie. Próby zachowania honoru i dumy, ale i żebractwo, prostytucja, wróżbiarstwo i kradzieże. Dyskurs badaczy antycyganizmu pouczających rasistowskie i antycygańskie społeczeństwa dominujące, ale i jałowość tych dyskusji wynikająca z oderwania się od rzeczywistości, bo przesiadują lata w bibliotekach i za biurkiem, ale nawet jednego dnia nie dzielą z Cyganami na wschodnioeuropejskich wysypiskach śmieci. Urok praktykowania unikatowych zawodów blacharza, kowala, cynkarza czy wikliniarza i świadomość, że nie znajdą one możliwości kontynuacji w mocno kapitalistycznym trzecim tysiącleciu. Poprawność polityczna rządzących, ale i deportacje Cyganów poza granice ich krajów. Hipokryzja, którą Umberto Eco nazwał ukrywaniem nierozwiązanych trudności społecznych wyłącznie poprzez zwyczaj bardziej uprzejmego wyrażania się.
Naród wielu, ogromnych i skomplikowanych kontrastów!
Również wewnętrznych. To one były dla mnie zupełnie nowymi, nieznanymi mi dotychczas problemami, z jakimi borykają się Cyganie. Procesy i zjawiska społeczne niszczące ich od wewnątrz jak sprzedaż dzieci, mafie kredytowe, handel kobietami i narkotykami, zorganizowana przestępczość żebracza. To wewnętrzne podziały plemienne, wzajemne wykorzystywanie, brak jedności i jednomyślności wśród Cyganów okazują się ich największym wrogiem i czynnikiem autodestrukcyjnym.
To najistotniejszy, ale i najsmutniejszy wniosek płynący z tych reportaży, który autor formułuje tak – istnieje nie tylko strach przed Romami, ale także strach o Romów. O rozdarty naród, który nie potrzebuje gadziów, by zburzyć sen o cygańskiej wolności.
Niektórzy się z tego ucieszą…

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Cyganie [Rolf Bauerdick]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Różnym głosem – Joanna Mizielińska , Justyna Struzik , Agnieszka Król

Różnym głosem: rodziny z wyboru w Polsce – Joanna Mizielińska , Justyna Struzik , Agnieszka Król
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 378 stron
Literatura polska

Tęczowe rodziny!
Są! Istnieją! Funkcjonują! I wcale nie jest im tak kolorowo, jak sugerowałaby ich nazwa. Stanowią punk zapalny wszelkich dyskusji na temat wychowywania dzieci przez pary homoseksualne. Burzą nie tylko powszechnie przyjętą definicję rodziny, nie tylko zmuszają badaczy nauk społecznych do przetasowania pojęć, ale również do otwartości na sposoby ich nowego definiowania. Rodziny LGBT to czubek góry lodowej złożoności przemian rodzinności we współczesnym świecie, w którym nieformalność partnerskich związków homoseksualnych z dziećmi, nazywanych w tej publikacji rodzinami z wyboru, nakłada się na już i tak skomplikowaną rzeczywistość rodzin heteroseksualnych, niekoniecznie sformalizowanych, ale rekonstruowanych, patchworkowych, typu LAT, kohabitacyjnych czy samodzielnych rodzicielsko. W zakresie tej złożoności nie różnią się niczym.
Czynnikiem jednoznacznie je różnicującym jest orientacja płciowa rodziców.
Autorki badając rodziny z wyboru w ramach projektu badawczego Rodziny z wyboru w Polsce w latach 2013-2016, miały na celu przede wszystkim pokazanie właśnie tych różnorodności konfiguracji rodzinnych i intymnych tworzonych przez osoby nieheteroseksualne w Polsce, wynikające z nich problemy oraz zrozumienie wyzwań, z którymi osoby te zmagają się w codziennym życiu. Ze względu na wprowadzenie do polskiej socjologii rodziny temat do tej pory marginalizowany i tabuizowany, musiały wykazać się dużą ostrożnością w podejmowaniu trudnych decyzji, taktownością w pracy badawczej, a przede wszystkim odpowiednim doborem metod badawczych. Zwłaszcza w stosunku do dzieci. To temu zagadnieniu poświęciły pierwszy rozdział opracowania, zawierający bardzo szczegółowy opis metodologii badań. Włącznie z zarysem problemu, opisem grup badawczych oraz uzasadnieniem wyboru dominującej metody fokusowej nad metodami ilościowymi. Dzięki takiemu podejściu, ukazanie rodzin z wyboru miało charakter pogłębiony, pokazujący interakcje zachodzące między członkami rodziny, przyjmowane przez nich normy, wartości, sposoby ich negocjowania, rozwiązywania problemów czy podejmowania decyzji. Pozwoliło to też na zgromadzenie dużej ilości materiału narracyjnego, ilustrującego, w formie licznych cytatów, opisy formułowanych zagadnień, ich analizę, a w konsekwencji wnioskowanie.
Autorki spojrzały na rodziny z wyboru z różnych punktów widzenia – lesbijek, gejów, osób biseksualnych, ich dzieci, rodzeństwa, rodziców, dziadków oraz seniorów i seniorek LGBT. Ta wielowymiarowość oglądu zagadnienia funkcjonowania par homoseksualnych wychowujących dzieci pozwoliła na wyraźne ukazanie problemów, potrzeb oraz oczekiwań wzajemnych, wobec społeczeństwa, a także wobec państwa.
Jak okazuje się, powstały obraz wcale nie jest jednoznaczny.
Ogromny wpływ na tę różnorodność, złożoność, rozbieżność, a czasem nawet sprzeczność, ma homofobia i stereotypy oraz wynikający z nich ostracyzm społeczny z silnym podłożem kulturowym. Bezsilny jednak w walce o dotychczasowy status quo rodziny. Zarówno dynamika rozwoju i przemian rodziny, jak i praktyki oporu przyjmowane przez rodziny z wyboru, a także ich pomysłowość w pokonywaniu barier instytucjonalno-prawnych w zostawaniu rodzicami, z góry skazują społeczeństwo na coraz silniejszą i jawniejszą obecność w nim rodzin jednopłciowych. Sprzyja temu również nauka, której argumenty poparte badaniami polskimi i zagranicznymi, przytaczają autorki, powołując się na konkretne opracowania. Jednogłośnie mówią one, że osiągnięto konsensus naukowy odnośnie do braku negatywnego wpływu rodzicielstwa jednopłciowego na dzieci. Ich pełną listę zamieściły w obszernej bibliografii. Powszechny dostęp do takich publikacji ukróciłby sięganie po dyskurs rozpowszechniony publicznie, w którym szkodliwe stereotypy są powielane – utrzymują autorki.
Publikacja wpisuje się w dyskurs społeczny na temat gender, LGBT i ich funkcjonowania w polskim społeczeństwie. O ile czytana przeze mnie wcześniej publikacja LGB: zdrowie psychiczne i seksualne omawiała to zagadnienie od strony medycznej, to ta stanowi pionierski fenomen socjologiczny nie tylko ze względu na przyjętą metodologię badań, ale również ze względu na tematykę trudną do zaaprobowania dla osób akceptujących homoseksualistów, ale już nie wychowywanie przez nich dzieci.
Wpisuję się w tę grupę dyskutantów jako metodyk wychowania.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Różnym głosem [Agnieszka  Król, Joanna  Mizielińska, Justyna  Struzik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Sankofa – Tomasz Gaj OP , Magdalena Pajkowska

Sankofa: nie zmarnuj życia – Tomasz Gaj OP , Magdalena Pajkowska
Wydawnictwo W drodze , 2017 , 288 stron

Literatura polska

   Sankofa to dla mnie nowe pojęcie i idea.

   Nie wystarczyło mi wytłumaczenie w książce, że to myśl zawarta w afrykańskim aforyzmie i oznacza, że świadomie patrzę w tył, by mądrze przeżyć i pójść ku przyszłości ze świadomością, skąd wyszedłem, kogo na mojej drodze spotkam. Poszperałam w Internecie i dowiedziałam się, że sankofa to ptak, którego w rzeczywistości nie ma. Jest mitem symbolizującym ideę afrykańskiego ludu Akan, która, cytując za Wikipedią, brzmi – Musimy powrócić i odzyskać swoją przeszłość, abyśmy mogli zrozumieć, po co i w jaki sposób staliśmy się tym, kim jesteśmy dziś. Natomiast na stronie Carter G. Woodson Center znalazłam dosłowne wyjaśnienie wyrazu, które okazało się być połączeniem trzech innych znaczeń: san – powracać, ko – iść, fa – patrzeć, szukać, brać. Graficznie przedstawiana jest jako ptak, którego stylizacji wyglądu jest ogrom, co widać na niewielkim tylko wycinku poniższego zrzutu ekranu otrzymanego po wpisaniu pojęcia w wyszukiwarkę:

To dlatego symbolicznym przewodnikiem po książce, poprzedzającym każdy rozdział, jest ptak. Nie jest to wprawdzie sankofa, tylko nasz wróbel.

Ale nie o takie niuanse chodzi.

   Chodzi o samo przesłanie.

   Autorzy – dominikanin, zakonnik, ksiądz, psycholog i psychoterapeuta oraz mężatka, matka, polonistka, dziennikarka, lektorka i tłumaczka – wykorzystali afrykańską myśl, która dyskretnie, jak delikatna nić, przewija się przez kolejne rozdziały. Towarzyszy im w dwunastu rozmowach podejmujących różnorodną tematykę. Od czysto psychologicznych zagadnień sięgających głęboko  do wewnętrznego „ja”, samooceny, uczuć i emocji, poprzez rolę rozmów, konfliktów i odpoczynku, na powołaniu skończywszy. Każdą z rozmów poprzedza wstęp opisujący zdarzenie wzięte z życia jednego z autorów, sygnalizujący tematykę spotkania. Pada w nich mnóstwo pytań, ale i wiele odpowiedzi lub wspólnych ich poszukiwań. Niosą ze sobą bardzo dużo podstawowej wiedzy psychologicznej, tyleż samo zagadnień religijnych oraz płaszczyzn, na których jedno z drugim pięknie łączą. To w tych momentach rozmówcy konfrontowali teorię z praktyką czyli z własnymi, osobistymi zdarzeniami i przeżyciami. Czynili charakteryzujące ich różnice – atutami. Te nieśpieszne rozmowy, pełne wzajemnego słuchania, wymiany myśli, wnikliwych obserwacji, poszukiwań, zestawień perspektyw, odmiennych lub identycznych wniosków mają, według autorów, inspirować czytelnika do dalszych, własnych poszukiwań.

   Do znalezienia lub odnalezienia własnej drogi.

   Ich pełne psychologicznej i teologicznej wiedzy rozmowy mają w tym pomóc. Mają być drogowskazem, jak nie zmarnować życia. Jak czerpać, zgodnie z ideą sankofy, z przeszłości, z własnego „ja”, by w pełni przeżywać teraźniejszość i z nadzieją odkrywać przyszłość.

   Ale przede wszystkim poznać, zrozumieć i pokochać siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sankofa [Magdalena Pajkowska, Tomasz Gaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Singapur Noir – red. Cheryl Lu-Lien Tan

Singapur Noir – pod redakcją Cheryl Lu-Lien Tan
Przełożył Marcin Wróbel
Wydawnictwo Claroscuro , 2017 , 262 stron
Seria Noir
Literatura singapurska

   Moja wędrówka noir po mrocznych zaułkach miast świata trwa!

   Tym razem czternastu pisarzy zaprosiło mnie do Singapuru. Ich nazwiska mogłam poznać już na okładkowym skrzydełku, a krótkie biogramy na końcu książki.

Wiedziona ciekawością chętnie weszłam w miasto-państwo położone w pobliżu Półwyspu Malajskiego. Niewiele wiedziałam o tej części świata. Nazwę kojarzyłam tylko z piosenką Singapur zespołu 2 plus 1. Dlatego ucieszyłam się ze wstępu redaktorki antologii opowiadań, która przybliżyła mi krótką historię miasta oraz jego specyfikę – położenie, demografię i zasady życia w nim. Ponieważ nie posiadałam żadnych innych skojarzeń poza piosenką, pozostały mi po tym wstępie same zaskoczenia.


By Photo: Marcin Konsek / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0, Link

Pierwsze to trochę bajkowy, a trochę futurystyczny wygląd i czystość miasta z zakazem żucia gumy, co redaktorka podsumowała – mam czasem poczucie, że można tu jeść z chodnika. Drugie to miano „azjatyckiego tygrysa”, w którym spośród wszystkich gospodarstw domowych co szóste (…) dysponowało majątkiem w wysokości przynajmniej miliona dolarów. Po trzecie raj podatkowy dla bogaczy.

   Raj dla wszystkich!

   Tę wizję może nie burzy, ale uzupełnia o to, czego nie widać w pełnym słońcu, jej ciemna strona. Ma je każde miasto. Dualizm charakteru w przypadku tej metropolii zapowiada już jej sama nazwa. Singapur to z sanskrytu Lwie Miasto, ale już w języku angielskim zawiera w sobie grzech – sin. Jakie grzechy można popełnić w mieście tak idealnym do szczęśliwego życia, gdzie woda nadawała się do picia, a przestępczość właściwie nie istniała. (…) Każde drzewo było równo przycięte, chodniki wręcz lśniły czystością, a ruch uliczny odbywał się bez żadnych zakłóceń?

  Oj, można!

   O tym uprzedza redaktorka tomiku, pisząc – Pod tą lśniącą powierzchnią kryje się jednak mroczne rojowisko. Dżungla z przyczajonym niebezpieczeństwem  napotkania tygrysa, w której śmierć nie jest widoczna, ale zawsze obecna. Ta wymierzana przez wymiar sprawiedliwości i ta popełniana w ciemnych zaułkach, niepozornych mieszkaniach, przez pozornie spokojnych mieszkańców. We wszystkich jej, bez wyjątku, dzielnicach, jak pokazała tradycyjnie dołączona mapka prowadząca mnie tropem opisanych zbrodni.

   Mam wrażenie, że na śmiertelnym szlaku wiodły prym przede wszystkim kobiety. To ich destrukcyjnej mocy, seksapilowi, płatnej lub złudnej miłości, a nawet mrocznemu wpływowi, poświęcono pierwszą część opowieści o jakże wiele mówiącym tytule – Syreny. Uważaj na długowłose kobiety, czyhające wśród cieni – ostrzegała matka swojego syna w opowiadaniu Figowiec. Rozwiązłość to jeden z najpowszechniejszych z singapurskich grzechów popełnianych przez wszystkich mieszkańców, bez względu na pochodzenie, stan cywilny czy status materialny,  przekonuje autor opowiadania Detektyw z miasta bez zbrodni. Jej motyw przewija się właściwie przez prawie wszystkie opowiedziane historie, ukazując miejsca miłości sprzedajnej i cudzołożnej zarówno w domach publicznych, jak i w zaciszu prywatnych posesji. Ale to przede wszystkim ludzkie losy wypełniają treść opowiadań stworzonych zarówno przez najlepszych, współczesnych, singapurskich pisarzy, jak i tych, którzy są w jakiś sposób z Singapurem związani. W efekcie powstał obraz miasta mrocznego, ukrytego pod fasadą lśniącego szkła, wielokulturowego, rozbrzmiewającego kilkoma językami, a przez to widzianego zarówno oczami jego mieszkańców, jak i cudzoziemców. Ten uzupełniający się i przenikający się widok emanuje jednak przede wszystkim ludzkimi namiętnościami, obsesjami, emocjami ludzi ze wszystkich warstw społecznych – bogatych elit, bezdomnych, służących czy ludzi wykształconych. Dorosłych i dzieci, zdrowych i opanowanych przez demony. Tych pochodzących z wierzeń i tych tkwiących w psychice ludzkiej.

   Mogłabym powiedzieć – nic nowego!

   Tak było w każdym mieście, które odwiedziłam literacko w serii Noir. Poszukałam więc wyróżników tego miejsca i znalazłam jeden, ale za to przerażający swoją perfidną zwodniczością. Nic w tym mieście nie jest tym, czym się wydaje w pierwszym, miłym, przyjaznym kontakcie. Każde z tych opowiadań buduje urokliwą, fascynującą fasadę opartą na powszechnych, pozytywnych skojarzeniach i przekonaniach, by w bolesny, gwałtowny, a nawet śmiertelny sposób,  nagle zakończyć opowieść, nie pozostawiając możliwości ucieczki. Przypomina to egzotyczne, wesołe miasteczko oferujące wiele atrakcji i dobrą zabawę. Zwiedzającym wydaje się, że znają zasady jego funkcjonowania, by w tracie finału „gry” dowiedzieć się, że Singapur to Disneyland, w którym można dostać karę śmierci.

   W tym kryje się jego koszmar.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Tak sobie kiedyś śpiewałam, nie wiedząc właściwie o czym!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Małe życie – Hanya Yanagihara

 

Małe życie – Hanya Yanagihara
Przełożyła Jolanta Kozak
Wydawnictwo W.A.B , 2016 , 816 stron
Literatura amerykańska


   Ranliwa jest ta opowieść!

   To nowe dla mnie słowo, które napotkałam w tej powieści, ale jakże adekwatne! Ujmuje cały bagaż emocji, jaki ze sobą niesie opowieść, zalewając mnie nimi do granic tolerancji i wytrzymałości psychicznej. Mogłabym użyć bliskoznacznego „tkliwa”, a ból napłynąłby natychmiast, ale „ranliwa” wskazuje dodatkowo na jego źródło – rany. Którejkolwiek kartki nie dotknęłabym, czułam go,bo każda była ziejącą raną posypaną solą, wciąż od nowa otwierająca się lub autodestrukcyjnie otwieraną. Bo historia Jude’a, który jest głównym bohaterem, sadystycznie tnie, szarpie, rozrywa i rozdrapuje głęboko. Do żył, do mięsa i kości. Sięga ostrymi szponami do najgłębszych warstw emocji, wyciągając je na zewnątrz. Ekshibicjonistyczne rozwlekając je, babrząc się w nich i niemiłosiernie przedłużając cierpienie, żebym dobrze poznała jego życie i zrozumiała jego postępowanie. Żebym adekwatnie, do dna, do korzeni nerwów, poczuła (a i tak nie do końca!) to, co Jude. Tak skutecznie, że przestawałam czytać, nie mogąc brnąć dalej.

   Dwa razy dotknął mnie kryzys czytelniczy!

   Dwa razy zastanawiałam się, czy czytać dalej? Czy to jest opowieść dla mnie? Czy dam radę przejść przez życie Jude’a obnażone i rozwleczone, niczym psychiczne bebechy, przez 800 stron?

   Przez małe życie, owszem, ale w kosmosie cierpienia.

   I chociaż kosztowało mnie to sporo obrzydzenia, lęku, bólu, złości i najbardziej nielubianej przeze mnie bezsilności, to warto było ponieść ten koszt, bo przeczytałam opowieść, która zdetronizowała wszystkie znane mi powieści (Szczygieł, Tajemna historia, Mały przyjaciel) Donny Tartt. Właśnie tymi wyśrubowanymi emocjami przelanymi na mnie, bo pod względem warsztatu pisarskiego są sobie równe, a nawet podobne w drobiazgowości, w upodobaniu do szczegółów, w przywiązaniu do detali w tworzonych opisach.

   A początkowo nie zanosiło się na taki zachwyt z mojej strony!

   Autorka nie uległa trendowi na przykucie mojej uwagi poprzez stosowanie zasady „trzęsienia ziemi” Alfreda Hitchcocka. Wybrała tradycyjny sposób przekazu zimnego wprowadzania w świat czterech przyjaciół – JB, Malcolma, Willema i Jude’a. Sielankowy, przeciętny, prozaiczny moment w życiu – przeprowadzkę dwudziestokilkuletnich chłopców do wspólnie wynajmowanego mieszkania w Nowym Jorku. Powszechny epizod wchodzenia młodych ludzi w dorosłe życie tuż po ukończeniu studiów, który wykorzystała na retrospekcję ich przeszłości, by naszkicować psychofizyczny portret każdego z nich, z których najbardziej skryty, pełen sekretów, niedopowiedzeń i tajemnic okazał się Jude. Chłopak znikąd, którego bolesne losy będzie mi dane poznawać przez następne kilka dekad. Ich delikatne sygnalizowanie wystarczało mi, by mieć nadzieję na więcej, mimo, co tu dużo mówić, dosyć nudnego, aż dwustronicowego, początku. Pozornie zapowiadającego zaledwie letnią obyczajówkę. Tak może go odebrać czytelnik przyzwyczajony do opowieści, które mniej więcej w tym momencie przeważnie się kończą, a tutaj okazał się zaledwie preludium. Ale to właśnie temu mylącemu początkowi, który zniechęcił moją koleżankę, książka trafiła do mnie.

   A ja się nią delektowałam, cierpiąc!

   Z jednej strony, pod względem warsztatu pisarskiego, to majstersztyk. Opowieść dopracowana w każdym jej elemencie. Narracji zewnętrznej pozwalającej krążyć mi w czasie, zarówno w przyszłości, ale najczęściej w przeszłości, by budować zrozumiałą teraźniejszość. Sylwetek bohaterów nawzajem  budujących i uzupełniających swoją historię i profil poprzez opowieść o sobie i o innych. Bogactwa wątków subtelnie poprowadzonych i splecionych ze sobą w zakończeniu. Tematyki do przemyśleń poruszającej zagadnienia uniwersalne, jak miłość (w tym homoseksualna), przyjaźń czy zło, poparte zwyczajnym życiem bohaterów. Środków stylistycznych, wśród których metafory były najskuteczniejszymi w obrazowaniu zarówno opisów rzeczywistych, jak i stanów psychicznych oraz pojęć materialnych i abstrakcyjnych.  By z drugiej strony boleśnie poznać granice własnej wytrzymałości emocjonalnej oraz granice tolerancji pojmowania okrucieństwa, by ostatecznie poczuć ból istnienia w morzu nienawiści i miłości! Który wprawdzie nie jest moim udziałem, ale może być udziałem osób z mojego otoczenia. Każdego życia, które nie wiem, jak bardzo, wydawałoby mi się małe. Nawet tego zwierzęcego.

   I chociażby z tego powodu, nie pozwolę, by moja koleżanka nie doczytała tej powieści.

   Książkę wpisuję na mój top książek czytanych w 2017 roku. 

Małe życie [Hanya Yanagihara]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Zwiastun książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Projekt zdrowie – Anders Hansen , Carl Johan Sundberg

Projekt zdrowie: szwedzki poradnik inteligenta – Anders Hansen , Carl Johan Sundberg
Przełożył Tomasz Oczkowski
Wydawnictwo Smak Słowa , 2017 , 248 stron
Literatura szwedzka

   Kolejna ważna, książkowa cegiełka w budowaniu mojego holistycznego podejścia do zdrowia!

   Czytając poradniki dotyczące szeroko pojętego zdrowia, doszłam do wniosku, że nie ma jednego, uniwersalnego poradnika na temat – jak żyć długo, zdrowo i szczęśliwie. Niewiele jest takich, które prawie sięgają tego ideału. Zaliczam do nich Ikigai Héctora Garcii i Francesca Mirallesa, którzy spojrzeli na ten problem całościowo, zawierając w nim wszystkie niezbędne elementy. Jednak niewyczerpująco omówili je. Między innymi czynnik zdrowia został tylko zasygnalizowany.

   Stąd moje sięgnięcie po tę pozycję.

   Jej tematyka zawęża się tylko do ruchu i kondycji fizycznej, ale za to rzetelnie, dokładnie, wyczerpująco, a przede wszystkim nowatorsko. Czyż nie brzmi rewolucyjnie taka myśl – lepiej być dobrze wyćwiczonym, lecz z nadwagą, niż nieaktywnym, choć szczupłym?! Nic dziwnego! Jej autorami są dwaj lekarze szwedzcy – profesor fizjologii i psychiatra. Przewrotnie, przedstawiając całą wiedzę, jaką zebrali, poznali i poparli najnowszymi badaniami nauk medycznych, zaczęli od truizmu:

Większość z nas wie, że ruch to zdrowie. Może nawet wszyscy. Ale nie do końca wiemy, dlaczego i jak bardzo? Wielu zdziwi się, że wpływ ruchu sięga nawet do tak dalekich obszarów, jak geny! Okazuje się, że niechęć do ruchu przekazujemy następnym pokoleniom w postaci  „genów leni kanapowych”! Autorzy w tym poradniku wskazują na niewiarygodne efekty, jakie przynosi aktywność fizyczna – znacznie bardziej kompleksowe niż utrzymywanie wagi i poprawa kondycji. To, czy zażywasz ruchu, wpływa na cały organizm, na twój mózg i twoje geny. Przewrotnie, przypuszczając, że sporo czytających to „lenie kanapowe”, proponują pigułkę na lenistwo, które traktują na równi z epidemią nadwagi i zarazą palenia nikotyny.

   Któż w tym momencie nie zrobiłby się czujny?!

   Skoro przekonują – jest taka pigułka, by zaraz dodać – nazywa się aktywność fizyczna! Jeśli z ich strony zabrzmiało to sarkastycznie, a ja poczułam zawód, że jednak ruszać się trzeba, to zaraz łagodzą to rozczarowanie kolejnym, rewelacyjnym dla mnie zdaniem – Mówiąc dokładnie, jest to tak proste, jak trzydzieści minut szybkiego spaceru dziennie. I uwaga na pocieszenie – Nie trzeba wcale uczestniczyć w maratonie lub Biegu Wazów. Nie trzeba nawet spacerować. Ważne jest, byś każdego dnia przez pół godziny wykonywał czynność, która pod względem aktywności będzie podobna do spaceru. To wspaniała wiadomość dla osób, które są przekonane, że ruch to trening, ćwiczenia i bieganie wymagające potu, krwi i łez czyli zadyszki, bólu mięśni i spocenia się.

   Brzmi rewelacyjnie!

   Bo ta pozycja jest rewolucyjna właśnie w takich odkryciach. Obala mity, powołując się na rezultaty najlepszych i najnowszych badań w dziedzinie medycyny poświęconych oddziaływaniu aktywności fizycznej i treningu na ciało człowieka. Żeby nie być gołosłownym, wszystkie źródła wiedzy, na które powołują się, umieścili w obszernej bibliografii. Dzięki temu mogą wskazywać na dotychczasowe błędne myślenie dotyczące ćwiczeń fizycznych. I tu niespodzianka dla tych, którzy lubią jednak trenować i kochają ruch!

   Ten poradnik jest również dla trenujących!

   Zawiera obszerne rozdziały na temat treningów przygotowujących do sportu wyczynowego czy maratonów. Proponują własny trening interwałowy, wywodzący się z tradycji trenerskich sportów wyczynowych. Ważnym elementem tej części treści jest uwaga dotycząca uzależnienia od ruchu! Po raz pierwszy spotkałam się z ostrzeżeniem przed takim skrajnym podejściem do sportu przez amatorów.

   Ale ta wiedza została umieszczona na końcu książki.

   W 2/3 objętości treści autorzy skupiają swoją uwagę na tych czytelnikach, którym ruszać się nie chce. Czyli na mnie! Nie lubię czynnego sportu, nie lubię się ruszać, posiadam „gen lenia kanapowego” i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, że inni biegają, ćwiczą na siłowni lub „tańczą” zumbę. Nieśmiało tłumaczę się zawsze, że dużo chodzę, w duchu myśląc, że to argument wyjęty z kosza.

   Otóż okazało się, że nie!

   Moje wielokilometrowe codzienne chodzenie, bo nie jestem zmechanizowana, uzyskało w tym poradniku taką samą rangę ważności, jak treningi innych. Ważna jest suma ruchu, w którym liczy się każdy krok wykonany w danym dniu. I niekoniecznie trzeba się przy tym spocić! Żeby mnie jeszcze bardziej zmotywować do jakiegokolwiek ruszania się, najpierw mnie „postraszyli”, co mi grozi, jeśli nie będę się ruszać (można się przestraszyć!), a potem doszli do wniosku, że wskazywanie, jaki odsetek osób umrze przedwcześnie i jaki będzie poziom zgonów, nie motywuje bezpośrednio do zmiany stylu życia. Zaproponowali więc motywację dodatnią, ukazując cuda kuracji ruchowej.

   Zrobili to porywająco!

   Oczywiście do działania, do ruchu, do ruszania się! Ważne myśli wyodrębnili pogrubionym drukiem lub umieszczając je na szarym tle:

Pokazali również pośrednie efekty ruchu – zdrowie psychiczne i kondycja umysłowa. Okazuje się, że ćwiczenia umysłowe to za mało dla kondycji mózgu, bo:

Stąd podtytuł poradnika – poradnik inteligenta. Autorzy zwrócili uwagę niby na znaną prawdę, ale w jak motywujący sposób! Po lekturze tego poradnika mam ochotę się ruszać, nie dlatego, że muszę gdzieś coś sobie „załatwić” lub komuś oddać przysługę, ale dlatego, że miałam świadomość, co przy okazji zyskuje mój organizm. I właśnie o taki efekt motywacyjny u odbiorcy zabiegali autorzy – Jesteśmy przekonani, że im lepiej poznasz zalety aktywności fizycznej, tym chętniej będziesz się ruszać.

   I coś w tym jest!

   Skoro chętniej i więcej się ruszam, a na pytanie – „Chce ci się znowu pójść, zawrócić, odnieść, wstawać, przenieść, skoczyć po coś?” – zaczęłam odpowiadać – „Ruch to zdrowie!” ze świadomością tego, co kryje się za tym sloganem i jednocześnie żalem, że mój rozmówca tej świadomości nie posiada, chociaż niby wie.

   Polecam wszystkim „genetycznym leniom kanapowym”!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Projekt zdrowie [Anders Hansen, Carl Johan Sundberg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi: